Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  20 marca 2020

Czy koronawirus pokona Donalda Trumpa?

Andrzej Kohut  20 marca 2020
przeczytanie zajmie 9 min
Czy koronawirus pokona Donalda Trumpa? flicr.com / fot. Matt A.J.

14024 zarażonych i 217 ofiar śmiertelnych. Stany Zjednoczone zostały sparaliżowane przez epidemię koronawirusa, a świat obiegły zdjęcia ludzi czekających w gigantycznych kolejkach do supermarketów. Wszystko wskazuje na to, że to dopiero początek – wzrost liczby zakażonych jest dynamiczny, a oliwy do ognia dodały lekceważące wypowiedzi prezydenta Trumpa sprzed kilku tygodni. Wygląda na to, że epidemia może być najważniejszym wyzwaniem pierwszej kadencji Donalda Trumpa i odebrać mu nawet zwycięstwo w jesiennych wyborach, których nawet w wypadku katastrofalnej sytuacji prawdopodobnie nie uda się przełożyć.

52 dni. Tyle minęło od czasu, kiedy w USA zdiagnozowano pierwszego pacjenta z koronawirusem, do momentu, kiedy prezydent Trump ogłosił stan wyjątkowy. „Żeby uwolnić pełną moc rządu federalnego w obecnych zmaganiach, oficjalnie ogłaszam narodowy stan wyjątkowy” – powiedział prezydent podczas wystąpienia w Ogrodzie Różanym przy Białym Domu.

Było to zwieńczenie trwającego kilka dni zwrotu w retoryce prezydenta wobec epidemii, zapoczątkowanego przemówieniem z Gabinetu Owalnego, w czasie którego Trump ogłosił wstrzymanie ruchu z Europy do USA. Podczas tamtego wystąpienia prezydent mówił monotonnym głosem, nie odbiegając od przygotowanego przez doradców tekstu. Nie wtrącał własnych przemyśleń, nie kwestionował ustaleń naukowców i nie bagatelizował sprawy. Ta przemiana przyszła po bardzo nerwowych dniach na Wall Street, szybkim wzroście liczby przypadków osób zarażonych w całych Stanach oraz kilku głośnych medialnie historiach – choroby Toma Hanksa czy koszykarza Rudy’ego Goberta (ta ostatnia doprowadziła do wstrzymania rozgrywek NBA). Wcześniej prezydent nie wydawał się przekonany, że „pełna moc rządu federalnego” może być w ogóle potrzebna.

Jeszcze pod koniec lutego Trump spekulował, że pewnego dnia wirus „cudownie zniknie”, być może przez cieplejszą pogodę. Kwestionował podawane przez ekspertów wskaźniki śmiertelności, powołując się na własne „przeczucie” poparte rozmowami „z wieloma ludźmi”.

 Podczas wywiadu telefonicznego w programie Seana Hannity’ego na Fox News wskazywał, że zwykła grypa zabija w USA rocznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi, więc nie widzi specjalnej różnicy w wypadku tej „koronagrypy”. Podkreślił, że wielu przechodzi zarażenie „bardzo łagodnie”, a setki tysięcy wyleczyło się, nic nie robiąc, „nawet chodząc do pracy”.

Rzeczywistość jednak okazała się inna. Amerykanie z niepokojem obserwują szybko rosnący wskaźnik zachorowań we własnym kraju. Media codziennie przywołują dramatyczną sytuację Włoch jako potencjalny scenariusz tego, co może wydarzyć się w USA. Zwłaszcza że pojawiają się coraz bardziej dramatyczne prognozy. Naukowcy z Harvardu twierdzą, że możliwe jest nawet zarażenie 70% populacji. Głośno było też o opinii lekarza amerykańskiego Kongresu, Briana Monahana, który na zamkniętym spotkaniu sugerował, że zachoruje od 70 do 150 mln Amerykanów. I choć w obecnej sytuacji takie szacunki mają niewiele większą wartość od wróżenia z fusów, to jednak wpływają na nastroje społeczne.

Współpracownicy i doradcy Trumpa poczuli obawę, że jeśli sprawy pójdą bardzo źle, odpowiedzialność za kryzys spadnie na obecnego prezydenta i może pozbawić go szans na reelekcję. Zwłaszcza że coraz bardziej prawdopodobnym kontrkandydatem może się okazać Joe Biden, który coraz mocniej wysuwa się na prowadzenie w prawyborach partii demokratycznej. A to kandydat idealny na niepewne czasy. Spokojny, doświadczony, przewidywalny, posiadający wizerunek statecznego męża stanu, a w dodatku mogący się powoływać na doświadczenie w walce z innym kryzysem (finansowym z 2008).

Wszystko to odwraca o 180 stopni sytuację w wyścigu o Biały Dom. Jeszcze na początku lutego Trump był w znakomitej sytuacji. Wygłaszając State of the Union Adress, mógł chwalić się wynikami gospodarczymi, rekordowymi notowaniami giełdy i wyjątkowo niskim bezrobociem. Wymierzony w niego impeachment zakończył się niczym, dając mu tylko okazję do dokuczania opozycji. Poparcie dla jego prezydentury osiągnęło najwyższy poziom. A dodatkowo kandydaci partii demokratycznej walczyli między sobą, kiedy on mógł się już skupić na właściwej prezydenckiej kampanii. Teraz, jeśli Trump chce pozostać w grze, musi działać szybko.

Spóźnione testy, zbyt mało łóżek

Pierwszy przypadek koronawirusa w Stanach odnotowano 21 stycznia. Dotyczył trzydziestokilkuletniego mieszkańca hrabstwa Snohomish, leżącego na przedmieściach Seattle. Mężczyzna tydzień wcześniej wrócił z podróży do Wuhan. Nie miał żadnych symptomów, ale zaniepokoił się tym, co przeczytał w Internecie o tajemniczej chorobie, i postanowił porozmawiać o tym z lekarzem. Gazety, informując o tym przypadku, wskazywały, że chodzi o nowego wirusa, który w Azji doprowadził już do śmierci co najmniej sześciu osób, a zarażonych zostało co najmniej kilkaset. Czy gdyby amerykańskie władze potraktowały wtedy sytuację poważnie, nie doszłoby do sytuacji, kiedy codziennie pojawiają się informacje o kolejnych 1500-2000 przypadkach?

Lekceważenie ze strony administracji prezydenta, która przez wiele tygodni bardziej obawiała się konsekwencji gospodarczych i wpływu na kampanię wyborczą niż realnego zagrożenia dla zdrowia obywateli to jedno. Drugim wyzwaniem okazał się utrudniony dostęp do testów.

Dziś w amerykańskich mediach wielokrotnie przywoływany jest przykład Korei Południowej jako państwa, które znakomicie poradziło sobie z rozwojem epidemii, a to za sprawą olbrzymiej ilości wykonanych testów – mówi się o 250 tysiącach. Dla porównania w USA do 15 marca wykonano ich mniej niż 30 tysięcy przy sześciokrotnie większej populacji. W tej sprawie wina nie spada jednak w całości na Biały Dom.

Z nie do końca wyjaśnionych przyczyn amerykańskie CDC (Centers for Disease Control and Prevention) nie zdecydowało się na skorzystanie z testów rekomendowanych przez WHO. Zaś proces stworzenia i uruchomienia produkcji masowej własnych testów trwał długo i nie odbył się bez potknięć (doszło do skażenia zakładów produkcyjnych). W rezultacie dopiero w ostatnich dniach amerykańskie służby medyczne zyskały możliwość przeprowadzania testów na szeroką skalę, nawet do 25 tysięcy dziennie. Wyjaśnia to również, dlaczego liczba przypadków rośnie ostatnio w takim tempie. Wcześniej skala problemu zwyczajnie nie była znana.

Dziś wydaje się niemal pewne, że zabraknie łóżek szpitalnych dla chorych. Z danych Banku Światowego wynika, że USA dysponuje zaledwie 2,9 łóżkami na 1000 mieszkańców. Dla Japonii ten wskaźnik wynosi 13,4, a dla Polski 6,5. Bez odpowiedzi pozostaje jednak pytanie, jaka będzie skala tego problemu. Naukowcy z Harvardu przeprowadzili symulację, z której wynika, że jeśli dojdzie do „umiarkowanego” scenariusza rozwoju epidemii (40% populacji zarazi się w ciągu ok. 12 miesięcy), w szpitalach największych amerykańskich metropolii liczba dostępnych łóżek musiałaby się zwiększyć od 100% do nawet 200%. W wypadku scenariusza „drastycznego” (60% populacji w 6 miesięcy) łóżek zabraknie w całym kraju, a by temu przeciwdziałać konieczne stałoby się zwiększenie dostępnych łóżek o nawet 800%! Wszystko to przy założeniu, że szpitale zajmują się wyłącznie leczeniem koronawirusa, porzucając kompletnie swoją dotychczasową działalność we wszystkich obszarach. Brzmi jak gotowy materiał na scenariusz do katastroficznego filmu.

Gospodarka w ogniu

Najprawdopodobniej Hollywood w najbliższym czasie takiego filmu nie wyprodukuje. Walka z rozprzestrzenianiem się epidemii oznacza konieczność zamykania kin i potężny cios dla całego przemysłu filmowego. Wytwórnie przesuwają swoje najważniejsze premiery – taki los spotkał już najnowszego Bonda, Disneyowską filmową wersję Mulan i najnowszą odsłonę Szybkich i wściekłych. Albo, tak jak Universal, poszukają alternatywnych źródeł dochodu, proponując swoje nowości na platformach streamingowych (za wysoką opłatą i na krótki czas). Jednak żadne strategie nie mogą zatrzymać narastających strat. Amerykańscy filmowcy dotychczasowe szacują na ponad 7 mld dolarów. Optymistyczny scenariusz jest taki, że ta kwota wzrośnie do 20 miliardów.

Kłopoty branży filmowej to tylko wierzchołek góry lodowej. Potężnych strat doświadczają linie lotnicze, które już poprosiły rząd o wsparcie w wysokości 50 mld dolarów. O pomoc ubiegają się również właściciele największych kasyn (pozostający w dobrych relacjach z prezydentem Trumpem). W kolejce pojawi się wielu innych, bo tracą niemal wszyscy.

Analitycy JP Morgana prognozują, że w II kwartale amerykańska gospodarka może się skurczyć nawet o 14%. I choć słusznie jeden z komentatorów nazwał takie prognozy „zgadywaniem na ślepo, w ciemnym pokoju”, to jednak wpływają one na nastroje inwestorów, które ostatnio nie są najlepsze, delikatnie rzecz ujmując.

Począwszy od 20 lutego, kiedy na Wall Street po raz pierwszy pojawiły się obawy, że ten kryzys szybko nie zniknie, a jego skutki dla gospodarki mogą być dramatyczne, indeksy spadają. Czasem w tempie, które skutkuje przymusowymi przerwami w transakcjach – tak działa mechanizm bezpieczeństwa wprowadzony po wielkim kryzysie, mający uniemożliwić jednodniowy krach. Mimo że Fed zdecydował się obniżyć stopy procentowe do zera i obiecał wykup obligacji, a rząd pracuje nad pakietem stymulującym gospodarkę, trendu nie udało się odwrócić. S&P 500 czy Dow zbliżają się do poziomu sprzed początku prezydentury Trumpa. Efekty czteroletnich wzrostów zniknęły w nieco ponad miesiąc.

Do tego wkrótce mogą dojść jednostkowe problemy. Sekretarz skarbu – Steven Mnuchin – ostrzega, że bezrobocie może w krótkim czasie wzrosnąć do nawet 20%. Pierwsze sygnały już widać – w wielu stanach ostatnie dni przyniosły lawinowy wzrost zarejestrowanych bezrobotnych. Tylko w Kalifornii ta liczba skoczyła z 40 do 80 tysięcy pomiędzy niedzielą a wtorkiem.

Budzi to złe wspomnienia z lat 30. ubiegłego wieku, kiedy rzesze bezrobotnych zamieszkiwały prowizoryczne slumsy z dykty. Uznano je za symbol nieudolności ówczesnego prezydenta i stąd ich szydercze określenie: Hooverville, miasteczka Hoovera. Czy już wkrótce zobaczymy analogiczne „miasteczka Trumpa”?

Bilion dolarów wystarczy?

W trwających prawyborach partii demokratycznej był do niedawna kandydat, który nazywa się Andrew Yang. Poparcie dla jego kandydatury wśród wyborców demokratów nie przekraczało 4%. Zaistniał w społecznej świadomości ze względu na wyjątkowo nieszablonowe propozycje. Najmocniejszym echem odbiła się jedna – 1000 dolarów dla każdego dorosłego Amerykanina. Miesięcznie. Yang przekonywał, że w dobie postępującej komputeryzacji i automatyzacji, kiedy miejsca pracy szybko znikają, a kolejne zawody okazują się niepotrzebne, sensownym rozwiązaniem jest wprowadzenie bezwarunkowego dochodu podstawowego dla każdego obywatela. Mimo dużego entuzjazmu oddolnych aktywistów (opowiadałem o tym w materiale wideo), kampania Yanga nie przekonała szerszej publiczności. Po pierwszych prawyborczych porażkach polityk zdecydował się wycofać swoją kandydaturę. Niektórzy przewidywali, że idea bezwarunkowego dochodu pozostanie w amerykańskiej polityce na dłużej. Ale chyba nawet sam Yang nie spodziewał się telefonu z Białego Domu zaledwie miesiąc później.

By zapobiec negatywnym skutkom problemów gospodarczych odczuwanych przez zwykłych obywateli, administracja Trumpa sięgnęła po jego postulat i zaproponowała dwie transze tysiącdolarowych czeków dla każdego dorosłego w USA, wypłacane od 6 kwietnia. Koszt całości szacowany jest na 500 mld dolarów.

Ale nie tylko ta astronomiczna kwota budzi wątpliwości. Termin realizacji jest wyjątkowo krótki. Nie wiadomo, kto miałby zarządzać tym nowym programem. Nie jest jasne, dlaczego pomoc mieliby otrzymać wszyscy, nawet ci zarabiający milion dolarów rocznie i więcej. Pojawiają się też pytania dotyczące bezdomnych oraz nielegalnych imigrantów – czy oni także otrzymają pomoc?

Nie jest też jasne, jak na taką propozycję zareagują republikanie w Kongresie. Wcześniejsze propozycje – dotyczące między innymi płatnych zwolnień lekarskich, dodatkowych benefitów dla bezrobotnych, dożywiania dzieci czy darmowych testów na koronawirusa – republikański lider większości w senacie, Mitch McConnell, nazwał „ideologiczną listą życzeń”.

Ostatecznie, po długich dyskusjach oraz przy poparciu prezydenta, ustawę udało się przegłosować. Wielu republikanów wyraża jednak obawę, czy proponowane zmiany nie będą oznaczały wprowadzenia progresywnych rozwiązań, które nie zostaną potem cofnięte, a także zastanawiają się, czy dodatkowe świadczenia (jak płatne zwolnienia lekarskie) nie doprowadzą do bankructwa mniejszych przedsiębiorców, którzy już i tak mają kłopoty z powodu epidemii. W najbliższym czasie przekonamy się, czy poparcie administracji wystarczy do przegłosowania pakietu stymulującego, którego wartość szacowana jest na około bilion dolarów.

Coraz mniejsza szansa na reelekcję?

Dziś tylko 46% Amerykanów wierzy, że rząd federalny robi wystarczająco dużo, by powstrzymać epidemię. Miesiąc temu było to 61%. Jeszcze mniej, bo tyko 37%, wierzy w informacje przekazywane przez Trumpa. Dlatego dziś prezydent, który jeszcze do niedawna przekonywał, że wirus nie okaże się dużo gorszy od zwykłej grypy, stawia na najmocniejsze dostępne środki.

Wstrzymane są podróże z Europy do Stanów, a ostatnio zamknięta została również granica z Kanadą. Biały Dom zaleca, by Amerykanie unikali spotkań w grupach większych niż 10 osób (wspomniane wcześniej CDC sugerowało ograniczenie do 50), rekomenduje pracę z domu, unikanie niepotrzebnych zakupów lub posiłków w restauracjach. Zniknął wcześniejszy optymizm i zapowiedzi, że z wirusem poradzą sobie wyższe temperatury. Obecnie Trump mówi, że sytuacja może się utrzymać do końca sierpnia, a rządowe dokumenty wskazują nawet półtora roku. Proponowane są ogromne środki, by powstrzymać gospodarkę przed zbyt gwałtownym upadkiem, a prezydent nie waha się sięgać po rozwiązania, które do niedawna uchodziły za zbyt postępowe dla niektórych demokratów.

Trump nie tylko musi powstrzymać epidemię i uratować amerykańską gospodarkę. Musi też ocalić swoje szanse na reelekcję. Choć dziś obserwujemy, jak kolejne stany opóźniają prawybory, a kampania stanęła w miejscu, bo kandydaci nie mogą spotykać się z wyborcami, a ich przekazy nie przebijają się przez lawinę informacji poświęconych koronawirusowi, to wybory 3 listopada muszą się odbyć.

W amerykańskim systemie datę wyborów określa ustawa – to pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada. Można sobie oczywiście wyobrazić, że Kongres przegłosowuje zmianę tego przepisu (mimo że Izba Reprezentantów ma większość demokratyczną, a Senat republikańską). Można nawet założyć, że żaden sąd nie uzna za celowe, by ten przepis podważyć. Jednak to przesunięcie nie mogłoby być zbyt duże, najpóźniej w grudniu wybory i tak musiałyby się odbyć, ponieważ 3 stycznia 2021 r. musi zostać zaprzysiężony nowy Kongres, a 20 stycznia rozpoczyna się nowa kadencja prezydencka. Te daty są zapisane w konstytucji. A żeby zmienić konstytucję, potrzeba zgody trzech czwartych wszystkich stanów, wyrażonych przez legislatury stanowe albo w drodze stanowych referendów. Taki proces może potrwać latami.

Zatem, pomijając sytuacje ekstremalne, w listopadzie Trump będzie zmuszony stanąć do wyborów, a to, jak rozwinie się kryzys, będzie podstawą do jego reelekcji. To trudna sytuacja. Przywoływany wcześniej prezydent Herbert Hoover przekonał się o tym boleśnie w 1932 r., przegrywając wybory z reprezentującym partię demokratyczną Franklinem Delano Rooseveltem. Hoover wygrał zaledwie w 6 stanach (w 34 mniej niż w 1928 r.). Jego nazwisko zostało na dobre sklejone z wszelkimi niedogodnościami czasów kryzysu.

Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej 2019-2021. Ten utwór jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.