Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Zdalny nauczyciel. Głos ze środowiska [POLEMIKA]

Po dwóch tygodniach kwarantanny (nie mylić z nicnierobieniem!) wszyscy jesteśmy zmęczeni – dzieci, rodzice, nauczyciele, dyrektorzy i ludzie zarządzający całą edukacją. Rząd obarczył odpowiedzialnością nas wszystkich, aby w tych wyjątkowych okolicznościach jakoś sobie z całą tą sytuacją radzić. Nie było innego wyjścia. Kto miał wziąć odpowiedzialność, jeśli nie my?

Karolina Olejak w tekście Polska szkoła w trybie zdalnym diagnozuje, w jaki sposób polski system edukacji radzi sobie z pracą w czasach pandemii. Postaram się pokazać, że większość tez autorki wyabstrahowana jest ze szkolnej rzeczywistości. Z perspektywy nauczyciela, osoby na pierwszej linii frontu, wygląda to zgoła inaczej.

Zacznijmy jednak od stereotypowych opinii, które są powielane w debacie publicznej niezależnie od tego, czy aktualnie walczymy z pandemią czy nie.

Szkodliwe mity

  1. Program nauczania do kosza

Program nauczania powszechnie uważany jest jedną z największych bolączek polskiej szkoły i wyłącznie utrudnia życie nauczycielom. Tak wydaję się sądzić i Karolina Olejak. Rozbudowany kanon lektur? Skrupulatne wytyczne egzaminacyjne? Odpowiadam: bardzo dobrze, że istnieją! Wyobraźmy sobie sytuację, w której mielibyśmy funkcjonować w państwie nieposiadającym prawa i jasno ustalonych reguł, co możemy, powinniśmy, a czego nie wolno nam robić. Jeśli potraktujemy ustalone reguły jako coś, co ma być dla nas drogowskazem, umożliwia sprawne poruszanie się w obrębie jakiegoś miejsca lub dziedziny, zupełnie zmienimy nasze nastawienie.

Program nauczania nie istnieje po to, by uprzykrzać nauczycielowi życie, ale odpowiednio nim pokierować. Kwestie dobranej metody nauczania, sposobu przedstawienia danej sytuacji, a także tego, które z ćwiczeń wybierzemy, stoją już w naszej gestii. Z lekcją jest trochę tak, jak bywa to w handlu czy reklamie – musimy „złapać” naszych słuchaczy, przyciągnąć ich uwagę. Czasem wystarczy szczegół, by pozostali z nami do końca. Jeśli przez 45 minut chłoną każde słowo, to można zaliczyć lekcję do udanych.

Rok temu miałam poprowadzić w ramach zastępstwa piekielnie, wydawałoby się, nudną lekcję. Uczniowie mieli dołączyć do przygotowanego CV list motywacyjny. Poprosiłam o zanotowanie tematu: „List motywacyjny jest jak randka”. Spojrzeli na mnie niepewnie, ale i z uśmiechem. W tym momencie wiedziałam, że ich mam. Lekcja zamieniła się w rozmowę o tym, jak przedstawiamy siebie na randce (w samych superlatywach!) i czego lepiej nie mówić (o naszych wadach, tym, czego nie potrafimy). Właśnie w ten sposób trzeba było napisać własne CV i list motywacyjny – pochwalić się sobą, własnymi zaletami. Zrobiłam to, co kazała mi podstawa programowa i nie umarłam. Metody wybrałam sama.

Dokumenty układane przez ekspertów i akceptowane przez ministerstwo nie dyktują nam, nauczycielom, jak mają wyglądać lekcje. Nie mówią: proszę otworzyć podręczniki, mamy wzór, piszemy, ćwiczymy, to przydatne w waszym przyszłym życiu. Tak nie przekonałabym do tematu 15-latków. Sama nie wierzyłabym w to, co mówię. Czasem wystarczy jeden drobiazg, by lekcja potoczyła się zupełnie inaczej.

Nie twierdzę, że wszystko w kwestiach centralizacji sposobu zarządzania treściami edukacyjnymi jest w porządku i działa bez zarzutu. Uważam natomiast, że połowę błędów i niedogodności można wyeliminować, mądrze pochodząc do tematu i wiedząc, którym elementom należy poświęcić15 minut lekcji, a którym aż dwie lub trzy pełne godziny. Nauczyciel nie ma tylko w teorii, jak pisze Karolina Olejak, możliwości samodzielnego doboru narzędzi i metod nauczania. Wręcz przeciwnie – ma OBOWIĄZEK to zrobić. Dla komfortu własnego i swoich uczniów.

  1. Kanon lektur jest bez sensu

Uczeń w 7 klasie musi przeczytać średnio jedną (!) lekturę miesięcznie, czasem dwie. Zaznaczam, że naprawdę obszernych jest kilka z nich (obszernych dla uczniów, czyli takich, które liczą ok. 150-200 stron ciągłego tekstu). W ramach lektur obowiązkowych, liczonych jako osobne pozycje, znajdują się także… wiersze lub teksty epickie napisane wierszem, średnio na 1 lub 2-3 strony w podręczniku. Przeszkodą może być język – anachroniczny, często nie do końca zrozumiały. Czy oznacza to, że mamy zrezygnować z czytania dzieł, które budują polską i europejską kulturę? Absolutnie nie. W mojej – nauczyciela – gestii leży, by sprawić, że tekst stanie się bardziej zrozumiały.

W tym roku omawiałam z uczniami Dziady. Cz. II Mickiewicza, które jak się okazało, wywołały sporo emocji. Pojawiły się stwierdzenia, że to bez sensu, że duchy dzieci – Józia i Rózi – nie poszły do nieba, bo „nie zaznały goryczy”, smutku i łez. Przecież to dobrze, twierdzili siódmoklasiści. Szybko zorientowałam się, że barierą jest tu zrozumienie tego, że porażki i cierpienia są w naszym życiu po coś. Poprosiłam jednego z uczniów, by przyniósł z sali gimnastycznej piłkę, najlepiej do koszykówki. Gdy wrócił, uderzyłam piłką o ziemię i – co oczywiste – podskoczyła do góry. Zapytałam, czy gdybyśmy nie uderzyli piłki z odpowiednią siłą, nadal podskoczyłaby tak samo mocno. Odpowiedź nasuwała się sama.

Wykorzystałam zasłyszaną gdzieś radę, że jeśli życie zbyt mocno cię uderza, to tylko po to, by odbić się jeszcze wyżej. Banał? Być może. To jednak punkt wyjścia do rozmowy o tym, jak metafora może pozwolić zrozumieć XIX-wieczne dzieło. Łatwiej było potem dojść do wniosków, że jeśli nie doświadczylibyśmy za życia smutku, cierpienia i porażek, nie docenilibyśmy nieba, raju. Rozwinęła się dyskusja, jak możemy przekuć porażkę w sukces i jak możemy odnieść ten światopogląd do innego tekstu kultury – Biblii.

Kanon lektur naprawdę nie przeraża. Obrosły wokół niego mity, które muszę – jako nauczyciel – obalać każdego dnia. Wspominałam o ilości lektur do przeczytania dla przeciętnego siódmoklasisty. Warto podkreślić, że w młodszych klasach wynosi to jeszcze mniej. Uczniowie 5 klasy mają przeczytać raptem… 5 lektur w ciągu roku, z czego jedna z nich – Katarynka Bolesława Prusa – mieści się w podręczniku i zajmuje 11 stron. Powinniśmy zachęcać dzieci do dalszego czytania, a nie narzekać, że tekstu jest za dużo. Powstają wspaniałe inicjatywy dla szkół. Przykładem może być Wielka Liga Czytelników.

  1. Musisz trafić w klucz

Odczarować należy też wytyczne egzaminacyjne, o których pisze Karolina Olejak. Wciąż powtarzam moim uczniom, że mit dotyczący klucza z języka polskiego, który zabija możliwość własnej interpretacji i gasi prawdziwie otwarte umysły, jest po prostu nieprawdziwy i najczęściej przykrywa ignorancję. Czy kiedykolwiek ktoś, oprócz nauczycieli, czytał zalecenia Centralnej Komisji Egzaminacyjnej? Wówczas dowiedzielibyśmy się, że faktycznie klucz zawiera PROPONOWANE odpowiedzi, czyli takie, które mają być dla oceniającego jedynie drogowskazem, nie świętością. Oczywiście dotyczą pytań otwartych i wypracowań. Czy możliwa jest zatem własna interpretacja tekstu? I tak, i nie. Tekst zostawia nam ślady, „kamienie milowe”, które naprowadzają nas, jak możemy go zrozumieć, zachęca do dialogu, ale nie do teorii mu przeczących. Istnieją zatem nadinterpretacje lub interpretacje niezgodne z dziełem, które świadczą po prostu o braku kompetencji czytelniczych lub błędnej drodze interpretacyjnej.

  1. Co autor miał na myśli?

W kontekście edukacji humanistycznej, zwłaszcza języka polskiego, często pojawiają się zarzuty, że narzucamy uczniom znaczenie, którego pragnie autor lub o którym autor sam nie ma pojęcia. Kolejny mit. Powiedziałam kiedyś moim uczniom, że jeżeli zadam im kiedyś pytanie: „co autor miał na myśli?”, wówczas zrezygnuję z pracy, bo będzie to oznaka tego, że wypaliłam się zawodowo. Nie spotkałam autora i nie obchodzi mnie, co miał na myśli. Wielkie znaczenie ma dla mnie natomiast tekst, który czytamy na lekcji lub w domu.

Koronawirus jak egzamin zawodowy

Po dwóch tygodnia kwarantanny (nie mylić z nicnierobieniem!) wszyscy jesteśmy zmęczeni – dzieci, rodzice, nauczyciele, wychowawcy, dyrektorzy i ludzie zarządzający całą edukacją. Karolina Olejak z niezadowoleniem stwierdza, że rząd zrzucił całą odpowiedzialność na dyrektorów, rodziców i grono pedagogiczne, stwierdzając: macie zrobić tak, żeby było dobrze. I faktycznie tak ma być. To my odpowiadamy za edukację, nam za to płacą, my musimy sobie z tym poradzić. To naturalna kolej rzeczy. Nie czuję się wcale tym faktem poszkodowana.

Kolejna sprawa to jakość zarządzania szkołą. Dobrą opinię i sytuację szkoły buduje się latami. Nie da się jej naprawić w jeden lub dwa dni, a nawet w dwa tygodnie. Jeżeli coś nie działa i nic z tym nie robimy, nie dziwmy się potem, że w obliczu odbiegającej od normalności sytuacji pandemii, nie uda nam się wszystkiego „ogarnąć” od razu.

Zdalnego nauczania uczymy się wszyscy – uczniowie, rodzice, nauczyciele, dyrektorzy. Możemy działać lepiej lub gorzej. Wszystko zależy od kreatywności, zdyscyplinowania i oczywiście środków, o których autorka tekstu, z którym się nie zgadzam, wspominała.

Mam to szczęście, że uczę w szkole, w której wszystko hula. Szkole, która wcale nie mieści się w centrum miasta, ale na jego obrzeżach. Jednak codzienne zaangażowanie wszystkich pracowników, myślenie: „uda się!” i „razem damy radę!” sprawia, że dzieje się wiele pozytywnych rzeczy. W sytuacji, gdy inni narzekają, że wszystko jest w totalnym chaosie i bez sensu, moi uczniowie tworzą w darmowym (!) programie swoje książki, kręcą własne filmiki i przygotowują słowniki młodzieżowego slangu. Na szkolnym Facebooku pojawiają się nagrania, jak można bezpiecznie ćwiczyć w domu na niewielkiej przestrzeni w ramach WF-u. Powstał specjalny fanpage edukacji wczesnoszkolnej i logopedy, żeby w ramach zabawy można było ćwiczyć w domu. Codziennie pojawiają się informacje o wydarzeniach kulturalnych, zdalnych wizytach w muzeach, o filmikach edukacyjnych czy spektaklach w operze, które można obejrzeć, nie ruszając się z domowej kanapy. W wyznaczonych godzinach działa pani pedagog, która rozmawia z tymi wszystkimi, którzy gorzej radzą sobie w sytuacji kwarantanny, udzielając im wsparcia psychicznego.

Czy stało się to nagle? Nie. Szkoła powinna w opisany wyżej sposób funkcjonować zawsze. Powinna być po prostu elastyczna. Tylko wtedy współczesna edukacja ma sens. Placówka edukacyjna to przestrzeń, w której trzeba polegać na kreatywności nauczycieli i dyrektorów. Właśnie tak wyjątkowe okoliczności, jak epidemia są dla całego grona pedagogicznego prawdziwym sprawdzianem. Od jego wyniku zależy, czy nadajemy się do tej roboty czy nie.

Ta magiczna indywidualizacja

Można stwierdzić, jak czyni to Karolina Olejak, że sytuacja pandemii oraz wykorzystanie nowych technologii wreszcie pozwalają na prawdziwą indywidualizację, dopasowanie ćwiczeń do każdego dziecka, jednoczesne stworzenie dla wszystkich uczniów zadań na miarę ich możliwości, udzielenie informacji zwrotnej. Brzmi świetnie, prawda? To teraz będzie mniej kolorowo, ale bardziej realistycznie.

Jako nauczyciel mam w obowiązku dopasować wybrane metody i formy pracy do danego zespołu klasowego, a także do każdego ucznia. Czy oznacza to, że przy dwudziestoosobowej grupie muszę przygotować odmienne zadanie dla każdego dziecka, a następnie skrupulatnie sprawdzić każdą kropkę nad „i” w każdej pracy? Nie. Tego po prostu nie da się zrobić, bo albo ja się zaharuję i nie będę spać, nie mówiąc o jedzeniu lub spacerze, albo zrobię to byle jak i bez sensu, a klasa uśnie lub wręcz przeciwnie – rozlezie się na wszystkie strony.

Na czym zatem ma polegać ta magiczna indywidualizacja? Na tym, że po pierwsze, dopasowuję metody i formy pracy do klasy. Nie będę przecież wymagała, by grupa wyjątkowo flegmatyczna zaczęła świetnie odgrywać dramę na środku klasy. Grupa aktywna nie będzie przez większość czasu spokojnie siedziała. Muszę stworzyć okazję do przerwy, której nie zauważą, zrobić coś, by ruszyli się z miejsca, zmienili rodzaj ćwiczenia, zajęli się czymś, co ich zaskoczy, opowiedzieć żart.

Muszę również brać pod uwagę indywidualne potrzeby dziecka. Gdy proszę grupę o narysowanie wiersza, większość dzieci wykona kolorowy rysunek kredkami, Franio – ołówkiem. Czy mam upierać się, żeby pokolorował pracę jak wszystkie dzieci? Nie. W tej sytuacji doceniam jego szkice. Nie oczekuję też, że dziecko z dysortografią napisze dyktando jak klasowy prymus. Problem polega jednak na tym, że zdalne techniki pracy wywracają ten proces do góry nogami. Indywidualną relację trzeba układać na nowo, bo trzeba przetestować nowe narzędzia docierania do dzieci.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni wdrożyłam dokładnie to, o czym pisze Karolina Olejak – wykorzystałam nowoczesne technologie, by każdemu dziecku udzielić informacji zwrotnej, potraktować w pełni indywidualnie, maksymalnie skupić się na jednostce. Wysłałam instrukcje i zadania. Wyznaczyłam czas na ich wykonanie, poprosiłam, by odpowiedzi wysłać mailowo w dwóch turach. Wszystko jasne, klarowne i przejrzyste. Byłam z siebie dumna – każdemu dziecko udzielę informacji, co zrobiło dobrze, a co trzeba poprawić. Wytłumaczę. Poświęcę czas. Po kilku dniach na swojej skrzynce miałam ok. 140 maili. Dokładne sprawdzenie pracy ucznia i odpisanie na każdą wiadomość zajmuje mi średnio 30 minut. I co? Siedzę na tym do teraz, bo nie jestem w stanie pracować przez cały dzień, a nawet w nocy. Do tego dochodzą inne obowiązki – sprawdzanie projektów książek, zadań dodatkowych, przygotowywanie kolejnych lekcji, odpisywanie na e-maile bieżące, utrzymanie kontaktu z dyrekcją, zdalne przeprowadzanie testów i poprawa ich, wypełnianie dokumentów.

Dlatego szlag mnie trafia, gdy czytam opinie o nauczycielach, którzy nic nie robią, mają wolne. Pracuję po 12 godzin dziennie i wciąż nie starcza mi czasu. Czy mam pretensje do sytemu, rodziców, dzieci? Nie. Po prostu głupio zrobiłam.

Idealna sytuacja wcale nie okazała się taka wspaniała, jak się komuś z zewnątrz wydaje. Uczę się na błędach, szybko usprawniłam system. Olejak wspomina o przygotowaniu osobnych zadań dla każdego dziecka. Proszę sobie wyobrazić, co by się działo, gdybym wpadła na taki pomysł.

To, czego nie widać

Jesteśmy zachwyceni technologią. Szczególnie teraz, bo komputer podłączony do sieci dostarcza nam namiastki życia bez pandemii. Dotyczy to również Karoliny Olejak, po czym ostro (i słusznie!) krytykuje nauczycieli za to, że dzieci nie mogą całego swojego czasu spędzać przed komputerem. Ten brak konsekwencji jest zupełnie naturalny. Gdy przekazujemy lekcje, które opierają się na pracy z książką i podręcznikiem, pojawiają się głosy, że to bez sensu, nudne, zero kreatywności i tak nie działa szkoła na miarę XXI wieku. Gdy proponujemy ćwiczenia z wykorzystaniem nowych technologii, słyszę: „dziecko samo tego nie ogarnie i cały czas wpatruje się w ekran”. Gdy łączymy jedno i drugie – „po co tak mieszać?”. Sytuacji idealnej nie ma, a roszczeniowość względem metod stosowanych przez nauczyciela tylko się pogłębia.

Przykładem takiej roszczeniowości jest krytyka dokonana przez redaktorkę portalu, która zarzuca nauczycielom, że uczą dzieci wyrwanego z kontekstu materiału: „Poezja Baczyńskiego opowiadająca o wojennych losach pokolenia Kolumbów przerabiana na języku polskim zaraz po lekcji historii, na której ze względu na wycieczkę jesteśmy jeszcze przed I wojną światową? – ironizuje Karolina Olejak. Niezwykle trudno jest skoordynować materiał wszystkich przedmiotów. Ale to nie znaczy, że poezję czyta się na języku polskim bez kontekstu historycznego. Każdy polonista ma kompetencje do tego, by go przedstawić. Nie mówiąc już o tym, że niezbędne informacje na temat epoki zawarte są nawet w najsłabszych podręcznikach.

***

Najgorsze, co możemy w tej sytuacji zrobić, to przerzucać się odpowiedzialnością i zalewać – otwarcie lub nie – falą hejtu. Paradoksalnie najważniejsze jest to, czego nie widać – praca nauczycieli, dzieci i rodziców w domach. Mamy dwa razy więcej zadań do wykonania, spędzamy nad nimi ogrom czasu. Nauczyciele szukają nowych rozwiązań dla edukacji, przygotowują zdalne lekcje z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. Dzieci pracują w domach, a z nimi po wykonaniu własnych obowiązków pracują rodzice. Jakkolwiek moralizatorsko to brzmi, wystarczy, że docenimy wzajemną pracę i nie będziemy na siebie przelewać frustracji. Każda ze stron oczekuje minimalnej wdzięczności. W czasach pandemii widzę, jak wiele „u mnie” w szkole wyszło i ile kreatywnych rzeczy się dzieje mimo tak wielu ograniczeń. Tak komfortowe warunki buduje się latami, a na całościową ocenę tego, jak system poradził sobie z epidemią, trzeba jeszcze poczekać.

Działanie sfinansowane ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.