Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

„Śmierć mózgowa” Francji?

przeczytanie zajmie 10 min

Prezydent Macron, mówiąc o „śmierci mózgowej NATO” i podważając wiarygodność sojuszniczą USA, wpisał się w długą francuską tradycję kontestacji amerykańskiej pozycji globalnego hegemona. Jednak ofensywa dyplomatyczna Francji wynika z chęci przykrycia problemów wewnętrznych. Wobec trudności przeprowadzanych zmian systemu ekonomiczno-społecznego Francji naturalny jest głód sukcesu na arenie polityki zagranicznej.

7 listopada 2019 r. w wywiadzie dla tygodnika „The Economist” prezydent Francji, Emmanuel Macron, stwierdził, że doświadczamy „śmierci mózgowej” (brain-dead) NATO i nie ma pewności, czy artykuł 5. traktatu waszyngtońskiego (zawierający słynną zasadę muszkieterską – „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”) w razie potrzeby zadziałaby odpowiednio, gdyż Europa „nie może dłużej polegać na Stanach Zjednoczonych” w zakresie obrony amerykańskich sojuszników na Starym Kontynencie. Wysnuwał stąd wniosek o konieczności budowy autonomicznych europejskich zdolności do odgrywania roli geostrategicznego mocarstwa, co należy rozumieć jako kolejny przejaw woli Paryża i ożywienia unijnych ambicji w zakresie budowy mocarstwowych zdolności wojskowych. Tezę tę podtrzymał 4 grudnia na początku obrad szczytu Sojuszu Północnoatlantyckiego w Londynie. Wywołał tym powszechną krytykę płynącą nie tylko, co oczywiste, z Waszyngtonu, administracyjnych struktur NATO czy z silnie proamerykańsko nastawionej Europy Środkowej, ale także z Berlina – od 70 lat głównego partnera Paryża we francusko-niemieckim „motorze integracji europejskiej”. Oznaki zadowolenia zademonstrowała zaś Moskwa.

Antynatowskie tyrady Macrona wywołały jak dotąd skutek odwrotny do zamierzonego. Nastąpiło nie tylko demonstracyjne wsparcie przez prezydenta Trumpa jedności transatlantyckiej, ale i stanowcze odcięcie się kanclerz Merkel od stanowiska wyrażonego przez głowę państwa francuskiego. W rezultacie nastąpiło zatem, przynajmniej deklaratywne, zbliżenie stanowisk Waszyngtonu i Berlina mimo chłodnych ostatnio relacji amerykańsko-niemieckich czy to na tle wojny handlowej, czy też zapowiadanych amerykańskich sankcji wobec Nord Stream 2.

Co było przyczyną tak bulwersującego kroku francuskiego prezydenta? Czy był to jednorazowy wyskok lub raczej przejaw tendencji? Prezydent Macron się myli czy też trafnie diagnozuje sytuację, a jego błąd polega nie na diagnozie, lecz na zbędnym przyjęciu na siebie przez Francję kosztów publicznego zadeklarowania, że „król jest nagi”? Jakie są zatem cele tak prowadzonej polityki? Jakie są konsekwencje zaistniałej sytuacji dla NATO, Europy i przede wszystkim dla bezpieczeństwa Polski?

Długa antyamerykańska tradycja

Francja od lat boryka się z syndromem gasnącego mocarstwa niemogącego się pogodzić z nieodwracalnym spadkiem własnego znaczenia na arenie międzynarodowej. Osiągnąwszy apogeum w dobie napoleońskiej, utrzymała do 1871 r. prestiż wielowymiarowego mocarstwa wiodącego prym w Europie, a zważywszy na epokę, o której mowa, także na świecie. Po klęsce zadanej jej przez Niemcy utraciła w wymiarze militarnym palmę pierwszeństwa na rzecz kajzerowskiej Rzeszy, zachowując jednak światową dominację kulturową, wzmocnioną ekspansją kolonialną, dającą podwaliny pod obecną grupę państw frankofońskich z Paryżem jako centrum normatywnym wzorców cywilizacyjnych. Klęska mocarstw centralnych i Rosji w I wojnie światowej przyniosła krótkotrwały renesans prestiżu militarnej mocarstwowości francuskiej, negatywnie zweryfikowanego w 1940 r.

Wzrost roli Stanów Zjednoczonych w polityce światowej wyraźny od początku XX w. zahamowany został politycznie w epoce amerykańskiego izolacjonizmu lat 1920-1941, ale już wówczas rozpoczął proces „podkopywania” kulturowej dominacji Francji przez powolną, ale wyraźnie postępującą amerykańską ekspansję w sferze kultury masowej. II wojna światowa zredukowała Francję do roli mocarstwa wyraźnie drugiej kategorii w wymiarze militarnym, politycznym, ale i coraz silniej kulturowym.

Na tym tle Paryż rozwinął tradycję antyamerykanizmu (symbolizowaną konfliktem de Gaulle’a z les Anglosaxons (Anglosasami)) z jego kulminacją w 1966 r., kiedy to w sporze o kontrolę nad amerykańską bronią jądrową rozmieszczoną na terytorium Francji V Republika opuściła struktury wojskowe NATO, pozostając jedynie politycznie państwem członkowskim Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Koniec zimnej wojny i zanik zagrożenia sowieckiego obniżyły amerykańską gotowość do ponoszenia kosztów obrony drugo- i trzeciorzędnych interesów bezpieczeństwa europejskich sojuszników (interesy pierwszorzędne – niepodległość, integralność terytorialna i samo istnienie – przestały być zagrożone), jak i europejską (przede wszystkim francuską) gotowość do uznawania dominacji USA w świecie transatlantyckim. Od czasów kanclerza Gerharda Schrödera podobny kurs ze zmiennym natężeniem zaznacza się także w polityce niemieckiej. Próby kontestowania polityki amerykańskiej osiągnęły apogeum w okresie interwencji USA w Iraku w 2003 r. i skończyły się kompromitującą demonstracją własnej niewydolności w zakresie konstruowania autonomicznych europejskich zdolności wojskowych. Redukujący pozycję Francji wzrost znaczenia Hiszpanii w strukturach NATO w zachodniej części Morza Śródziemnego, wyraźny po zgłoszeniu przez rząd José Marii Aznara akcesu Madrytu do amerykańskiej akcji w Iraku, przyniósł otrzeźwienie nad Sekwaną i decyzję prezydenta Sarkozy’ego o powrocie Paryża do struktur wojskowych Sojuszu (szczyt NATO w Strasburgu i Kehl 3-4 kwietnia 2009 r.). Krok ten nie oznaczał jednak korekty francuskiej polityki wobec USA.

Prezydent Macron, mówiąc o „śmierci mózgowej” NATO i podważając wiarygodność sojuszniczą USA, wpisywał się w długą francuską tradycję kontestacji amerykańskiej pozycji globalnego hegemona. Nie dopuścił się jednorazowego dyplomatycznego faux pas. Jest to jego stałe postępowanie.

Już w listopadzie 2018 r., z racji udziału w uroczystościach upamiętniających koniec I wojny światowej, w trakcie pobytu w Verdun, komentując wypowiedzenie przez USA traktatu INF (układu USA-ZSRR z 1987 r. o likwidacji pocisków średniego i pośredniego zasięgu – od 500 do 5500 km), oświadczył w wywiadzie dla radia Europe1, że Europejczycy nie mogą być bezpieczni bez „prawdziwie europejskiej armii”, która broniłaby ich „przed Chinami, Rosją, a nawet Stanami Zjednoczonymi”. Ustawienie Waszyngtonu w szeregu wrogów Europy na równi z Chinami i Rosją, przed którymi Unia Europejska powinna zbudować osłonę militarną, było posunięciem drastycznym i szeroko wówczas komentowanym. Obecne deklaracje Macrona są więc jedynie potwierdzeniem przyjętej wtedy linii politycznej, którą w świetle tego faktu należy uznać za przemyślaną i trwałą.

Polityka zagraniczna ma przykryć problemy wewnętrzne

Macron, który uzyskał obecne stanowisko nie wskutek osobistych dokonań, lecz emanacji mainstreamowych elit zagrożonych populizmem Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen, jest obecnie we Francji politykiem skrajnie niepopularnym i borykającym się z narastającym buntem społecznym. Odczuwa więc głód sukcesu. Zważywszy na stan francuskiej gospodarki (zadłużenie rządu w kwietniu 2019 r. osiągnęło 99,5% PKB), skuteczna reforma systemu ekonomiczno-społecznego Francji jest niezbędna, ale także politycznie ryzykowna, by nie powiedzieć niewykonalna. Z uwagi na groźbę sprowokowania przy jej próbie społecznego wybuchu nie obiecuje powodzenia, lecz utratę politycznego poparcia dla jej autora. Sukces w polityce zagranicznej, jak chociażby symboliczne przywrócenie wielkości Francji, bardzo pomógłby w dziele stabilizacji wewnętrznej. Nie jest wykluczone, że takiego właśnie skutku pożąda i oczekuje prezydent Macron, który podejmuje kolejne „wielkie inicjatywy” na arenie międzynarodowej. Zbliża go to (co do natury stosowanej przezeń strategii) do Władimira Putina, który w związku z niezdolnością do dalszego „kupowania” poparcia Rosjan przez wzrost ich poziomu życia usiłuje oprzeć swą popularność na sukcesach w polityce zagranicznej, tyle że w wypadku Rosji mają one charakter imperialnej agresji. Putinowi sztuka ta jak dotąd się udaje. Macron, próbując mutatis mutandis podobnej metody, popełnia jednak błąd. Francuzi nie są Rosjanami i próba kompensacji niezdolności rozwiązywania problemów bytowych obywateli teatrem mocarstwowości Francji nie wróży sukcesu nad Sekwaną.

Pierwszą inicjatywą Macrona był projekt pogłębienia integracji europejskiej w oparciu o Unię Gospodarczą i Walutową (UGW), która miała posłużyć do budowy „unii pierwszej prędkości”, wiodącej do odcięcia się od państw przyjętych do UE w 2004 r. i później, a uznawanych przez francuską opinię publiczną za obciążenie i konkurencję.

Projekt Macrona – głęboka integracja „twardego jądra UE” wokół strefy euro z założeniem uwspólnotowienia przyszłych długów jej państw członkowskich – był pomysłem politycznie nieakceptowalnym dla Niemiec. Oznaczałby bowiem przyjęcie przez podatników niemieckich odpowiedzialności finansowej za przyszłe długi Francji.

10 października 2019 r. na spotkaniu Ecofin (Rady UE w składzie ministrów finansów wszystkich państw UE) utworzono wprawdzie wspólny budżet strefy euro, ale ma on wymiar symboliczny (€25 mld na lata 2021-2027, z tego zaledwie €17 mld na strefę euro, a reszta na państwa spoza grupy euro), który na pewno nie stanie się podstawą pogłębionej integracji „twardego jądra UE”.

W tę linię wpisywało się przeforsowanie przez Macrona dyrektywy o pracownikach delegowanych, „chroniącej francuski rynek pracy przed dumpingiem socjalnym ze strony nowych państw członkowskich” – tak ukazano ją Francuzom, licząc na zdobycie wśród nich popularności. Przejawem tej samej tendencji było także niedawne zablokowanie otwarcia rozmów akcesyjnych z państwami Bałkanów Zachodnich oraz obraźliwe słowa pod adresem przybywających do Francji imigrantów z Bułgarii i Ukrainy. Macron obsługuje w ten sposób polityczną niechęć swych rodaków do procesu poszerzania UE, zarówno tego dokonanego, jak i tego ewentualnego, dotyczącego przyszłości.

Działania Macrona wywołały irytację kanclerz Merkel. Według doniesień „New York Timesa” napominała ona Macrona 10 listopada podczas uroczystej kolacji w siedzibie prezydenta RFN na zamku Bellevue, wydanej z okazji 30. rocznicy zjednoczenia Niemiec. Merkel podkreślała, że „dość ma już dość sprzątania po prezydencie Francji”, ponieważ „raz za razem musi sklejać fragmenty filiżanek, które on rozbił, żeby potem móc z nim usiąść i wypić herbatę”. Rzecznik rządu RFN, Steffen Seibert, wprawdzie zaprzeczał tej wersji wydarzeń, ale owo dementi należy raczej złożyć na karb dyplomatycznej układności.

Sprzeciw Europy Środkowej wobec idei Unii dwóch prędkości i niechęci RFN do pomysłów francuskich skazują na porażkę koncepcje Macrona. Chodzi o te dotyczące anulowania politycznych i finansowych skutków rozszerzeń UE z lat 2004-2013 oraz sprowadzenia Europy Środkowej do roli rynku zbytu o statusie „Piętaszka”, który „nie marnuje okazji, by siedzieć cicho”.

W tej sytuacji powrót do promocji europejskiej integracji w dziedzinie militarnej jako procesu dystansowania się UE wobec USA jest kolejnym instrumentem walki Macrona o przetrwanie na francuskiej scenie politycznej poprzez zaistnienie w roli głównego aktora na scenie europejskiej. Antyamerykanizm, szczególnie w politycznie poprawnej szacie antyTrumpizmu, jest bardzo popularny nie tylko we Francji, ale i w licznych krajach Europy Zachodniej, co czyni ofertę Macrona ponadnarodową.

Dialog z Rosją w tle

Retoryka antyamerykańska jest zabiegiem wizerunkowym o charakterze populistycznym, skierowanym nie tylko do nastawionej niechętnie do USA francuskiej i szerzej zachodnioeuropejskiej opinii publicznej. Jest też jednym z instrumentów przedstawiania Moskwie oferty wspólnego francusko-rosyjskiego usuwania wpływów USA z Europy. Oba kierunki ataku – ten wymierzony we wschodnią flankę UE, jak i ten uderzający w państwa kandydujące z Bałkanów Zachodnich i Ukrainę – doskonale wpisują się w interesy Moskwy i mogą służyć jako instrument zbliżenia Francji i Rosji. O ile jednak na Bałkanach Macron odniósł „spektakularny sukces”, niszcząc podstawy zaufania tamtejszej klasy politycznej do Unii Europejskiej i otwierając drogę wpływom rosyjskim, o tyle w zakresie konstrukcji dotyczących integracji rdzenia UE odnotował wyraźną porażkę.

Nie popchnął także spraw ukraińskich w pożądanym przez siebie i Rosję kierunku. Forsowane przez niego niedawne spotkanie formatu normandzkiego (9 grudnia 2019), po którym powszechnie oczekiwano kapitulacji prezydenta Ukrainy, Wołodymyra Zełenskiego, i stworzenia pretekstu do zniesienia sankcji unijnych wobec Rosji, co otwierałoby Paryżowi drogę do swobodnej współpracy z Moskwą, nie doprowadziło do oczekiwanych rezultatów. Ukraina nie skapitulowała, a pretekst do zniesienia sankcji nie został stworzony.

Niewątpliwie publiczne dezawuowanie NATO przez głowę państwa francuskiego jest wyrazistym sygnałem dla Kremla o gotowości Francji do daleko idącego współdziałania w zakresie redukcji wpływów amerykańskich w Europie. Sojusz francusko-rosyjski ma nad Sekwaną długą i silną tradycję. Sięga roku 1893 – belle epoque potęgi kulturalnej Francji, dodatkowo wzmacnianą w latach 1935-1981 (od rządów frontu ludowego po stan wojenny w Polsce, który podkopał tzw. eurokomunizm) silnymi sentymentami lewicowymi do dzisiaj byłej już „ojczyzny proletariatu”, czyli do ZSRR, którego Rosja Putina jest oczywistym spadkobiercą. Putin obsługuje w tym zakresie liczne i przeciwstawne kręgi francuskiej opinii publicznej. Apeluje do uczuć „sierot po komunizmie”, osób tęskniących za minioną grandeur française (francuską wielkością) doby sojuszu III Republiki z carską Rosją (1893-1917), ale i tych, którzy we współczesnej Rosji widzą ostoję konserwatyzmu walczącego z „Gejropą” (uosabianą przez „diewuszkę Wurst”), jak i krzyżowców walczących w Syrii z islamskim zagrożeniem, żywo odczuwanym przez część francuskiej opinii publicznej. Oczywiście nie wszyscy dają się zwieść tej propagandzie, a okrucieństwa Rosjan w Syrii i fakt, że Moskwa operuje tam na tradycyjnych obszarach wpływów francuskich, ma także nad Sekwaną licznych przeciwników. Stosowne rozłożenie akcentów poparcia i potępienia dla polityki Kremla, a także ich różnicowanie w czasie czynią jednak całą grę ostatecznie dla Macrona wyborczo opłacalną, a przynajmniej uprawdopodobniają przypuszczenie, że tak on to sobie wyobraża.

USA winne problemom NATO?

Sojusz Północnoatlantycki ma swoje problemy. Jednym z nich jest Francja, drugim – stan stosunków amerykańsko-tureckich. Oba objawiły się w wyrazisty sposób na ostatnim londyńskim szczycie NATO (4 grudnia 2019), ale nie są jakościowo inne niż te znane z historii. Jak wspomniano w 1966, ze struktur wojskowych NATO wystąpiła Francja, by wrócić do nich częściowo w 1995, a całkowicie w 2009 r.. W latach 1974-1980 poza owymi strukturami pozostawała Grecja, a konflikt cypryjski z 1974 r. postawił dwa państwa członkowskie Sojuszu – Grecję i Turcję – na krawędzi konfliktu zbrojnego. W latach 1982-1997 od przystąpienia do struktur wojskowych NATO powstrzymywała się Hiszpania. W 2003 r. Francja i Belgia zawetowały z poparciem Niemiec procedury z zakresu art. 4 traktatu waszyngtońskiego, których uruchomienia w związku z zagrożeniem wojną w Iraku domagała się Turcja.

Istota problemów, z którymi boryka się obecnie Sojusz Północnoatlantycki, leży gdzie indziej. Dziś, odmiennie niż w czasach zimnej wojny, gdy czołgi sowieckie stały w NRD 300 km od granic Francji, poczucie zagrożenia rosyjskiego jest wśród państw NATO silnie zróżnicowane. Inaczej jest ono odczuwane na wschodniej flance Sojuszu, a inaczej na flance południowej, która ma inne priorytety.

Istotą napięć w relacjach amerykańsko-zachodnioeuropejskich jest więc, obok ideologicznego antyTrumpizmu i sporów handlowych, spór o nierówne rozłożenie ciężarów wspólnego transatlantyckiego bezpieczeństwa. Amerykanie niosą jego główne brzemię, zachodni Europejczycy nie są zaś chętni, by zwiększyć swój wkład do tej konstrukcji – ludzki i finansowy.

Mimo to NATO, pod wpływem impulsu płynącego z Polski, Rumunii i państw bałtyckich, wyrażonego dobitnie przez grupę B9 (wspomniane państwa plus Bułgaria, Czechy, Słowacja i Węgry) w Bukareszcie (3 listopada 2015), przyjęło na szczycie w Warszawie (8-9 lipca 2016) program wzmocnienia wojskowego wschodniej flanki Sojuszu i do połowy 2017 r. wprowadziło go w życie z aktywnym udziałem gros swych państw członkowskich od USA i Kanady, przez Hiszpanię i Włochy, aż po Polskę, Albanię, Chorwację i Rumunię (by wymienić tylko największe lub najbardziej odległe), które demonstrują w ten sposób swą solidarność wojskową. Wizyta wiceprezydenta USA, Mike’a Pence’a, w Polsce (1-2 października 2019) z okazji rocznicy wybuchu II wojny światowej, stała się okazją do zadeklarowania kolejnego wzmocnienia sił amerykańskich w naszym kraju, a więc w Europie. Diagnoza o porzucaniu europejskich sojuszników przez USA nie ma więc żadnych faktograficznych podstaw. Nacisk Waszyngtonu na zwiększenie udziału Europy w ponoszeniu kosztów wspólnego bezpieczeństwa nie jest tym samym co wycofywanie się USA z zobowiązań sojuszniczych. Jest jedynie presją, by europejscy alianci wykonywali swoje. Macron się więc myli, diagnozując politykę amerykańską jako porzucanie zobowiązań wobec Europy. Zapewne zresztą myli się z premedytacją. Wzmacnianie amerykańskiej obecności wojskowej na wschodniej flance NATO jest faktem, tym, co dzieje się tu i teraz. Prognozowane porzucenie Europy przez USA dla skoncentrowania się na wyzwaniu chińskim jest prognozą właśnie i ma się stać „kiedyś tam w przyszłości”. Wyzwanie chińskie jest dla Stanów Zjednoczonych wyzwaniem realnym i rosnącym. W zglobalizowanym świecie wyobrażenie o tym, że Waszyngton będzie mógł bez fundamentalnego podważenia swych żywotnych interesów odciąć się od Europy, by skoncentrować się na Dalekim Wschodzie (czy odwrotnie), jest niskich lotów publicystyką. Supermocarstwo amerykańskie musi prowadzić aktywną politykę w wielu regionach (nie tylko tych dwóch) i z żadnego się nie wycofa. W każdym natomiast będzie poszukiwało możliwości zredukowania kosztów własnych poprzez przerzucenie ich części na lokalnych sojuszników wiodących.

Nacisk Trumpa na zwiększenie udziału europejskich sojuszników USA w ponoszeniu wspólnych transatlantyckich ciężarów odstraszania i obrony spotyka się z niechęcią Europy Zachodniej. Stanowisko amerykańskiego prezydenta nie powinno jednak dziwić. Celem polityki zagranicznej prowadzonej przez USA pod wodzą Donalda Trumpa, poza zapewnieniem bezpieczeństwa i pozycji międzynarodowej państwa, jest, jak w każdej demokracji, reelekcja, czyli uzyskanie w drodze zwycięskich wyborów przedłużenia mandatu.

Stany Zjednoczone są demokracją od 18 lat (od 11 września 2001) toczącą wojnę, co dla każdej demokracji jest skrajnym wysiłkiem. Prowadzić wojnę i wygrywać wybory to sztuka polityczna najwyższej klasy. Stąd wzięło się Trumpowskie hasło – America first –obietnica, że pieniądze amerykańskich podatników i krew amerykańskich żołnierzy służą żywotnym interesom Stanów Zjednoczonych. Obrona sojuszników USA jest takim interesem. Jest jednak przede wszystkim interesem tychże sojuszników. Każdy zatem, kto chce wygrywać wybory w USA, musi obiecać wyborcom redukcję nakładanych na nich ciężarów związanych z globalną odpowiedzialnością Stanów Zjednoczonych za utrzymywanie ładu światowego. Pytanie, jak tego dokonać, nie destabilizując amerykańskiego systemu sojuszy. Odpowiedzią Trumpa jest tworzenie systemu wiodących sojuszników regionalnych, którzy wzięliby na swoje barki istotną część ciężaru wspólnego bezpieczeństwa, odciążając w ten sposób USA. Na Dalekim Wschodzie są to Japonia, Korea Południowa, Tajwan i Filipiny z ofertą otwartych drzwi dla dawnego wroga, czyli Wietnamu odczuwającego zagrożenie ze strony Chin. Na Bliskim Wschodzie są to bogate monarchie sunnickie Zatoki Perskiej (głównie Arabia Saudyjska) i Izrael, zagrożone wzrostem potęgi sprzymierzonego z Rosją Iranu i wspieranych przez niego ugrupowań szyickich, dominujących już w Syrii. W Europie zaś są Niemcy (najbardziej pożądany sojusznik) dysponujące największym, ale też i słabo wykorzystywanym potencjałem krępowanym przez głęboki pacyfizm niemieckiej opinii publicznej (skutkujący niedoinwestowaniem Bundeswehry i jej niską tolerancją dla strat bojowych) oraz interesami gazowymi z Rosją (Nord Stream 1 i 2, Opal). W tej sytuacji i przy napięciach amerykańsko-tureckich dodatkowymi filarami sojuszu w Europie stają się Polska i Rumunia jako dwa kolejne państwa o największym potencjale w regionie, przede wszystkim z uwagi na zagrożenie rosyjskie, żywo zainteresowane przyciąganiem Stanów Zjednoczonych do gry na wschodniej flance NATO.

Zasadniczo niemilitarny charakter zagrożeń południowej flanki NATO w basenie Morza Śródziemnego czyni nierealnym oczekiwanie, że wyborcy w tych krajach poprą program wzrostu wydatków zbrojeniowych do ustalonego na szczycie Sojuszu w Newport (4-5 września 2014) poziomu 2% PKB. Kanclerz Merkel tuż przed ostatnim londyńskim szczytem NATO zadeklarowała, że Niemcy zwiększą swój budżet wojskowy do 1,5% PKB i to dopiero do roku 2024. Inne państwa południowej i zachodniej flanki NATO (bez Grecji, która ma tradycyjnie wysoki budżet obronny w związku z obawami wobec Turcji) wydają także poniżej przyjętego w Newport pułapu. Oznacza to, że głównym problemem Sojuszu nie jest redukcja zaangażowania USA w Europie, ale niechęć wielu państw Europy Zachodniej do ponoszenia kosztów wydatków wojskowych.

Czy UE może zastąpić NATO?

Francja usiłuje stanąć na czele sprzeciwu wobec amerykańskiej presji zwiększenia europejskiego udziału w utrzymywaniu wspólnego transatlantyckiego bezpieczeństwa. Forsując europejską autonomię strategiczną w dziedzinie militarnej, popada jednak w pułapkę populizmu. Jak bowiem można zbudować europejskie zdolności wojskowe na poziomie mocarstwowym, łożąc na ich budowę poniżej określonego przez NATO minimum? Niezależność strategiczna kosztować wszak musi więcej, a nie mniej, trzeba by bowiem zbudować te zdolności, których obecnie dostarczają USA (system wojskowych satelitów zwiadowczych i komunikacyjnych, strategiczny transport lotniczy, zapas kosztownej inteligentnej amunicji itd.). Program ten jest zatem sprzeczny wewnętrznie i z pewnością zakończy się porażką.

Pomysł wzmocnienia europejskiej polityki bezpieczeństwa nie jest nowy. Francusko-brytyjska deklaracja z Saint Malo (4 grudnia1998) i będące ich skutkiem decyzje Rady Europejskiej z Kolonii (10 czerwca 1999) i z Helsinek (10 grudnia 1999) o powołaniu Europejskiej Polityki Bezpieczeństwa i Obronnej oraz o utworzeniu do 2003 r. 60 tys. europejskich sił interwencyjnych zakończyły się fiaskiem tzw. szczytu pralinkowego (Francja, Niemcy, Belgia Luksemburg) w Tervuren (29 kwietnia 2003), na którym w gronie państw sprzeciwiających się amerykańskiej interwencji w Iraku usiłowano powołać Europejską Unię Obronną. Nazwa szczytu złośliwie oddaje jego rezultaty – oprócz konsumpcji belgijskich czekoladek innych skutków zebrania się owego gremium bowiem nie odnotowano.

Próba samodzielnej francusko-brytyjskiej interwencji w Libii (2011) wykazała nieskuteczność połączonych sił dwóch największych europejskich mocarstw dysponujących najpotężniejszym potencjałem ekspedycyjnym w radzeniu sobie z podzieloną wojną domową armią libijską. Sprawdzian ten powinien ostatecznie zakończyć dywagacje na temat samodzielności wojskowej Europy. Brexit i odejście Wielkiej Brytanii z owej konstrukcji miało postawić „kropkę nad i” w debacie na ten temat. Tak się jednak nie stało.

***

Zadane we wstępie pytanie o charakter polityki francuskiej, jej trwałość i to, czy jest przejawem chwilowego zawirowania czy też szerszego planu, możemy zatem skwitować stwierdzeniem, że jest prowadzona z premedytacją, ma charakter długofalowy, silne tradycje i motywowana jest, jak zwykle w demokracji, nadziejami na zyski wyborcze jej autora stojącego w obliczu drastycznych wyzwań na arenie wewnętrznej, włącznie z perspektywą destabilizacji politycznej nie tylko swego obozu, ale i państwa francuskiego jako takiego. Niemożność odniesienia sukcesu na arenie wewnętrznej powoduje zatem gorączkowe jego poszukiwanie w licznych i wyrazistych (tzn. obiecujących w razie powodzenia glorię przywódcy wielkiego formatu) inicjatywach na arenie międzynarodowej. Porażka projektu integracji „UE pierwszej prędkości” wokół UGW przyniosła obecnie wzmożenie aktywności Macrona (Francji) na kierunku integracji europejskiej w dziedzinie wojskowej z wyraźnym akcentem antyatlantyckim i prorosyjskim oraz demonstrowanie niechęci do niepopularnej we Francji polityki „otwartych drzwi” do członkostwa kolejnych państw w UE. Towarzysząca tym poczynaniom retoryka antyamerykańska nie opisuje jednak rzeczywistości, lecz jest zabiegiem wizerunkowym o charakterze populistycznym, skierowanym do nastawionej niechętnie do USA francuskiej i szerzej zachodnioeuropejskiej opinii publicznej. Jest też jednym z instrumentów przedstawiania Moskwie oferty wspólnego francusko-rosyjskiego usuwania wpływów USA z Europy.

Jest to polityka oparta na iluzjach i stąd upoważnia do tezy o „śmierci mózgowej” Francji. Iluzją jest francuska zdolność do skutecznej rywalizacji z USA, europejska zdolność do samodzielności strategicznej w dziedzinie militarnej w opozycji do Stanów Zjednoczonych, możliwość współpracy na partnerskich zasadach Rosji z jakimkolwiek innym państwem, w tym z Francją, niemiecka zdolność do przyjęcia odpowiedzialności za długi Francji w uwspólnotowionym systemie UGW i sprowadzenie Europy Środkowej do roli rynku zbytu milcząco akceptującego decyzje „twardego rdzenia UE”. Ta błędna polityka Paryża zniechęca do Francji kolejne kraje. Trwające od 2003 r. spory z Polską poszerzone zostały przez Macrona o konflikty dyplomatyczne z całą wschodnią flanką NATO – obawiającą się Rosji i stąd silnie proamerykańską i proatlantycką. Obrażona została Ukraina i Bułgaria, odepchnięte Bałkany Zachodnie, w trudnej sytuacji postawione Niemcy.

Zachowanie Francji podkreśla wartość Polski. Jest ono tłem politycznym, na którym solidność sojusznicza Rzeczypospolitej i powaga podejścia państwa polskiego do kwestii bezpieczeństwa transatlantyckiego oraz wola jego jak najsilniejszego zakotwiczenia w wojskowej obecności USA w naszym regionie są tym bardziej widoczne. Na tle rozchwianej wewnętrznie, burzącej jedność transatlantycką i unijną politykę bałkańską, silnie zadłużonej i demonstracyjnie prorosyjskiej Francji Polska wypada jeszcze poważniej i solidniej.

Działanie sfinansowane ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.