Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Konserwatysta w epoce totalnej mobilizacji

Jak żyć w świecie, który nie funkcjonuje zgodnie z bliskimi konserwatyście wartościami, nie rozumie nawet jego języka? Czy konserwatyzm jest skazany na wyniosłą pozę melancholika-antykwariusza? A może nie istnieje inna opcja niż tylko próba stworzenia konserwatyzmu rewolucyjnego, dokonującego restauracji starego, dobrego świata? Warto poszukać trzeciej drogi i wybrać się w nią z niebanalnym przewodnikiem – Ernestem Jűngerem.

Zniesmaczony konserwatysta patrzy na współczesny świat

Konserwatysta to figura, z którą wiąże się szereg znaczeń, postać z epoki, w której podział na ideowe frakcje miał jeszcze jakikolwiek sens. Mylony dziś najczęściej z tradycjonalistą bądź przedstawicielem religijnej ortodoksji. Niekiedy przedstawiany jako widoczny ślad minionych zasad i wartości. Ostatni opozycjonista, którego nikt już nie traktuje z należytą powagą. Egzemplarz odchodzący w zapomnienie. Reprezentujący to, kim byliśmy i czego teraz się obawiamy. Jeszcze obecny, ale nie posiadający żadnej mocy sprawczej, jakby przeszłość przestała być procesem historycznym i przybrała formę zakurzonego antykwariatu.

Konserwatysta nie tyle jest postacią tragiczną i szalonym straceńcem, o ile kimś, kogo nie bierze się na serio, bowiem jego słowa nie są już osadzone w akceptowalnym rezerwuarze znaczeń. Owszem, może protestować, wziąć udział w marszu, napisać tekst, wypowiedzieć się w mediach. Niemniej to, o czym mówi lub to, w co wierzy, jest przyjmowane bez większego zainteresowania. Tak jakby przegrał jeszcze przed rozpoczęciem walki lub dał się rozbroić przed samym starciem.

Naturalnie, konserwatysta może przybrać postać potwora straszącego dusznym zamordyzmem przywykłe do wolności dzieci współczesności. W końcu jego przywiązanie do dawnych porządków wraz z niechęcią do drastycznych i daleko idących zmian łatwo powiązać z mrocznymi aspektami dziejów. Jeżeli wskazuje na wady nowoczesności, to przecież automatycznie musi gloryfikować zamierzchłe, krwawe tradycje. Prostota takiego przejścia jest ugruntowana w nieobecności stałego horyzontu, przyjmowanych przez wszystkich idei. Dlatego też potrzebujemy skrajności, jednoznacznych punktów odniesienia, wpadających w ucho haseł pomagających nam orientować się w tym chaotycznym świecie.

Z powyższych względów konserwatyści rezygnują z niegdyś podstawowych dla siebie kategorii np. z wolności, swobody jednostki i wagi odpowiedzialnych, autonomicznych decyzji, ponieważ aktualnie źle się kojarzą, tak jakoś liberalnie. Sami nakładają na siebie maski statycznych antykwariuszy, aby w ogóle zostać zrozumianymi, nawet jeśli mieliby się w nich udusić. Wszelki radykalny czyn, nie mówiąc o podejmowaniu działań o realnym znaczeniu, jest dla nich niedostępny. Jeszcze ktoś posądziłby ich o nastroje rewolucyjne. Cichy protest i ulga zapomnienia okazują się jedynym arsenałem dostępnym dla konserwatystów.

Jednakże wcale nie musimy postrzegać ich z perspektywy tak prostych wyobrażeń. Nie od dziś wiadomo, jak łatwo kształtować potoczne pojęcia. A im bardziej są dla nas obce, tym łatwiej przybierają określone kształty. O wiele bardziej interesujące jest spojrzenie na konserwatystę przez pryzmat postawy, jaką reprezentuje, czyli badanie jego specyficznej formy egzystencji. Na czym polega ten wyjątkowy sposób konserwatywnego bycia w świecie?

Model egzystencji konserwatywnej

Konserwatysta przede wszystkim przebywa w niewłaściwym dla siebie miejscu, w rzeczywistości, która całkowicie mu nie odpowiada i jest z nim sprzeczna. Nie tyle czuje się zagubiony w nowoczesnym świecie, o ile odrzuca panujące w nim reguły. Ani nie pragnie uczestniczyć w modernistycznych projektach reorganizacji świata społeczno-politycznego, ani nie zgadza się na nieokiełznany postęp rozumiany często ilościowo, nie jakościowo. Jednocześnie wydaje się zupełnie bezbronny wobec naporu nadchodzących zmian, które zdają się nie mieć końca. Cokolwiek by nie zrobił, zawsze albo zaprzecza swej własnej naturze (np. przywiązaniu do trwałych, stabilnych formuł), albo, zgadzając się na kompromis lub ustępstwa, traci możliwość osadzenia się w sobie (np. mówiąc obcym językiem, zapomina o własnym). Nie tylko błądzi w sytuacji bez wyjścia, lecz także niejako gloryfikuje swój los, kiedy odchodzenie do lamusa przebrzmiałej historii staje się ostatnim przejawem wierności idei. Choć owa wierność jest już w punkcie wyjścia de facto niemożliwa.

Warto zaznaczyć, że nie chodzi wcale o to, żeby dokonać głębokiej psychologicznej analizy konserwatysty w celu odkrycia jego ukrytych motywów. Drugorzędną jest również kwestia, dlaczego ktoś jest lub dopiero decyduje się zostać konserwatystą. Dotykamy problemu egzystencjalnego, pytamy, jak człowiek może w ogóle żyć w świecie, w którym nie jest w stanie się osadzić lub zakorzenić, jednocześnie nie zaprzeczając samemu sobie.

Bez wątpienia taka sytuacja dotyka współcześnie bardziej konserwatystę niż liberała. Nie tylko z powodu ideologicznych sporów, zwycięstwa jednej myśli nad inną, lecz także ze względu na wpisaną w konserwatyzm niechęć do radykalnych zmian, która nakazuje wartościować pozytywnie to, co stabilne i trwałe. Dystansowanie się od globalnych przemian zachodzących w świecie pociąga za sobą ucieczkę w bierność w swej najbardziej spaczonej formie, przyjmującej postać antykwarycznego podziwu dla rzeczy minionych i automatycznej pogardy dla wszelkich przejawów nowoczesności.

Nawet wściekłość konserwatysty bywa całkowicie pozbawiona wyrazu, gdy ogranicza się do ironicznych polemik oklaskiwanych przez wiernych klakierów oraz organizowania protestów czy wystąpień, których ani nikt nie obserwuje, ani nikt nie komentuje. Nie stanowiąc zagrożenia, okazuje się figurą śmieszną w swej niezamierzonej pokraczności. Nic dziwnego, że w pewnym momencie konserwatysta woli ucieczkę do starych, dobrych czasów, zaklętych w świętych księgach przeszłości, od walki na rzecz przegranej u podstaw sprawy. Przeszłość zakończona jest zawsze bezpieczniejsza i milsza duchowi niż ciągłe rozczarowanie bieżącymi wydarzeniami.

Argument z autorytetu: Ernst Jűnger

Czy konserwatysta może w jakikolwiek sposób wyjść z tej egzystencjalnej matni? Obrócić wszystko na swoją korzyść? Podjąć jeszcze walkę niebędącą ostatnią bitwą pokonanych? Pytania te są niezwykle trudne, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by w zgodzie z konserwatywnym duchem sięgnąć do autorytetu. Nie będzie to jednak tradycyjny mistrz, nienaganny moralnie, nie wzbudzający wątpliwości i kontrowersji. Ernst Jűnger, przeżywszy ponad sto lat, był naocznym świadkiem upadania starych porządków. Z wyjątkową przenikliwością przewidywał, w jakim kierunku potoczą się losy świata. I choć sytuował się daleko od wiary w istnienie niezmiennych procesów historycznych, mających zawsze te same skutki, to w bardzo wielu przypadkach jego prognozy okazywały się niezwykle trafne.

W bohaterach kreowanych na kartach jego powieści możemy dostrzec postaci, które z jednej strony z tęsknotą spoglądają na dawne czasy i minione, acz wielkie idee, podziwiają osiągnięcia wybitnych ludzi, a z drugiej paradoksalnie wydają się akceptować rzeczywistość, w której przyszło im żyć. Bez problemu aklimatyzują się do zastanych warunków, lawirując między reprezentantami i organami władzy a przestrzenią wewnętrznej wolności, w której odnajdują ukojenie i miejsce dla siebie. Równocześnie nie wydają się całkowicie bierni. Przejawiają, oczywiście w różnym stopniu, chęć działania. W pewnych momentach trawiący ich nastrój niezgody na obowiązującą faktyczność dochodzi do głosu, wydając dość interesujące owoce.

Ernst Jűnger z pewnością nie określiłby stworzonych przez siebie indywiduów mianem konserwatystów. Sam był daleki od jednoznacznego etykietowania. Nie podzielał nowoczesnej fascynacji kategoryzacją albo klasyfikacją. Częściej stawiał się na pozycji odróżnienia, oddzielenia niż przynależności. Jest przypisywany przez badaczy do formacji intelektualnej, którą szumnie nazwano rewolucją konserwatywną. Niejednokrotnie stawiał tezy, które przez jej innych reprezentantów byłyby nie do zaakceptowania. Zresztą wyjątkowo trudno określić prawowierną wykładnie myśli tego ruchu, skoro przypisuje się do niego Carla Schmitta, Edgara Junga czy Arthura Moellera van den Brucka. Niezależnie od problemów z ideologiczną spójnością nurtu rewolucji konserwatywnej sam Jűnger bez wątpienia pozostał do końca swych dni jednym z najbardziej barwnych myślicieli na intelektualnej mapie Niemiec. W celu spełnienia obowiązku bycia wiernym sobie niejednokrotnie balansował między sprzecznościami np. wychwalał zakorzeniony w Grecji kult sprawności fizycznej, w którym atletyczne ciało miało przekładać się na potencjał umysłu, równoległe nie stronił od eksperymentów z narkotykami.

Niektórzy badacze podkreślają, że chociaż było mu blisko do nacjonalizmu, to definiował go dość oryginalnie. Niemniej trudno uznać go za wiernego wyznawcę Adolfa Hitlera, kiedy nie tylko niemal od samego początku zajadle krytykował postępowanie i teorie nazistów, lecz także kategorycznie zdystansował się od przynależności partyjnej. Część interpretatorów postrzega jego słynną powieść Na marmurowych skałach jako metaforyczną krytykę niemieckiego narodowego socjalizmu. Jednakże zarazem nie uchybiał się od służby wojskowej (jako oficer Wehrmachtu stacjonował w okupowanej Francji, gdzie spotykał się z Jeanem-Paulem Sartrem i Pablem Picassem), a po ostatecznej klęsce III Rzeszy nie zgodził się na wypełnienie denazyfikacyjnego kwestionariusza, co poskutkowało zakazem publikacji w brytyjskiej strefie okupacyjnej, który jednak dość szybko, bo już w 1945 r., uchylono. Nie zdecydował się na taki ruch, mimo że wcześniej tylko łut szczęścia uratował go od represji Gestapo.

Niechęć do totalitaryzmu nie zaowocowała jednak miłością do liberalnej demokracji, której mieli przewodzić „kelnerzy idei”, przynoszący w pięknym opakowaniu puste, nic nieznaczące frazesy. Ernst Jűnger nie widział dla siebie miejsca zarówno wśród dusznej, totalnej władzy nazistów, jak i w otoczeniu wolnościowych rządów większości, gdzie kolejne metody wyzwalania podmiotu szybko dawały się poznać jako nowe formy zniewolenia. W tym wypadku musiał zająć określoną postawę, której zdecydowanie powinien się przyjrzeć współczesny konserwatysta, podchodzący krytycznie do otaczającego go świata.

Wolność wewnętrzna czy nieznośny przymus działania?

Jeżeli bohaterowie pojawiający się na kartach książek Ernsta Jungera nie są konserwatystami, to kim w takim razie są? Do kogo jest im najbliżej? W książce Na marmurowych skałach dwóch braci wiedzie sielskie życie w pustelni, badając rośliny i rozmawiając o rzeczach wzniosłych, podczas gdy w rajskim otoczeniu, przywodzącym na myśl dawną Europę basenu śródziemnomorskiego, dochodzi do eskalacji przemocy i przejęcia władzy przez dzikiego Nadleśniczego. Protagonista Eumeswil wiernie służy tyranowi podobnemu do historycznych monarchów wielkich wschodnich despotii, a w wolnych chwilach poświęca się analizie zamierzchłych dziejów, skrzętnie zapisując w notatniku swe najważniejsze przemyślenia. Narrator Szklanych pszczół, żyjąc w świecie zależnym od zaawansowanej technologii, wspomina swą dawną wojenną sławę, tęskni za wspaniałością tężyzny fizycznej, która staje się całkowicie zbędna w dobie władztwa maszyn.

Wszystkich ich łączy zajmowana względem rzeczywistości pozycja. Nie są to podmioty działające, lecz obserwatorzy. Ich analizy codzienności, czasów i miejsc, w których przyszło im żyć, nie tyle porażają naukową wnikliwością, ile przerażają swą niepodważalnością. Ten stan niepokoju u czytelnika pogłębia dodatkowo mnogość analogii ze współczesnością. Aczkolwiek wydaje się, że wspólna jest im jeszcze niechęć do podejmowania jakichkolwiek działań. Wszelki czyn jest im obcy, postrzegają go jako „nie na miejscu”. Niezadowolenie z zastanej sytuacji nie przekłada się na żadną reakcję. Ogarnięci zgrozą trafnych opisów pozwalają swobodnie realizować się historii. Godzą się na upadek dawnego świata, nawet nie wywołuje to w nich smutku. Tak jakby wszystko musiało się toczyć swym własnym rytmem, kiedy biegu dziejów nie da się już zatrzymać.

Powieści Ernsta Jűngera zasiedlają filozofowie, którzy powtarzają gest Cycerona z Rozmów Tuskulańskich. Filozoficzną rozkosz odnajduje on bowiem w samotności na wzgórzu, kiedy z dystansu może przyglądać się ludzkiemu uniwersum. Konserwatyści zgadzają się z zakończeniem Etyki Nikomachejskiej, w którym Arystoteles przyznaje, że nie ma lepszej drogi do szczęścia niż kontemplacja. Podzielają zdanie Platona na temat konieczności zachowania autonomii względem bieżących politycznych rozgrywek, będących zagrożeniem dla jednostki, chociaż nie proponują budowy nowego, lepszego państwa.

W ostateczności myślenie zawsze będzie górować nad działaniem, a przyczyny zaistnienia rozdźwięku między nimi starała się pokazać Hannah Arendt w eseju Sokrates. Autorka opisała w nim moment rozchodzenia się dróg polityki i filozofii, co było według niej konsekwencją niesprawiedliwego procesu Sokratesa. Od tej pory życie wewnętrzne zaczęło być stawiane wyżej niż sprawy publiczne, czyli ponownie kontemplacja odniosła zwycięstwo nad problemami polis. Nie oznaczało to jednak, że filozofowie raz na zawsze porzucili świat polityki, ale co najwyżej przybrali do niego różny stosunek. Platon chciał zbudować nową rzeczywistość od podstaw, niszcząc odwieczne reguły rządzące zbiorowością, proponując przy tym własne prawa. Arystoteles widział prawdziwe szczęście w ramach pielęgnowania osobistej cnoty, w której dzielność polityczna, nadal przez niego wychwalana, nie mogła się równać z filozoficznym oglądem rzeczy.

Hannah Arendt starała się pokazać, że postępowanie Sokratesa (a w konsekwencji jego metoda) były u swego źródła działaniami ściśle publicznymi, choć nie przyniosły efektu w postaci teorii politycznej. Sokratejskie rozumowanie nie opierało się na tezach, lecz na wytwarzaniu u współobywateli związków przyjaźni, na podstawie wspólnego dochodzenia do doksy – opinii, która mogła być później zaprezentowana na zgromadzeniu. Dzięki temu demokracja mogła stać się taką formą sprawowania rządów, jaką była w swych założeniach. Inaczej stanowiłaby przecież tylko inną formę dyktatury.

Bohaterowie Ernsta Jűngera podzielają raczej lęki i obawy Platona niż optymizm Sokratesa. Żywioł historii pozbawił ich wszelkich złudzeń. Jakkolwiek łączy ich z wizją Hanny Arendt przekonanie o politycznym wymiarze prób ustanowienia wewnętrznej wolności. Uczennica Martina Heideggera słusznie zauważa, że poświęcenie się kontemplacji (lub po prostu uporczywe przyglądanie się samemu sobie) nie jest tchórzliwym gestem ucieczki od rzeczywistości lub wyrazem pogardy wobec świata zwykłych ludzi. Mimo awersji wobec politycznych żywiołów, sprawy publiczne wcale nie zniknęły z obszaru zainteresowań filozofów. Filozofia polityki, choć czasami udawała, że nie jest konsekwencją filozoficznych rozważań, lecz wynika z dobrze rozumianego zdrowego rozsądku (jak w przypadku koncepcji Thomasa Hobbesa lub Niccola Machiavellego), zawsze swój początek brała w zdystansowanej obserwacji bieżących wydarzeń. W takim razie zwrot ku sobie nie jest wcale objawem negacji życia społecznego, ale początkiem refleksji nad nim.

W podobny sposób zachowują się niektóre postacie egzystujące na kartach powieści Na marmurowych skałach, Eumeswil czy Szklanych pszczół. Ich dystans nie jest wyrazem zwykłego pogodzeniem się z losem. Oczywiście nie rzucają się w wir aktualnych wydarzeń, co nie oznacza jednak, że nie poddają analizie tego, co ich otacza. Martin Venator w trakcie długich nocy spędzonych na podawaniu napojów w kabzie nie tylko prowadzi wnikliwe zapiski na temat tego, czego był świadkiem, lecz także wielokrotnie powraca do zaobserwowanych zdarzeń, aby przenikać je światłem swego rozumu w celu wyprowadzania niezwykle słusznych wniosków, które porażają czytelnika zarówno metodami ich formułowania, jak i zaskakującą zbieżnością z „prawdziwą” historią. Bracia z pustelni Na marmurowych skałach, badając rośliny podczas sielankowych dni, nadal rozmyślają o zbliżającej się dzikiej grozie, która raz na zawsze zakopie w mrokach przeszłości pewien świat, którego wieczne trwanie okazuje się jedynie pobożną iluzją. W ostateczności ich interpretacje stają się przepowiedniami, w których rozum jawi się jako bezbronny wobec narastającej fali przemocy.

Chociaż myślenie potrafi trafnie łączyć ze sobą fakty, odkrywać tajemnice natury, wiązać ze sobą przyczyny i skutki, to jednak jest bezsilne w starciu z potęgą działania, które nie zważa na roztropne uzasadnienia. Rotmistrz Richard, zagubiony pośród nowoczesnej technologii, z pewnością nie błądzi w świecie idei, kiedy na pierwszy rzut oka określa niebywałe zmiany dokonywane przez maszyny w dotychczasowym paradygmacie egzystencji. Studiując dawne czasy, widzi, jak przesunięcia znaczeniowe, także w błahych kwestiach stosunków wielkości czy jednostek miary, przekształcają dobrze nam znaną codzienność. Wszyscy powyżsi bohaterowie nie byliby w stanie posunąć się tak daleko w swoich badaniach bez osiągnięcia wcześniej stanu wolności wewnętrznej, która jest warunkiem koniecznym kontemplacji.

Jaki wniosek wypływa z tego dla konserwatysty? Obecnie wolność wewnętrzna nie ma zbyt dobrej opinii wśród tych, którzy pragną usadowić się z dala od nowoczesnych prądów politycznych. Z jednej strony za bardzo kojarzy się z liberalną wizją świata, a z drugiej strony przywołuje na myśl takie kategorie, jak np. egoizm, samolubstwo, nadmiernie dbanie o rozwój osobisty, przesadny indywidualizm, zahaczający wręcz o autoerotyzm. W perspektywie społecznej sąsiaduje z polityczną indolencją, niechęcią do uczestnictwa w sprawach publicznych, dbaniem wyłącznie o własne dobro oraz domaganiem się z uznaniem coraz to nowych praw, które mają umożliwić dostęp do nieskrępowanej realizacji jednostkowych pragnień.

W tym kontekście indywidualizm jest czymś zgubnym dla życia społecznego, bowiem ogranicza się do troski o samego siebie. Ponadto decyzje podejmowane przez jednostkę tracą wymiar związany z ponoszeniem odpowiedzialności za podejmowane czyny, kiedy widzi się je w barwach nieograniczonej przez nic ekspresji świadomości. W takiej perspektywie wolności wewnętrznej człowiek ma pragnąć jedynie władzy nad samym sobą, a rzeczywistość oceniać przez pryzmat własnych wrażeń i spostrzeżeń. Wolna wola znika pod presją miłego, spokojnego życia wewnętrznego, ponieważ od tej pory wszelki wybór nosi w sobie skazę indywidualistycznej aberracji, niszczącej stabilne podstawy każdej wspólnoty.

Niestety taka interpretacja zaprowadzi konserwatystę wyłącznie do wypaczenia pojęć. Dodatkowo stanie się on ofiarą nie tyle prywatnych uprzedzeń, o ile zgody na porzucenie konstytutywnych niegdyś dla jego postawy kategorii. Swoboda życia prywatnego nagle staje się dla niego czymś obmierzłym i niegodnym szacunku, chociaż sam jest zdezorientowany w kwestii wybrania najstosowniejszej dla wszystkich formy egzystencji. Nie poświęcając się samemu sobie, ucieka w bezpieczny tradycjonalizm, ponieważ nie musi wyjaśniać, dlaczego coś jest słuszne. Wystarczy mu autorytet tradycji, która powinna być rozumiana sama przez się – jest przecież dobra, bo stara i kiedyś już praktykowana.

Konserwatysta nierzadko popada również w drugą skrajność, zastępując myślenie działaniem, które jest niestety tylko parodią czynu, gdyż nie daje efektów. Przecież nic nie jest śmieszniejsze od protestu bez celu, sytuacji, kiedy ma się świadomość tego, że nic nie jest w stanie zatrzymać zachodzących zmian. Po pewnym czasie konserwatysta zaczyna z nienawiścią podchodzić do de facto najważniejszego dla siebie pojęcia wolności, która kojarzy mu się wyłącznie z uprawnieniem do wyrażania jednostkowych dążeń. Czyż świat nie byłby o wiele przyjemniejszym miejscem, gdyby ludzie nie posiadali wolnej woli i wszyscy wciąż poruszaliby się w stałym, niepodważalnym horyzoncie znaczeń?

Filozof odżegnujący się od natłoku codzienności to śmieszna figura tylko dla tych, którzy pozostają uwięzieni w stosunkach zależności od rzeczy zewnętrznych. Nie należy zapominać o tym, że działanie jest nie tylko widowiskowe i przejmujące, lecz także zdeterminowane przez bieżące wydarzenia. Granice czystego, wolnego działania są dość kruche, skoro zazwyczaj za wykonanie czegoś oferuje się nam coś w zamian np. władzę, zaszczyty, szacunek, podziw. Ponadto działanie po prostu się zdarza tu i teraz, w odpowiednim miejscu i czasie. Podmiot działający niekoniecznie wie, co ma nastąpić później.

Mimo to nadal wolimy kierować swój wzrok ku czynom niż ideom. Z tych powodów postacie z powieści Ernsta Jűngera budzą nasz, nomen omen, wewnętrzny sprzeciw. Czytelnik nieraz bywa zmęczony ich długimi, filozoficznymi wywodami oraz mierzi go ich pochwała bierności (aż chciałby ich popchnąć, zmusić do jakiejś reakcji, działania). Gardzi ich monologicznymi skłonnościami, z niesmakiem nazywa ich koniunkturalistami. Konserwatysta również jest zaniepokojony stanem ich ducha. Chociaż może podziwiać ich szacunek do przeszłości, to wylewająca się z nich rezygnacja nie wprawia go w dobry nastrój. Sam raczej nie chciałby rozpłynąć się w przeszłości. Wolałby, aby żadna służąca nie wytknęła mu, że patrzy w gwiazdy, a przez to nie rozumie najbliższego mu, codziennego świata.

Niezbędny fundament dojrzałej polityczności

Jednak o wolności wewnętrznej nie można ani zapomnieć, ani jej z niesmakiem odrzucać, ponieważ jest podstawowym oraz pierwszym warunkiem możliwości uprawiania polityki, czyli zmiany bądź zachowania świata. Już Sokrates wiedział, że prawdziwa polityczność musi mieć swój początek w wolnych i świadomych własnej opinii (doksa) obywatelach. Kiedy wchodzimy na arenę publicznych zmagań zniewoleni przez zewnętrzne okoliczności, nasze postępki nigdy nie będą służyć wspólnemu dobru, lecz wyłącznie prywatnym interesom, niezależnie od naszych chęci.

Konserwatysta szanujący tradycje bez jej wnikliwego rozumienia niczym nie różni się od wyborcy, który popiera slogany wyborcze miłe dla jego ducha, gdyż zapewniają mu odpowiednie profity (niekonieczne materialne). Jednakże, aby cokolwiek zrozumieć, trzeba być najpierw wolnym, wiedzieć, kim się jest (a nie po prostu chcieć być kimś). Wynoszona przez wielu na piedestał życzliwość dla rzeczy zewnętrznych bardzo łatwo przeobraża się w pragnienie posiadania. Oczywiście nie mówimy w tym momencie o wychwalaniu wolności od wszystkiego, co jest starym toposem stoików. Nie chodzi tutaj nawet o postulat poprzedzania działania myśleniem. Gra toczy się o zwrócenie uwagi na pojęcie wolności, które nie wyłoniło się nagle z liberalno-lewicowych rozważań. Jego rodowód jest o wiele starszy i nadal stanowi ono nieusuwalny fundament zachodniej cywilizacji.

Wewnętrzna wolność rotmistrza Richarda, Martina Vernatora i braci pustelników wraz z filozoficzną kontemplacją jest niezwykle ważną sugestią dla konserwatysty, który nie powinien zaniedbywać troski o samego siebie. Postawa zdystansowana od nieustannie napływających zdarzeń z jednej strony umożliwia wnikliwą obserwację zachodzących w danym momencie procesów, a z drugiej strony pozwala osadzić się w świecie, nawet jeśli nie do końca nam on odpowiada.

Nie istnieje nic bardziej konserwatywnego od roztropnej analizy, pomagającej zorientować się w otaczającej rzeczywistości. Swoboda życia prywatnego nie jest rezultatem wprowadzania najbardziej optymalnych form rządów, lecz jest dopiero warunkiem zaistnienia prawdziwej i twórczej polityczności. Konserwatysta bez własnego miejsca, pozostając w sprzeczności z samym sobą, jest w równym stopniu narażony na manipulacje oraz podążanie za głośnymi, acz niekoniecznie prawdziwymi opiniami. Jest jak zwykły obywatel, który idzie za głosem własnych pożądliwych upodobań.

Zdystansowanie od bieżących wydarzeń wcale nie oznacza politycznej obojętności. Nie musi również przeobrazić się w uporczywe poszukiwanie istoty rzeczy. Bohaterowie powieści Jűngera, zajmując wygodną pozycję w otaczającej ich rzeczywistości, nie przemieniali się ostatecznie w antykwariuszy spoglądających sentymentalnie na zdobycze przeszłości. Ich długie, nieraz nużące czytelnika wywody są świadectwem osiągnięcia stanu umożliwiającego jakiekolwiek działanie, nie będącego jednocześnie wyrazem eksplozji uczuć. Uzyskali taką formę wolności wewnętrznej, która jest nie tylko źródłem wszelkiego myślenia, lecz także początkiem czynu. Kto bowiem bardziej przysłuży się ojczyźnie – człowiek zależny od zewnętrznych okoliczności czy ten, który po zdobyciu prywatnej swobody całą swą energię poświęca sprawom publicznym? Nie mówimy o zaspokajaniu doraźnych potrzeb zmysłowych, lecz o świadomych i odpowiedzialnych jednostkach, które dopiero po osiągnięciu pewnego rodzaju duchowości mogą współpracować. Inaczej, niezależnie od deklarowanych poglądów, popadają po prostu w inne formy zniewolenia.

Konserwatysta w epoce totalnej mobilizacji

Niemniej wolność wewnętrzna to dopiero punkt wyjścia. Pomaga umiejscowić się w świecie, ale niekoniecznie pomaga się w nim odnaleźć. Dystans i autonomia względem życia społecznego, aby nie przerodziły się w osamotnienie oraz indyferentyzm, muszą zostać uzupełnione przez wnikliwą obserwację teraźniejszości. Nie można ze wstrętem odwracać się od świata, nawet jeśli stoi on w opozycji do naszych przekonań. Dane procesy i tak będą w nim zachodzić.

Ernst Jűnger wyłożył to dobitnie zarówno w Robotniku, jak i w innych tekstach, w których pojawia się kategoria totalnej mobilizacji. Życie człowieka nie wygląda już tak jak dawniej. Zmiany, które zaszły na zawsze przeobraziły oblicze codzienności. Do głosu doszła nowa forma bytu – robotnik. Nie jest on jednak synonimem tego, co najgorsze w dziejach, ale stanowi reprezentację przebiegu danych faktów. Wszystko mogło potoczyć się inaczej, jednak znaleźliśmy się w takim, a nie w innym punkcie. Forma bytu robotnika wyraża z jednej strony sprzeciw wobec wartości mieszczańskiego świata, z drugiej obrazuje przemiany zachodzące w stosunkach władzy. Właśnie on jest nowym podmiotem społeczeństwa. Inaczej rozumie wolność, wysuwa inne roszczenia oraz ma związek z innymi siłami niż dotychczasowe stany. Wraz z nim zmieniają się reguły ludzkiej egzystencji. Jako forma bytu zawiera w sobie i wchłania w siebie wszystko. Nie ma już miejsca na nic więcej. Od tej pory możemy realizować się tylko w niej i poprzez nią, nie istnieje żadna inna droga.

Ową nową zasadą świata jest praca, nie będąca związana ani z żadnym aspektem moralnym, ani z prostymi czynnościami technicznymi. Praca nie przekształca rzeczywistości, lecz ją trawi. Nie wpisuje nowych rozwiązań w ramy postępu, ale rozsadza go od środka. Zachodzą druzgoczące transformacje w obrębie naturalnych oraz duchowych więzi na całej kuli ziemskiej. Dochodzi do zmierzchu zarówno masy, jak i indywiduum, ponieważ między ludźmi zacierają się wszelkie różnice. Panuje powszechna równość, gdyż nie istnieje żadna inna forma bytu poza robotnikiem. Całość dnia codziennego ulega rozmyciu, kiedy stabilność ugina się tyranii nieustannego ruchu.

Nastała era totalnej mobilizacji, w której czas wojny to czas zwyczajny. Ernst Jűnger nie opisuje walki wszystkich ze wszystkimi, lecz mówi o podporządkowaniu całości jednemu celowi, kiedy wszelka różnica, odejście od wyznaczonej normy, ulega zniwelowaniu. Pociąga to za sobą wulgaryzację języka, upadek obyczajów oraz ogólne „schamienie” życia, czyli kult prostych przyjemności. Rzeczywistość zyskuje nową jakość, cechuje się niestabilnością, szybkością, płynnością, zmianą. Materię zastępuje ruch. Od wytworu ważniejszy jest sam akt pracy, wchłaniający wszystkich członków społeczeństwa, niezależnie od ich statusu. Postęp staje się pojęciem archaicznym, sugerującym przemianę jednej rzeczy w drugą, podczas gdy gra toczy się o pozostawanie w nieustannym pędzie. Nie tyle wychodzenie do przodu, o ile ciągłe poruszanie się.

Na to nakłada się jeszcze kwestia techniki, która wskazuje na samą gotowość do mobilizacji. Postępująca automatyzacja przeobraża siły twórcze w powtarzalne wyrobnictwo. Oddając kolejne pola działania maszynom, popadamy w kolejne formy zniewolenia, nie zauważając, że okazujemy się coraz bardziej bezradni wobec zwyczajnych problemów egzystencjalnych. Co więcej, nie jesteśmy nawet świadomi, że redukując własną aktywność do włączenia sprzętu, przekształcamy także podstawowe kategorie, którymi zwykliśmy się posługiwać. Niezauważalnie formułują się inne wielkości, mierniki i wskaźniki. W pewnym momencie dostrzegamy, że posługujemy się przestarzałym językiem, który nie potrafi ani opisać, ani nazwać rzeczywistości. Konstruowaliśmy coraz to nowsze mechanizmy, a zostaliśmy bez podstawowych narzędzi. Odwrót stał się niemożliwy.

Nawet, jeśli nie przekonuje nas całość argumentacji niemieckiego myśliciela, trudno nie zgodzić się z niektórymi jego wnioskami, szczególnie, że wiele z nich okazało się proroczych. W końcu kto by się spierał, że ludzkość coraz bardziej istnieje w przestrzeni online, a nie offline? Jakie wnioski z tych rozważań mogą płynąć dla konserwatysty? Czy ma po prostu rzewnie płakać nad upadkiem świata, koncentrując się na nostalgicznym wspomnieniu przeszłości? Bynajmniej. Chociaż refleksja na temat rzeczywistości bywa gorzka, to ucieczka od niej jest zdecydowanie najgorszym rozwiązaniem. Zatopienie się w historii również jest pewną formą bezpiecznego zniewolenia, które uprzedmiotawia poprzez bierność. Im bardziej podmiot jest zanurzony w przeszłości, tym bardziej staje się podatny na niechęć do działania. Paradoksalnie swoją postawą wyklucza jakąkolwiek ewentualność działania.

Ernst Jűnger nie wierzył w historiozofię rozumianą jako odkrywanie nieuchronnych praw rządzących dziejami, przed którymi w żaden sposób nie możemy się bronić. O wiele bardziej interesowała go filozofia historii, czyli refleksja nad samymi procesami zachodzenia danych wydarzeń. Badał historię w swoim żywiole, a nie przez pryzmat naszych oczekiwań względem niej. Zdystansowana obserwacja przeszłości po prostu zdaje relacje z faktyczności, chociaż nie istnieją żadne zasady mówiące o tym, że wszystko musiało skończyć się narodzinami obecnej formy życia. Tak już jest i tyle.

W tym krótkim stwierdzeniu skrywa się wielka dla konserwatysty szansa, z której może skorzystać, o ile nie będzie przywiązany do koncepcji przenoszenia dawnych form bytu we współczesne ramy, co z definicji jest zajęciem nonsensownym. Choć konserwatyzm trudno podejrzewać o rewolucyjne ciągoty, to przekonanie o jego niezmienności miesza go niepotrzebnie z tradycjonalizmem.

Jűnger nigdy nie odżegnywał się od zmian, lecz od ich gwałtownego wprowadzania wolał uważne studiowanie przyczyn i skutków. Dopiero po tym akcie namysłu decydował się na stosowny zwrot, zawsze jednak kierował się bardziej w stronę reform niż budowania wszystkiego od podstaw, bowiem wolność jednostki nie istnieje bez odpowiedniego posługiwania się rozumem. A pewnych praw naturalnych nie warto ruszać nie dlatego, że mienią się blaskiem tradycji, ale z powodu ich zasadności wynikającej z korzyści, jakich dostarczają jednostkom i społeczeństwom. Współczesny konserwatysta nie powinien obrażać się na świat, który nie wygląda tak, jak to dawniej bywało. Ernst Jűnger zwraca uwagę, że jeśli pewne transformacje są już nieodwracalne, możemy jedynie wykorzystać ich siłę w taki sposób, by przyniosły nam korzyści. Tutaj otwiera się pole do twórczej aktywności człowieka. Klaruje się przestrzeń dla odpowiedzialnej wolności podmiotu. Miejsce, w którym można się nie tylko zakorzenić, lecz także stopniowo rozprzestrzeniać.

Jednakże, czy protagoniści powieści tego autora nie zdają się przeczyć powyższej postawie? Na pierwszy rzut oka nie wyglądają na podmioty działające, ale raczej pokornie poddają się władzy, uciekając do samotni własnej duszy. Ernst Jűnger wraz z biegiem swojego życia coraz bardziej tracił, i tak niewielki, optymizm. Ze stworzonych przez niego figur reprezentujących określony sposób bycia w świecie, takich jak żołnierz frontowy czy eksplorator bezdroży, ostatnia z nich – anarcha – wydaje się najmniej skora do wielkich czynów. Takim mianem określa się Martin Venator, który nie posiada wielkich ambicji, rozkoszuje się studiami historycznymi, rozpływa we własnych rozważaniach. Oczywiście pozostaje wolny, gdy jako służący znajduje się najbliżej tyrana, ale tak naprawdę jego właściwe miejsce jest niezwykle odległe od wszelkich roszczeń władcy. Bierność bohatera nie ulega zachwianiu nawet pośród najbardziej złowieszczych wydarzeń. Jednak w ostateczności Martin Venator decyduje się na aktywność, wychodzi poza samego siebie, za co płaci najwyższą cenę – życie.

Wskazówki Ernsta Jűngera dla konserwatysty

Reasumując, nie idzie oto, by po prostu działać dla samego miłego poczucia bycia aktywnym. Czyn jest godny i słuszny wtedy, gdy wykonuje się go w odpowiednim momencie, po stosownych przygotowania. Postępki, które są konsekwencją emocjonalnego wzburzenia, uczuciowego niezadowolenia bądź subiektywnego poczucia niesprawiedliwości to domena gwałtownych rewolucji. Po opadnięciu wrzawy pozostaje nicość. W końcu chodzi o nadanie sensu działaniu, połączenie aktywnej i biernej strony człowieka.

Konserwatysta nie musi ograniczać się do narzekania lub patetycznych gestów, wywołujących tylko śmieszność. Być może walka nie jest jeszcze przegrana, ale toczenie niepotrzebnych bitew skutkuje jedynie utratą sił. Czasami lepiej przeczekać w okopach zamiast wyrywać się na pierwszą linię frontu. Jednakże czekanie też powinna określać jakaś myśl przewodnia, która w przeszłości szuka jedynie inspiracji, a nie gotowych rozwiązań. Rzeczywistość należy obserwować, analizować, wyciągać z niej wnioski. Bez zrozumienia istoty zmian niemożliwym jest nie tylko adekwatne zareagowanie, lecz także zmienienie aktualnych prądów na nasz użytek.

Warto przypomnieć sobie, że rozdźwięk między działaniem a myśleniem, rozsądnym planowaniem a efektywnością, wolnością wewnętrzną a wolnością zewnętrzną jest tylko twierdzeniem, postulatem, nie prawdą objawioną. A nawet, jeśli wyjątkowo mocno zakorzenił się w naszej percepcji, nie oznacza to, że będzie obowiązywał zawsze i w każdych okolicznościach. O tym właśnie uczą nas procesy historyczne.

Konserwatysta może zapamiętać kilka wskazówek Ernsta Jűngera. Po pierwsze, podejmowanie prób na rzecz zaprowadzenia zmian w rzeczywistości, która zarówno nam nie odpowiada, jak i nie stanowi najlepszego miejsca dla ludzkiej egzystencji, bez osiągnięcia wolności wewnętrznej jest skazane na niepowodzenie. Tylko człowiek rozumiejący wyznawane przez siebie wartości, potrafiący osiągnąć spełnienie, nie zważając na potencjalne nagrody, wyswobodzony z zewnętrznych zobowiązań, może odpowiedzialnie troszczyć się o dobro wspólne. Wspólnota złożona z niewolników popadających w coraz to nowe formy zależności nigdy ani się nie odnajdzie, ani nie zakorzeni w ustroju republikańskim.

Po drugie, nie należy rezygnować z obserwacji siebie oraz życia społecznego, gdyż dopiero rzetelne zrozumienie aktualnej sytuacji umożliwia nie tylko wyciąganie wniosków, lecz także rozważenie dalszych kroków. Działanie pochopne, wynikające z gniewu pomieszanego ze złością lub sentymentalna rezygnacja antykwariusza zakochanego w przeszłości oznacza to samo – niewykorzystanie sił rządzących obecnymi procesami.

Po trzecie, działanie jest sensowne oraz godne pochwały, o ile nie jest rezultatem samego miłowania aktywności, która zawsze jest spektakularna, wzbudza nawet podziw, ale konsekwencje nieprzemyślanych czynów są o wiele bardziej druzgoczące dla porządku rzeczywistości niż zachowawcza bierność.

I przede wszystkim – konserwatysta powinien poważnie przemyśleć swój stosunek do wolności, będącej czymś więcej niż liberalną polityką uprawnień bądź prostackim zaspokajaniem zmysłowych pożądań. Dzieła Ernsta Jűngera pokazują, że da się przetrwać w koszmarnych czasach, nawet niezgodnie z własnymi przekonaniami, ale bez wierności samemu sobie i uformowania własnego miejsca żyć nie sposób. Konserwatysta w ostateczność sam zadecyduje, jaką przybierze formę – bytu czy też bycia, jeżeli tylko postara się wyjść poza wyznaczone mu ramy śmiesznego reliktu przeszłości.

Esej pochodzi z numeru czasopisma „Pressje” pt. „Konserwatysta w odczarowanym świecie”. Zapraszamy do nieodpłatnego pobrania numeru w jednym z trzech formatów elektronicznych.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.