Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Wojtyło  31 stycznia 2020

Czy Belgia się rozpadnie?

Michał Wojtyło  31 stycznia 2020
przeczytanie zajmie 8 min
Czy Belgia się rozpadnie? Wikipedia

Od prawie 8 miesięcy Belgia jest w stanie federalnego bezkrólewia. Już pięciu królewskich mediatorów zdążyło zrezygnować z roli architektów koalicyjnego porozumienia. Obecni projektanci dostali od króla tydzień na złożenie ostatecznego raportu. Wzrost separatystycznej i nacjonalistycznej retoryki sprawił, że obecne negocjacje koalicyjne są jedynymi z najtrudniejszych w historii. Konflikt na belgijskiej scenie politycznej to nic innego jak projekcja nastrojów wyraźnie podzielonego, radykalizującego się społeczeństwa. Skąd wzięły się podziały i czy Królestwo Belgii kroczy ciernistą ścieżką ku rozpadowi?

„Obcy we własnym kraju”

Belgia. Uniwersytet w Gandawie. Młoda studentka z paniką w oczach szuka sali wykładowej w labiryncie wąskich korytarzy. W pewnym momencie drzwi się otwierają, a z nich wyłania się dwóch pracowników uczelni. Sytuacja nie zwróciłaby jej uwagi, gdyby nie język w jakim się komunikują. Francuski. Radośnie podbiega do nieznajomych, pytając się w usłyszanym języku o drogę. Oni odwzajemniają entuzjazm i starannie tłumaczą plan budynku zagubionej dziewczynie. Pytają o jej pochodzenie oraz krótko wymieniają się doświadczeniami z życia w Gandawie. Wszyscy rozstają się z uśmiechem na ustach.

Można pomyśleć, że jest to niczym niewyróżniająca się relacja spotkania trójki, stęsknionych za domem, imigrantów na obczyźnie. Nic bardziej mylnego. Jej bohaterowie to rodowici obywatele państwa, w którym przebywają. Wychowali się w nim ich przodkowie. Gdzie jest haczyk? Znajduje się on w terminie „państwo”. Region Flamandzki, w którym się znajdują, nie jest ich miejscem urodzenia, jest nim położona na południu kraju Walonia.

Zapytana później studentka o odczucia z życia w niderlandzkojęzycznej części swojej ojczyzny, odpowiada wymijająco. Nieśmiało sugeruje, zauważone przez siebie, lekkie poczucie wyższości Flamandów, które natychmiast usprawiedliwia ich supremacją ekonomiczną i koniecznością łożenia na jej rodzinne, biedniejsze tereny. Opowiada, że ma problemy z przedmiotami prowadzonymi w języku niderlandzkim oraz woli uczęszczać na angielskojęzyczne zajęcia, ponieważ tam jej problemy językowe znajdują zrozumienie. Dziwi się, że tak rzadko spotyka swoich francuskojęzycznych rodaków.

Ten przykład zdezorientowanej Walonki symbolizuje głęboki podział społeczeństwa w tym wysokorozwiniętym państwie, jakim bez wątpienia jest Belgia. W jego granicach obywatele posługują się trzema oficjalnymi językami: niderlandzkim (używanym przez 5.2 mln mieszkańców), francuskim (4.6 mln) oraz niemieckim (72 tys.). Królestwo podzielone jest na dwujęzyczną Brukselę i dwa główne regiony – położoną na północy, niderlandzkojęzyczną Flandrię oraz znajdującą się na południu, francuskojęzyczną Walonię.

Podział nie ogranicza się jedynie do wymiaru językowego. Wyraża się on również w znaczącym rozwarstwieniu ekonomicznym. W 2017 r. PKB per capita (wg PSN) flamandzkich dzielnic wyniósł 35,500 euro, podczas gdy w południowym regionie ten wskaźnik oszacowano na 24,800 euro. Bezrobocie w 2018 r. wyniosło w Flandrii 3.4%, natomiast w Walonii nie spadło ono poniżej 8.5%.

Jak to możliwe, aby w zachodnioeuropejskim, 10-krotnie mniejszym (pod względem powierzchni) od Polski kraju występowały aż tak ogromne przepaści społeczno-gospodarcze?

Historia kształtująca teraźniejszość

Do zrozumienia dzisiejszych podziałów w belgijskim społeczeństwie należy się cofnąć do 1830 r., gdy po powstaniu antyholenderskim, dziewięć prowincji odłączyło się od Królestwa Zjednoczonych Niderlandów i stworzyło własny byt państwowy – Królestwo Belgii. Już w pierwszych latach istnienia pojawił się konflikt w nowopowstałym państwie pomiędzy niderlandzkojęzyczną północą oraz francuskojęzycznym południem. Po uzyskaniu niepodległości język francuski stał się symbolem suwerenności nowo powstałego państwa. Ówczesny lingua franca – reprezentujący oświecenie i nowoczesność – szybko wyparł niderlandzki z oficjalnej komunikacji na całym terytorium kraju.

Dopiero w 1898 r. przyjęto ustawę wprowadzająca wymóg publikowania ustaw i dekretów królewskich w dwóch wersjach językowych, realnie zrównującą oba języki. Kolejnym wyraźnym objawem trwającego belgijskiego, językowego konfliktu były zamieszki studenckie z 1968 r. na uniwersytecie w Leuven (Louvain), które były skierowane przeciw nakazowi używania języka francuskiego na zajęciach. To wydarzenie było jednym z katalizatorów dla trwałego podziału terytorium Królestwa Belgii na część ekskluzywnie francuskojęzyczną i niderlandzkojęzyczną, z mającą specjalny dwujęzyczny status Brukselą.

Podział społeczeństwa belgijskiego wynika także, a może przede wszystkim, z odmiennych losów regionalnych gospodarek na przestrzeni dekad. Druga połowa XIX w. to był wyjątkowo ciężki okres dla Flandrii. Region stracił na znaczeniu dla faworyzujących południe rządzących, przegrał wyścig w skutecznej mechanizacji włókiennictwa i uległ zapaści gospodarczej.

W tym samym czasie Walonia przeżywała boom gospodarczy. Francuskojęzyczny region skorzystał na Rewolucji Przemysłowej. Obszar, bogaty w węgiel, był rdzeniem Walońskiego Pasma Przemysłowego, gdzie gwałtowny wzrost produkcji, m.in.: stali, szkła i maszyn, przekształcił region w jeden z najważniejszych centrów europejskiego przemysłu aż do wybuchu I Wojny Światowej.

Lata 50. XX wieku przyniosły trwałą zmianę trendów. Ponownie wzrost gospodarczy jednego z regionów był skorelowany ze spadkiem drugiego. Flandria zaczęła się bogacić głównie dzięki wysokiej konkurencyjności, wynikającej z niższych pensji oraz postępującego uprzemysłowienia. Odkrycie złóż kobaltu i miedzi w belgijskiej kolonii, Republice Konga, zwiększyło ich import do kraju drogą morską. Zyskały na tym flamandzkie porty, głównie ten w Antwerpii. Ponadto na boom gospodarczy północnych prowincji wpłynęły Traktaty Rzymskie (1957 r.), które poprzez utworzenie dużego, wspólnego rynku zachęciły pozaeuropejskie korporacje, m.in. Bell Telephone, Ford oraz General Motors, do inwestycji w Europie Zachodniej. Flandria okazała się atrakcyjnym miejscem do eksportu produkcji. Na jej korzyść przemawiały: szeroki dostęp do morza, wysoki poziom gęstości zaludnienia oraz – jak na Europę Zachodnią – tania siła robocza. Efektem szybkiego rozwoju regionu było wyprzedzenie, dotychczas bogatszej, Walonii w wartości PKB per capita. Od tego czasu przewaga jedynie się powiększa.

Do szybkiego przegonienie Południa przez – biedną na początku XX wieku – Północ przyczyniło się również zubożenie się samej Walonii. Dwie wojny światowe wyjątkowo doświadczyły ten obszar ze względu na ich wysoką, przemysłową wartość strategiczną, która często stawała się celem wrogich wojsk. Ponadto na półmetku ubiegłego wieku, rozpoczęto masowe zamykanie walońskich kopalń. Wynikało to m.in. z nałożenia europejskich regulacji na sektor górniczy, który zaczął podlegać zasadom Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS). Napływ taniej ropy, dodatkowo zmniejszył popyt na węgiel, a znikomy – w porównaniu do niderladzkojęzycznego krewnego – wolumen eksportowy regionu nie pozwolił na pełne wykorzystanie postępującej integracji europejskiej. „Gwoździem do trumny” były wysokie pensje w górnictwie oraz ogólna sztywność sektora, które spotęgowały trudności z adaptacją do nowej rzeczywistości oraz utratę konkurencyjności obszaru.

Postępujące rozwarstwienie ekonomiczne pomiędzy regionami doprowadziło do wzrostu napięć. Mieszkańcy Flandrii nie chcieli dotować biedniejszych krewnych, natomiast Walonowie czuli się opuszczeni przez belgijski rząd, który – w ich ocenie – nie potrafił zaradzić postępującej degradacji stopy życia francuskojęzycznych obywateli. Rząd centralny stał się obiektem ataku obu stron. W wyniku utraty zaufania dla władzy federalnej, nastąpiło pogłębienie się „uwspólnotowienia” kraju za pomocą reform decentralizacyjnych w latach 80. XX wieku. Poziom regionalny uzyskał kontrolę nad znaczną częścią gospodarki m.in.: polityką przemysłową, promocją eksportu i polityką zatrudnienia.

Federalizacja państwa, czyli próba obrony przed trwałym rozpadem

Przez kolejne lata federalizacja Królestwa Belgii jedynie postępowała. Dzisiaj hierarchia pomiędzy poziomem federalnym a regionalnym nie istnieje. Każdy poziom władzy ma równe znaczenie i własne wyłączne kompetencje w jej sprawowaniu. Rządzenie państwem jest podzielone pomiędzy króla, rząd federalny, regiony i wspólnoty. Rząd – z równą ministerialną reprezentacją Flamandów oraz Walonów – oraz parlament federalny są odpowiedzialni m.in. za politykę zagraniczną, obronę narodową i sądownictwo.

Królestwo Belgii składa się z trzech regionów (Region Flamandzki, Region Waloński i Region Brukselski) oraz trzech wspólnot kulturowych (Wspólnota Flamandzka, Wspólnota Francuska i Wspólnota Niemieckojęzyczna). Kryteriami do wyznaczenia granic regionów były terytorium i ekonomiczne interesy, natomiast granice wspólnot zostały nakreślone ze względu na etniczność oraz język mieszkańców.

Regiony zajmują się kwestiami związanymi z: gospodarką, bezrobociem, rolnictwem, polityką mieszkaniową, robotami publicznymi, energetyką, transportem, środowiskiem, planowaniem przestrzeni, zagranicznym handlem oraz nadzorem działalności prowincji. Wspólnoty są uprawnione do działania w kwestiach szeroko pojętej kultury oraz oświaty.

Przedstawiciele zarówno regionów jak i wspólnot mają także wpływ na politykę zagraniczną swojego kraju, kiedy temat międzynarodowych rozmów jest związany z ich kompetencjami. Traktat z Maastricht (1992 r.) umożliwił regionalnym ministrom reprezentować swoją ojczyznę na spotkaniach w ramach Rady Unii Europejskiej. Dzięki temu przedstawiciele wspólnot i regionów często reprezentują interes całego belgijskiego społeczeństwa. Tak głęboka federalizacja potrafi prowadzić do paradoksów. Dla przykładu zgodnie z literą belgijskiego prawa, na unijne spotkanie w sprawie morskiej energetyki wiatrowej Belgia powinna wysłać swojego reprezentanta z poziomu rządu federalnego, natomiast aby omawiać kwestie związane z lądowymi farmami wiatrowymi w Brukseli powinien zameldować się przedstawiciel władzy regionalnej.

Zgodnie z belgijską konstytucją federację ma wewnętrznie spajać instytucja monarchy, który jest głową państwa. W tak wyjątkowo złożonym systemie politycznym jego rola wykracza poza rolę dystyngowanego gospodarza uroczystych ceremonii. Często jest arbitrem sporów politycznych, który pomaga w codziennej kohabitacji wielokulturowego społeczeństwa.

Zróżnicowany krajobraz partyjny

Podziały w społeczeństwie mają swoje odbicie w systemie politycznym. Federalna polityka charakteryzuje się wyraźnym fragmentaryzmem, ale nie zawsze tak było. Do końca lat 60. XX w. w belgijskim systemie partyjnym występowała dwu- i pół partyjność. Sytuacja zmieniła się wraz ze wzrostem napięć pomiędzy Walonami i Flamandami, które doprowadziły do podziału trzech tradycyjnych partii według kryterium językowego. Mobilizacja obu społeczności przełożyła się na wybory powszechne w 1965 r., które rozpoczęły, trwającą do dzisiaj, epokę politycznej rozsypki.

W wyniku nasilenia się podziałów, wzrostu popularności partii separatystycznych oraz rozczłonkowania się belgijskiej sceny politycznej, rozmowy koalicyjne w Belgii stały się wyjątkowo trudne. Średni czas trwania negocjacji koalicyjnych na poziomie federalnym wynosi 98 dni.

Dotychczasowy rekord długości formowania rządu został ustanowiony w latach 2010-2011. Negocjacje trwały wówczas … 541 dni! Niestety nawet po osiągnięciu konsensusu, belgijskie partie mają tendencje do szybkiego kończenia współpracy. Średnia długość rządzenia danej rady ministrów wynosi jedynie 16 miesięcy.

Ostatnie wybory w Belgii na szczeblu federalnym odbyły się w maju zeszłego roku. Największą reprezentacje w Izbie Reprezentantów zdobyła flamandzka partia nacjonalistyczna Nieuw-Vlaamse Alliantie (N-VA), której znanym i kontrowersyjnym liderem jest Bart De Wever. Drugą siłą w parlamencie stał się francuskojęzyczny socjalistyczny obóz, Parti Socialiste (PS). Następną partią, która osiągnęła największe poparcie była niderlandzkojęzyczna Vlaams Belang (VB). Jest ona spadkobierczynią skrajnie prawicowej, ksenofobicznej Vlaams Blok, która została rozwiązana w 2004 r. po sądowym postępowaniu w sprawie działalności rasistowskiej. Chociaż obecni liderzy VB starają się dystansować od poprzedniczki, to ze względu na swoje korzenie, jest ona nadal izolowana przez pozostałe środowiska, a jej udział w jakiejkolwiek koalicji rządzącej wydaje się wyjątkowo mało prawdopodobny.

Dopiero czwartą siłą jest środowisko popierające idee „jednej Belgii” – Mouvement Réformateur (MR). Jest to liberalny gospodarczo obóz obecnego szefa Rady Europejskiej, byłego premiera Belgii, Charlesa Michela. Na piątym miejscu znalazła się, także stosunkowo neutralna w sporze językowym, chadecka partia, Christen-Democratisch en Vlaams (CD&V), której korzenie sięgają XIX wieku.

Wybory z 26 maja 2019 r. pokazały, że Belgia jest podzielona bardziej niż kiedykolwiek. Pierwszy raz od II Wojny Światowej tradycyjna ewentualna koalicja „ostatniego ratunku”, tripartite, (chadecy, socjaliści i liberałowie) nie posiada większości. Ponadto wszyscy członkowie poprzedniego rządzącego układu sił, tzw. „szwedzkiej koalicji” (nazwa pochodzi od kolorów partyjnych), straciły poparcie na rzecz partii radykalnych, m.in. Vlaams Belang.

Nie są to bynajmniej pierwsze mozolne negocjacje. Trudności w rozmowach koalicyjnych nieustannie nasilają się od wyborów w 2007 r., gdy po raz pierwszy wygrała flamandzka, nacjonalistyczna partia, N-VA. Zwycięzcy – także ostatnich wyborów – są uważani przez najpopularniejsze, francuskojęzyczne ugrupowanie, Parti Socialiste, za skrajnie prawicowe, ksenofobiczne struktury z klarownymi dążeniami separatystycznymi. Z drugiej strony N-VA uważa socjalistów za radykalną lewicę, będącą symbolem ekonomicznej i politycznej stagnacji Belgii.

Partia Bart De Wevera nie ułatwia swoją retoryką stworzenia trwałej koalicji federalnej.  Postuluje, aby Belgia przeszła z systemu federalnego na konfederacki, co wzmocniłoby tym samym pozycję bogatszej Flandrii w ogólnopaństwowej polityce. Ponadto N-VA jest mocno antyimigrancka i w tym poglądzie nie ogranicza się jedynie do populistycznych przemów. Poparcie do zaostrzenia polityki imigracyjnej wyraźnie zamanifestowała dwa lata temu, gdy partia opuściła rząd Charlesa Michela. Motywacją dla tak drastycznego kroku był protest przeciw podpisaniu, przez Belgię, ONZ-towskiego Światowego Paktu w sprawie Migracji. Kolejną kością niezgody jest ich wsparcie dla lidera katalońskiego ruchu separatystycznego, Carlesa Puigdemonta, będące realizacją szerszej idei, tzw. „Europy regionów”. Sukces we wprowadzeniu tego postulatu oznaczałby automatyczne odzyskiwanie członkostwa w Unii Europejskiej przez regiony, które zdecydują się na secesję. Nie jest to w smak części belgijskich partii, popierających hiszpańskie środowiska sprzeciwiajace się niepodległościowemu dążeniu Katalonii.

Próbą zaradzenia przeciągającym się negocjacjom koalicyjnym są – wyznaczani przez króla – preformateurs oraz informateurs. Odpowiadają oni za znalezienie konsensusu i przedstawienie realnej układanki koalicyjnej. Gdy ich praca zakończy się sukcesem, monarcha powołuje formateur, który ostatecznie pieczętuje formowanie się rządu oraz zwykle staję się jego szefem jako premier. Jednak ten mechanizm w ostatnich latach nie zdaje egzaminu.

Od majowych wyborów król Filip I Koburg powołał już siedmiu (sic!) polityków do roli mediatorów w rozmowach koalicyjnych. Wśród nich znajdowali się weterani belgijskiej polityki, m.in.: były wicepremier, Johan Vande Lanotte, oraz nowy komisarz KE ds. sprawiedliwości, Didier Reynders. Obecnie rozwiązania w roli informateurs poszukuje przedstawiciel niderlandzkojęzycznej chadecji (CD&V), Joachim Coens, wraz z reprezentantem francuskojęzycznych reformistów (MR), George-Luis Bouchez.

Pomimo braku dotychczasowych postępów, król we wtorek, po wyjątkowo długim czterogodzinnym spotkaniu, przedłużył ich mandat na kolejny tydzień. 4 lutego br. informateurs mają powrócić do królewskiego pałacu, aby złożyć ostateczny raport. Celem na ten okres czasu jest „zweryfikowanie pewnych elementów” dotychczasowych konkluzji. Gdy dwa tygodnie temu król dał swoim mediatorom zielone światło do dalszego działania, mówiło się o próbie zbliżenia stanowisk socjalistycznej PS i prawicowej N-VA, w której to koalicji duet Bouchez-Coens widział szansę na przerwanie niekończącego się impasu. Nie napawa optymizmem wypowiedź lidera PS, Paula Magnette, z poniedziałku, w której to stwierdził, że dalsze negocjacje z N-VA nie mają sensu.

Na początku roku wyciekły informacje nt. wersji roboczej 25-stronnicowej notatki, nad którą pracują. Nieoficjalne, ogólne doniesienia wskazują na „centroprawicowy zwrot” w negocjacjach. Propozycja koalicyjna ma, według wycieku, obejmować zgodę prawicowego N-VA na podwyższenia minimalnych świadczeń emerytalnych. W zamian zwycięzcy ostatnich wyborów domagają się zaostrzenia polityki imigracyjnej oraz zmniejszenia deficytu budżetowego, którego szacowany poziom w 2024 r. ma wynieść 12 miliardów euro. Z przecieków można też dowiedzieć się o potencjalnym konsensusie w sprawie spowolnienia procesu zamykania belgijskich elektrowni jądrowych, które miały zostać wyłączone do 2025 r.

Dwa dni po opublikowaniu notatki ekscentryczny lider N-VA, Bart De Wever – na noworocznym spotkaniu swojej partii – potwierdził koncyliacyjny ton swojego obozu, m.in. w sprawie emerytur. Wyraził chęć włączenia się do federalnej koalicji, ale zaznaczył, że nie odbędzie się to kosztem „centroprawicowego” kursu partii. Wyraźnie podkreślił dwa priorytety swojego obozu, jakimi są społeczno-gospodarcza odbudowa kraju oraz zaostrzenie polityki imigracyjnej.

Co na to francuskojęzyczni socjaliści? Ich stanowisko od samego początku negocjacji wydaje się być jasne. W lipcu zeszłego roku jeden z prominentnych członków Partii Socjalistycznej, Paul Magnette, stwierdził, że taka koalicja jest niemożliwa. Miesiąc później szef partii, Elio Di Rupo, stanowczo potwierdził tę linię PS na Twitterze, pisząc, że jego środowisko domaga się większej sprawiedliwości społecznej i z tego powodu myślenie o jego pomocy w stworzeniu prawicowo nastawionej koalicji z N-VA to „iluzja”.

„Czy istnieje jedna Belgia?”

Belgijska scena polityczna to nic więcej jak projekcja braku społecznej jedności, targanej przez napięcia etniczne. Czas rozmów koalicyjnych przy formowaniu kolejnych rządów federalnych nie spełnia standardów sprawnej demokracji. Obecne powyborcze negocjacje są jednymi z najtrudniejszych w historii. Przeciąganie liny trwa już prawie 8 miesięcy. Ewentualne nowe wybory najprawdopodobniej tylko zwiększyłyby zagrożenie dla idei „jednej Belgii”. Sondaż, z 13 grudnia zeszłego roku, wskazuje na wzrost poparcia dla Vlaams Belang względem ostatnich wyborów, z 18.2% do 27.3%. Jedną z przyczyn jeszcze większej radykalizacji wyborców są problemy burmistrza Antwerpii, lidera N-VA, De Wevera. Ma on od paru lat wyraźne problemy z zatrzymaniem przemytu narkotyków oraz przestępstw z nim związanych w administrowanym przez niego porcie. Sytuacja jest na tyle trudna, że krążą w belgijskich mediach plotki o pogodzeniu się Partii Socjalistycznej z – promowaną przez separatystów – koncepcją konfederackiej Belgii już w 2024 r.

Losy Królestwa Belgii od momentu jego powstania zawsze były nierozwiązalnie związane z heterogenicznością swojego społeczeństwa. Znalezienie porozumienia było utrudnione ze względu na przeciwstawne cykle gospodarcze regionów na przestrzeni lat. Bardzo ciężko było zbudować solidarność narodową, gdy poziom dobrobytu był drastycznie różny. I wydaję się, że to się nie udało.

Mieszkańcy bogatszej Flandrii mają poczucie utrzymywania „leniwego” krewnego. Obywatele z biedniejszej Walonii czują się zapomniani przez władze i okradani z profitów przez sąsiada. Ten ekonomiczny antagonizm przełożył się na głęboki podział społeczeństwa, wyrażony poprzez język oraz walońską studentkę, która czuje się obco w swoim własnym kraju.

Sytuacja jest patowa. 4 lutego duet królewskich negocjatorów Bouchez-Coens złoży nowy raport przełożonemu, który będzie zawierał „ostateczne konkluzje” z ich próby nakłonienia francuskojęzycznej Partii Socjalistycznej i niderlandzkojęzycznej N-VA do koalicji. Sukces ich planu oznaczałby utrzymanie statusu quo co najmniej do następnych wyborów. Porażka oznaczałaby dalsze podążanie cierniową ścieżku ku nieznanemu. Z każdym przemijającym miesiącem braku porozumienia zagrożenie dla statusu federalnej Belgii wzrasta. Rekordowo długie belgijskie rozmowy koalicyjne, z lat 2010-11, zakończyły się dzięki presji z zewnątrz. Obniżenie ratingów i problemy z obsługą wzrastającego długu publicznego wymusiły konsensus. Jak będzie tym razem? Czy czeka nas transformacja Belgii w konfederację? Czy królestwo spowoduje separatystyczny efekt domina w całej Europie Zachodniej? Czas pokaże.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.