Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Mateusz Parkasiewicz  29 lutego 2020

Romantyczny patriotyzm Ukrainy nie zbuduje silnego państwa

Mateusz Parkasiewicz  29 lutego 2020
przeczytanie zajmie 6 min
Romantyczny patriotyzm Ukrainy nie zbuduje silnego państwa Por Mstyslav Chernov/Unframe/wikipedia

Czy jest możliwe, aby ukraińskie społeczeństwo dojrzało do etapu budowy stabilnego państwa? Na to pytanie najlepiej odpowiadają, świadomie bądź nie, sami Ukraińcy w sondażu z grudnia zeszłego roku, zawierającym pytanie: „Czym jest patriotyzm?”. Z badania jasno wynika, że militarny model patriotyzmu nadal dominuje nad Dnieprem. Co więcej, nawet pobieżna analiza ukraińskiej debaty publicznej nie przynosi pocieszenia – nasi wschodni sąsiedzi umiłowali tanią martyrologię. A taka nie może przynieść niczego dobrego. Najlepiej wiemy o tym na swoim przykładzie.

Poczyńmy na początek kontrowersyjne założenie metodologiczne. Sposób rozumienia patriotyzmu przez Ukraińców, wszechobecny w tamtejszej kulturze, adekwatnie oddaje sondaż przeprowadzony przez Fundację „Demokratyczne Inicjatywy” im. Ilka Kuczeriwa. Współczesna literatura ukraińska oraz moje osobiste doświadczenia tylko to potwierdzają.

Dziecko zderzenia cywilizacji

Ukraińcy najczęściej definiują patriotyzm tak, jak inne narody, a więc słownikowo. Najwięcej osób wybierało wariant: „patriotyzm to miłość do ojczyzny”. Pomijając jednak tę encyklopedyczną oczywistość, na drugim miejscu znajduje się odpowiedź, która znacznie więcej mówi o obecnej kondycji tego społeczeństwa – „Patriotyzm to gotowość do obrony ojczyzny. Jeśli trzeba, zbrojnej”. W ilości zebranych głosów niemal dorównuje słownikowej definicji. Pobieżny obserwator mógłby stwierdzić, że jest to naturalne i każdy naród zachowałby się podobnie w obliczu wojny, bo tak działa instynkt obronny. I miałby rację. Z tym, że w przypadku Ukrainy „bojowy” patriotyzm jest o wiele silniej zakorzeniony w tożsamości narodowej niż w przypadku krajów wyraźnie osadzonych w danym kręgu cywilizacyjnym.

By zrozumieć błędne koło tamtejszej tragicznej historii (i współczesności), na której wyrósł ów „romantyzm”, trzeba sobie powiedzieć jasno: Ukraina leży na granicy. Przy dokładniejszym badaniu historii tego kraju kwestia ta staje się coraz bardziej oczywista. Naród mający korzenie na prowincji oraz kształtujący się na styku, używając terminologii huntingtonowskiej, „płyt tektonicznych” cywilizacji Wschodu i Zachodu, rozwija się o wiele bardziej patologicznie niż narody o ugruntowanej przynależności do kręgu cywilizacyjnego. By to spostrzec, dobrze byłoby wziąć na warsztat okres prapoczątkowy dla formowania się tożsamości współczesnych Ukraińców, czyli czasy kozackie.

Kulturę kształtującą się w łonie państwa katolickiego, którą bardzo szybko zdominował rusko-prawosławny charakter, można, a nawet trzeba uznać za pewien fenomen. Jednak nieco później, wraz z wybuchem wojen kozackich, Ukraińcy ostatecznie zostali ulokowani na antagonistycznie nastawionych wobec siebie osiach Wschodu i Zachodu. Widać wtedy jak na dłoni, jak głęboko martyrologiczno-bojowa narracja tkwi w tożsamości ukraińskiej – można by nawet powiedzieć, że w pewnym sensie stanowi jej korzeń.

W XIX w., mimo różnorodnych prądów i pojawiających się głosów krytycznych wobec budowania tożsamości na etosie kozackim, jak chociażby ten Pantałejmona Kulisza (autor w swoich wierszach nazywa Bohdana Chmielnickiego „psem”, a samych Kozaków zaporoskich obwinia o zrujnowanie Ukrainy), etos ów dowiódł swojej trwałości poprzez twórczość Tarasa Szewczenki – dziś ukraińskiego wieszcza narodowego, autora słynnych Hajdamaków.

Taka jest przeszłość. Jeżeli zaś chcemy mówić o przyszłości Ukrainy, trzeba założyć, że wojna się kiedyś skończy, a co za tym idzie – odrzucić koncepcję, według której położenie na granicy Wschodu z Zachodem jest na wieczność związane z nieustannym konfliktem. Powstaje zatem dość trudne pytanie: czy społeczeństwo ukraińskie zdoła się zorganizować jako wspólnota obywateli państwa, które nie toczy wojny?

Krajobraz po bitwie

Zacznijmy od truizmu: podstawą sprawnie funkcjonującego społeczeństwa jest świadomy obywatel. Jak podaje sondaż, wiedza o własnej historii i kulturze zajmuje dopiero piąte miejsce, tuż po „życiu zgodnie z krajowym prawem” i tuż przed „uczestniczeniem w wyborach”. Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że to właśnie historia i kultura kształtują świadomość narodową i obywatelską. Dość niska pozycja tej odpowiedzi, czy raczej stan społeczeństwa, który za takie zjawisko odpowiada, powinien mobilizować patriotycznie nastawionych ludzi kultury, pisarzy, poetów i reżyserów filmowych do tego, by jeszcze silniej zaangażować się w kształtowanie postawy obywatelskiej. I w wielu przypadkach tak się faktycznie dzieje. Uprawiać zaangażowaną patriotycznie sztukę można jednak na dwa sposoby – albo dystansując się od wulgarnie rozumianej martyrologii, albo żywiąc się nią (kwestia ta dotyka też twórcy jako części społeczności). Pierwsze postawę obywatelską kształtuje, drugie jest dla niej zabójcze.

Jeśli spojrzymy na ukraińską scenę kulturalną, spotkamy oba warianty. Można je zidentyfikować odpowiednio z Serhijem Żadanem i Oksaną Zabużko. Co dla świadomości obywatelskiej robi Żadan? Sam fakt, że w swoich powieściach (Woroszyłowgrad, Internat) portretuje Ukraińców z „Dalekiego Wschodu” – obszaru, z którego sam się wywodzi – i konfrontuje dzięki temu wyobrażenia reszty kraju o miejscowych, jest, można powiedzieć, idealnym przejawem myślenia państwowego. Gdy w książce wypowiada się Wschodniak, mówi głównie surżykiem, choć nie brak tam postaci posługujących się nieco bardziej literacką ukraińszczyzną. Krytykowany za rusyzmy odpowiada, że banalna literatura go nie interesuje. I słusznie. Banał nie rozwija. Nie burzy strefy komfortu, nie daje wyjść poza nią. Znamiona krytycznej, obywatelskiej pozycji, możemy znaleźć w wielu wypowiedziach pisarza dla portali internetowych, jak chociażby wywiad, w którym mówi: „W walce z wrogiem zapominamy o szukaniu sojuszników”.

Oksana Zabużko prezentuje się już nieco inaczej. Pisarka zdaje się widzieć siebie jako głos narodu, który nareszcie odpłaci się wszystkim za lata zniewagi i poniżenia Ukraińców. Dość wspomnieć powieść Muzeum porzuconych sekretów, w której jeden z bohaterów tłumaczy, że to „spuścizna Polski swoim dwudziestoleciem rządzenia nami z pogardą […] wyhartowała nas jak siekierę”. Komu to porównanie nie mrozi krwi w żyłach? Gdy jednak dodamy do tego aktywność publiczną autorki, mamy pełen obraz literatki, która żywi się w swojej działalności traumą własnego narodu: „Może wyjść taki Sasza Rojtburg [dyrektor Odeskiego Teatru, dawny znajomy Zabużko] i powiedzieć, że poł strany gawarit’ pa ruski, a ja mogę, emocjonalnie, zachcieć walnąć go w fizys”.

W sondażu posługiwanie się językiem ukraińskim zajmuje centralne miejsce. Ta kwestia dotyczy także i Polski: „Przebudza się polska duma imperialna, która, chcecie czy nie, jest karykaturą dumy rosyjskiej […]. Polski nikt się nie boi, ale wasza trauma narodowa nie chce tego uznać”. Krytycznej diagnozy własnego społeczeństwa ze świecą szukać. Od pisarki powinno się oczekiwać czegoś więcej niż tylko schlebiania narodowym bolączkom. Jeśli większość pisarzy ukraińskich poszłaby tą drogą, „kultura i historia” jeszcze długo nie załapią się do pierwszej trójki, a bojowo-romantyczna koncepcja patriotyzmu nadal będzie tak wszechobecna i przytłaczająca. Tę wizję można podpisać słowami samej Zabużko: „I tu wyciągam swojego Kałasznikowa i mówię: ach, wy k…, pamięć wam odrąbało?”. Gdyby powojenna, ukraińska obywatelskość kształtowała się na patriotycznym zaangażowaniu Oksany Zabużko, trudna dola tego kraju miałaby, niestety, ciąg dalszy.

Ludzie kultury na Ukrainie, chcąc jednoczyć społeczeństwo, powinni przestać kokietować masy tanią martyrologią. W kraju tak zróżnicowanym kulturowo jak Ukraina należałoby raczej kształtować świadomość obywatelską, która poczucie wspólnoty stawia ponad wszelkie inne różnice, religijne i kulturowe. Na pewno nie pomoże w tym nacjonalizm i życie w tzw, matriksie à la Zabużko, w którym wszyscy wokół są źli i życzą zguby ojczyźnie, a tylko ona jedna jest czysta i nieskazitelna. Brzmi znajomo?

Ojczyzna – tak, władza – nie 

Przy całym swym bojowym nastawieniu ukraiński patriotyzm ma jedną, bardzo ważną cechę. Na przedostatnim, jedenastym miejscu znajduje się szacunek do władzy. I można by to wbrew pozorom uznać za sygnał pozytywny. Krytyczny stosunek do ośrodków rządzących nie jest na Ukrainie niczym nowym, a co za tym idzie – po uspokojeniu sytuacji mógłby pełnić rolę motoru społeczeństwa obywatelskiego.

Na razie jednak trwa wojna, a owa ukraińska nieufność do władzy wytworzyła społeczne podziały. 70% kraju, mające dość władzy „króla czekolady” Poroszenki, wybrało człowieka, o którym nie było wiadomo praktycznie nic. To zaś zamiast wspólnego oczekiwania na zmiany (jak zapewne widziała to większość głosująca za Zełenskim) wywołało w społeczeństwie konflikt. Powyższa sytuacja pokazuje, że o ile nieufność wobec władzy jest dobrą, europejską cechą społeczeństwa, o tyle działania wojenne wymagają jednak autorytetu. Nie bez powodu Petro Poroszenko na swoich plakatach wyborczych rok temu umieścił siebie naprzeciw Władimira Putina. Sztabowcy eksprezydenta doskonale wiedzieli, czym zagrać.

Jak widać, patriotyzm Ukraińców nie potrzebuje oparcia we władzy ani nawet kultu jednostki. Funkcjonuje sprawnie i bez tego. Jego dzisiejsza odsłona nosi jednak znamię narodowej traumy. Tego rodzaju sondaże przy odpowiednim wgłębieniu się w procesy społeczne powinny przypominać nam o tym, że w przypadku naszego wschodniego sąsiada nie mamy do czynienia z narodem posiadającym zakrzepłą świadomość własnej państwowości, jak np. Rosja, Niemcy czy Francja. Przy tym silne pragnienie posiadania własnego państwa pomimo niesłychanie trudnych warunków tak zewnętrznych, jak i wewnętrznych, a także niemal wrodzony instynkt obrony swojej niezależności i odrębności powinny uświadamiać, jak silne i wciąż żywe jest w Ukraińcach historyczne pragnienie bycia traktowanymi na równi z innymi narodami Europy.

Słuchając Ukraińców, którzy starają się powiedzieć coś o sobie, możemy odnieść wrażenie, że tak naprawdę słuchamy o tym, co boli nas, Polaków, z tą tylko różnicą, że w zwielokrotnionej formie. Czy mamy więc, w imię tego, co postulują niektórzy, ignorować trudne doświadczenia wschodniego sąsiada i oczekiwać, że będzie zachowywać się jak „zdrowy” naród? Nie. Bo póki co taka możliwość jeszcze nie istnieje. Czy we wzajemnych stosunkach mamy prawo oczekiwać pogłębionej refleksji nad ich własną tożsamością, bodaj najciaśniej w całej Słowiańszczyźnie związaną z Polską? Czy mamy prawo domagać się rozliczenia się z niewygodnymi elementami własnej przeszłości? Jak najbardziej. Ale najpierw musi skończyć się wojna.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.