Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

„Nowe otchłanie”. Pośmiertny wywiad z Oswaldem Spenglerem

„Nowe otchłanie”. Pośmiertny wywiad z Oswaldem Spenglerem Autor ilustracji: Rafał Gawlikowski

Spengler zmarł w 1936 r. jako człowiek zgorzkniały, do końca pokładający wiarę w niemieckie imperium, jakie dopiero wyrosnąć miało na glebie pruskiego militaryzmu. Był głęboko rozczarowany narodowymi socjalistami i samym Hitlerem, ale nie dożył II wojny światowej. Spróbujmy wyobrazić sobie tego erudytę w lokalnej bibliotece lub – jeszcze lepiej – logującego się w serwisie Jstor, by przyswoić sobie wszystkie nowinki od Gilles’a Deleuze’a po Harry’ego Pottera. Co miałby do powiedzenia na temat współczesnego świata?

Rok 2017 obfitował w rocznice, które pozwoliły spojrzeć na historię „Zachodu” z podwójnej perspektywy: stulecia rewolucji rosyjskiej i pięćsetlecia Reformacji. Celebrowaliśmy wtedy stulecie zakończenia Wielkiej Wojny, ale i setną rocznicę publikacji jednej z najbardziej ambitnych i zarazem kontrowersyjnych książek – pierwszego tomu Zmierzchu Zachodu [Der Untergang des Abendlandes] Oswalda Spenglera. W okresie międzywojennym książka spotkała się z żywiołowym przyjęciem ze strony społeczeństwa zmęczonego wielką polityką, niejako z marszu stając się, jak często i nie bez słuszności się podkreśla, jednym z tekstów założycielskich niemieckiej rewolucji konserwatywnej, która utorować miała drogę faszyzmowi i narodowemu socjalizmowi. Do grona czytelników zafascynowanych traktatem Spenglera należeli Ludwig Wittgenstein i Thomas Mann, oddanymi fanami byli zarówno H. P. Lovecraft, jak i Allen Ginsberg. W gronie europejskich myślicieli, którzy potraktowali autora Zmierzchu Zachodu najzupełniej poważnie, okazał się Theodor Adorno, który poświęcając Spenglerowi co prawda krytyczny, zarazem jednak pełen zrozumienia esej (Prismen. Kulturkritik und Gesellschaft, 1955).

Nowe opracowania poświęcone temu dziełu należą dziś jednak do rzadkości; do wyjątków należy kapitalna monografia Johna Farrenkopfa Prophet od Decline: Spengler on World History and Politics (Prorok zmierzchu: Spengler o polityce i historii świata, 2001), która oferuje nam solidny wgląd w biografię intelektualną Spenglera aż po lata 30., zwracając przy okazji uwagę na Amerykę jako samodzielnego gracza w historii świata – wątek, jak wiemy, w swoim czasie zignorowany przez niemieckiego myśliciela. Niedostatek nowych badań nie wynika jedynie z faktu tabuizacji książki ze względu na skojarzenia z radykalną prawicą, choć niektóre odłamy „alt-rightu” faktycznie wykazują Spenglerem pewne zainteresowanie, nawet jeśli sprowadza się to do rytualnego powtarzania mantry o upadającym Zachodzie. Główną przyczyną wydaje się prosty fakt, że przez długi czas Zmierzch Zachodu postrzegany był jako modelowy przykład absurdalnego historycyzmu – narracji roszczącej sobie pretensje do prawdy o sekretnym mechanizmie ludzkich dziejów, co z kolei umożliwiać miało skuteczne przewidywanie przyszłych wydarzeń.

Oswald Spengler był uważnym czytelnikiem Nietzschego, Herdera, Vico i Goethego, łącząc ich idee w wyjątkowym spojrzeniu na historię świata. Odstąpił od europocentrycznej optyki własnych czasów i sformułował koncepcję ośmiu wyższych kultur, które wypracowały własne, wysublimowane sposoby „odczuwania świata”, obejmujące obszar sztuki, religii, techniki, rzemiosła wojennego i matematyki. Nie istnieje wspólna i uniwersalna historia, a jedynie cykle narodzin i śmierci całych kompleksów kulturowych, wpisujących się w Heraklitową formułę ciągłego przepływu wszechrzeczy. Wspomniane kultury (czy też dusze) to: (1) apollińska, względnie lub klasyczna, reprezentowana przez antyczny Egipt, Mezopotamię, Chiny, Indie i Mezoamerykę; (2) faustowska, reprezentowana przez Zachód oraz (3) nieco mgliście ujęta magiczna, reprezentowana zbiorczo przez Izrael, Persję, świat islamu oraz wczesnego chrześcijaństwa. Ilekroć Spengler wspomina o Zachodzie, nie chodzi tu o popularną dziś formułę „od Platona do NATO” (from Plato to Nato). Faustowska domena Zachodu rozpościera się w czasie od wieków średnich po współczesność i jest substancjalnie inna od klasycznego świata apollińskiego. Głównym wyróżnikiem faustowskiego Zachodu jest, zdaniem Spenglera, nieomal chorobliwa obsesja na punkcie przezwyciężania każdej napotkanej przeszkody. Końcowy efekt przywodzi na myśl późny lot sowy Minerwy, tym razem przemawiającej językiem Nietzschego, który oznajmia nam, co na Zachodzie poszło źle na przestrzeni rozpościerającej się od epoki gotyckich katedr po Napoleona i rewolucję przemysłową.

Spengler był witalistą. Wierzył, że los wyższych kultur ma w sobie coś z wegetacji roślin, które przechodzą przez fazę wzrostu i – na późnym etapie – rozkwitu w postaci ogromnych cywilizacji, by ostatecznie wyczerpać ostatnie rezerwy witalne i upaść. Przekonany był również, że możliwe jest dokonywanie sensownych porównań między różnymi kulturami, choćby po to, by przekonać się, dokąd zmierza dziś Zachód, który, jego zdaniem, na początku XIX stulecia wszedł w fazę „cywilizacji”, a ta trwać ma jeszcze do około 2200 roku. „Zmierzch” nie oznaczał natychmiastowego upadku, lecz postępującą erozję tkanki kulturowej – sztuki i kreatywności – oraz powolny ruch w kierunku kolosalnych zespołów miejskich i imperiów budowanych na kapitale i technologii. Wyjąwszy prace Kojina Karataniego, Petera Sloterdijka i Manuela DeLandy’ego, tego rodzaju ekscentryczne ujęcia należą dziś do rzadkości. Zmierzch Zachodu zawsze mnie fascynował. Kto wie, być może, jak sugerują to niektórzy, ta książka może być ostatnim wielkim wierszem niemieckiego romantyzmu. Tak czy owak – to prawdziwe dzieło sztuki.

Spengler zmarł w 1936 r. jako człowiek zgorzkniały, do końca pokładający wiarę w niemieckie imperium, jakie wyrosnąć miało na glebie pruskiego militaryzmu, by następnie postawić się Brytyjczykom. Był głęboko rozczarowany narodowymi socjalistami i samym Hitlerem, ale nie dożył II wojny światowej i nie miał szansy zobaczyć jej skutków. Wyobraźcie sobie tego erudytę w lokalnej bibliotece lub – jeszcze lepiej – logującego się w serwisie Jstor, by przyswoić sobie wszystkie nowinki od Gilles’a Deleuze’a po Harry’ego Pottera. Co miałby do powiedzenia na temat współczesnego świata? Podjąłem się małego eksperymentu myślowego, by spróbować wyobrazić sobie jego odpowiedzi w wyimaginowanym, pośmiertnym wywiadzie.

Dziękuję za przyjęcie zaproszenia, Herr Spengler. Co uznałby pan dziś za najbardziej istotny aspekt własnego dzieła?

Patrząc wstecz, powiedziałbym, że musiałoby to być coś, czego co prawda zabrakło w samym Zmierzchu Zachodu, ale co uwzględniłem w późniejszych tekstach: Duchu pruskim i socjalizmie oraz w Latach decyzji, będących uzupełnieniem mojego głównego dzieła. U progu lat 20. stało się dla mnie jasne, że współczesna historia Zachodu sprowadza się do brytyjsko-niemieckiej rywalizacji o status światowego imperium. Miałem wrażenie, że politykę Brytyjczyków najlepiej oddaje postawa wikinga, który wyrusza w świat, by grabić i plądrować, a po powrocie obnosi się ze swoim łupem. Proszę pomyśleć o wiktoriańskim kryształowym pałacu i współczesnym centrum handlowym, którym tyle uwagi poświęcił Peter Sloterdijk.

Dla odmiany Niemcy przejawiali głębokie przywiązanie do archetypu pobożnego rycerza, który oddaje się na służbę wspólnoty i państwa, co stanowiło wyraz tradycji pruskiego militaryzmu. Wielka Brytania już wcześniej zdołała osiągnąć status imperialny; moim największym błędem było niedocenienie Ameryki, którą potraktowałem po prostu jaką przyszłą wersję brytyjskiego imperium. A zatem kowboj powinien uzupełnić galerię figur i stanąć obok wikinga i pirata. Zanim opublikowałem drugie wydanie pierwszego tomu Zmierzchu, zdałem sobie sprawę, że to Nowy Jork najprawdopodobniej będzie kolejną światową metropolią – Rzymem, ku któremu poprowadzą wszystkie przyszłe drogi i właśnie dlatego umieściłem to miasto na liście następców Paryża i Londynu. […] Przeoczyłem Amerykę, jednocześnie jednak jako jedyny pojąłem, że jest to spadkobierca mentalności wikińskiej.

Proszę powiedzieć nam coś więcej na ten temat.

Niemcy ulegli Anglosasom, więc wygląda na to, że na placu boju pozostała już tylko jedna cywilizacja światowa, a śladów tradycji wikińsko-piracko-kowbojskiej szukać należałoby dziś w globalizacji dokonywanej na amerykańską modłę. Wszystko inne na tej planecie po prostu padło ofiarą pseudomorfozy – uległo zdeformowaniu przez kulturę dominującą. Zasadnicze pytanie sformułowałbym w ten sposób: co się stanie, gdy ten sposób postrzegania świata stanie w obliczu wyczerpania się zasobów wolnej przestrzeni do zasiedlenia („pogranicza”) i rabunkowej eksploatacji? Ziemia już stała się zbyt mała; pomimo wyścigu kosmicznego, przy całym jego faustowskim sznycie, wolnej przestrzeni, w mojej ocenie, już nie ma. Zachód osuwa się w nihilizm z tej samej przyczyny, co w przypadku świata Aleksandra Wielkiego: zabrakło już lądów, które można byłoby podbić.

Całkiem możliwe, że ostatnich prawdziwie faustowskich piratów znajdziemy w Dolinie Krzemowej. Do dziś nie rozstali się z futurystycznymi mitami, które bez reszty zawładnęły powojenną Ameryką. W czasie zimnej wojny świętą księgą i zarazem wyrocznią amerykańskiego imperium w jego szczytowym punkcie była fantastyka naukowa. Jak napisałem na kartach Zmierzchu, również w odniesieniu do marksizmu, faza „cywilizacyjna” Zachodu sprowadza się do woli narzucenia całemu światu określonej jego wizji. Właśnie to robią dziś Bill Gates, Elon Musk i Mark Zuckerberg. Oni wciąż dysponują przestrzenią ekspansji, stawiając sobie kolejne cele: internet dla mieszkańców Trzeciego Świata, sztuczna inteligencja oraz to, co stanowi kwintesencję imaginarium faustowsko-gnostyckiego – transhumanistyczne przezwyciężenie śmierci.

Przed stuleciem przekonywał pan, że Zachód stanął w obliczu cezaryzmu. Uważa pan, że właśnie z tym mamy dziś do czynienia? Kto jest współczesnym Cezarem? Technokraci z Doliny Krzemowej?

Tak, z pewnością oni. Nikt dotąd nie miał dość władzy, by w ciągu własnego życia zdołać umieścić wytwory własnej pracy w każdym gospodarstwie domowym, co więcej – sprawić, by ich posiadanie stało się właściwie obowiązkiem. To duch Christophera Wrena – pierwszego architekta, któremu udało się dożyć końca prac nad własną katedrą – tyle że podniesiony do potęgi. Ci ludzie są w stanie w dowolny sposób przemodelować ludzką egzystencję. Kto nie posiada dziś internetu lub pozostaje poza mediami społecznościowymi, ten zalicza się do współczesnych idiotes, nie-obywateli. Wyobraźmy teraz sobie, że to Niemcy wygrały drugą wojnę światową. Nie chodzi mi, rzecz jasna, o to, jak wyglądałby stworzony przez nazistów system operacyjny. Idzie mi o to, że nie wyobrażam sobie sytuacji, w której efektem takiego rozstrzygnięcia wojny byłby komputer obecny w każdym domu. W takim świecie Cezar byłby oczywiście łatwy do wskazania – byłoby to po prostu globalne władztwo Führera. Nie wydaje mi się jednak, by przetrwało ono długo, nie rozpadając się na szereg mniejszych państw-sukcesorów. Jest natomiast wysoce prawdopodobne, że efektem próby przekształcenia świata na modłę nazistowską byłyby czystki etnicznie i ludobójstwo przeprowadzone na niewyobrażalną skalę.

W kontrze do wniosków płynących z lektury Człowieka z Wysokiego Zamku Philipa K. Dicka nie uważam, by Amerykanie byliby w stanie skutecznie postawić się nowym porządkom, odwołując się przy tym do idei walki w „słusznej sprawie” jako legitymizującej podstawy ich tożsamości czy imperatywu „nigdy więcej”. Stało się to oczywiste w trakcie marszu białych nacjonalistów w Charlottesville. Kto wówczas okazał się prawdziwą siłą stojącą za hasłem „nigdy więcej”? Facebook, Google i tak dalej, które rozpędziły i rozbroiły „wrogów cywilizacji”. W sytuacji, gdy internet rozbija przebrzmiałe, liberalne hierarchie moralne ery powojennej, wyciągając na wierzch sprawy przez długi czas rugowane poza nawias dyskursu głównego nurtu, koniecznością staje się interwencja ze strony tych, którzy dysponują mocą ponownego posklejania całego społeczeństwa. Na tym polega prawdziwa władza. Mogli to oczywiście zrobić wcześniej, ale wykonali ruch we właściwym momencie, występując w roli prawdziwych „cywilizatorów”. A jednak nie mogą sobie pozwolić, by powiedzieć: „Jestem królem”; nie pozwala na to jednak amerykańska kultura polityczna.

Mógłby pan wyjaśnić, dlaczego właściwie nie mogliby się w ten sposób określić? Wydaje się to cokolwiek paradoksalne. Co z wywodzącymi się z Doliny Krzemowej ruchami monarchistycznymi w rodzaju NRx (ruch neoreakcjonistyczny – przyp. red.)?

Owszem, raz na jakiś czas pojawia się ktoś pokroju Petera Thiela czy Menciusa Moldbuga i mówi: „wybierzmy sobie króla”; ideolodzy tego ruchu są w pełni świadomi swojego statusu Cezarów, twórców nowych światów. Neoreakcjonizm opiera się na idei miast-państw, a nie państw narodowych, i to jest w nim interesujące. To trochę tak, jakby przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej mogli dowolnie rozporządzać całym światem złożonym z niewielkich miast. Ameryka to jednak kraj zbudowany na mentalności wspólnoty i pogranicza, tutaj nie znajdziesz „ani królów, ani żebraków”, jak zostało kiedyś powiedziane. To oczywiście ideał, w rzeczywistości bardzo odległy od rzeczywistości.

Należałoby się teraz cofnąć do lat 60. i hippisów związanych ze środowiskiem Whole Earth na czele ze Stewartem Brandem, którzy dwie dekady później projektowali prototypy publicznego internetu, próbując w ten sposób zarobić na utrzymanie ich podupadłych komun. Pokochali Ayn Rand i pieniądze, co nie było przesadnie trudne. Libertariańska i anarchizująca lewica może z powodzeniem skręcić w prawo i pozostać w granicach amerykańskiej formy świata. Wrogiem staje się wszystko, co w jakikolwiek sposób ogranicza proces rozbijania świata na samodzielne wspólnoty i neoplemiona: próby wzmocnienia państwa narodowego, gwałtowny protest Danmore’a w sprawie różnorodności w Google’u, wskrzeszanie dawnych hierarchii, które spowalniają proces otwierania się rynków. Czy Google obawia się mediów? A może konsumentów? Uniwersytetów? Firma nie posiada równorzędnych rywali, jako taka jest niezastępowalna. […]

Pozwólmy sobie na brutalną szczerość: cała ta nudna gadanina o różnorodności i potrzebie inkluzyjności, co do której wszyscy pozostają zgodni, jest absolutnie niezbędna do powstania światowego imperium niewyczerpanego pogranicza oraz do narzucenia jednej konkretnej optyki całej reszcie. Idzie to tak: „Możesz zachować własną tożsamość, o ile dostosujesz się do infrastruktury i soczewek, które przygotowaliśmy dla każdego dzięki naszej technologii”. Owa tożsamość, czy może raczej selfizm, wpisuje się w postawę wikinga, który obnosi się ze wszystkim, co ma. Nietzsche dobrze rozpoznał naturę Eurypidesowej postaci Graeculusa – małego Greczyny, który zostaje wpuszczony na scenę, by wygłosić swoją kwestię; to figura tyleż pogodna, co bezbarwna. Myślę, że to esencja wspomnianej „tożsamości”. Przekłada się to na wrzask miliardów podobnych sobie ludzi, domagających się uznania z samego tytułu nagiego istnienia. Wyobraźmy sobie, że każdy człowiek podłączony jest do internetu: daje to siedem miliardów małych Graeculusów. Demokratyzacja oraz upowszechnienie się mentalności wikińskiej prowadzi do świata ostatniego człowieka – każdy mieni się nadczłowiekiem na tej tylko podstawie, że jako obdarzony samoświadomością może obwieścić innym swoje płaskie istnienie.

Problem polega na tym, że ta z ducha faustowska potrzeba włączenia wszystkich w ramy tak zaprojektowanego świata może natrafić na poważną przeszkodę. Naśladowanie amerykańskiego sposobu życia i tego, co Sloterdijk określił modelem społeczeństwa jako centrum handlowego, w którym dokonujemy czysto konsumenckich wyborów, wymaga zaangażowania naprawdę poważnych zasobów. Nie sposób nie zgodzić się tutaj z niemieckim filozofem, który przekonuje, że właściwym celem państwa współczesnego Zachodu stało się ciągłe pielęgnowanie – właściwie rozpieszczanie – jednostek i gwarantowanie im „dobrego życia”, w odróżnieniu od tradycyjnego zadania polegającego na ochronie własnych obywateli.

Niejednemu wyda się to wcieloną utopią, ale z perspektywy kogoś, kto szuka czegoś więcej, kto wciąż odczuwa faustowski zew nieskończoności, ale nie wie, jak za nim podążać, nowa rzeczywistość musi przypominać spełniony koszmar dekadenta. Jak wspomniałem na przykładzie Graeculusa, modelowym mieszkańcem tego świata jest niemy fellach, bytujący gdzieś na rubieżach wyższych kultur, człowiek „końca historii”, o którym pisał Kojève we Wprowadzeniu do lektury Hegla; ktoś, kto zdając się na zwierzęcy instynkt, powrócił do prostej egzystencji w stanie naturalnym, klecąc lepianki na przedmieściach sztucznego Edenu. Na długo przed Kojève’em w tym samym duchu o nadchodzącej przyszłości pisał Vico, zapowiadając powrót barbarzyństwa. […]

Ziemia nie jest nieskończona, co zresztą coraz mocniej sobie uświadamiamy. Rzecz nie w tym, że może zabraknąć nam ropy lub innych surowców; na odwrót – jest ich dostatecznie dużo, by zamienić świat w szklarnię. Faust i jego ambicje, dość niemądre zresztą, są zbyt duże jak na możliwości planety. W połowie stulecia lękano się przeludnienia. Dzisiaj, w pasie od Europy przez Bliski Wschód po Singapur i Japonię, ludzi raptownie ubywa, ale mimo to konsumuje się coraz więcej. W moim Zmierzchu sporo miejsca poświęciłem zagadnieniu związku depopulacji z dekadencją społeczeństw, ale nie wydaje mi się, by sto lat temu ktokolwiek poza mną i kolegą nietzscheanistą Ludwikiem Klagesem na serio rozważał problem nadmiernej konsumpcji lub kwestię ograniczeń w możliwości eksploatacji planety. Paradoksalnie to właśnie my, nietzscheaniści, mogliśmy się zdobyć na ten ton refleksji spekulatywnej, być może właśnie dlatego, że zawsze niestrudzenie wypatrywaliśmy nowych nihilizmów i nowych otchłani, które można byłoby przezwyciężyć.

Wow! Nie spodziewałem się usłyszeć Spenglera rozprawiającego o zmianach klimatycznych.

A dlaczegóż by nie? Jako cynik i pesymista z natury nie mogę niestety służyć gotową radą, ale uważam problem za autentycznie fascynujący, poczynając od komputerowych modeli klimatu i szalonych projektów planetarnej geoinżynierii po apokaliptyczne opowieści na temat szóstego masowego wymierania gatunków. Wszystkie kultury obciążone są patologiami, w przypadku tej faustowskiej jest to potworna obsesja na punkcie przekraczania własnych ograniczeń z tej tylko racji, że istnieją. Postawiłbym tezę, że tyleż samo z ducha Fausta znajdziemy w Granicach wzrostu (raport Klubu Rzymskiego z 1972 r. – przyp. red.) oraz ideologii postwzrostu [degrowth], co w pozbawionym horyzontu neoliberalizmie, techno-optymizmie Doliny Krzemowej i pozostałościach po martwej idei globalnego komunizmu. Idea odwrotu od ładu opartego na paliwach kopalnych i technologii, które doprowadziły nas do obecnego punktu oraz zastąpienie ich technologią opartą na zasobach odnawialnych, może okazać się gestem najbardziej pozytywnym i zarazem z ducha faustowskim. Jednocześnie jest to perspektywa naznaczona skrytą obsesją nieśmiertelności. Dostrzegamy ryzyko autodestrukcji i wmawiamy sobie, że jeśli odwrócimy pewne procesy, nasz świat automatycznie zyska przedłużenie życia. Co jednak padnie jako pierwsze: Faust i jego dom uciech czy nasza planeta? Wydaje mi się, że kultura Zachodu wolałaby zabrać ze sobą do grobu całą planetę niż sobie po prostu odpuścić.

Marksiści powiadają, że ludziom łatwiej byłoby wyobrazić sobie koniec świata niż alternatywę dla amerykanizacji spod znaku „końca historii”. Co pan o tym sądzi?

W końcowych partiach Człowieka i techniki postawiłem sobie wariant tego pytania: co jeśli Zachód stanowi ostatnią formację kulturową człowieka, ponieważ ten zmierza do zniszczenia świata? Bomba atomowa była wówczas jeszcze pieśnią przyszłości, ale dla osobowości faustowskiej tego rodzaju perspektywa wydawała się oczywistością. W rzeczy samej nic nie zaskakuje mnie bardziej niż sam fakt, że wciąż tu jesteśmy, że nie doszło do „wzajemnie gwarantowanego zniszczenia”. A przynajmniej – jeszcze nie. Trzeba będzie poczekać na rozwój wydarzeń po tym, jak Ameryka straci status hegemona i przekonać się, czy dawny arsenał wciąż pozostaje w użyciu.

Podobnie jak Zachód, który potrzebował całych stuleci, by wyłonić się ze świata zdominowanego przez wpływy duszy magicznej apollińskiej, tak i dziś potrzeba czasu, by pojawiła się nowa kultura wyższa. Cokolwiek jednak wyłoni się zza rogu, trzeba mieć świadomość, że „to” już tu jest i tylko czeka na swój moment. W tej chwili Zachód obejmuje cały świat i jedyne, co może jeszcze zrobić, to wznosić nowe piętra wzajemnych osieciowań, angażujących kolejne masy ludzkie na potrzeby systemu i jego nowoczesnych wartości. Może się to wydać cokolwiek przerażające, ale w tym przypadku najlepszego modelu dostarczyła powieść science-fiction Kantyczka dla Leibowitza: wizja obcej nam przyszłości, w której pozostałości po zachodniej nauce pozostają wykoślawione i niezrozumiałe. Oto, co naprawdę szokuje ludzi: to, że nas zabraknie, by skorygować przyszłych barbarzyńców i powiedzieć: „nie, to nie tak!”. To, że jesteśmy śmiertelni.

Kantyczce pisarz Walter Miller nie zdołał jednak pójść na całość. Musiał wykreować przyszłość, w której po nowych Wiekach Ciemnych pojawi się jakaś kapitalna technologia jutra. Faust powróci – właśnie w ten sposób chcemy myśleć. Na tym polega nasza zbiorowa nerwica – jesteśmy organicznie niezdolni do pogodzenia się ze śmiertelnością naszego światopoglądu. Wiemy, jaki los spotkał Grecję, Rzym, Egipt, Mezoamerykanów i tak dalej, a jednak nie dopuszczamy do siebie myśli, że to samo może przydarzyć się nam. W tej narracji nawet barbarzyńcy przyszłych wieków będą musieli jakoś do nas nawiązać. Oczywiście nie wykluczam takiego scenariusza. Na podobnej zasadzie renesans próbował wskrzesić świat apolliński. Nie wypaliło. Skończyło się na uwielbieniu Prometeusza i ubóstwieniu człowieka, nie zaś na odnowieniu kultu greckich bogów. Górą okazał się Faust. To się może wydarzyć ponownie; taka nieudolna reanimacja, która prowadzi do czegoś zupełnie innego.

A co pan myśli o pomysłach japońskiego historyka, marksisty-kantysty Kojina Karataniego? Zdaje się, że ma on do powiedzenia mnóstwo interesujących rzeczy na temat zmierzchu Ameryki i – generalnie – przyszłości.

Zafrapowała mnie książka Karataniego Isonomia and the Origins of Philosophy. Czuję, że autora nie zawodzi intuicja, gdy kreśli porównanie między bezpaństwową społecznością średniowiecznej Islandii i Ameryką pierwszych osadników. Niekoniecznie jednak ma rację w  przypadku analogicznych uwag w odniesieniu do antycznej Jonii w okresie poprzedzającym perski podbój. Przez większą część swego dzieła Karatani stara się zrobić dla ekonomii politycznej to, co Heidegger zrobił dla zagadnienia Bycia – w tym sensie, że chodzi tu o realną tradycję filozoficzną, do której możemy dziś wrócić. Zestawienie Islandii i Ameryki zdecydowanie się broni – ponownie mamy tu wikinga i kowboja obok siebie. Natomiast sam fakt, że Karatani zakłada, że w przyszłości wymiana oparta będzie na czymś, co sam nazywa „modelem D” (właściwym dla postkapitalizmu, w odróżnieniu od wcześniejszych modeli, koncentrujących się na roli, kolejno, lokalnych wspólnot, państwa narodowego i globalnego kapitalizmu – przyp. red.), dowodzi, że jest dzieckiem swojej epoki – stulecia Ameryki.

Karatani dodaje, że gdy rzesze mieszkańców Indii i Chin staną się „amerykańskimi konsumentami”, kapitalizm wolnorynkowy będzie skończony, ponieważ ten do swojego przeżycia zawsze potrzebuje państwa. Oto idea „końca historii” w podrasowanym wydaniu. Czy to nie Kojève napisał, że w Rosjanie i Chińczycy to po prostu biedni Amerykanie? Gdy wszyscy staną się częścią amerykańskiej kultury konsumenckiej, państwo narodowe zniknie, Stany Zjednoczone również, o czym przekonany jest Karatani. Wydaje mi się również, że japoński autor nie przestrzelił, twierdząc, że Ameryka osuwa się po równi pochyłej od czasu zakończenia zimnej wojny, a to za sprawą podkopywania amerykańskiego przemysłu i dumy narodowej przez globalny rynek. Wystarczy wsłuchać się w dziwaczną i niemożliwą do realizacji, a jednak skutecznie sprzedaną wyborcom fantazję Donalda Trumpa na temat wznoszenie murów i powrotu do ery amerykańskiej produkcji przemysłowej. Ludzie jednak czują, że coś się zmieniło. Ameryka dokonała aktu wysoce przewidywalnego samopodważenia własnej pozycji. Nie chodzi tylko o politykę neoliberalną i niepowodzenia amerykańskiej polityki zagranicznej czy o globalizującą moc internetu. Na głębszym poziomie to podważenie autorytetu państwa i otwarcie jego granic dokonało się w samej duszy Ameryki. Nie mogło być inaczej.

Karatani już wcześniej rozprawiał o cykliczności historii. Co więcej – jest przekonany, że trzecia wojna światowa wydarzy się w naszym stuleciu jako efekt schyłku Ameryki. Co pan o tym sądzi?

W książce Structure of World History Karatani zdaje się wyrażać przekonanie, że wybuch trzeciej wojny światowej jest prawdopodobny, ponieważ sytuacja międzynarodowa przypomina tę z lat 80. XIX wieku, gdy kolejne potęgi rzucały wyzwanie Wielkiej Brytanii. Nie wiem, jak mógłby wyglądać taki konflikt. Epoka totalnej mobilizacji, tak mocno związana z produkcją przemysłową, dobiegła końca. W czasie hegemonii Ameryki doszło do przejścia od fazy postfordowskiej czy też postindustrialnej do społeczeństwa informacyjnego, podobnie jak epoka przemysłowa zatriumfowała pod globalnym sztandarem Imperium Brytyjskiego. Reszta świata musi przyśpieszyć i ścigać liderów, by w ogóle utrzymać się na powierzchni, ale trzeba pamiętać, że finalną ceną obu wojen w przypadku Wielkiej Brytanii była utrata imperium oraz podział samych Niemiec, które zostały pozbawione istotnego znaczenia politycznego w skali globalnej, może za wyjątkiem statusu lidera wyczerpanej Unii Europejskiej. A dzisiaj, na końcu tego procesu, ta sama Wielka Brytania zdaje się mówić: „Sir, chciałabym już opuścić to grono”. Postępuje w ten sposób, ponieważ nie chce dłużej mierzyć się ze skutkami utraty dawnego statusu, który właśnie teraz stał się tak boleśnie oczywisty i wstydliwy, i to daleko bardziej niż w latach dekolonizacji. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że dla wielu jej mieszkańców Wielka Brytania zmieniła się w tak szybkim tempie. Chłopi, w istocie od dawna będący współczesnymi fellachami, zaczynają podnosić głos: „Nikt nas nie pytał o zdanie”.

Nawiązuje pan w tej chwili do masowej migracji i zmian demograficznych?

Owszem. W tej chwili obserwujemy masowe ruchy ludności z Afryki i Meksyku do Europy i Stanów Zjednoczonych, co jedynie przybierze na sile wraz ze zmianą klimatu, która uderza w lokalne społeczności. To zdefiniuje na nowo przyszły charakter wyjałowionych ośrodków dawnego imperium. Uwagę należy skoncentrować jednak nie na Syrii, lecz Indiach, gdzie w ciągu ostatniej dekady susza mocno dała się we znaki 10% światowej populacji. W skali globalnej są to migracje o znaczeniu historycznym. W takiej sytuacji łatwo o sięganie po porównanie z wędrówkami barbarzyńców, które przypieczętowały upadek Rzymu. Jeśli jednak wyciągnęliśmy z przeszłością jakąś naukę, to najpewniej tę, że imperium rzymskie nie upadło z dnia na dzień, a raczej przesunęło swoje kluczowe ośrodki w kierunku północnym oraz – z drugiej strony – do Anatolii. Rzym przez całe stulecia rozpuszczał się w barwnym tyglu złożonym z Wandalów i Franków odzianych w togi oraz wśród magicznych Greków bizantyjskich, którzy samych siebie nazywali Romaioi. I tak aż do momentu, gdy stary świat duszy apollińskiej po prostu przeminął. Z perspektywy tych wszystkich krzykaczy z „Nowej Prawicy” czy „alt-rightu”, Zachód jawi się jako świat wyjałowiony, pozbawiony mężów stanu i prawicowych polityków zdolnych przedłużyć pragnienie wieczności. Sytuacja jest dużo bardziej poważna niż przed stuleciem. Podjąłbym walkę, gdybym jeszcze wierzył w jej sens.

Co ma pan na myśli? Czy nacjonalizm na Zachodzie nie ma przed sobą żadnych perspektyw?

Nacjonalizm nie polega na noszeniu pludrów po dziadku czy wymachiwaniu miniaturową flagą. Tu chodzi o szeroko podzielane uczucie, które zdolne jest mobilizować całe społeczności pod wspólnym przywództwem. Jedyną formą totalnej mobilizacji, jaka jeszcze możliwa jest na Zachodzie, stanowi konsumpcja i gromadzenie informacji. Robotnik i wojownik Jüngera, figury zmierzające w tym samym celu w tym samym czasie, przeobraziły się w pracownika przemysłu informacyjnego i „wojownika klawiatury” w poszukiwaniu władzy, jaką daje zdolność do kontrolowania innych dzięki informacji. Przed nami dużo większe dziwy niż „wojny memów”, nawet jeśli tego rodzaju zjawiska dają świadectwo godnej politowania wegetacji „realnej” polityki. Jeśli faktycznie czeka nas wojna, to będzie ona polegać na starciach dronów i cyberatakach w rodzaju Stuxneta (pierwszego znanego robaka wykorzystanego do szpiegowania i przeprogramowywania instalacji przemysłowych – przyp. red.). Efektem będzie niszczące przyspieszenie technologiczne, obfitujące w koszmary, których obecnie prawdopodobnie nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.

Wywiad pochodzi z numeru czasopisma „Pressje” pt. „Konserwatysta w odczarowanym świecie”. Zapraszamy do nieodpłatnego pobrania numeru w jednym z trzech formatów elektronicznych.

Prezentowany tekst pochodzi z bloga Jonathana Ratcliffe’a i został pierwotnie opublikowany jako An Imaginative Interview with Oswald Spengler w marcu 2018 roku. Z języka angielskiego przetłumaczył Jakub Brola.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.