Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Myśl polityczna decentralizacji

przeczytanie zajmie 12 min

Decentralizacja połączona z deglomeracją tworzą łącznie system, który pod kątem oceny sprawiedliwości ustroju politycznego ma szansę wypaść znacznie korzystniej aniżeli ten, w którym żyjemy obecnie. Gwarantuje lepszą stabilność i koordynację na poziomie centralnym, gdyż część kompetencji przejmują regiony. Daje to znacznie większą możliwość korzystania ze swobód obywatelskich, przede wszystkich w ich wymiarze politycznym. Jeśli zaś decentralizacja pociągnie za sobą deglomerację, może się to okazać korzystniejsze również z punktu widzenia udziału w dobru wspólnym.

Dyskusja nad ustrojem państwa nie powinna być niczym nadzwyczajnym. Namysł nad formą prawną, która czyni państwo tym, czym jest, powinien być stałym elementem debaty każdej wspólnoty politycznej, która poważnie traktuje sposób organizowania swojego życia. Uważam, że nie ma nic bardziej szkodliwego niż potraktowanie istniejącego porządku ustrojowego jako z góry najlepszego z możliwych, a więc niewymagającego żadnych zmian. Nawet gdybyśmy doskonale wiedzieli, jak wygląda najlepszy model życia, wówczas zagadnienie zbudowania instytucji również byłoby problemem, tyle że technicznym, którego potencjalne rozwiązanie zawsze mogłoby zostać zakwestionowane, chociażby z uwagi na złe rozpoznanie wyzwań, które stawiają przed nami okoliczności. Dlatego nie ma prostego przełożenia między ogólną wiedzą a konkretnym zastosowaniem. Tym bardziej dziwi więc opór przed poszukiwaniem bardziej radykalnych, tj. systemowych zmian. Da się go zauważyć u krytyków projektu „Zdecentralizowana Polska”, sformułowanego przez członków stowarzyszenia IUS (Inkubator Umowy Społecznej).

Ponieważ polemik i tekstów zawierających wątpliwości dotyczących wyżej wymienionej idei było sporo, odniosę się w toku wywodu jedynie do kilku wybranych argumentów. Moim głównym zamierzeniem nie jest obrona projektu autorstwa prof. Anny Wojciuk i prof. Marcina Kislowskiego oraz pozostałych działaczy stowarzyszenia IUS. Chcę przede wszystkim odnieść się do zastrzeżeń, które podważają ideę decentralizacji jako takiej, niezależnie od tego, czy przybiera ona kształt zaproponowany przez IUS czy jakikolwiek inny. Z pewnością podzielam z twórcami „Zdecentralizowanej Polski” pogląd, że przeniesienie części kompetencji na władze lokalne jest w stanie nie tylko odciążyć władzę centralną, lecz także odideologizować, przynajmniej częściowo, obecny spór polityczny.

Decentralizacja to nie Polska dzielnicowa

Zaczynanie rozmowy o decentralizacji od skojarzenia z rozbiciem dzielnicowym to naprawdę zły początek dyskusji. Takiego argumentu użył, między innymi, Piotr Semka w tekście Polska dzielnicowa – reaktywacja z kwietniowego wydania „Do Rzeczy”. Semka powiada, że „nie przypadkowo w polskiej pamięci historycznej rozbicie dzielnicowe jest uważane za groźny moment osłabienia państwa i uzyskania wpływu na polskie sprawy przez sąsiadów”. Myśl tę autor następnie rozwija, wskazując groźbę stopniowej autonomizacji Śląska i Ziem Zachodnich, które w dalszym rezultacie mogłoby oderwać się i przyjąć wpływy niemieckie.

Czy to słuszny zarzut? Z analogiami historycznymi jest zawsze problem, trzeba uważać, co się do czego porównuje. Doprawdy nie mam pojęcia, dlaczego Semka dostrzega jakąkolwiek analogię między państwem współczesnym a średniowieczną monarchią patrymonialną. Stosunki w XII w. opierały się na więzach prywatnych, których publicznym wyrazem był akt ślubowania wierności osobie panującego. My zaś opieramy się na prawie publicznym i wierności państwu. To pierwsza istotna różnica.

Druga z kolei jest taka, że silna władza książęca była niezbędna do tego, by skonsolidować plemiona Polan, którym jeszcze daleko było do tego stopnia politycznej samoświadomości zbiorowej, jaką cechujemy się współcześnie. Mówiąc w skrócie, analogia zachodzi na poziomie terminu „decentralizacja” i na tym koniec.

Abstrahując od skojarzeń z ustrojowymi skutkami decyzji Bolesława Krzywoustego z 1138 r., uwagę Piotra Semki o ryzyku rozpadu państwa na skutek decentralizacji można rozważyć w oderwaniu od historycznych skojarzeń autora. Czy zatem takie ryzyko istnieje? Przytoczę przykłady potwierdzające tezę, że decentralizacja jako taka żadnej groźby za sobą nie pociąga. Najlepiej ilustruje to kazus Wielkiej Brytanii.

Opublikowany 31 lipca przez Channel 4 News wywiad z walijskimi nacjonalistami wskazuje, że tendencje niepodległościowe, dotychczas nikłe w tej części Zjednoczonego Królestwa, wyrosły właśnie na bazie zarzutów o centralizm Londynu i zaniedbywanie potrzeb ludności Walii (Channel 4 News: 31.07.2019). Jeżeli te uwagi są słuszne, to okazuje się, że model zarządzania, który prowadzi do nierównomiernego rozwoju kraju i zbytniej koncentracji zasobów w stolicy, może przyczynić się do rozbicia najdłuższej unii politycznej w historii.

Do uruchomienia tego mechanizmu potrzebny był jedynie kryzys polityczny w postaci Brexitu, który skutecznie ujawnił drzemiące partykularyzmy. Rzecz jasna, polska sytuacja jest mniej złożona, gdyż żyjemy w państwie w zasadzie jednonarodowym. Nie zmienia to jednak faktu, że lekceważenie potrzeb części populacji na korzyść rozwoju centralnej metropolii skutecznie przyczynia się do wzrostu napięć społecznych i politycznych.

Ustrojowy test decentralizacji

Mimo że analogia zastosowana przez Piotra Semkę jest mało trafiona, stanowi dobry punkt wyjścia do dalszych rozważań na temat decentralizacji. Proces historyczny podpowiada bowiem, że przechodzenie do bardziej złożonych form rządzenia państwem następowało wraz rozwojem gospodarczym kraju, który pociągał za sobą wzrost aspiracji. Większa ilość zasobów wymaga wykwalifikowanej administracji i rezygnacji z jednoosobowego modelu podejmowania decyzji. Z kolei bogacenie się państwa skutkowało aktywizacją warstw społecznych, które zaczynały być żywo zainteresowane tym, co się dzieje z pieniędzmi pobieranymi z ich podatków.

Na podstawie takiej obserwacji można sformułować trzy kryteria oceny ustroju politycznego. Kryterium pierwszym jest stabilność całego systemu. To w zasadzie warunek nieodzowny. Trudno bez stabilności myśleć o rozwijaniu jakiegokolwiek innego aspektu życia zbiorowego. Kryterium drugim jest zakres swobód obywatelskich, trzecie zaś dotyczy zakresu partycypacji w korzyściach płynących z dobra wspólnego.

Ostatnie z pojęć definiuję za Konstytucją Gaudium et Spes jako „sumę warunków życia społecznego, jakie zrzeszeniom bądź poszczególnym członkom społeczeństwa pozwalają osiągnąć pełniej i łatwiej własną doskonałość” (GS, 26). Oczywiście łatwo dostrzec, że te trzy kryteria warunkują się wzajemne, a przeakcentowanie jednego członu tej relacji skutkuje zaburzeniem pozostałych elementów. Łatwo sobie wyobrazić, że podarowanie obywatelom zbyt dużej wolności, na przykład poprzez usunięcie jakichkolwiek ograniczeń prędkości, skutkowałoby zagrożeniem życia innych ludzi, co z pewnością nie byłoby z pożytkiem dla całej wspólnoty. Można też pomyśleć o takim modelu zarządzania, w wyniku którego dostęp do pożytków płynących z dobra wspólnego będzie ograniczony i możliwy jedynie dla nielicznych. Postulat decentralizacji dotyczy nie tylko stabilności państwa, jak to podkreślają twórcy „Zdecentralizowanej RP”, lecz także zakresu partycypacji w dobru wspólnym, a w szczególności w jego materialnym aspekcie.

Stabilność, jak wspomniałem, jest minimalnym warunkiem prowadzenia życia społecznego i politycznego. Zgadzam się z diagnozą stowarzyszenia IUS, że obecny konflikt polityczny jest niszczący dla kondycji polskiego życia zbiorowego. Wzajemna odmowa legitymizacji obu zwaśnionych ze sobą obozów odbywa się kosztem instytucji państwa. Obowiązuje zasada – „zwycięzca bierze wszystko”. Najlepszym tego przykładem jest spór o Trybunał Konstytucyjny, który będąc wcześniej ostateczną instancją oceny konstytucyjności prawa, teraz sam stał się przedmiotem sporu prawnego.

Proponowaną przez IUS receptą na ten patologiczny stan rzeczy jest przeniesienie części sporów światopoglądowych ze szczebla centralnego na poziom lokalny.

W jaki sposób ma to sytuację uzdrowić? Siłą rzeczy oferty partii politycznych ubiegających się o urzędy centralne zostaną pozbawione tych elementów, które mają największą tendencję do podnoszenia temperatury sporu. Nie da się przecież na dłuższą metę debatować na szczeblu ogólnokrajowym wokół postulatów, które nie mogą na tej płaszczyźnie zostać rozstrzygnięte.

Ta teoretyczna intuicja podparta jest argumentem socjologicznym. Dzielący Polskę spór światopoglądowy dzieli również kraj geograficznie na konserwatywny, południowy wschód oraz liberalny, północny zachód. Trudno mi zgodzić się z prof. Bugajem, który w artykule dla „Rzeczpospolitej” w następujących słowach kwestionuje trwałość powyżej opisanej polaryzacji: „Jeszcze niedawno rozpowszechnione było przekonanie, że główna oś podziału na scenie politycznej jest na trwale zlokalizowana między obozem postkomunistycznym a obozem postsolidarnościowym”. Oczywiście, Ryszard Bugaj ma rację, gdy mówi o zmianie szyldów, która istotnie nastąpiła (Bugaj, 2019). Jednak wbrew jego słowom można za Historią polityczną Polski prof. Dudka z łatwością przedstawić dane, które potwierdzają istnienie konserwatywnej Polski południowo-wschodniej oraz liberalnej Polski północno-zachodniej. Identyczny podział ujawnił się już podczas referendum konstytucyjnego, w którym prawicowe głosy przeciw przyjęciu projektu ustawy zasadniczej pokrywały się geograficznie z tą częścią kraju, w której obecnie dominuje poparcie dla PiS-u. Zmiana terminologii, w której spór jest wyrażany, nie musi bynajmniej dowodzić, że uległ on istotnej zmianie.

Wspólnota lokalna jako inkubator postawy obywatelskiej

Z punktu widzenia mechaniki ustrojowej decentralizacja ma dwie przewagi nad modelem centralnym. Pierwszą z nich jest wspomniane przeniesienie części kompetencji na poziom lokalny, dzięki czemu ograniczy się przestrzeń do konfliktów na szczeblu krajowym. Jeśli coś w propozycji stowarzyszenia IUS istotnie kuleje, to jest to brak nawet ogólnego kryterium, dzięki któremu można by stwierdzić, które zagadnienia powinny zostać oddane w ręce polityki krajowej, a które mają zostać zdecentralizowane. Niemniej jednak kryterium takie można wskazać, dokonując prostej obserwacji, że część zagadnień, które obecnie budzą spory ideologiczne, ma w gruncie rzeczy naturę techniczną, nie zaś pryncypialną. Przykład? Weźmy chociażby nauczanie religii w szkole. Obie strony sporu, myśląc zapewne kategoriami poprzedniego ustroju, wciąż chcą tę kwestię traktować jako problem, który powinien zostać rozwiązany przez władze w Warszawie i mieć przełożenie dla całej Polski. Tymczasem jest to temat, który można ująć z perspektywy dogodnej organizacji życia.

Tam, gdzie lokalna wspólnota jest niewierząca, nie ma potrzeby urządzania lekcji religii. Tam zaś, gdzie ludzie mieszkają w dużym rozproszeniu, są wierzący, a organizacja katechezy w szkole usunie konieczność dodatkowego przemieszczania się i straty czasu, warto lekcje religii wprowadzić.

Podobne ujęcie innych kwestii sprawia, że ze szczebla krajowego odchodzi kilka kolejnych tematów, które często są problemami zastępczymi, przysłaniającymi najważniejsze dla całego państwa problemy. Rozstrzyganie niektórych zagadnień dla wszystkich obywateli może skutkować niepotrzebnym ograniczeniem ich swobód oraz skomplikowaniem życia, co okazuje się pogwałceniem drugiego z trzech wymienionych kryteriów oceny ustroju politycznego.

Przewagą drugą jest stworzenie warunków dla rozwoju partycypacji politycznej. Znów nie mogę się zgodzić z prof. Bugajem, który w cytowanym już wcześniej artykule stwierdza, że „nie wiadomo dlaczego też przyjmować, że na poziomie samorządu wojewódzkiego skuteczniej niż na poziomie państwa miałyby funkcjonować mechanizmy demokracji przedstawicielskiej” (Bugaj, 2019). Oczywiście cytat ten odnosi się specyficznie do propozycji stowarzyszenia IUS, która za główny podmiot decentralizacji uważa województwa. Jednak pogląd ten można, jak sądzę, potraktować ogólniej i odnieść go do relacji między wspólnotą lokalną jako taką a całym państwem. Trochę szkoda, że prof. Bugaj tych słów nie opatrzył ani żadnym komentarzem, ani nie podał ich uzasadnienia.

Tymczasem w filozofii polityki zarzut rozległego terytorium był podstawowym argumentem przeciwko państwom republikańskim. Bowiem tylko mały obszar daje warunki do budowania kapitału społecznego, który powstaje dzięki wchodzeniu obywateli we wzajemne interakcje, skutkujące następnie powstaniem trwałych relacji.

Właśnie ta przesłanka sprawiła, że James Madison w 14. numerze „Federalisty” opowiedział się za federalnym ustrojem Stanów Zjednoczonych, dzięki któremu można było pogodzić sprawne rządzenie krajem o dużej powierzchni oraz demokratyczny udział we władzy. Rozważany w tym świetle postulat decentralizacji oparty jest na intuicji, że mała przestrzeń wspólnoty lokalnej będzie swego rodzaju szkołą postaw politycznych. Postawy te zostaną następnie przeniesione w prosty sposób na politykę krajową. Człowiek musi bowiem najpierw odczuć na własnym przykładzie, że warto jest zabierać głos w sprawach publicznych.

Trudno takie doświadczenie wygenerować na poziomie ogólnokrajowym. Skala jest zbyt duża. Znacznie łatwiej zmienić swoje nastawienie i stać się aktywnym obywatelem, gdy zostanie się postawionym przed zadaniem, na przykład, zwiększenia liczby miejsc parkingowych w swoim mieście lub samoopodatkowania na rzecz jakiejś drobnej inwestycji. Dlatego mała przestrzeń, na której działa samorząd, jest gwarantem tego, że mechanizmy demokracji przedstawicielskiej będą funkcjonowały lepiej niż na poziomie całego państwa.

Ażeby jednak do tego doszło i zalety samorządu zostały w pełni wykorzystane, decentralizacja nie może zostać ograniczona wyłącznie do swojej funkcji politycznej, tj. do przeniesienia kompetencji na niższy szczebel celem zagwarantowania lepszej stabilności państwa i usprawnienia systemu politycznego. Konieczna jest także dekoncentracja w zakresie pełnionych funkcji (tj. administracji, kultury, gospodarki itd.). Sądzę, że deglomeracja jest warunkiem sine qua non decentralizacji. Dlaczego?

Można wyróżnić trzy funkcje udziału obywateli w rządzeniu. Funkcja pierwsza polega na przekazywaniu rządzącym komunikatów o aktualnych potrzebach, wysuwaniu w ich stronę postulatów i zastrzeżeń. Funkcja druga opiera się na kontroli poczynań urzędników i sprawujących władzę. Funkcja trzecia – być może najbardziej abstrakcyjna w tym zestawieniu – polega na wciągnięciu ludzi do działania na rzecz dobra swojego oraz innych. Można ją zatem określić mianem moralnej. Z punktu widzenia decentralizacji, która pociąga za sobą również deglomerację, wszystkie te funkcje, implicite sama partycypacja, mają sens jedynie wówczas, gdy istnieje realna możliwość komunikacji oraz kontroli.

Sytuacja, w której metropolia skupia wszystkie kluczowe funkcje osadnicze i wysysa tym samym z prowincji kapitał ludzki oraz ekonomiczny, prowadzi do sytuacji patologicznej. Jeśliby nawet przenieść część kompetencji politycznych na niższy szczebel, to bez zaplecza finansowego oraz ludzkiego bezcelowa jest jakakolwiek komunikacja potrzeb i kontrola wdrażanych projektów. Na ich realizację nie będzie bowiem środków. Innymi słowy, wolność do działania potrzebuje poręczenia nie tylko formalnego, lecz także materialnego.

Zasada pomocniczości w praktyce

Skoro potencjał polityczny i rozwojowy wynika z samorządności, to jaka rola w tym modelu pozostaje do odegrania państwu? W powyższym kontekście niezwykle cenna jest uwaga prof. Bugaja. Brzmi ona następująco: „Wybór poziomu decentralizacji nie może abstrahować od wizji funkcji szeroko rozumianego państwa. Jeżeli chcemy, by jego składnikiem było «państwo opiekuńcze», gwarantujące mniej więcej równe standardy ochrony zdrowia, edukacji, ubezpieczeń, opieki społecznej, ekologicznej, dostępu do transportu publicznego i kultury, to musimy zaakceptować daleko idące ograniczenia samofinansowania jednostek terytorialnych” (Bugaj, 2019).

Podobne zastrzeżenia zgłaszał prof. Grosse w swoim artykule Decentralizacja, która nie wywoła awantury. Możemy w nim przeczytać, że „zbyt duża decentralizacja kompetencji w niektórych obszarach może być ryzykowna, m.in. z uwagi na potrzebę utrzymywania odpowiednich standardów i gwarantowania świadczeń finansowych dla wszystkich obywateli”. Rzecz jasna, zarzuty obu autorów zwrócone są przeciwko modelowi decentralizacji, którą proponuje IUS. Jednak w obu fragmentach ukryta jest odpowiedź na pytanie o rolę rządu centralnego w zdecentralizowanym państwie. Polega ona na koordynowaniu szeroko rozumianego rozwoju regionów i łączeniu celów poszczególnych jednostek samorządowych na poziomie całego państwa.

O ile z punktu widzenia aktywnej partycypacji politycznej samorząd ma przewagę nad centrum, o tyle władza lokalna z definicji jest skupiona na sprawach regionalnych i nie posiada zdolności do przełamywania partykularyzmów oraz różnic, które w perspektywie całej Rzeczpospolitej mogłyby okazać się niekorzystne.

Przykładem może być sytuacja, w której jakość usług publicznych, chociażby służby zdrowia, jest w części regionów zdecydowanie lepsza niż w pozostałych. Wówczas rząd mógłby zastosować mechanizm redystrybucji środków, ażeby wspomniane nierówności doprowadzić przynajmniej do poziomu tolerancji. Mechanizm takiego postępowania można wydedukować z zasady pomocniczości. Jej treść możemy odnaleźć w numerze 80. encykliki Piusa XI, Quadragesimo anno. Przestawia się ona następująco: „A chociaż prawdą to jest i rzeczą przez dzieje stwierdzoną, że dla zmienionych warunków wiele zadań, które dawniej mniejsze spełniały jednostki społeczne, obecnie już tylko związki wielkie mogą dokonać, niewzruszoną przecież pozostanie najwyższa zasada filozofii społecznej, której ani podważać, ani osłabiać nie wolno: jak jednostkom ludzkim nie wolno odejmować i przekazywać społeczności tego, co jednostki te z własnej inicjatywy i własną mogą wytworzyć pracą, tak samo jest naruszeniem sprawiedliwości, gdy się to, co mniejsze i niższe społeczności wykonać i dokonać mogą, przydzielić większym i wyższym władzom społecznym; poza tym wyrządza to szkodę wielką i podrywa porządek społeczny. Wszelka czynność społeczna bowiem powinna w pojęciu i istocie swojej wspomagać członki ciała społecznego, nigdy zaś ich nie rozbijać, ani nie wchłaniać” (QA, 80).

Decentralizacja jest co do zasady prostą konsekwencją przyjęcia zasady pomocniczości, która stanowi punkt wyjścia do dalszych rozważań oraz pytania o to, w jaki sposób od strony technicznej ma wyglądać odejście od centralnego zarządzania. Tak samo bowiem jak odebranie regionom prawnej oraz finansowej możliwości realizacji ich celów jest niesprawiedliwe, tak samo równie niesprawiedliwe byłoby pozostawienie ich samym sobie nawet wówczas, gdyby jakość usług publicznych w części kraju uległa załamaniu.

Decentralizacja połączona z deglomeracją tworzą system, który w świetle wymienionych wcześniej trzech kryteriów oceny ustroju politycznego wypada znacznie korzystniej, aniżeli ten, w którym żyjemy obecnie.

Po pierwsze, gwarantuje lepszą stabilność i koordynację na poziomie centralnym, gdyż część kompetencji przejmują na siebie regiony. Wbrew krytykom, którzy niemalże każde zagadnienie chcą traktować jako problem światopoglądowy do rozstrzygnięcia od razu dla całego kraju, można oddzielić to, co jest istotną potrzebą państwa, od tego, co jest dodatkiem lub kwestią technicznej organizacji życia. Owszem, Piotr Legutko w swoim artykule Pokusa federalna ma rację, mówiąc, że tematy takie jak program nauczania historii w szkole nie są kwestiami zastępczymi (Legutko, 2019). Nie znaczy to jednak, że całość programu nauczania musi pochodzić z Ministerstwa Edukacji, a wspólnota lokalna nie ma prawa wprowadzać do szkoły żadnych innych przedmiotów, jeśli ma ku temu wolę i środki finansowe. Zgodnie z koordynacyjną rolą władzy centralnej, trzymam się przykładu edukacji, trzeba zadbać o program tylko tych przedmiotów, których realizacja jest niezbędna dla całości państwa. W wypadku nauczania historii jest to niezbędny składnik wychowania obywatelskiego. Jeśli jednak lokalna wspólnota życzy sobie uzupełnić ten program o lekcje historii lokalnej, gwary czy dialektu – nie jest zadaniem władzy centralnej w takie decyzje interweniować.

Po drugie, decentralizacja daje znacznie większą możliwość korzystania ze swobód obywatelskich, przede wszystkich w ich wymiarze politycznym. Dzięki scedowaniu kompetencji na wspólnotę lokalną zwiększa się możliwość oddziaływania obywatela na rzeczywistość, w której żyje. Ten wzrost sprawczości wyraża się przede wszystkim w tym, że łatwiej zdziałać coś we wspólnocie, która liczy sobie 100 000 ludzi, niż na szczeblu całego kraju. Ponadto w modelu zdecentralizowanym łatwiej uzyskać efekty, a obywatele mają więcej do powiedzenia dzięki temu, że władza centralna rezygnuje z części swoich prerogatyw.

Po trzecie, jeśli decentralizacja pociągnie za sobą deglomerację, wówczas jest to korzystniejsze także z punktu widzenia udziału w dobru wspólnym. Dwa raporty Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego – jeden autorstwa prof. Śleszyńskiego oraz drugi autorstwa dr. Zaborowskiego – wskazują, że Polska powinna wykorzystać lepiej swój atut, którym jest policentryczna sieć osadnicza. Chodzi o sytuację, w której nie istnieje jedna, dominującą nad resztą kraju metropolia, taka jak Londyn w Wielkiej Brytanii. Błędem obecnego położenia jest nadmierna koncentracja funkcji osadniczych – administracyjnych, kulturalnych, społecznych, ekonomicznych – w Warszawie. Tymczasem troska o równomierny rozwój całego kraju oznacza zarazem troskę o względnie równy dostęp do skutków wzrostu gospodarczego, wiedzy oraz kultury.

Nie będę tu rozstrzygał, czy projekt decentralizacji w wersji zaproponowanej przez IUS jest słuszny. Nie ulega jednak wątpliwości, że decentralizacja jako taka jest koniecznym i pożądanym kierunkiem myślenia o ustroju Polski. Być może to zdolność do refleksji ustrojowej będzie dla polskiej wspólnoty politycznej, ale i samych polityków, testem dojrzałości. Trwanie w sytuacji, w której obie strony traktują państwo jak narzędzie do przeprowadzania rewolucji bądź kontrrewolucji, a więc jako broń przeciwko wrogowi politycznemu, jest niedopuszczalne ze względu na zasadę dobra wspólnego. Niewykluczone, że warto by odtąd oceniać polityków nie tylko z punktu widzenia sprawności zarządzania państwem lub realizacji obietnic wyborczych, lecz także w świetle gotowości do realnego ograniczenia swojej władzy, którą „centrum” mogłoby dalej pożytkować jako paliwo w polsko-polskiej wojnie. Polityk zdolny do takiego samoograniczenia na pewno powinien spotkać się z co najmniej życzliwym zainteresowaniem tych wszystkich, którym prawdziwie republikański sposób myślenia o życiu publicznym jest bliski.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.