Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  1 lutego 2020

Plan, który nie przyniesie pokoju. O propozycji Trumpa dla Izraela i Palestyny

Andrzej Kohut  1 lutego 2020
przeczytanie zajmie 4 min

Donald Trump zdecydował się na przedstawienie planu, który w jego przekonaniu zakończy spór pomiędzy Izraelem a Palestyńczykami i zaprowadzi pokój w tej części Bliskiego Wschodu. Jednak mimo optymistycznych zapowiedzi amerykańskiego prezydenta („Moja wizja oznacza korzyść dla obydwu stron, realistyczne dwupaństwowe rozwiązanie, które usuwa zagrożenie ze strony palestyńskiej państwowości dla izraelskiego bezpieczeństwa”), trudno w nim zobaczyć sposób  na wyjście z trwającego już kilkadziesiąt lat kryzysu.

Tu na razie jest ściernisko

Trudno, bo do skutecznego rozwiązania potrzeba zgody obydwu stron, a o akceptacji Palestyńczyków dla nowego planu Trumpa nie ma co marzyć. Plan przewiduje m.in., że tereny Zachodniego Brzegu, objęte izraelskim osadnictwem (prowadzonym wbrew prawu międzynarodowemu, przeciwko czemu Palestyńczycy niejednokrotnie protestowali), przypadną niemal w całości Izraelowi. Podobnie niekorzystny dla Palestyńczyków jest proponowany podział Jerozolimy (zasadnicza część miasta zostaje przy Izraelu, jako jego stolica, a Palestyńczycy mieliby przejąć kontrolę nad częścią przedmieść, które jako „Wschodnia Jerozolima” stałyby się ich stolicą). Dodatkowo cała dolina Jordanu przypada Izraelowi. W zamian Palestyna ma otrzymać nowe terytoria, które obecnie… są niezamieszkałą pustynią na południe od Strefy Gazy. Miałoby też powstać niezależne państwo palestyńskie, ale pozbawione własnej armii oraz możliwości zawierania umów z innymi państwami, które godziłyby w bezpieczeństwo Izraela. Z perspektywy Palestyńczyków trudno więc mówić o „umowie stulecia”.

Dlaczego więc mieliby się zgodzić? Zdaniem administracji Trumpa – i tu widać wyraźnie jej transakcyjne postrzeganie relacji międzynarodowych – zdecydować ma czynnik ekonomiczny. Amerykanie już w lecie zeszłego roku ujawnili plan inwestycyjny, opiewający na 50 mld dolarów, podany w atrakcyjnej formie (złośliwi żartowali, że wyglądał jak prospekt firmy deweloperskiej).

Dzięki niemu na pustynnych terenach oferowanych Palestyńczykom w pokojowym planie Trumpa, miałoby wyrosnąć centrum technologiczno-biznesowe oraz nowe osiedla mieszkaniowe. Nie wiadomo jednak skąd dokładnie miałyby owe miliardy wpłynąć – plan ogólnikowo zakłada inwestycje płynące z regionu. Nie byłaby to wiec gwarantowana pomoc amerykańska, a jedynie zachęta do inwestowania dla lokalnego biznesu. Dodatkowo pojawia się propozycja skomunikowanie terytoriów palestyńskich na Zachodnim Brzegu z oddaloną o kilkadziesiąt kilometrów Strefą Gazy za pomocą tunelu. To z kolei miałoby znacząco poprawić kryzysową sytuację wewnątrz samej Strefy. Palestyna otrzymałaby zatem państwo o wiele mniej samodzielne i bardziej okrojone terytorialnie niż tego oczekuje, ale za to zyskałaby szansę na pokój i dobrobyt.

Kłopot w tym, że Palestyńczycy nawet nie zamierzają rozpatrywać przedstawionej oferty, co zresztą od początku jednoznacznie komunikowali. Prezydent Palestyny nazwał propozycję Trumpa „zmową USA i Izraela”, dodając, że „Jerozolima i nasze prawa nie są na sprzedaż i nie będą przedmiotem targu, a wasza umowa nie przejdzie”. Prezydent przemawiał z Ramallah, z Zachodniego Brzegu, bo na prezentacji planu Trumpa żaden przedstawiciel Palestyny się nie pojawił. Nie jest to zresztą specjalnie zaskakujące, biorąc pod uwagę znaczące pogorszenie się stosunków pomiędzy Palestyną i USA. Po tym jak w grudniu 2017 r. Trump zdecydował o przeniesieniu ambasady z Tel Awiwu do Jerozolimy, a następnie doszło do likwidacji amerykańskiego konsulatu w palestyńskiej części tego miasta i zamknięcia przedstawicielstwa Palestyny w USA, kontakty dyplomatyczne pomiędzy Amerykanami i Palestyńczykami ustały. Jaki był zatem sens w ogłaszaniu przez Trumpa skazanego na niepowodzenie planu pokojowego?

Rok wyborów

Przy ogłaszaniu planu pokojowego Trumpowi towarzyszył premier Izraela Benjamin Netanjahu. Dla niego był to ważny moment. Mógł pokazać swoim wyborcom, że mimo niepowodzeń w wyborach 2019 r. (ani po kwietniowych, ani po wrześniowych nie udało mu się sformować rządu), a także ciążących na nim zarzutów prokuratorskich, wciąż jest dla Amerykanów wiarygodnym partnerem. Zresztą nie po raz pierwszy Trump wysyła tego rodzaju sygnał poparcia. Przed wyborami z kwietnia zeszłego roku USA nagle uznało izraelską aneksją Wzgórz Golan, które były okupowane od 1967 roku. Ten przedwyborczy „prezent” miał wówczas bardzo jasną wymowę. Podobnie jest i tym razem.

Jednak wsparcie dla sojusznika przeżywającego trudne chwile to z pewnością nie jedyny powód dla amerykańskiego prezydenta. W obecnej chwili równie ważne jest dla niego zwycięstwo w wyborach, do których stanie w listopadzie tego roku. I mając na uwadze ten cel, można stwierdzić, że udało mu się upiec kilka pieczeni na jednym ogniu.

Poparcie dla Izraela bardzo dobrze rezonuje wśród ewangelikalnych protestantów, którzy prawo Izraelczyków do Ziemi Świętej wywodzą z Biblii. To bardzo cenny dla Trumpa elektorat, który będzie chciał utrzymać i zmobilizować. Protestanccy liderzy byli zresztą na sali, kiedy Trump ogłaszał swój plan i nagrodzili propozycję gromkim aplauzem. Warto jednak dodać, że nie tylko dla religijnego elektoratu sprawa Izraela jest ważna. Wśród republikańskich wyborców poparcie dla racji tego państwa w konflikcie z Palestyną deklaruje ponad 75% ankietowanych (u demokratów poparcie nie przekracza 50%).

Oprócz tego są jeszcze nieliczni wyborcy, za to dysponujący grubymi portfelami, którzy chętnie wesprą finansowo kampanię Trumpa, o ile wciąż będzie gwarantem silnie proizraelskiej polityki Waszyngtonu. Jak towarzyszący Trumpowi na konferencji Sheldon Adelson, miliarder hojnie wspierający polityczne wysiłki prezydenta.

Można więc powiedzieć, że lista uczestników zorganizowanej przez Trumpa konferencji (premier Izraela, przedstawiciele wspólnot ewangelikalnych, darczyńcy prezydenckiej kampanii), a także lista nieobecnych (przedstawiciele Palestyny, państw sąsiadujących z Izraelem, jak Egipt czy Jordania, czy innego kluczowego sojusznika USA w regionie, Arabii Saudyjskiej) więcej mówi o intencjach prezydenta niż sama treść jego wystąpienia.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.