Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Arka Noego i powrót króla. Sylwetka ideowa Jacka Bartyzela

Jacek Bartyzel jest z pewnością jedną z najbarwniejszych postaci współczesnego polskiego konserwatyzmu. Nieugięty monarchista konsekwentnie odrzucający nowoczesność. Ta pryncypialna postawa stworzyła obraz politycznego Don Kichota, zaś tytuł jednego z najważniejszych dzieł jak w soczewce skupia postawę walczącego ze współczesnym światem tradycjonalisty. Tylko prawda jest nieco mniej idealistyczna.

Mozolne budowanie ideowej arki Noego

Pierwszą rzeczą, na jaką należy zwrócić uwagę, przedstawiając oblicze ideowe bohatera tego tekstu, jest rozróżnienie pomiędzy pesymizmem prowadzącym do marazmu a czymś, co Pagani nazwał volonta d’antivita, czyli wolą przeciwstawienia się rzeczywistości, która jest nieakceptowalna dla danej osoby.

Umierać, ale powoli Jacka Bartyzela nie jest bynajmniej wezwaniem do położenia się w trumnie. Wręcz przeciwnie: tytuł został zaczerpnięty z okrzyku bojowego Sebastiana I, króla portugalskiego poległego w bitwie po Alcácer-Quibir. Taka genealogia wpływa na wieloznaczność nazwy. Poza oczywistym odwołaniem do idei walki do samego końca pozostaje jeszcze sens symboliczny. Ciało zabitego monarchy nigdy nie zostało odnalezione, co dało początek jednemu z najważniejszych portugalskich mitów politycznych. „Sebastianizm” odwołuje się do nadziei na przybycie bohatera, który odnowi Portugalię, na powrót króla, który oznaczać będzie ostateczne zwycięstwo.

Podobnie jest z postawą prof. Bartyzela, który pomimo dojmującej świadomości zwycięstwa „sił nieładu” nie zamierza złożyć broni. Postępuje tak, gdyż wie, że „degeneracja” nie może trwać wiecznie. Za Nicolásem Gómezem Dávilą mówi nam: „To, że »cywilizacje są śmiertelne«, jest największą pociechą dla tego, kto żyje w dzisiejszych czasach”. Dlatego pisze raczej nie dla współczesnych, ale dla przyszłych pokoleń, dla których chce zachować resztki straconego porządku. W swoim mniemaniu – niczym iroszkoccy mnisi – zbiera i konserwuje doskonałość minionych pokoleń dla potomnych. We wstępie do Umierać, ale powoli prof. Bartyzel przedstawia się jako adwokat dobrego imienia tych wszystkich, którzy z rewolucją walczyli. Stwierdza, że „obowiązującą wersję historii piszą – to oczywiste – zwycięzcy, ale prawda jest uciekinierką z obozu zwycięzców”. Całkowite zapomnienie byłoby ostatecznym zwycięstwem „sił nieładu”.

Z tego punktu widzenia oskarżenia o nieżyciowość i antykwaryczność nie mają żadnego sensu, gdyż najważniejsze staje się przekazanie esencji, nie zaś zmiana obecnej rzeczywistości. Ta jest już stracona, martwa. Po niej jednak musi nastąpić jakieś odnowienie. Tak jak po upadku Rzymu przyszło średniowiecze, tak po całkowitej degeneracji „sił nieładu” będziemy świadkami narodzin nowego ładu. Sprawą drugorzędną jest, czy nowy ład jest tylko kolejnym cyklem w ramach historii czy ostatecznym zwycięstwem sił dobra. Liczy się to, że nieład również ulega rozkładowi. Takie podejście historiozoficzne możemy intepretować w kategoriach pewnej racjonalizacji – moralny upadek świata usprawiedliwionym jest przejściowym charakterem tegoż upadku, po którym przychodzi restauracja sił porządku.

Nie brak w tej postawie romantycznego poświęcenia się dla sprawy. Bartyzel traktuje swoją pracę niczym ideową arkę Noego, służącą przechowaniu odchodzącego świata na czasy po obecnym potopie. Sam nie liczy na zapamiętanie ani nie wie, jak zostaną wykorzystane jego słowa. Najważniejsze jest oddanie „Sprawie”. Jak to jednak często bywa, nadmiar pokory powoduje pychę.

Powyższe podejście jest również wyzwaniem metodologicznym przy próbie ekstrakcji osobistych przekonań autora. Pomimo emocjonalnego stosunku do tematu, o którym sam wspomina, prof. Bartyzel stara się na pierwszy plan wysuwać historyczne postaci i idee, którymi się kierowali. Z drugiej jednak strony jego światopogląd jest tak silny i wyrazisty, że można próbować go odczytać metaforycznie.

Fundamentem ładu jest monarchia

Najważniejszym elementem światopoglądu Jacka Bartyzela jest monarchizm. Nie można go rozpatrywać jako prostej, estetycznej emocji lub ideowego poparcia dla jakiejkolwiek monarchii. Na takie miano zasługuje tylko monarchia tradycyjna, na czele z jej najdoskonalszą formą, czyli monarchią katolicką. W tej wizji wszelacy królowie, książęta lub cesarze zasiadający na tronach na mocy konstytucji, woli ludu lub utrwalonej uzurpacji są jedynie elementami paramonarchii. Jedynym ładem jest ten organiczny, idący z góry ku dołowi, od Boga, przez jego wikariusza (króla) działającego w porozumieniu z Kościołem do instytucji lokalnych, aż po jednostkę.

Monarchia jest odwieczną i naturalną formą rządów, a człowiek – zdaniem Jacka Bartyzela –posiadać ma instynkt monarchiczny. W historii forma ta, aż do czasów nieładu, była dominująca, poza ograniczonymi czasowo i terytorialnie przypadkami (z największym w wypadku Republiki Rzymskiej). Kolejną cechą jednowładztwa jest jego sakralny charakter. Dotyczy on nawet władców pogańskich, ale oczywiście w sposób niedoskonały i zaciemniony. Poprzez namaszczenie król stawał się istotą Chrystusobodobną (christomimetes), wikariuszem Boga na ziemi, był święty (w rozumieniu łac. sacer, a nie sanctum). Zgodnie z zasadą dwóch ciał król posiada dwie natury: ludzką oraz królewską. Po śmierci władcy ta druga wciela się w jego następcę, stanowi swoiste „ciało królestwa”.

Ład tradycyjny, w którym funkcjonuje monarchia, jest wszechogarniający oraz niekwestionowalny, dotyczy wszystkich. Suwerenna władza króla jest mu dana, ale nie jest nieograniczona. Podlega prawu naturalnemu i prawom monarchii, musi być sprawiedliwa. Król, który się od tych zasad odwraca, przestaje być władcą prawowitym. Nikt, nawet on sam, nie może tego ładu zanegować i odrzucić. Monarcha, nawet legitymistyczny, ustanawiający konstytucję (nieład) działa bezprawnie. Nie zależy więc ład od żadnej ziemskiej woli, nie jest jednostkowym projektem ideowym. Najpełniej ilustruje to zasada sukcesyjna, która jest tutaj modelowa (dziedzictwa można się zrzec, a dziedzica wydziedziczyć, sukcesja zaś jest automatyczna). Władza nie pochodzi z wyboru, nie jest kwestią ludzkiej decyzji. Królem zostaje się z wyroku Opatrzności. Le roi est mort, vive le roi! – koronacja jest obrzędem, ale nie ona czyni monarchą.

Naturalny porządek świata ustanowiony z woli Boga

Nie tylko król musi spełniać nadany mu przez los obowiązek, dotyczy to wszystkich ludzi. Każdy ma swoje miejsce w hierarchii, która definiuje jego prawa, przywileje i obowiązki. Należąc do jednej z trzech (tradycyjnych dla ludów indoeuropejskich) grup, tj. duchownych, wojowników lub robotników, spełniać należy swoje obowiązki. Otrzymuje się w zamian za to przywileje. Powyższe stanowisko tworzyło swoisty społeczny podział pracy, w którym każda z grup „wytwarzała” jedną wartość, a otrzymywała dwie pozostałe.

I tak duchowni/filozofowie opisywali świat, zapewniali strawę duchową i dostęp do Boga. Wojownicy/rycerze gwarantowali ład oraz bezpieczeństwo, zaś lud dostarczał żywność i dobra materialne. Podział nie był jednak zekonomizowany – nikt nie wyliczał wartości rynkowej działalności duchownego lub rycerza. Każdy, kto spełniał swój obowiązek wobec wspólnoty, musiał mieć zapewniony byt. Stąd Kościół, podobnie jak rycerstwo, gromadził majątek, na który pracowali chłopi. Z ziem podlegających duchownym utrzymywano jednak nie tylko ich samych, a również szkoły, szpitale czy przytułki.

Podporządkowanie gospodarki wspólnocie miało też ciekawe konsekwencje – mieliśmy do czynienia z minimalnymi podatkami oraz swoistym „państwem minimum”. Nie był to jednak raj z libertariańskich snów, gdyż pozbawiony został wolnego rynku (np. system cechowy nie dopuszczał konkurencji w celu efektywnego zapewnienia bytu wszystkim swoim członkom).

Jak wyżej zostało nadmienione, podstawą ładu jest prawo. Przy czym nie należy go rozumieć w sposób pozytywistyczny. W zasadzie powinno się używać liczby mnogiej, gdyż mamy tutaj do czynienia (od najważniejszego) z prawami: bożym, naturalnym, zwyczajowym (królestwa oraz ziem) i stanowionym. Poza tym ostatnim wszystkie są niezmienne lub ich zmienność wykracza poza wolę i czas życia pojedynczego człowieka. Interpretacja praw, podobnie jak wszystkiego innego, opiera się nie na indywidualnym rozumie, ale na autorytecie.

Bardzo ważną kwestią było społeczne zróżnicowanie. Status prawny danej jednostki mógł być wypadkową praw: stanowych, cechowych, miejskich, kościelnych, lokalnych, królestwa, a nawet przywilejów nadanych konkretnym rodom. Co więcej, jurysdykcje poszczególnych praw były wyraźnie zaznaczone, nawet bezpośrednia władza królewska często kończyła się za miedzą opactwa, rogatkami miasta lub w pewnych wypadkach nawet za progiem domu. Kwestia prawa w sposób najmocniejszy pokazuje jeszcze jeden aspekt ładu – wykracza on poza życie jednego człowieka. Stanowi kontinuum, w którym tak samo ważne są przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

W takim rozumieniu absolutyzm jest tylko błędem, reformacja błądzeniem, dopiero rewolucja francuska staje się bluźnierstwem. Zbrodnią Francuzów było obalenie monarchii jako zasady, podniesienie ręki na wikariusza Boga, odrzucenie ładu, który od tej pory ulega jedynie dalszemu rozkładowi. Stąd bierze się organiczna niechęć Jacka Bartyzela do demokracji. Z zasady jest ona zaprzeczeniem ładu, swoistą jego odwrotnością. Poprzez swoją oddolność i uzurpację do rozstrzygania spraw jest triumfem pychy ludzkiego umysłu.

Kontrrewolucyjna mądrość etapu

We wstępie do swojego najbardziej znanego dzieła – Umierać, ale powoli – Jacek Bartyzel dzieli historię kontrrewolucji na dwa okresy. Są to, w kolejności chronologicznej, legitymizm oraz nacjonalizm.

Pierwszy z nich zdominował większą część XIX w. i cechował się próbami przywrócenia dawnego ładu. Legitymiści walczyli o powrót/utrzymanie się u władzy prawowitych dynastii z prawami monarchii. Chodziło po prostu o odwrócenie skutków rewolucji. Ich głównym przeciwnikiem w tej walce był liberalizm w różnych odcieniach – od radykalnego jakobinizmu po umiarkowany i konserwatywny orleanizm (ideologia konstytucyjnej monarchii lipcowej we Francji).

Koniec wieku XIX i początek XX niosły za sobą istotną zmianę. Nieład wprowadzony przez rewolucję okazał się trwalszy, niż się spodziewano. Zmiany społeczno-ekonomiczne uniemożliwiały prosty powrót do świata sprzed rewolucji (widać to na przykładzie wsi hiszpańskiej, która nie mogła już dawać oparcia karlistom). Na horyzoncie pojawił się również nowy wróg dążący do dalszego rozkładu, a był nim oczywiście socjalizm. Nowa sytuacja sprawiła, że niegdysiejsi wrogowie (liberałowie) mogli się stać sojusznikami.

Ład z kolei był tak zrujnowany, że nie było możliwości prostego powrotu do tego stanu. Dlatego potrzebny był stan nadzwyczajny, „dyktatura szabli” powstrzymująca dalszy rozkład i dająca nadzieję na przywrócenie ładu w dalszej perspektywie czasowej. To dlatego Charles Maurras czekał na „Monka”, a tradycjonaliści hiszpańscy poparli gen. Franco. Kontrrewolucja na tym etapie dążyła do ustanowienia dyktatury nowego typu. W przeciwieństwie do dyktatury proletariatu czy rządów Komitetu Ocalenia Publicznego ta miała iść z góry, przywracać ład, zamiast tworzyć nowy. Wyniesiony przez ciąg wydarzeń wódz miał w zastępstwie króla ustanowić porządek. Nie kierując się ideologią, społecznym konstrukcjonizmem, ale mając na celu ograniczenie anarchii i przywrócenie starych praw.

Poważne rysy na ideowym szkle

Tutaj pojawiają się pierwsze pęknięcia w wyidealizowanym obrazie Jacka Bartyzela jako nieugiętego i bezkompromisowego wroga nowoczesności. Jego przeciwnikiem jest nieład, dlatego wszystko, co ustanawiać ma ład katolicki, warte jest chociażby rozpatrzenia. Najwyraźniej widać to na przykładzie nacjonalizmu. Nasz bohater jest w pełni świadom jego nowoczesnej genealogii oraz wypaczeń związanych z uwielbieniem etnosu lub rasy. Obchodzi ten problem, wprowadza rozróżnienie na dwa typy idealne nacjonalizmu: nacjonalitaryzm i nacjonalizm integralny. Dalej, stosując rozwinięty przez Johna Finnisa arystotelesowski koncept pros hen, szuka „przypadku głównego” nacjonalizmu, czyli najbardziej klasycznego i esencjalnego (podobnie zresztą radzi sobie z wielością prawic), względem którego można określić przypadki „peryferyjne” i „graniczne” .

Nacjonalitaryzm Jacek Bartyzel definiuje jako „ideologię głoszącą ustrojową zasadę suwerenności narodu – mającą swoje źródło w demokratycznej doktrynie »suwerenności ludu« (souveraineté du peuple) Rousseau – oraz etniczno–językową i/albo rasową »zasadę narodowościową« (le principe des nationalités), domagającą się zgodności pomiędzy państwem a narodowością. Konsekwencją tego stanowiska jest akceptacja jedynie państwa narodowego (l’état national), którego granice wyznaczone są według rozsiedlenia narodowości (względnie ras jako szczepów etnicznych)”.

Z kolei pod pojęciem nacjonalizmu integralnego rozumie on „koncepcję, która w oparciu o solidarystyczną i kulturową definicję narodu jako historycznej i ponadklasowej wspólnoty przeznaczenia, domaga się prowadzenia przez państwo polityki podporządkowanej ponadpartykularnemu dobru wspólnemu narodu”. Dla naszego bohatera nacjonalizm integralny stanowi „przypadek główny” nacjonalizmu, zaś wszelkie jego odmiany lub lokalne manifestacje są poboczne lub wręcz graniczne.

Jednak nawet modelowy przykład nacjonalizmu integralnego (ten, który nazwę ustanowił), reprezentowany przez Action Française, psuje wycyzelowany obraz. Charles Maurras, lider ruchu, to Francję, a nie monarchię, prawdę i ład, traktuje jako dobro najwyższe. Tymczasem za to przedmiotowe traktowanie „esencji” nie spotyka go ze strony Jacka Bartyzela najmniejsza uwaga krytyczna.

Skrajnym przykładem rzeczonego uprzedmiotowienia jest sprawa sukcesji. Nie wnikając zbyt głęboko w kwestię pretendentów do tronu Francji, wyróżnić możemy trzy główne nurty: legitymistyczny, orleański i bonapartystowski. Pomijając ten ostatni jako uzurpatorski, pozostają dwa związane z dynastią Burbonów. Pretendent legitymistyczny jest wyznaczony przez fundamentalne prawa królestwa, prawowitym władcą, z kolei władcy orleańscy pochodzą z bocznej linii Burbonów, która uzyskała tron w wyniku rewolucji lipcowej. Co wybrał Maurras? Linię orleańską, gdyż… pretendent legitymistyczny był Hiszpanem (po śmierci Henryka hrabiego Chambord prawa do korony przeszły na linię hiszpańską Burbonów).

W swoim dziele – Umierać, ale powoli – Jacek Bartyzel beznamiętnie, w jednym zaledwie zdaniu pisze o samej decyzji, całą energię poświęca na wyjaśnienie, że wybór ten nie oznaczał jednocześnie przyjęcia orleańskiej wizji monarchii (czyt. konstytucyjnej). Natomiast w książce Prawica-nacjonalizm-monarchizm krytykę ze strony monarchistów integralnych przywołuje raczej z kronikarskiego obowiązku. Podporządkowanie monarchii demokratycznym zasadom jest zbrodnią odbierającą jej miano prawowitej, zaś podporządkowanie królestwa dobru narodu… normalne.

A to nie wszystko. Action Francaise wzywała do walki z „czterema skonfederowanymi stanami wrogów Francji” (masonerią, protestantami, żydami i cudzoziemcami) jako tymi, które, kontrolując republikę, przynoszą zgubę Francji. Zestawmy to teraz z tym, co o nacjonalitaryzmie pisze Jacek Bartyzel: „W świetle takiego kryterium można zauważyć, że te postaci nacjonalizmu, które zamanifestowały się najwcześniej, jak nacjonalizm rewolucyjny (jakobiński), oraz trwają nadal w formach zdefiniowanych wyżej jako nacjonalitaryzm, a priori dokonują wykluczenia ze wspólnoty narodowej całych klas, jak również grup niemieszczących się w wąskich ramach jedności etnicznej czy językowej, a nawet posuwają się do ich eksterminacji, takie zaś nastawienie musi być traktowane jako wypaczona i źle pojęta troska o dobro narodu.”

Widać jak na dłoni, że to nie nacjonalizm integralny jest „przypadkiem głównym”, ale to, co Jacek Bartyzel nazywa nacjonalitaryzmem. Nie może on jednak tego przyznać, gdyż musiałoby to oznaczać odrzucenie nacjonalizmu jako takiego, a ten zbyt głęboko tkwi w ideologicznym DNA naszego bohatera. Dlatego brnie on w udowadnianie jakoby pojedyncze i wyjątkowe, bliskie tradycjonalizmowi manifestacje nacjonalizmu stanowić miały jego esencjalną i idealną formę.

W pułapce historycznej formy

Analiza myśli Jacka Bartyzela nastręcza trudności. Kod wydaje się logiczny i prawidłowy, ale program po wpisaniu danych wyrzuca błędne odpowiedzi. Widać to np. kiedy czyta się serię polemik z Adamem Wielomskim wokół wpisania króla Jakuba VI & I Stuarta (był szóstym Jakubem na tronie Szkocji i pierwszym na tronie Anglii) do Kalendarzyka reakcjonisty. Wynik, czyli obrona monistycznej (takiej, w której relacja władzy duchownej i świeckiej polega na całkowitej dominacji jednaj nad drugą) monarchii suwerennej, protestanckiej z ducha, jest błędny, podczas gdy argumentacja i ostateczne „wyznanie wiary” w postaci krystalicznej definicji katolickiego rozdziału władz świeckiej i duchownej, jest prawidłowe.

Dzieje się tak dlatego, że Bartyzel, szukając istoty, mimowolnie dopisuje do niej cechy przygodne. Per analogiam do stanowiska tradycjonalistycznych katolików uznających nadzwyczajną formę rytu rzymskiego za jedyną i prawidłową formę liturgii fakt bycia zgodnym z ortodoksją w momencie największego rozkwitu oznaczać ma zarazem najwyższą formę rozwoju. Jest to rozumowanie błędne, zakłada bowiem pewien rodzaj końca historii. Jacek Bartyzel twierdzi np., że zasady dziedziczenia powstały w procesie historycznym, nie przeszkadza mu to jednak nadawać im charakteru ostatecznego po tym, kiedy się ukształtowały.

Monarchia średniowieczna, uznawana za wzorcową, powstała w danych okolicznościach, o czym pisze sam zainteresowany. Co istotne, monarchia ta, wyrażając prawdę w kontekście historycznym, nie jest idealnym odbiciem historii. Cały jej konstrukt był ortodoksyjny jedynie w ramach trójkąta: papież, cesarz, królowie. Upadek cesarstwa i reformacja uniemożliwiają jego prawidłowe działanie, dlatego powstają monarchie narodowe popadające w monizm. Dla Jacka Bartyzela zaś fakt posiadania przez nie cech identycznych lub podobnych do tych w okresie modelowym jest wystarczający do uznania, że dalej działały prawidłowo. Co więcej, do samej koncepcji ładu dopisane zostają cechy, które wyłoniły się już po okresie modelowym, takie jak np. suwerenność.

Problematyczna staje się główna zasada mająca na celu identyfikację prawidłowego wzorca. Jest nim tradycja rozumiana jako mądrość pokoleń przekazywana nam w pewnym kontinuum czasowym. To, co ma nam dawać pewność, to zadawnienie instytucji i ładu – długie trwanie ma stanowić potwierdzenie przychylności Opatrzności. Jednak, gdyby się nad tym dłużej zastanowić, tak rozumiany tradycjonalizm jest de facto ewolucjonizmem Edmunda Burke’a pomnożonym przez historyczną skalę.

Co definiuje legitymistyczne prawa królów Francji? Tradycja i zadawnienie, prawo salickie itd. Jednak historia królów frankijskich to ciąg uzurpacji. Pierwszym tradycyjnie namaszczonym królem Franków był Pepin Krótki (ur. 714), a sakra udzielona mu przez św. Bonifacego miała na celu usankcjonowanie jego zamachu stanu oraz obalenia dynastii Merowingów. Podobnie było z założycielem dynastii Kapetyngów, czyli Hugonem Kapetem (ur. 940), który został królem dzięki odsunięciu od władzy dynastii Karolingów. Dalej władza przechodziła już w ręce dynastii Kapetyngów, w tym Walezjuszy i ostatecznie Burbonów. Prawa fundamentalne monarchii francuskiej są więc wynikiem ewolucji historycznej, w której najpierw mieliśmy elementy wyboru władcy, potem przechodzące w zasadę sukcesji. Ewolucji podlegało również rozumienie zakresu władzy królewskiej: od słabych królów zależnych od swoich feudałów, przez monarchów stanowych, po absolutnych Ludwików. Jak widać, mamy tutaj do czynienia z ciągłą zmianą.

Innym dobrym przykładem ewolucyjności „zadawnienia” jest starożytny Rzym. Najpierw mamy monarchię, która zostaje obalona. Ustanowiona republika ulega zadawnieniu i w ten sposób Juliusz Cezar, przejmując władzę siłą, staje się uzurpatorem. Jednak ustanowiony przez niego ład później również podlega zadawnieniu, przechodząc w Cesarstwo i stając się podstawą średniowiecznych koncepcji relacji cesarza z papieżem i królami. Powstaje więc pytanie, kiedy zadawnieniu ulegnie dynastia Windsorów i wygasną prawa pretendentów Jakobickich? Czy ustrój Stanów Zjednoczonych jest już zadawniony? Jak to wygląda w przypadku republikańskiej Francji lub posiadającej monarchię konstytucyjną Wielkiej Brytanii? Czyżby cały ten konstrukt opierał się tylko na argumencie „ze starości”?

Esej pochodzi z numeru czasopisma „Pressje” pt. „Konserwatysta w odczarowanym świecie”. Zapraszamy do nieodpłatnego pobrania numeru w jednym z trzech formatów elektronicznych.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.