Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Rzeczycki  18 grudnia 2019

Tusk, Hołownia i inni. Chadecja nie może udać się z definicji

Michał Rzeczycki  18 grudnia 2019
przeczytanie zajmie 8 min

U zapomnianych historycznych korzeni chrześcijańskiej demokracji tkwi inicjatywa Stolicy Apostolskiej oraz społeczno-kulturalne organizacje świeckich katolików. Partie chadeckie, jakie znamy dziś, to wynalazek już powojenny. Współcześnie chadecja na Zachodzie nie wyróżnia się już niczym na politycznej mapie. Jej kapitulacja wobec liberalnej demokracji nie może jednak dziwić – porażka wpisana była już w jej wyjściowe ideowe założenia.

Okres wyborczy sprzyja pojawianiu się nowych recept na sytuację polityczną w Polsce. Jedną z nich przedstawił niedawno Donald Tusk. 3 grudnia w „Faktach po Faktach” były premier stwierdził, że „trzeba wybudować na nowo taką siłę polityczną, która będzie nie tylko w stanie pokonać PiS, ale też przedstawić ofertę atrakcyjniejszą niż do tej pory”. Tą siłą, która będzie w stanie stawić czoła zarówno obecnej władzy, jak i lewicy, ma być nowa chadecja, oparta na odbudowie umiarkowanego politycznego centrum.

Abstrahując od wiarygodności samego Tuska oraz od tego, czy rzeczywiście przystąpi do działania w tej sprawie, słowa byłego premiera z łatwością mogą wywołać deja vu. Przecież dokładnie taką samą chadecką partią była Platforma Obywatelska w początkach swojego istnienia. W podpisanej przez członków PO deklaracji krakowskiej, która została złożona na Wawelu w 2003 r., można m.in. przeczytać o obronie praw religii, rodziny i tradycyjnego obyczaju, „bo tych wartości szczególnie potrzebuje współczesna Europa”. Dziś jednak Platforma Obywatelska przeżywa wyraźny kryzys ideowy i z chrześcijańską demokracją ma niewiele wspólnego.

Trudno powiedzieć, czy Donald Tusk, formułując w wywiadzie dla TVN myśl o nowej chadecji, rzeczywiście mówił to na serio. Jeśli jednak dać mu kredyt zaufania i przyjąć, że w Polsce potrzebna jest partia chadecka jako baza dla umiarkowanego centrum, to trzeba stanowczo powiedzieć, że to się nie uda. Przebyta bowiem przez Platformę Obywatelską droga od partii (deklaratywnie) głęboko chrześcijańskiej do ugrupowania, w którym jedyną pewną ideą jest demokratyczny liberalizm, nie jest żadnym ideowym wypadkiem przy pracy.

Wręcz przeciwnie, jest to precyzyjne odwzorowanie historii, którą przebyły chrześcijańsko-demokratyczne partie zachodnie, znacznie starsze od Platformy. Co jednak dokonało się w sferze faktów, ma swoje głębokie uzasadnienie w samej naturze polityki. Chadecja nie jest niemożliwa tylko dlatego, że nikt tego jeszcze nie zrobił porządnie. Chadecja jest niemożliwa z definicji.

Co to w ogóle znaczy „chrześcijańska demokracja”?

Nim jednak przejdę do udowodnienia tych tez, muszę odczarować pewien mit. Nazwę „chrześcijańska demokracja” potocznie wiąże się z osobą papieża Leona XIII, który w encyklice Rerum novarum z 1891 roku miał sformułować ideowe podstawy tego ruchu. O ile rzeczywiście wspomniana encyklika dała katolikom asumpt do poszukiwania nowych form zaangażowania społecznego i politycznego, o tyle nie jest prawdą, że zawiera ona jakiekolwiek odniesienie do chrześcijańskiej demokracji.

Termin ten w tym dokumencie nie występuje. Pojawia się on natomiast w późniejszej o 10 lat encyklice Graves et communi, gdzie jednak ojciec święty stanowczo odżegnuje się od politycznych interpretacji „demokracji chrześcijańskiej”. Czytamy tam: „Nie godzi się jednak nadawać mianu demokracji chrześcijańskiej znaczenia czysto politycznego. Jakkolwiek bowiem wyraz demokracja etymologicznie i filozoficznie oznacza panowanie ludu, to jednak w naszym wypadku należy ją tak pojmować, by wykluczała wszelkie znaczenie czysto polityczne i wyrażała wyłącznie tylko dobroczynną działalność chrześcijańską na rzecz ludu”. To wszystko.

Uzasadnienie takiego stanowiska jest proste i zrozumiałe. Chrześcijaństwo bowiem ma przesłanie uniwersalne, które adresowane jest do każdego człowieka. Nie można go zatem wiązać ani z jakąkolwiek formą rządu, ani tym bardziej z partią polityczną, która z definicji jest reprezentantką interesów tylko części społeczeństwa. W tym napięciu, zdefiniowanym przez Leona XIII w Graves et communi, między powszechnością i stałością a partykularnością i zmiennością kryje się  przyczyna stopniowego zanikania partii chadeckich.

Trzy przyczyny międzywojennej siły chrześcijańskich demokratów

Ugrupowania stricte polityczne, które wprost nazywały się chrześcijańsko-demokratycznymi lub były takimi z ducha, powstały na fali tworzących się organizacji katolickich, które przybierały formy stowarzyszeń, tytułów prasowych bądź instytutów badawczych. To te ostatnie stworzyły podglebie dla działalności partyjnej,  która w tamtym czasie zachowywała żywotny związek z katolicką myślą społeczną. Bliskie relacje z religią ówczesnej chadecji były spowodowane nie tylko świeżością zjawiska oraz nowatorskim impulsem, który wyszedł ze Stolicy Apostolskiej. Gwarantowała to także złożoność zagadnień, którym należało stawić czoła.

Otóż, za nowymi formami aktywności społecznej i politycznej katolików kryło się główne pytanie ówczesnego Kościoła: w jaki sposób należy ustosunkować się do dynamicznie rozwijającej się nowoczesności? Było jasne, że dotychczasowa formuła kontestacji wszystkiego, co działo się poza granicami Kościoła przestała być skuteczna, a ponadto nie dawała odpowiedzi na nowe zjawiska społeczne. Postępująca industrializacja zmieniała bowiem klasową strukturę społeczeństw i niejako „powoływała do życia” nowe grupy społeczne. Spośród nich na plan pierwszy wysunęła się klasa robotnicza. Tej coraz liczniejszej grupie Kościół musiał złożyć ofertę pozytywną, gdyż w przeciwnym wypadku robotników mógł w całości wchłonąć ruch socjalistyczny w swoich najradykalniejszych odmianach. Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że nowemu ruchowi chrześcijańskiej demokracji pomógł się dookreślić dobrze zdefiniowany przeciwnik.

Chadecja zaczyna tracić ideowy charakter

Charakter chadecji zaczął się zmieniać po II wojnie światowej. Od lat 50. partie chrześcijańsko-demokratyczne zaczęły się przekształcać w ugrupowania profesjonalno-wyborcze, które mają zajmować miejsce w centrum – pomiędzy skrajną prawicą a siłami lewicowymi. Sprzyjał temu, zwłaszcza w Niemczech, ogólny klimat polityczny, jaki ukształtował się po II wojnie światowej, gdy w obliczu klęski nazizmu i zagrożenia komunizmem poszukiwano polityki podkreślającej godność człowieka.

Przyjęcie roli partii ogólnonarodowych zmusiło chadeków do modyfikacji swojego stosunku do religii. Zaczęto deklarować świecki i bezwyznaniowy charakter chrześcijańskiej demokracji, niezależność od Kościoła katolickiego, pragmatyzm, akceptację zasad demokracji, pluralizm, solidaryzm. Jak zauważa Andrzej Antoszewski w tekście Partie chadeckie w Europie Zachodniej w latach 1945-1998, „to właśnie ugrupowania chrześcijańsko – demokratyczne stworzyły „strategię typu »catch all«. Pozwala ona na skonstruowanie apelu wyborczego przecinającego oś podziałów klasowych i odwołanie się do wyborców ze wszystkich środowisk społecznych, kładąc silniejszy (Skandynawia) lub słabszy (Holandia) nacisk na kwestie związane z moralnością”.

Z jednej strony takie posunięcie gwarantowało chadekom duży potencjał koalicyjny, który objawia się do dzisiaj w tak egzotycznych sojuszach, jak koalicja niemieckiej CDU z socjalistami z SPD. Z drugiej jednak strony, jak zauważają autorzy opracowania zbiorowego Chrześcijańska demokracja we współczesnym świecie prowadzi to do rozmycia tożsamościowego, z powodu którego czasami trudno w ogóle ustalić, czy daną partię liczyć jako chadecką czy też nie.

Gdyby ktoś zadał pytanie, co pozostało niezmienne w programach ugrupowań chrześcijańsko-demokratycznych na zachodzie Europy, znalazłby tam w zasadzie tylko jedno hasło. Jest nim społeczna gospodarka rynkowa, której postulowanie do dziś organizuje myśl ekonomiczną CDU, choć w kwestiach światopoglądowych, jak się wydaje, niemieccy chadecy zaakceptowali liberalny status quo. W innych krajach związek partii chadeckich z religijnymi korzeniami jest zależny od lokalnej sytuacji. Na przykład we Włoszech, chociaż oficjalnie katolickie konotacje Democrazia Cristiana są najsilniejsze, trudno nie odnotować faktu, że liberalizacja ustawy aborcyjnej w 1978 r. miała miejsce za kadencji chadeckiego gabinetu i chadeckiego prezydenta. Ugrupowaniem wciąż bardzo mocno akcentującym problematykę moralno-religijną jest norweska (protestancka) KrF, jednak pozostaje ona partią marginalną. Wreszcie jest Europejska Partia Ludowa (EPP), która od lat dominuje w Parlamencie Europejskim. Trudno stwierdzić jednak, jaki jest jej stosunek do chrześcijaństwa.

„Chrześcijaństwo” czy „demokracja”?

Stopniowe „rozpuszczanie się” chadeków w liberalnym świecie jest spowodowane samą konstrukcją ich ruchu oraz charakterem rywalizacji politycznej w demokracji. Co na to wskazuje? Otóż, na początek warto poczynić pozornie banalną obserwację. Termin „demokracja chrześcijańska” składa się z dwóch terminów prostych, którymi są „demokracja” i dopełniający ją przymiotnik „chrześcijańska”. Pytanie podstawowe brzmi, jak się zachować, gdy dojdzie do konfliktu między tymi pojęciami? Co w wypadku sporu między chrześcijaństwem a demokracją będzie miało większe znaczenie? Włoska ustawa aborcyjna z 1978 r. pokazuje, że nie jest to wyłącznie eksperyment myślowy.

Dylematy ideowe chadeków, które kryją się w samej konstrukcji nazwy ich ruchu, będą się nasilały wraz z postępującą sekularyzacją. Utrzymanie bowiem strategii typu „catch all” wymaga, jak już wspomniałem, odwoływania się do wszystkich klas i grup społecznych. Jak ma jednak postąpić partia, która z jednej strony chce odwoływać się do chrześcijaństwa, a z drugiej pragnie uzyskać poparcie od niewierzących obywateli demokratycznego społeczeństwa? Jeśli porzuci ubieganie się o władzę, zatraci swój sens jako partia polityczna. Jeśli zaś odetnie się od chrześcijaństwa, być może zyska głosy, lecz stanie się ideową wydmuszką.

Obrońca chrześcijańskiej demokracji mógłby jednak powiedzieć w tym punkcie, że przed podobnymi wyzwaniami musi stanąć każdy ruch polityczny, który ma ambicję prowadzić ideową politykę. Jeśli napięcia między demokracją a chrześcijaństwem miałyby prowadzić do wniosku, że chadecja jest niemożliwa, to ten sam wniosek należałoby także zastosować do innych ugrupowań politycznych, jak na przykład do socjaldemokratów. Oni przecież także mogą zostać zmuszeni do ustępstw ideowych na rzecz zyskania szerszego poparcia społecznego.

Objawienie nie idzie na polityczne kompromisy

Argument ten jest pozornie trafny. Zasadnicza różnica między chadecją a jakimkolwiek innym nowożytnym ruchem politycznym polega właśnie na odwołaniu się do czynnika religijnego. Objawienie jako źródło wiedzy cechuje się kategorycznością. Wiedza objawiona bowiem z definicji, jeśli jest prawdziwa, to jest prawdziwa z konieczności. Podkreślał to papież Benedykt XVI we Wprowadzeniu w chrześcijaństwo, gdzie odwołał się do etymologii słowa „fakt”, jako czegoś, co zostało zrobione, wykonane lub odtworzone w warunkach laboratoryjnych. Objawienie tymczasem stoi na antypodach tak rozumianej faktualności. Ono po prostu jest, a gdy zostanie rozpoznane, można je tylko przyjąć lub odrzucić. Nie ma w nim miejsca na zmianę, korektę czy manipulację.

Zupełnie inaczej rzeczy się mają w odniesieniu do każdej ludzkiej doktryny, która może podlegać modyfikacjom lub poprawkom, choć nie zawsze wprowadzanym z pobudek czysto teoretycznych. Dlatego właśnie problem chrześcijańskiej demokracji jest jakościowo różny od dylematów innych ruchów. Podczas gdy socjalista może uznać, że ze wszystkich zdań, które składają się na wyznawaną przez niego teorię, jedno lub dwa są nieprawdziwe, o tyle dla chrześcijanina usunięcie z Objawienia jednego zdania, oznacza usunięcie Objawienia w ogóle.

Innym argumentem w obronie chadecji mogłoby być powiedzenie, że chrześcijańska demokracja nie odwołuje się wprost do norm religijnych, lecz inspiruje się tylko wartościami chrześcijańskimi. Wiara i polityka to przecież dwa odrębne porządki, których nie można ze sobą utożsamiać bez wyrządzania szkody zarówno wierze, jak i polityce. Dlatego chadecja musi znaleźć racjonalne środki wyrazu tego, co dzięki wierze odkrywamy w Objawieniu.

Rzecz jasna, tradycja chrześcijańska  uznaje, że człowiek swoim własnym rozumem może poznać, co jest sprawiedliwe (por. Rz 1, 19). Niemniej wyniki tych etycznych dociekań nie mogą stać w sprzeczności z tym, o czym poucza nas wiara. O ile zatem argumentowanie w polityce za pomocą wyłącznie racji rozumowych jest rzeczą słuszną, o tyle zaprzeczanie odniesieniom religijnym i mówienie, że chadecja tylko inspiruje się wartościami chrześcijańskimi jest prostą drogą donikąd. Taka mętna formuła nie jest w stanie dostarczyć wizji, która wytrzyma próbę, jaką będzie dla niej proces legislacyjny. Wtedy to bowiem ważą racje fundamentalne oraz ludzkie interesy, dzięki czemu widać jak na dłoni, ile w danym środowisku jest przekonań, a ile oportunizmu.

Nieuzasadniona kapitulacja przed nowoczesnością

Chadecja zrodziła się jako polityczna odpowiedź chrześcijaństwa na wyzwania nowoczesności, której istotą jest emancypacja wolnej jednostki, a typowo nowoczesną formą uspołecznienia – społeczeństwo obywatelskie. Gwoli ścisłości, nie chodzi tutaj o czysto politologiczną definicję tego pojęcia. Jak pisał Hegel w Zasadach filozofii prawa, „społeczeństwo obywatelskie jest różnicą, która występuje pośrodku między rodziną a państwem”. Istotą tego ujęcia jest proces modernizacji, dzięki któremu wszelkie autorytarne formy życia lub stałe punkty odniesienia, jak na przykład te, które dane są za pośrednictwem rodziny, zostają przekroczone i zastąpione przez społeczeństwo obywatelskie. Tym samym nowoczesność spełniona oznacza zrealizowaną w immanencji wizję społeczeństwa racjonalnych jednostek, których rozumność wyraża się in concreto w powszechności prawa.

Grzechem pierworodnym chadecji, który odtwarza się z każdym pokoleniem jej działaczy, było bezkrytyczne przyjęcie zasad nowoczesności. Choć chrześcijańska demokracja z początku miała być pewnym modus vivendi, który głównie katolikom dawał nadzieję na włączenie się na nowo w bieg spraw publicznych, to z czasem chadecy przeszli na pozycje całkowitego pogodzenia się z nowoczesnością.

Innymi słowy, zamiast przemieniać świat zgodnie ze wskazaniami nauki społecznej Kościoła, uznano, że kształt, jaki świat w wyniku procesów modernizacyjnych przybiera, jest po prostu obowiązującym faktem, którego nie powinno się kwestionować, poddawać w wątpliwość, ani pytać o jego usprawiedliwienie. Jeśli chadecja miała w wyścigu o wpływ na człowieka wyprzedzić nowoczesność, to teraz ta ostatnia wlecze chrześcijańską demokrację za sobą po ziemi.

Chadeckie przebranie dla liberalnej demokracji

Donald Tusk nie zrobi w Polsce chadecji, ponieważ ta idea zbankrutowała, czego najlepszym dowodem są jego własne słowa. Były premier w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” na pytanie, czy czuje się chrześcijańskim demokratą, odpowiedział: „Chrześcijaństwo to – powiem oczywistości – jeden z fundamentów europejskiej cywilizacji obok prawa rzymskiego, greckiej filozofii i całego wielowiekowego dorobku kulturalnego. To wszystko składa się na coś, co jest Europą w sensie identyfikacji. W polityce można być chrześcijaninem niezależnie od wyznania i od praktykowanej religii. Synonimem chrześcijanina w polityce jest dla mnie zwolennik i uczestnik liberalnej demokracji. W tym sensie, choć jestem dość świeckim politykiem, absolutnie czuję się chrześcijańskim demokratą”.

Czym zatem jest chrześcijaństwo w chadeckiej propozycji Donalda Tuska? Jest ono wyłącznie wspomnieniem odległej przeszłości, która dała nam ogólne wzorce postępowania, a dzisiaj – to skrót myślowy dla demokracji liberalnej. Były premier mówiąc zatem o chadecji mówi de facto o założeniu centrowej partii liberalnej. Szkoda tylko, że tego chrześcijaństwa, o którym wspomniał, w ogóle tu nie widać.

Esej pochodzi z elektronicznego wydania czasopisma idei „Pressje” . Zachęcamy do nieodpłatnego pobrania całego numeru w formatach PDF, EPUB i MOBI.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.