Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  3 marca 2020

Starcie miliarderów. Czy Michael Bloomberg zostanie „Trumpem dla demokratów”?

Andrzej Kohut  3 marca 2020
przeczytanie zajmie 7 min

Wydaje się absolutnym przeciwieństwem oczekiwań postępowych demokratów. Biały, dobiegający osiemdziesiątki, pochodzący ze Wschodniego Wybrzeża, dziewiąty na liście najbogatszych ludzi na świecie. Dorobił się majątku na Wall Street. To w dodatku dawny członek Partii Republikańskiej. Dołącza do prezydenckiego wyścigu spóźniony, w momencie, kiedy wśród demokratów coraz głośniej wybrzmiewają głosy skierowane przeciwko takim, jak on – uprzywilejowanym bogaczom. Czy zatem kandydatura Bloomberga ma w ogóle jakiś sens?

Do walki o nominację dołączył, kiedy pozostali kandydaci rywalizowali już od co najmniej kilku miesięcy. Od razu zrezygnował z udziału w początkowych prawyborach, które co prawda odbywają się w niezbyt ludnych stanach, więc nie zapewniają zbyt wielu głosów delegatów, ale często ustalają dynamikę samego wyścigu. Kto straci na początku, temu trudno jest potem odrobić straty, o czym właśnie przekonał się boleśnie Joe Biden.

Jakby tego było mało, Bloomberg zrezygnował z szukania wsparcia u darczyńców, podkreślając, że byłoby to niestosowne, gdyby ktoś z jego majątkiem prosił o datki. Ta strategia spowodowała jednak, że nie mógł wziąć udziału w debatach telewizyjnych. Demokraci, musząc sobie poradzić z nadmiarem kandydatów chcących ubiegać się o nominację, wprowadzili kryteria kwalifikacyjne – jedno oparte na sondażach, a drugie na liczbie indywidualnych darczyńców – by wyselekcjonować liczących się kandydatów. Dopiero niedawno partia ugięła się i zmieniła zasady, umożliwiając Bloombergowi wzięcie udziału w kolejnych debatach.

Ile kosztuje prezydentura?

Największym atutem Bloomberga jest niewątpliwie jego majątek, szacowany na ponad 60 mld dolarów, a także przekonanie, że warto te pieniądze zainwestować w potencjalny polityczny sukces. Tylko w czwartym kwartale 2019 r. Bloomberg wydał ponad 180 mln dolarów, wyprzedzając tym samym Donalda Trumpa, a także czterech najważniejszych rywali z Partii Demokratycznej razem wziętych.

W pierwszej połowie lutego jego wydatki przekroczyły 400 mln, a już pojawiają się zapowiedzi, że planuje on wydać miliard, może nawet dwa, jeśli zajdzie taka trzeba. Już teraz jest kandydatem, który na kampanię poświęcił najwięcej własnych środków. Następny na liście jest Tom Steyer ze „skromnym” wynikiem „zaledwie” 240 mln, a aktywną kampanię prowadzi od lipca zeszłego roku. Dla porównania szczycący się samowystarczalnością Donald Trump wydał na całą kampanię w 2016 r. ok. 70 mln dolarów. I oczywiście korzystał ze wsparcia darczyńców.

Na co wydawane są te astronomiczne kwoty? Przede wszystkim na reklamę. Spoty Bloomberga dosłownie zalały amerykańskie telewizje, przysłaniając wszystkich pozostałych kandydatów. Miliarder zdecydował się nawet na zakup minuty czasu antenowego podczas najdroższej przerwy reklamowej świata – w trakcie Super Bowl. Emisja spotu nawiązującego do postulatu ograniczenia dostępności broni palnej kosztowała go najprawdopodobniej ok. 10 mln dolarów. Spośród innych kandydatów tylko Donald Trump zdecydował się na podobny krok.

Podobną skalę inwestycji Bloomberg pokazuje w sieci. NBC policzyło, że wydając średnio milion dolarów dziennie na Facebooku, jego kampania przebiła działania Trumpa w analogicznym okresie w 2016 r. jakieś pięć razy. Tylko 30 stycznia Bloomberg wydał „na Fejsa” 1,7 mln dolarów. I nie są to pieniądze wydatkowane bez pomysłu, o czym świadczyć może jego współpraca z młodymi influencerami, w ramach której zaprezentowano screeny z rzekomych konwersacji pomiędzy nimi a kandydatem. Bloomberg pozuje w nich na „dziadka, który nie rozumie internetów” i prosi o wsparcie w tworzeniu memów. Akcja była znakomicie przygotowana i spotkała się z bardzo szerokim odzewem, również poza Stanami Zjednoczonymi.

Warto być filantropem

Jednak nawet miliony przeznaczone na marketing mogą nie przykryć wypadających trupów z szafy. Michael Bloomberg od dawna jest aktywny w amerykańskiej polityce (w latach 2002-2013 był burmistrzem Nowego Jorku), a w jego dorobku i medialnych wypowiedziach niejedno można „wygrzebać”. Przykładowo, pracownicy kampanii prezydenta Trumpa ujawnili taśmę, na której słychać Bloomberga argumentującego na rzecz kontrowersyjnej polityki zatrzymywania i przeszukiwania podejrzanych przechodniów (stop and frisk). W czasach, kiedy był burmistrzem, praktyka ta osiągnęła rekordowy poziom w działaniach nowojorskiej policji. Dziś stop and frisk często jest uznawane za rasistowskie i nieskuteczne (większość zatrzymań dotyczyło osób należących do mniejszości etnicznych i finalnie niewinnych).

Sam Bloomberg przeprosił za popieranie tego rozwiązania jeszcze przed ogłoszeniem startu w prawyborach. Jednak na nagraniu słychać, jak opisuje „95% morderców”. Tłumaczy: „Możecie wziąć ten opis, skserować i rozesłać do gliniarzy. Mężczyźni, z mniejszości, 15-25 lat”. Sformułowanie trudne do usprawiedliwienia przed demokratycznymi wyborcami. Nawet Donald Trump skomentował te słowa na Twitterze: „TOTALNY RASISTA”.

To tylko wierzchołek góry lodowej. Szeroko komentowana jest też wypowiedź, w której Bloomberg winą za kryzys z 2008 r. obarczył banki, które zrezygnowały z praktyki redliningu (zasady nieprzyznawania kredytów mieszkańcom określonych dzielnic, najczęściej zdominowanych przez mniejszości rasowe). Kolejna sprawa to jego wątpliwości co do prawdomówności ofiar ujawniających swoje oskarżenia w ramach akcji #metoo. To z kolei łączy się z zarzutami o niestosowne zachowania, jakie pojawiały się pod jego adresem ze strony różnych kobiet. Można podejrzewać, że jego przeciwnikom materiałów nie zabraknie, a Bloombergowi trudno będzie dobrze na nie odpowiedzieć, co pokazała ostatnia debata.

Jednak i tutaj pieniądze mogą pomóc. Dobrze ilustruje to sytuacja przytoczona niedawno przez „New York Times”. Dziennik opisał sytuację komitetu politycznego „Emily’s List”, wspierającego kobiety startujące w wyborach z ramienia Partii Demokratycznej, które opowiadają się za prawem do aborcji. W 2018 r. zorganizował on wydarzenie fundraisingowe, na które był zaproszony Michael Bloomberg. Wewnątrz organizacji pojawiły się wątpliwości, czy nie należałoby wycofać się z zapraszania miliardera, który dopiero co ostro skrytykował akcję #metoo, ale ostatecznie nie zdecydowano się na ten krok. Przyczyna była prosta: przez kilka lat Bloomberg wspierał organizację finansowo na łączną sumę 6 mln dolarów. Postanowiono nie zrażać do siebie hojnego darczyńcy.

A to przecież drobiazg, jeśli wziąć pod uwagę skalę filantropijnych działań Bloomberga, szacowanych na ponad 10 miliardów dolarów. Wiele organizacji walczących o kwestie bliskie demokratycznym wyborcom nie zaryzykuje akcji przeciw Bloombergowi z obawy przed utratą środków. Na czele tej listy można wskazać… samą Partię Demokratyczną. W wyborach z 2018 r., które pozwoliły jej odbić Izbę Reprezentantów, wsparcie Bloomberga sięgnęło 100 mln dolarów. A miliarder wciąż obiecuje, że finansowy strumień będzie jeszcze szerszy, niezależnie od tego, czy zdobędzie nominację.

Nie zabija się kury znoszącej złote jaja. Dlatego wiele podmiotów wspieranych przez Bloomberga może nie przyłożyć ręki do ataków na niego, a nawet udzielić mu poparcia w stosownym momencie.

Pieniądze nie kupią entuzjazmu

Kampania Bloomberga to już dziś ogromna maszyna. Ponad dwa tysiące pracowników, którzy zarabiają prawie dwa razy więcej niż u konkurencji (6 tys. dolarów miesięcznie, a do tego najnowszy iPhone i iPad, oczywiście w trosce o cyberbezpieczeństwo), dba o to, by wszystko było „naj”. Co nie jest takie trudne, kiedy studnia z pieniędzmi nie ma dna. Kwatera główna kampanii na Times Square w Nowym Jorku? Proszę bardzo. Specjalne oddziały w stanach i na terytoriach, gdzie odbędą się prawybory, nawet w Portoryko? Nie ma sprawy. Mural, na tle którego kandydat wygłosi przemówienie? Zrobione. Koszulki, balony, plakaty, transparenty. Wszystko jest.

Pytanie jednak brzmi: czy będzie entuzjazm? Trudno sobie na razie wyobrazić, by wokół kampanii Bloomberga mieli się pojawić tak oddani zwolennicy, jak członkowie Yang Gang, popierający przedsiębiorcę Andrew Yanga, który niedawno wycofał się z wyścigu. Nie będzie więc stworzonych oddolnie piosenek czy absurdalnych napiwków mających zwrócić uwagę kelnerów na kandydata, którego nazwisko zapisano na paragonie.

W przekazie Bloomberga nie ma niczego, co rozpalałoby wyobraźnię tłumów: ani muru, za który zapłaci Meksyk, ani służby zdrowia dla wszystkich, jak u Sandersa. Atmosfera na jego wiecach jest spokojna, zwolennicy chętnie zakładają koszulki przygotowane przez sztab wyborczy i skromnie wiwatują w odpowiednich momentach.

Elementem, który prawdopodobnie wpłynie na ten brak emocji, jest również brak tradycyjnego zbierania datków od darczyńców. To, co z jednej strony może budować wizerunek Bloomberga jako kandydata samowystarczalnego, z drugiej odbiera mu szansę na pozyskanie bardziej lojalnych zwolenników. Nie od dziś wiadomo, że darczyńca jest dużo wierniejszym wyborcą.

Wiatr w kampanijne żagle

Dlatego długo mogło się wydawać, że Bloomberg nie ma większych szans na powodzenie w trwających prawyborach. Pieniądze to przecież nie wszystko, jak dobrze pokazała kampania z 2016 r. Hillary Clinton wydała prawie dwa razy tyle co Trump, z wiadomym skutkiem. Samo wydawanie milionów na reklamę niczego nie gwarantuje. Również rezygnacja z udziału w początkowych prawyborach (Iowa, New Hempshire, Nevada i Karolina Południowa), a także wyeliminowanie się z debat świadczyły raczej o niezrozumieniu mechanizmów rządzących prezydenckim wyścigiem. Warto wskazać, że wyborcy o umiarkowanych poglądach od miesięcy mieli swojego kandydata – Joe Bidena.

Tymczasem zaczął się cykl prawyborów i nagle wiatr zaczął sprzyjać Michaelowi Bloombergowi. Przede wszystkim dwie klęski poważnie zachwiały kandydaturą Joe Bidena, który przez wielu był traktowany jako kandydat z rozsądku, „wybieralny”. W wyścigu zaczął natomiast dominować Bernie Sanders, przez wielu postrzegany jako radykał. Ale ważniejsze jest to, że pierwsze prawybory nie wyłoniły wyraźnego lidera wyścigu. W grze wciąż pozostaje szersze grono kandydatów. No i jeszcze jedno: sondażowe spadki Bidena miały kilku beneficjentów, ale jeden zyskał najwięcej – Michael Bloomberg.

Taktyka ominięcia pierwszych prawyborów, którą kandydat uzasadniał zbyt późnym dołączeniem do wyścigu i niemożliwością zbudowania odpowiedniej kampanii w początkowych stanach, zaczęła w niespodziewany sposób procentować. Bloomberg uniknął przypadkowej porażki, która mogłaby zaważyć na jego wiarygodności w sposób analogiczny do Bidena. Zamiast tego zyskał pozycję kandydata, na którego start wielu czeka. Tego, który może wyłonić się z chaosu zbyt wielu kandydatur.

Bloomberg zresztą nie tylko przez dłuższy czas nie brał udziału w debatach. Świadomie nie angażował się w przepychanki z pozostałymi demokratami i swoją kandydaturę budował w opozycji do prezydenta Trumpa, tylko jego uznając za godnego przeciwnika. Teraz ta strategia zaczyna procentować.

Słabe wyniki Bidena sprawiły, że to Bloomberga Trump obawia się dziś najbardziej, czego może dowodzić ujawnienie taśm lub  tweety Trumpa, w których nazywa Bloomberga „Mini Majkiem”, robiąc przytyk do jego wzrostu (te obelgi Trumpa to już mała tradycja: Biden był „leniwym Joe”, a Clinton „krętaczką Hillary”). Kandydat umiarkowany to dla Trumpa o wiele gorszy przeciwnik. Socjalista Sanders nie będzie dla jego wyborców sprzed czterech lat kuszącą alternatywą.

Ataki ze strony Trumpa to dla Bloomberga znakomita wiadomość, bo stanowią gwarancję zainteresowania mediów. Podobnie mogą mu się przysłużyć rywale spośród demokratów, którzy od kilku dni na nim koncentrują swoje ataki. Podczas swojej debiutanckiej debaty otrzymał więcej ciosów niż prowadzący w sondażach Bernie Sanders. Część komentatorów sugerowała, że to trudny moment dla Bloomberga, bo po raz pierwszy doświadcza presji ze strony rywali: mnożą się ataki i próby odkopania niewygodnych faktów z jego przeszłości. Ale, paradoksalnie, może to być bardzo dobry moment dla Bloomberga.

Prezydent Bloomberg?

Był już taki kandydat, który zawsze postępował nieortodoksyjnie, łamiąc przyjęte konwencje. Budził niechęć niemal wszystkich rywali, którzy zgodnie występowali przeciwko niemu. Raz za razem media ujawniały niewygodne fakty na jego temat, które ostatecznie miały go pogrążyć. Po każdej debacie mówiono, że przeżył straszną noc, a jego konkurenci wypunktowali jego słabości. A potem stopniowo okazywało się, że nieustające ataki skoncentrowały na nim uwagę dziennikarzy i komentatorów. To on stał się punktem odniesienia dla pozostałych kandydatów. To jego wypowiedzi cytował każdy serwis informacyjny. To on dominował na okładkach gazet. Każdy z rywali chciał być dla niego alternatywą, jednocześnie potwierdzając, że to on jest głównym kandydatem. A potem ten człowiek wygrał wybory. Nazywał się Donald J. Trump.

Czy Michael Bloomberg może pójść tą samą drogą? Mimo nieudanego debiutu w telewizyjnej debacie, wciąż istnieje taka możliwość. Wiele pokaże tzw. superwtorek (3 marca), kiedy swoje preferencje ujawnią wyborcy z aż 14 stanów, w tym z dwóch spośród najludniejszych – Teksasu i Kalifornii. Jeśli Bloombergowi uda się pokonać Bidena szybko uwiarygodni się jako główny kandydat umiarkowanych wyborców.

Dołączyć do nich mogą ci, którzy będą się obawiali o szanse Sandersa w ostatecznym starciu (sondaże pokazują, że nawet 3/4 Amerykanów deklaruje niechęć do głosowania na socjalistycznego polityka) oraz establishment partyjny, który nigdy senatora z Vermontu nie lubił, a Bloombergowi przynajmniej zawdzięcza finansowe wsparcie. Niezdecydowani wyborcy mogą zaś uwierzyć, że nieograniczony budżet pozwoli mu rozprawić się z Trumpem. A nie wolno zapominać, że to dla wielu demokratów kluczowa kwestia w wyborach 2020 r., która wyjaśnia, dlaczego Biden przez tyle miesięcy utrzymywał się na szczycie sondażowych notowań, mimo że kandydatem był raczej przeciętnym. Teraz to właśnie zwycięstwo nad Bidenem jest dla Bloomberga kluczowym wyzwaniem. Były wiceprezydent po wygranych prawyborach w Karolinie Południowej wrócił do gry, a dodatkowo może go wzmocnić wycofanie się z wyścigu innego kandydata umiarkowanego, Pete’a Buttigiega. Jednak potężna kampania Bloomberga w stanach decydujących w ramach super wtorku może zniwelować tę przewagę. Starcie miliarderów w wyborach prezydenckich wciąż nie jest niemożliwe.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

licencja standard