Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Krzysztof Piech  31 marca 2020

Próbujemy leczyć gospodarkę antybiotykami bez pewności, że zareaguje

Krzysztof Piech  31 marca 2020
przeczytanie zajmie 8 min
Próbujemy leczyć gospodarkę antybiotykami bez pewności, że zareaguje Źródło: Vinitaly International - flickr.com

Wybuch pandemii koronawirusa, choć jest poważny, to jedynie spotęgował negatywne procesy gospodarcze, które już wcześniej się rozpoczęły. Od kryzysu gospodarczego wywołanego pandemią ważniejsze jest to, jak na to zagrożenie zareagujemy. Źle dobrane „leczenie” gospodarki może nie dać wystarczająco dobrych efektów, a nawet spowodować więcej szkód niż korzyści, nawet jeśli „pacjent” początkowo ma się dobrze.

Bardzo krótka historia kryzysów

Mamy do czynienia z kolejnym światowym kryzysem gospodarczym (podkreślmy słowo „kryzys”, bo jest ono istotne). Pierwsze, dość regularne kryzysy finansowe pojawiły się w pierwszej połowie XIX wieku. Miały one wtedy międzynarodowy charakter. Z biegiem czasu zaczęły występować regularnie, co doprowadziło do powstania terminu: cykl koniunkturalny. Kryzysy miały charakter światowy, tj. obejmowały większą część państw, a nie tylko pojedyncze. Niektóre z kryzysów miały druzgocący wpływ na sferę realną, powodowały znaczne spadki aktywności gospodarczej, wzrost bezrobocia, zubożenie społeczeństwa. Różne były ich przyczyny, w większości związane z pękaniem baniek spekulacyjnych. Z tego też powodu rządy zaczęły powoływać banki centralne, które miały przede wszystkim dbać o wartość pieniądza, a z czasem także i o to, by nie był on dodrukowywany dla ratowania budżetu państwa (przez setki lat psuto pieniądz, dodając do kruszców szlachetnych mniej wartościowe domieszki – na szkodliwość takich działań wskazywał już Mikołaj Kopernik). Władze pozbawiły się części swoich uprawnień na rzecz banków centralnych, które uzyskały dużą niezależność, by bieżące potrzeby budżetowe, w tym polityczne, nie doprowadzały do zubożenia społeczeństwa w wyniku utraty wartości ich oszczędności.

Przełomowy był tzw. wielki kryzys (1929-1933). Był on rzeczywiście duży, bo spowodował drastyczny wzrost stopy bezrobocia, nawet do 30%. Wychodzenie z tego kryzysu okazało się długotrwałe i bolesne. Efektem był brak zaufania do ówczesnych elit politycznych. Kryzys zbudził demony nacjonalizmu, konsekwencją czego była śmierć dziesiątek milionów ludzi – II wojna światowa.

Od tego czasu ekonomiści opracowali teorie, które pomagały walczyć z kryzysami, łagodzić je. Chodzi oczywiście o koncepcję autorstwa Johna Maynarda Keynesa, opublikowaną w 1936 r. Na świecie już od dłuższego czasu nie pojawiały się większe kryzysy gospodarcze ze względu na to, że władze nauczyły się łagodzić ich konsekwencje. Powstawały jedynie recesje. Oczywiście, nadal dochodziło do kryzysów finansowych, bo – jak to jeszcze w XIX wieku stwierdził Marks – są one immanentną cechą kapitalizmu. Często dochodziło również do kryzysów zadłużeniowych, tj. sytuacji, gdy państwa nie były w stanie spłacać swoich długów.

Z tej pespektywy nie jest istotne, co stanowi bezpośrednią przyczyną kryzysu: czy jest to bańka spekulacyjna, czy błędy polityki pieniężnej. Te ostatnie również mogą prowadzić do kryzysów finansowych. Jednym z najciekawszych badawczo przykładów kraju, w którym władze poprzez nieumiejętną politykę gospodarczą doprowadziły do kilku kryzysów oraz do znacznego zubożenia społeczeństwa, jest Argentyna. Na początku XX wieku był to jeden z 10 najbogatszych krajów na świecie, miejsce marzeń wielu emigrantów (w tym z Polski).

Pamiętajmy, że prędzej czy później do dekoniunktury by doszło. Wiara, że recesja więcej już się nie pojawi, jest złudna i bardzo ryzykowna. Owszem, pojawiały się przypadki krajów, w których nawet przez 30 lat recesja nie występowała (np. w Kolumbii), natomiast w sytuacji rozwoju procesów globalizacji coraz częściej widoczna staje się możliwości importu koniunktury gospodarczej z zagranicy. W okresie prosperity, który jest z reguły 3-4 razy dłuższy niż recesja, jest to korzystne dla otwartych gospodarek.

W normalnej sytuacji recesja powinna była już wystąpić 2-4 lata temu (jeśli założymy, że cykl koniunkturalny na świecie trwałby od 8 do 10 lat, tak jak to było na przestrzeni ostatnich dwóch wieków). Tym razem tak się nie stało, ponieważ działalność banków centralnych przesunęła w czasie nieuniknioną w każdym cyklu koniunkturalnym recesję.

W przypadku zwykłego cyklu koniunkturalnego wychodzilibyśmy już z recesji (bylibyśmy na początku powrotu do fazy prosperity). Nie doszło do niej, ponieważ zmieniono przebieg cyklu koniunkturalnego w skali świata – został on wydłużony (podobna sytuacja miała miejsce na początku XX wieku, ale wtedy cykl uległ skróceniu). Stało się tak ze względu na silne stymulowanie koniunktury gospodarczej na świecie, w tym szczególnie w USA. Próbując wyjść z kryzysu finansowego z 2008 r., wprowadzono bezprecedensowe instrumenty polityki pieniężnej, a także pobito rekord stymulacji – niskie stopy procentowe jeszcze nigdy w historii gospodarczej świata (tej, dla której mamy jakiekolwiek dane) nie były tak niskie przez tak długi czas. Do tego bank centralny skupował obligacje rządowe, dostarczając w ten sposób bankom płynności. Jeszcze nigdy w historii świata nie było tak dużego programu luzowania ilościowego (QE). Narzędzia okazały się skuteczne. Były jednak używane nie tylko do wyjścia z kryzysu, ale również później do nakręcania rozwoju gospodarki.

W efekcie powstało wiele baniek spekulacyjnych na świecie. Stąd w mediach pojawiało się określenie „bańka wszystkiego”, która dotyczyła rynku akcji, nieruchomości, kryptowalut, obligacji korporacyjnych, motoryzacji.

Gdybyśmy mieli do czynienia ze zwykłym cyklem koniunkturalnym, obecnie bylibyśmy już po pęknięciu baniek i wychodzilibyśmy właśnie z recesji. W takiej zaś sytuacji koronawirus dotknąłby osłabioną, ale wychodzącą na prosto gospodarkę, co spowodowałby zapewne powrót do recesji (to tzw. recesja typu W). Jednak udałoby się przez nią przejść łatwiej niż w obecnej sytuacji, kiedy mamy do czynienia ze splotem kilku negatywnych czynników – zwykłej, cyklicznej recesji i pękania baniek spekulacyjnych.

Od kilku miesięcy mogliśmy obserwować osłabienie koniunktury na świecie. Zmiany nie były dramatyczne, lecz ze względu na działające nadal odłożone w czasie efekty polityk pobudzania koniunktury po prostu tego nie zauważyliśmy. Nie był to efekt amerykańsko-chińskiej wojny handlowej, ale działanie zwykłych mechanizmów: wygaszania procesów inwestycyjnych, zbyt wysokiej ceny niektórych aktywów oraz przeinwestowania. Zaczęło się oczyszczanie gospodarki z mniej efektywnych podmiotów. W zwykłej sytuacji nie byłoby to nic nadzwyczajnego.

Z ekonomicznego punktu widzenia koronawirus nie mógł pojawić się w gorszej sytuacji – tuż po szczycie cyklu koniunkturalnego, na początku jego fazy spadkowej. Oznacza to, że na zwykłe mechanizmy cyklu koniunkturalnego nałożył się szok egzogeniczny (zewnętrzny), jakim jest COVID-19. Mamy więc do czynienia z bardzo nieszczęśliwym splotem wielu okoliczności: zwykłej, cyklicznej recesji oraz czarnego łabędzia w postaci pandemii.

Ten ostatni czynnik z ekonomicznego punktu widzenia jest niezwykle kłopotliwy, bo powoduje olbrzymią niepewność. Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia w czasie kryzysu subprime (2008), kiedy nie było wiadomo, jaka jest skala problemu, jaka jest wartość złych długów w aktywach banków i jaką kwotę będą musiały wypłacić firmy ubezpieczeniowe. Wtedy rozwiązanie problemów – braku zaufania i zapobieżenie panice – udało się znaleźć. Plan Paulsona opiewał na kwotę 700 mld dolarów. Nie była dobrze wyliczona, ale miała przede wszystkim znaczenie psychologiczne. Pokazywała, że rząd i bank centralny opanują kryzys. Do tego wprowadzono kilka innych, potężnych, innowacyjnych instrumentów polityki gospodarczej, które wielu polityków stosuje także i teraz, traktuje jako standardowy zestaw działań.

Dotychczasowe kryzysy i ich wpływ na śmiertelność

Nie chcę powracać do analizy kryzysów z XIX i XX wieku (jest kilka książek na polskim rynku na ten temat, w tym 2500-stronicowa trylogia pod moją redakcją naukową). To, co się znacząco zmieniło w ciągu ostatnich kilkunastu lat, to kwestie związane z czynnikiem ludzkim. O ile w XIX wieku w trakcie kryzysów prawie wcale nie pojawiały się interwencje władz (z wyjątkiem tych nielicznych w czasie kryzysu z 1890 r. lub 1900 r.), to przynajmniej od 1936 r. (tj. od czasu wydania Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza J.M. Keynesa) polityka antykryzysowa jest często podejmowana. Społeczeństwo oczekuje zdecydowanych reakcji.

W ostatnich dziesięcioleciach obserwowaliśmy coraz większe zaangażowanie władz, polegające na ratowaniu upadających gospodarek. Od czasów Keynesa ekonomiści – zwłaszcza makroekonomiści (osoby specjalizujące się w analizowaniu całej gospodarki, a nie poszczególnych jej części; to dużo trudniejsze niż analizy sektorowe, regionalne czy mikroekonomiczne) – bardzo często porównują swój zawód do pracy lekarzy.

Kryzys gospodarczy może przynieść więcej ofiar śmiertelnych niż koronawirus. Przykładowo w Meksyku obniżenie PKB o 1% (w 2008 r.) spowodowało wzrost śmiertelności o 0,5% (wg E.O. Arceo-Gómez). Wzrośnie stopa bezrobocia – spadną dochody rozporządzalne, wzrosną ceny żywności – zwiększy się niedożywienie (np. matek w ciąży), zmniejszą się nakłady publiczne na ochronę zdrowia – zwiększy się stopa śmiertelności dzieci, nie mówiąc nawet o krajach subsaharyjskich z i tak już dużymi problemami głodu. W wyniku ostatniej wielkiej recesji tylko w 2009 r. odnotowano na świecie 5000 samobójstw popełnionych wskutek złej sytuacji ekonomicznej. Naukowcy z Uniwersytetu Oksfordzkiego oszacowali, że w latach 2008-2010 w USA, Kanadzie i Europie z powodu kryzysu odebrało sobie życie ponad 10 tys. osób. W ostatnich dniach z tego powodu zginął w Polsce lekarz zadręczony falą hejtu, a w Niemczech – minister finansów Hesji. Oprócz tego dojdą efekty uboczne w postaci śmierci osób pozbawionych dostępu do szpitali (zajętych na potrzeby koronawirusa), których leczenie przerwano. Pamiętajmy, że efektem wielkiego kryzysu, olbrzymiego i długotrwałego bezrobocia, które doprowadziło do kryzysu nie tylko gospodarczego, ale także społecznego, a później i kryzysu politycznego, była śmierć około 50 milionów osób. Dlatego nie sam wirus jest ważny, ale to, jak panika nim wywołana (również wśród rządzących) i podjęte przez władzę środki zaradcze wpłyną na nasze dalsze życie, w tym na ewentualne konflikty (dochodziło już do zamieszek w Afryce), zwłaszcza międzynarodowe.

Lekarstwo gorsze od choroby

Źle dobrane „leczenie” gospodarki może nie dać wystarczająco dobrych efektów, a nawet spowodować więcej szkód niż korzyści, nawet jeśli „pacjent” początkowo ma się dobrze. Wyobraźmy sobie konającego, któremu zaaplikuje się adrenalinę lub mieszankę innych środków stawiających na nogi. Przez jakiś czas możemy podawać kolejne dawki. W ten sposób nie uda nam się wyleczyć pacjenta, ale jedynie przedłużyć jego agonię.

Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia przez ostatnich kilkanaście lat. „Lekarstwa” zaaplikowane po kryzysie w 2008 r. były podawane „pacjentowi” (gospodarce amerykańskiej i w konsekwencji – światowej) przez zbyt długi czas i w przesadzonych dawkach. Udało się wyprowadzić gospodarkę z kryzysu na sterydach, ale nie doprowadzić do całkowitego wyleczenia „pacjenta”. By nie dopuścić do kolejnego „przeziębienia”, od razu aplikowano silne „leki” (choć dawałoby to odporność na jakiś czas na kolejne, podobne zachorowania). Jak tylko nowojorska giełda wykazywała lekkie spadki, amerykański System Rezerwy Federalnej (Fed) od razu interweniował, nie pozwalając rynkowi oczyścić się z nieefektywnych firm i rozbroić tykającą bombę z opóźnionym zapłonem w postaci zbyt wysokiej wyceny spółek.

Jeszcze pod koniec ubiegłego roku zamiast umożliwić gospodarce tzw. miękkie lądowanie i łagodną recesję, Fed pompował w nią pieniądze (w okresie 13.12.2019-14.01.2020 było to co najmniej 425 mld dolarów). Zmieniono przebieg cyklu koniunkturalnego, ponosząc olbrzymie koszty. Co więcej, na dłuższą metę nie było to korzystne dla gospodarki.

Efekty tak prowadzonej polityki gospodarczej (mieszanka bardzo ekspansywnej polityki pieniężnej i fiskalnej) przez ostatnich kilkanaście lat oznaczają, że przy obecnym kryzysie gospodarczym, osłabionemu pacjentowi (tj. gospodarce), podtrzymywanemu przy życiu na kroplówce i sterydach, trzeba podać mieszankę naprawdę silnych antybiotyków niestandardowych rozwiązań. Oczywiście bez żadnej pewności, że zadziałają, a sceptyczni są nie tylko liczni ekonomiści, ale również szefostwo Fed.

Kryzys przywództwa

Od czego zależy głębokość rozpoczynającego się kryzysu? Nie tylko od samych zjawisk ekonomicznych, ale też (lub przede wszystkim) od działalności władz. Udział państwa w gospodarce jest znacznie wyższy niż w XIX wieku. Dodatkowo od 1936 r. uzyskał on podbudowę teoretyczną – mówimy o ekonomii Keynesowskiej (ang. Keynesian economics) z późniejszymi jej uzupełnieniami. Co prawda, austriacka szkoła ekonomiczna wskazuje, że kryzysy mogą być wywoływane przez nadmiernie poluzowaną politykę pieniężną, jednak w obecnej sytuacji nikt nie przejmuje się zapobieganiem wystąpienia następnego krachu i długookresowym wzrostem gospodarczym. Jak podsumował to J.M. Keynes, „w długim okresie wszyscy umrzemy” (In the long run we are all dead). Stąd tak duża koncentracja na polityce wychodzenia z kryzysów, a nie zapobiegania im.

Od działalności władz będzie zależało to, w jaki sposób wyjdziemy z kryzysu. Pierwsze błędy decyzyjne, dość oczywiste już dla wszystkich, popełnione były w Chinach. Nie dość, że w grudniu zbagatelizowano kwestię nowego wirusa, to jeszcze próbowano ukrywać te informacje, a nawet karać za ich rozpowszechnianie.

Władze Włoch spóźniły się z reakcją, co przyniosło tragiczne skutki. Coraz trudniejsza sytuacja kształtuje się w USA. Prezydent Trump zbagatelizował zagrożenie, kłamał na temat koronawirusa. Błędy popełniono też we Francji, gdzie przeprowadzono wybory, które skutkowały nowymi zarażeniami. Co więcej, kontynuowanie początkowo wyróżnianego modelu brytyjskiego (z którego Boris Johnson wycofał się po kilkunastu dniach) mogło kosztować życie nawet ponad 100 tysięcy osób, co kilka dni temu oszacowali naukowcy z Imperial College.

Równolegle z walką z epidemicznymi skutkami koronawirusa trwa walka ekonomiczna. Władze wielu krajów zdecydowały o zamrożeniu gospodarki w niektórych jej sektorach oraz o ograniczeniu aktywności biznesowej w wielu innych. Konsekwencje tych działań będziemy ponosili przez wiele miesięcy, a gdy weźmiemy pod uwagę inne słabości gospodarki, takie jak wcześniej już rozpoczynające się spowolnienie ekonomiczne oraz możliwą, głęboką recesję w USA, otrzymamy dość pesymistyczną wizję przyszłości polskiej gospodarki.

Jak już wskazywałem, ten kryzys jest inny niż poprzednie. Zauważył to też ostatnio Jarosław Kaczyński (w wywiadzie dla RMF FM), a także minister Jadwiga Emilewicz. Inne powinny być zatem instrumenty polityki antykryzysowej, co dostrzegła minister rozwoju, mimo że obniżono stopy procentowe i zapowiedziano wzrost wydatków publicznych. Wprowadzono nawet niestandardowe działania – skup obligacji przez NBP. Uczyniono to jednak bez właściwej diagnozy, na oślep, licząc, że coś po prostu zadziała.

Od początku kryzysu twierdzę, że jest to kryzys strony podażowej. Ostatnio takie zdanie wyraził również jeden z największych autorytetów w ekonomii, prof. Robert Barro z Harvardu. Stosowanie środków odpowiednich w sytuacjach innych kryzysów, np. popytowego, skończy się olbrzymimi stratami finansowymi z efektami ubocznymi dla gospodarki. Tak właśnie postąpiła jednak większość banków centralnych (w tym NBP) – obniżyła stopy procentowe i za pomocą płynności oraz wzrostu podaży pieniądza próbuje pobudzić popyt. To duży błąd.

Na szczęście wyjściowy stan gospodarki nie był zły. Jej kondycję od kilku lat podtrzymywano za pomocą „500+” oraz innymi sposobami stymulowania popytu. Udało się zmniejszyć potencjalne zagrożenie ze względu na dużą ujemną międzynarodową pozycję inwestycyjną netto. Obecne działania władz (tzw. tarcza antykryzysowa) na ogół zmierzały w tym kierunku (zapewnienia płynności, stymulacji fiskalnej). Na szczęście są poprawiane, bo pierwsze zapowiedzi tworzyły ryzyko stworzenia betonowego koła ratunkowego. Zakładały, że wystarczy przesunąć zobowiązania o trzy miesiące, a w tym czasie biznes i przedsiębiorcy odrobią straty i spłacą zobowiązania. Wszyscy zdają sobie jednak sprawę, że rzeczywistość będzie wyglądała zupełnie inaczej.

***

Lee Iacocca, prezes Forda, współtwórca legendarnego modelu Mustanga oraz późniejszy prezes Chryslera, którego uratował od upadku, uważany jest za jednego z najlepszych prezesów wszechczasów. Powiedział kiedyś, że „przywództwo wykuwa się w czasach kryzysu”.

Potrzebujemy go teraz jak lekarstwa. W tym okresie od polityków zależy, co w przyszłości stanie się z polską gospodarką. Czy cofniemy się o kilka lat w rozwoju, czy też zaliczymy tzw. miękkie lądowanie.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.