Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Konstanty Pilawa  17 marca 2020

Polacy stanęli na głowie. 10 społecznych paradoksów w reakcji na pandemię

Konstanty Pilawa  17 marca 2020
przeczytanie zajmie 8 min
Polacy stanęli na głowie. 10 społecznych paradoksów w reakcji na pandemię Źródło: Chad Davis - flickr.com

Nie mamy rzetelnych danych, aby orzec, czy państwo adekwatnie zareagowało na kryzys. Nie wiemy też do końca, czy Polacy stosują się do wymogów kwarantanny. Huraoptymizm w stylu: „instytucje reagują bez zarzutu, całe szczęście, że mamy Szumowskiego” lub czarnowidztwo: „szpitale upadają, wszyscy umrą” niczego nam nie da, a może tylko zaszkodzić. To nie znaczy jednak, że nie wiemy nic. A to, co wiemy, jest z perspektywy społeczno-kulturowej paradoksalne.

W niedzielę na Jasnej Górze o 20:00 została odprawiona msza w intencji powstrzymania koronawirusa. Ojciec paulin, Michał Legan, wygłosił kazanie, które utkwiło mi w pamięci. We fragmencie Ewangelii (J 4, 5-42), w którym Chrystus porównuje się do wody dającej życie wieczne, ojciec Legan zwrócił uwagę na pozornie mało istotny fragment. Samarytanka po wysłuchaniu Boga zostawiła dzban pełen wody i wróciła do miasta, głosząc Dobrą Nowinę. Woda jest metaforą krwi Chrystusa, natomiast gliniany dzban symbolizuje kruchość naszego życia.

W obliczu pandemii i powszechnego strachu, powiada o. Legan, świadomość tymczasowości zdradza nieistotność większości spraw, którymi zajmujemy się na co dzień. Gliniane naczynie jedynie pozornie jest trwałe, a woda żywa tylko na pierwszy rzut oka wydaje się mało istotna, a tak naprawdę daje nam zbawienie. Z podobnym odwróceniem hierarchii sensu i z podobnymi paradoksami dnia codziennego spotykamy się od kilku dobrych dni. W obliczu kryzysu polskie społeczeństwo stanęło na głowie.

  1. Laicyzacja a masowa oglądalność mszy

Narzekamy na postępującą laicyzację polskiego społeczeństwa. Polacy, jak wynika z badań socjologicznych, coraz częściej chodzą do kościoła wyłącznie od święta. Zachowujemy rytuał i tradycję, ale szczególnie młoda część naszego społeczeństwa nie zgadza się z nauczaniem Kościoła, nie przyjmuje Eucharystii, nie uczestniczy regularnie w niedzielnej mszy.

Tymczasem od paru dni w polskich rodzinach tematem nr 1 był sposób zachowania się podczas telewizyjnej, internetowej lub radiowej transmisji mszy świętej. To nowe zjawisko społeczne wywołało spore zamieszanie i sprowokowało wiele pytań. Czy w domu klękać i śpiewać jak w kościele? Czy zamienić wytarty dres na eleganckie spodnie? Co to jest komunia duchowa, o której wszyscy tyle trąbią? Czy jeśli nie daję na tacę fizycznie, powinienem lub powinnam wpłacić datek na konto swojej parafii?

Co ciekawe, wszystkie największe media w Polsce intensywnie komentowały informacje podawane przez Episkopat i poszczególnych biskupów oraz relacjonowały, jak wygląda komunikacja na linii władza-Kościół. Można było odnieść wrażenie, że domowa msza staje się narzędziem odreagowania stresu, sposobem na uspokojenie zszarganych koronawirusem nerwów. Włosi śpiewają hymn na balkonach, a Polacy oglądają stream z Jasnej Góry. Tylko jedna transmisja mszy świętej w TVP 1 zgromadziła przed telewizorami 2,26 mln widzów. Ile osób uczestniczyło w dziesiątkach internetowych transmisji dostępnych codziennie chociażby na takich portalach, jak mszaonline czy msza-online.net? Trudno wyrokować.

Klasyczny odruch „jak trwoga to do Boga” i ogólne poruszenie widoczne zarówno w mediach tradycyjnych, jak i społecznościowych sprawiają wrażenie, jak gdyby narzucone z góry ograniczenie korzystania z niedzielnej mszy nie spowodowało zaniechania uczestnictwa w rytuale, lecz wręcz przeciwnie – zwiększyło zainteresowanie tym, co sakralne. Czy ten paradoks jest tylko wrażeniem, które zostanie zweryfikowane twardymi danymi, którymi jeszcze nie możemy operować? Czas pokaże.

  1. Polska „A, B, C” a nowy egalitaryzm

Narzekamy na bucowatość elit, które brzydzą się ludem. Na Warszawkę i Krakówek, które zatykają nos na samą myśl o narodowo-katolickich współobywatelach. Narzekamy na lud, bo dał się kupić i pozwala się mamić propagandą i benefisami Zenka Martyniuka w TV. Na co dzień mamy wrażenie, że żyjemy w dwóch społeczeństwach. Że jakaś nowa forma konfliktu  à la klasowego coraz mocniej daje nam się we znaki. Społeczeństwo wielkomiejskie ma dziś niewiele wspólnego ze społecznymi peryferiami. Ot, kilka symboli, język, mecz reprezentacji, barszcz na Wigilię.

Tymczasem od tygodnia wszyscy tak samo biją się o papier toaletowy, makaron i żele antybakteryjne. Wszyscy robią zakupy spożywcze niezależnie od grubości portfela, martwimy się o niepewne jutro. Większość jest siłą rzeczy pozamykana w swoich domach, z uwagą śledzi najnowsze informacje. Wszyscy rozmawiają o tym samym. Nagle okazuje się, że jesteśmy jedną wspólnotą losu i trzeba się jakoś znosić. I czy zwykle pochłaniam dania garmażeryjne i pasztet z kogucikiem, czy raczej konsumuję sushi i ramen, to tak samo mogę po prostu umrzeć, bo ktoś na mnie kichnął w tramwaju. Ktokolwiek. Ta świadomość może łączyć ludzi. Różnice klasowe stają się dziś mniej wyraźne.

  1. Izolacja a troska o dziadków

Narzekamy na kryzys więzi rodzinnych i siłą rzeczy musimy teraz izolować się od naszych babć i dziadków. Wszystkie statystyki demograficzne pokazują, że rodziny wielodzietne i wielopokoleniowe są coraz rzadziej spotykane w polskim społeczeństwie. Do tego dochodzą masowe rozwody, jeszcze mocniej dystansujące młodych od reszty familii. Model małżeństwa mającego jedno lub dwoje dzieci, które, gdy tylko dorosną, wyprowadzają się do Warszawy lub Krakowa na studia, to już właściwie nasz cywilizacyjny standard. Rodzina rozsiana często po całej Polsce i mieszkająca z dala od domu powoduje, że tylko od święta widzimy się z najstarszymi jej członkami.

A jednak teraz dużo częściej o nich myślimy. Obdzwaniamy całą rodzinę, spędzamy zalecaną kwarantannę na rozmowach z często na wpół już obcymi ludźmi, bo nagle dochodzi do nas, że tak po prostu trzeba. Nieustannie debatujemy, co zrobić, żeby uchronić zwłaszcza najstarszych przed zagrożeniem. Czujemy się nagle częścią większej całości pomimo tego, że zamknięci jesteśmy samotnie we własnych domach. Współczesne rodziny od kilku dni stają się jakby mniej nuklearne i trudno przechodzić wokół tego obojętnie.

  1. Teatr a plemienna wojna

Codziennie narzekamy na mityczną już wojnę rządzących z opozycją. Tymczasem zwykle krytykanccy dziennikarze mówią, żeby słuchać rządu, opozycja zgodnie z PiS-em uchwala specustawę, premier razem z całym rządem odpowiadają wyczerpująco i rzetelnie na pytania dziennikarzy i nawet Borys Budka merytorycznie dyskutuje, w jakich obszarach wspomóc ministra Szumowskiego. Studia telewizyjne i radiowe zapełniają się coraz częściej lekarzami i epidemiologami, a nie dyżurnymi komentatorami tematów wszelakich. Przez chwilę mamy wrażenie, że zwykle jesteśmy świadkami codziennego teatru, a nie, jak stwierdzaliśmy do tej pory, realnej wojny dwóch zwalczających się plemion.

Z takimi wnioskami, rzecz jasna, trzeba na spokojnie. Znowu zaczniemy się obrzucać politycznym łajnem. Choć jak na razie zdecydowanie rzadziej dochodzi do takich sytuacji. Zarówno satysfakcjonująca polityka informacyjna rządu, jak i trwająca od kilku dobrych dni propaństwowa strategia opozycji zasługują na docenienie. Pandemia tworzy obecnie paradoksalną sytuację dla naszej kultury politycznej.

  1. Pogarda do państwa a statolatria

Narzekamy na niewydolne instytucje, partyjniactwo, a nasze państwo już tradycyjnie mamy w głębokim poważaniu. Wystarczy spojrzeć na jakiekolwiek badania społeczne analizujące stosunek Polaków do polityków i instytucji państwa. Tymczasem, przynajmniej na ten moment, jesteśmy świadkami niemalże statolatrii (miłości do państwa). Niemal każdy szanuje wysiłek Łukasza Szumowskiego i chwali koordynację na linii premier-prezydent-rząd-GIS. Mamy ogólne poczucie, że politycy robią wszystko, żeby nie doszło do prawdziwej katastrofy. Zwykle natomiast, kiedy nic się nie dzieje, mamy wrażenie, że robią wszystko, by do jakiejś katastrofy doprowadzić.

Prawie 70% społeczeństwa w sondażu Ipsos pozytywnie oceniło reakcję rządu na pandemię. Nie pamiętam, aby jakikolwiek inne badanie społeczne dawało taki wyraz zaufania do działań władzy. To wręcz, patrząc na historię Polski, pomieszanie z poplątaniem. Stereotypowo Polak to indywidualista, któremu państwo jedynie przeszkadza. Czyżby w tak wyjątkowej sytuacji polskie społeczeństwo ograniczyło niechęć do państwa, która tak wyraziście definiowała III RP?

  1. Peryferia a „Zielona Wyspa”

Narzekamy na peryferyjny status Polski, że cały czas musimy ten Zachód gonić, bo jesteśmy biedniejsi, mniej osieciowani. Z tego też powodu nieustannie od 30 lat tkwimy w kompleksach Bartoszewskiej „biednej panny na wydaniu”. A teraz – właśnie dzięki tej peryferyjności – mamy jakieś dwa tygodnie więcej, żeby przygotować się na szczyt zachorowań. Do tego możemy podglądać błędy, jakie popełniono we Włoszech czy w Hiszpanii, i spróbować ich uniknąć. Czy będzie to możliwe, jest już zupełnie inną kwestią. Cieszymy się z tego, że jesteśmy do tyłu. Cieszymy się, że jako państwo stoimy niżej w globalnych łańcuchach dostaw, że nadal ilość cudzoziemców odwiedzających nasz kraj z powodów biznesowych, naukowych czy prywatnych jest w Polsce niższa niż na Zachodzie.

Takie położenie chroni nas przed jeszcze większą skalą społecznej paniki. Mamy zadanie: Zachód zignorował zagrożenie, my musimy tego uniknąć. To komfortowa sytuacja z perspektywy psychologicznej. Jasny cel, wspólna sprawa rządu, opozycji i społeczeństwa, a do tego dość śliski moralnie temat. Ile przez ostatni tydzień widzieliście tabelek porównujących liczbę ofiar? A ile razy z poczuciem ulgi spoglądaliście na Lombardię, powtarzając w myślach: „Uff. Na szczęście u nas lepiej. Może nas to po prostu ominie”?

  1. Rozbisurmanienie a legalizm

Narzekamy na hiperindywidualizm oraz brak karności polskiego społeczeństwa. Polak jest rozbisurmaniony i nie po kolei mu z władzą i wszelkimi regułami. Do urzędu idziemy po to, aby coś załatwić, czyli zrobić tak, aby wyszło na nasze. Naród Twardowskich, co nawet diabła potrafią oszwabić. Śmiejemy się z Niemców, którzy nawet gdyby szli do powstania, kasowaliby w tramwajach bilety.

Tymczasem co najmniej po pierwszych dniach wprowadzenia stanu epidemiologicznego większość znaków na niebie i ziemi pokazuje, że to Polacy zareagowali jak stereotypowi Niemcy. Znamy niewiele przypadków zlekceważenia kwarantanny. Ulice świecą pustkami, buntów społecznych nie widać, Polacy jak na razie potulnie znoszą ograniczenia nakładane przez władzę i co do zasady raczej nie kombinują. „W sobotę policja skontrolowała 5 tysięcy osób pozostających w kwarantannie, 17 z nich nie dostosowało się do zaleceń” – mówił na antenie radiowej jedynki wiceszef MSWiA, Paweł Szefernaker.

  1. Konsumpcjonizm a post i ekologia

Narzekamy na niekontrolowaną konsumpcję. Kupujemy więcej, niż zdolni jesteśmy sensownie spożytkować, zjeść i użyć. Od wiecznego karnawału nie ma żadnego wyjątku. Gdy jesteśmy na urlopie lub akurat są święta, po prostu konsumujemy i wydajemy jeszcze więcej niż zwykle. Jako katolicy narzekamy, że kalendarz liturgiczny funkcjonuje równolegle do świeckiego, nie mając z nim wiele wspólnego. Jaki procent Polaków odmawia sobie hucznych imprez w Wielkim Poście lub poważnie traktuje zalecenie Kościoła dotyczące poważnych pokutnych postanowień? Sądzę, że zdecydowana mniejszość, nawet tzw. praktykujących katolików.

Tymczasem w trwającym właśnie Wielkim Poście właściwie nie mamy innego wyjścia, jak tylko włączyć wszystkie obostrzenia z nim związane do naszego codziennego życia. Nie pójdziemy do pubu, restauracji, kina, nie spędzimy nocy na imprezie. Najbardziej atrakcyjną formą spędzania czasu okazuje się kolejny serial na Netflixie lub planszówki z rodziną. Ku uciesze katolików i ekologów (nie traktować obu grup rozłącznie!) rezerwuar możliwych wykroczeń przeciwko wierze lub klimatowi znacząco się zawęził.

  1. Cholerne smartfony a zbawcza technologia

Narzekamy na co dzień na wykorzystujące nas algorytmy i wszechogarniającą technologię, która męczy nasze mózgi i analfabetyzuje nasze dzieci. Że w pracy przez odpalonego Fejsa i Snapa nie potrafimy się skupić, a po 8 godzinach i tak wychodzimy zmęczeni. Po ostatnich aferach nikt już nie ufa Facebookowi, a naklejki na kamerkę w laptopach zapewne świętują rekordy sprzedaży. Doszło do nas, że nasza prywatność jest zagrożona przez nowe technologie. Że „komputer osobisty” to dziś oksymoron. Rośnie świadomość zagrożeń związanych z pornografią i przestępczością seksualną. Media społecznościowe negatywnie wpływają na relacje, a ich nałogowe używanie pozytywnie koreluje z niespotykanym dotąd współczynnikiem samobójstw wśród młodzieży. Mit Internetu jako narzędzia edukującego masy został już chyba ostatecznie obalony.

Jasne. Ciekawe jednak, jak byśmy teraz zarabiali na chleb, gdyby nie zdalna praca w domu przez komputer podłączony do sieci. Ile branż ma możliwość bezpiecznego kontynuowania pracy tylko dzięki temu jednemu narzędziu? Technologia w tym wypadku nie tylko ułatwia nam życie, ale wręcz je umożliwia. W kwarantannie wszyscy funkcjonujemy jak niepełnoprawni. Internet to dla naszej gospodarki prawdziwy respirator, dzięki któremu mogliśmy sobie pozwolić na tak radykalne ograniczenia i nadal mamy nadzieję, że czeka nas tylko recesja, a nie prawdziwa zapaść.

  1. Homo viator a domator

Narzekamy na szalone tempo naszego życia i brak możliwości kontaktu z najbliższymi. Na nieustanną podróż do pracy lub z pracy, dodatkowe zajęcia. Na godziny spędzane w korkach, na przepychanki w zatłoczonych tramwajach i śmierdzące ulice od spalin. Czujemy się winni, że znowu nie zdążyliśmy zamienić z żoną chociażby słowa przez cały dzień, nie znaleźliśmy czasu na rytualną rozmowę z dziećmi, zaczynającą się typowo od pytania: jak w szkole?

Tymczasem za nami jeden weekend bez pracy (bo prawie zawsze trzeba coś nadrobić), wyjścia do kina, restauracji, pubu, imprezy ze znajomymi. Pełne dwa dni spędzone tylko z najbliższą rodziną. I co? I trafia nas szlag. Okazuje się, że nieustanne pragnienie posiadania domu z prawdziwego zdarzenia staje się wygodną iluzją, która zapewnia nam jedynie paliwo do dalszej pracy. Jeśli kwarantanna będzie trwała miesiąc lub dwa, będziemy wreszcie zmuszeni do tego, aby na nowo nauczyć się, jak z człowieka wiecznie w drodze stać się domatorem. Jak odnowić relacje poza sztywnymi schematami, którymi w zwykłej sytuacji rządzi pieniądz lub wygoda samotności.

***

Jak łatwo zauważyć, każdy z 10 paradoksów jest pozytywnym zjawiskiem dla polskiego społeczeństwa. Trzeba jednak dla świętego spokoju podkreślić, że kilkudniowa kwarantanna nie spowoduje oczywiście, że nasze społeczeństwo zmieni swoje nawyki i stanie się mniej konsumpcyjne, bardziej religijne, legalistyczne, rodzinne i zdyscyplinowane. Nawet kilkumiesięczna kwarantanna nie dokona żadnej rewolucji.

Im dłużej będzie trwać, tym karność Polaków będzie się zmniejszać, a incydentów przybywać. Na razie po prostu jesteśmy tak zszokowani sytuacją, że niczym dzieci przyłapane na gorącym uczynku postępujemy chwilowo zgodnie z wyobrażeniami o tym, jak powinniśmy się zachowywać w tak nadzwyczajnych warunkach. Minie pewien czas, a zbiorowe superego przegra ze zbiorowym id.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.