Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Konstanty Pilawa  15 grudnia 2019

Konserwatyzm Olgi Tokarczuk. Na pohybel kontrkulturze

Konstanty Pilawa  15 grudnia 2019
przeczytanie zajmie 8 min
Konserwatyzm Olgi Tokarczuk. Na pohybel kontrkulturze Autorka ilustracji: Magdalena Karpińska

Potrzeba mitu, z którym będziemy mogli powszechnie się utożsamiać. Nostalgia za czasami wielkich narracji, w których Achilles, Mojżesz lub Chrystus stanowili uniwersalne wzorce. A do tego krytyka egotyzmu, porzucenia sacrum oraz plagi samotności w XXI w. Właśnie taki obraz świata przedstawiła w wykładzie noblowskim Olga Tokarczuk. Pisarka krytykuje ideowe fundamenty ponowoczesnej Europy. To podważenie sensu rewolucji ‘68 – cios wymierzony w Erę Wodnika, hippisów i LSD.

Kontrkultura w popkulturze

Kto nie zna piosenek Janis Joplin, Jimiego Hendrixa, Doorsów, Boba Dylana, nie wspominając już o The Beatles czy Rolling Stonesach? Kto nie oglądał Foresta Gumpa, Easy Ridera, Into the Wild, musicali Hair oraz Jesus Christ Superstar? Kto nie kojarzy kultu długich włosów, korali, charakterystycznych sukienek i rozciągniętych, kolorowych koszul? Kto nie słyszał nigdy o psychodelicznych transach wywoływanych LSD, niesamowitej wręcz popularności marihuany i opioidów na czele z heroiną? Jak można nie wiedzieć, kim byli hippisi, a czym Festiwal Woodstock i jaki był kontekst protestów przeciwko wojnie w Wietnamie? Nie można. Popkultura nie pozwala nam zapomnieć o mitycznej rewolucji przełomu lat 60. i 70.

Demonizacja i idealizacja. Te dwa skrajne podejścia dominują w opisie tamtych wydarzeń. Żadne z nich nie pozwala na obiektywizm. Tradycjonaliści traktują je z wyraźnym obrzydzeniem – rok 1968, powiadają, to synonim niedojrzałości, szczeniackiego buntu, tchórzostwa i egzaltowanych protest songów, tworzonych przez zblazowanych nastolatków, bananowe dzieci znudzone powojennym dobrobytem. Wszystko to razem wzięte wywróciło stary, dobry świat do góry nogami. To właśnie wtedy znajdują swój początek dyktatura mniejszości, polityczna poprawność, kult psychodelików, neomarksizm oraz hegemonia ogłupiającej popkultury. Natomiast osoby o lewicowo-liberalnym światopoglądzie patrzą na tamten czas najczęściej przez pryzmat emancypacji kobiet, czarnoskórych i gejów, powstania legendarnych zespołów rockowych, buntu wobec amerykańskiego imperializmu, obnażenia hipokryzji starszych pokoleń, które zupełnie bezrefleksyjnie i bez wiary podtrzymywały rygorystyczne i dyskryminujące normy społeczne. Obie te perspektywy zgadzają się co do jednego – przełom lat 60. i 70. ukształtował współczesność.

Dwie rewolucje ‘68

W dużym uproszczeniu można stwierdzić, że na kontrkulturę składają się dwie rewolucje: polityczna oraz duchowa. Najmocniej oddziaływała ona w Stanach Zjednoczonych. Akcje protestacyjne organizowano przeciwko segregacji rasowej, dyskryminacji ze względu na płeć, dyskryminacji homoseksualistów oraz degradacji środowiska naturalnego. Wspólnym mianownikiem wszystkich tych protestów była krytyka dominującej wówczas obyczajowości podtrzymywanej przez klasę średnią. Był to więc konflikt pokoleniowy. Młodzi studenci, najczęściej o lewicowym światopoglądzie, krytykowali konsumpcjonizm i samozadowolenie pierwszych beneficjentów boomu ekonomicznego, jaki miał miejsce w USA po wojnie.

Bezpośrednią przyczyną rewolucji ‘68 były wewnętrzne konflikty wśród lewicowych organizacji politycznych. Najczęściej uważa się, że konflikt pokoleniowy wewnątrz francuskiej partii socjalistycznej był kluczowy dla tamtejszej lewicy. Jednak, jak pokazuje Paul Berman w książce Opowieść o dwóch utopiach. Ewolucja polityczna pokolenia ’68, analogiczna sytuacja miała miejsce w USA. Berman opisuje losy SDS (Students for Democracy) – najprężniej działającej organizacji studenckiej od początku lat 60. SDS początkowo odrzucała marksizm, aby po zaostrzeniu sytuacji wewnątrz amerykańskiego społeczeństwa na fali krytyki skierowanej przeciwko wojnie w Wietnamie przyjąć tożsamość rewolucyjną. Właśnie wtedy powstało słynne hasło 3xM (Mao, Marks, Marcuse).

Ten ostatni współczesny czasom nowej lewicy filozof, Herbert Marcuse, zbudował swoją refleksję wokół koncepcji zamiany klasycznego konfliktu klasowego na rzecz kulturowej krytyki współczesnych zachodnich społeczeństw. Technologia oraz ogólny dobrobyt, nie pozwalając człowiekowi na bunt, zniewalają niesprawiedliwym, ale wygodnym życiem. Można od razu zapytać, gdzie poszukiwać tej niesprawiedliwości. Kto w tej nowolewicowej opowieści pełni rolę proletariatu? Otóż proletariuszami są ci wszyscy, którzy podlegają regułom racjonalności dyktowanej przez polityków i technologię. Społeczeństwo masowe jest poddane nieustannej manipulacji. Jednostka sama nie wie, czego pragnie. To system – polityczno-gospodarczy Demiurg – tworzy sztuczne potrzeby, uzależniając egzystencję ludzi od mód i koniunktury. Choć Marcuse odżegnywał się od roli ideowego proroka nowej lewicy, to jednak powszechnie uważa się, że jego idee odcisnęły piętno na wrażliwości całego pokolenia.

Drugą rewolucję, duchową, można traktować jako swoisty program pozytywny kontrkultury – odpowiedź młodego pokolenia na materializm klasy średniej i represję „systemu”. Właśnie w tych środowiskach, w których prym wiodło San Francisco, rodził się duchowy ruch New Age, złożony z amalgamatu medytacji transcendentalnej, poezji awangardowej, psychodelicznych doznań umysłowych oraz panteizmu. Nade wszystko jednak nowe formy duchowości nie dają zamknąć się w jednej spójnej koncepcji. Dominował synkretyzm oraz indywidualizm. Częścią wspólną była sama potrzeba zdefiniowania sfery sacrum na nowo. Starano się odkrywać pierwotne formy duchowości, poszukując świętości tam, gdzie dotychczas upatrywano grzechu. Stąd właśnie bardzo nośne były w środowiskach hippisowskich koncepcje Wilhelma Reicha widzącego w stosunku seksualnym źródła boskości. Jak pisał Mircea Eliade: „W przypadku hippisów chodziło o coś, co można by określić jako »rajską nagość« i rytualne zjednoczenie płciowe”.

Szybko wypracowano strategię duchowej i estetycznej walki ze starym porządkiem. Afirmowanie tego, co odbiega od normy i gra ze znanymi konwencjami, balansowanie na granicy kiczu oraz wszechobecna ironia stanęły u podstaw tzw. kultury campu, określanej jako konwencja stylistyczna usiłująca nadawać wartość rzeczom powszechnie uznawanym za będące w złym guście. W pewnym sensie można powiedzieć, że estetyka campu adekwatnie określa kontrkulturową duchowość en bloc. Najpełniej widać to w musicalu Jesus Christ Superstar, w którym Chrystus jest ukazywany jako hippisowski buntownik, pełen wewnętrznych napięć i niepewności. To człowiek przygnieciony odpowiedzialnością, niegodzący się ze swym losem, niemal do końca wątpiący w jego sens. Z drugiej strony mamy Judasza (również buntownika, a zarazem ofiarę boskiej intrygi), który wcale nie chciał zdradzić, a jedynie pójść do faryzeuszy po radę. Kiedy już „niecny plan Boga” stał się dla niego jasny, w ostatnim odruchu wolnej woli Judasz popełnił samobójstwo. Chrystus niechętnie realizujący „polecenie z góry” oraz Judasz, czyli człowiek autentyczny i uwikłany w dziejowy spisek. Właśnie tym jest duchowy camp: grą z dominującym dyskursem, wolnym kolażem znanych motywów przy jednoczesnej obecności ironii, w końcu poszukiwaniem indywidualnego języka, aby jak najmocniej odróżnić się od pokolenia ówczesnych boomerów – od zarzucanej im hipokryzji, materializmu i nihilizmu.

Hippisi krytykowali kulturę ojców, aby zrealizować ideał jednostek wyzwolonych z okowów materialistycznej cywilizacji. Usiłowali budować swoją tożsamość w oparciu o grę z utartymi konwencjami, nowe formy zindywidualizowanej duchowości i ucieczkę ze świata w głąb psychodelicznych transów powodowanych syntetykami w celu doświadczenia prawdziwej transcendencji. Właśnie dlatego można pojmować rewolucję ‘68 jako zapowiedź Baumanowskiej ponowoczesności.

Samotne, nomadyczne stworzenia, pozbawione wspólnej kultury (mitów, religii, definicji prawdy) tworzą atomistyczne społeczeństwa pozbawione celu i możliwości dialogu. Skazane na egoizm wyrosły z rozmytego ideału bycia autentycznym, pogrążają się w nieczułości, chowając starsze pokolenia do grobu jeszcze za ich życia.

Wykład Tokarczuk, czyli głód sacrum

Uważny słuchacz wykładu noblowskiego wygłoszonego przez Olgę Tokarczuk momentalnie dostrzega, że polska noblistka sprzeciwia się dorobkowi odziedziczonemu po rewolucji ‘68 . A jeśli przyjąć, że istotnym wyznacznikiem kulturowego konserwatyzmu w skali globalnej jest dziś krytyczny stosunek do skutków tejże rewolucji, to konserwatystką w tym aspekcie będzie również i sama Tokarczuk. Oczywiście, zaraz podniosą się głosy komentatorów z prawej strony, że to bzdury. Przecież ateistki oraz osoby o liberalno-lewicowym światopoglądzie nie można nazywać konserwatystką – to pomieszanie pojęć, a do tego ordynarny clickbait stworzony wyłącznie po to, aby rozsierdzić czytelników i sprowokować burzę w komentarzach.

Tak, Tokarczuk nie jest polską konserwatystką. Rodzimy konserwatyzm najczęściej kojarzymy po prostu z afirmatywnym stosunkiem do Kościoła katolickiego i/lub heroicznego świadectwa odwagi Polaków na przestrzeni dziejów. Zgoda. Jednak, abstrahując już od nieszczęsnego barbarzyństwa niektórych komentatorów odsądzających Tokarczuk od czci i wiary za poglądy, nie znaczy to jeszcze, że teza o jej kulturowym konserwatyzmie pozbawiona jest uzasadnienia.

Już na samym początku wystąpienia stereotyp Tokarczuk malowany przez niektóre z prawicowych mediów jest podważany przez przesycony empatią i swoistym mistycyzmem opis relacji z matką. Dość ckliwy dialog podsumowywany jest słowami wdzięczności wobec rodzica: „Wyniosła bowiem moje istnienie poza zwyczajną materialność świata i przypadkowość, poza przyczynę i skutek oraz prawa prawdopodobieństwa. Umieściła je niejako poza czasem, w słodkim pobliżu wieczności”. W doświadczeniu z dzieciństwa, które według relacji Tokarczuk zakorzeniło w niej artystyczną wrażliwość, można odnaleźć tęsknotę do transcendencji. Następuje tu całkowite odwrócenie pokoleniowego buntu wpisanego w hippisowską rewolucję. Tokarczuk obdarzona przez rodzica literacką wrażliwością zaczyna swój wykład noblowski właśnie od tęsknoty za osobą, której zawdzięcza swoje miejsce w świecie.

Harmonia bijąca z tego fragmentu zaburzana jest następnie przez krytykę współczesności: „Żyjemy w świecie rzeczywistości wielogłosowych narracji pierwszoosobowych i zewsząd dochodzi do nas wielogłosowy szum”. Następnie, choć odkrycie „ja” w literaturze, objawiające się chociażby w możliwości opisu stanów wewnętrznych podmiotu opowiadającego, jest dowartościowane pozytywnie, to jednak największych mankamentów zarówno w pisarstwie, jak i w życiu upatruje Tokarczuk właśnie w nadmiarze „ja” – w egotyzmie pisarzy, ale i użytkowników Internetu, którzy robią wszystko, aby zwrócić na siebie uwagę. Jeśli przypomnimy sobie pełne zachwytu nad małymi narracjami rozważania postmodernisty Jeana Lyotarda lub afirmację życia nomadycznego w wykonaniu Gilla Deleuze’a i Felixa Guattariego, to spostrzeżemy, jak Tokarczuk radykalnie się z nimi nie zgadza.

Nie tylko się nie zgadza, polska noblistka mówi coś zupełnie przeciwnego! Nastał czas wskrzeszenia wielkich narracji. Opowieści mitycznych, dzięki którym znowu będziemy potrafili się ze sobą porozumieć. Wielość, brak porządku i nieustanna walka niewiele znaczących małych opowieści muszą ustąpić miejsca powszechnemu autorytetowi. Tokarczuk marzy o nowym, uniwersalnym typie narratora wszechwiedzącego. Używa analogii biblijnej: „Czy zastanawialiście się kiedyś, kim jest ten cudowny opowiadacz, który w Biblii woła wielkim głosem: »Na początku było Słowo«? Który opisuje stworzenie świata, jego pierwszy dzień, kiedy chaos został oddzielony od porządku? Który śledzi serial powstawania kosmosu? […] Wyjąwszy wszelkie wątpliwości teologiczne, możemy uznać tę figurę tajemniczego i czułego narratora za cudowną i znamienną”.

Zdaniem Tokarczuk potrzeba zaistnienia powszechnej opowieści nadającej uniwersalny sens wynika wprost z równie powszechnego poczucia niedookreślenia i tymczasowości. Doprawdy zadziwiające, że osoba pokroju Olgi Tokarczuk marzy o czymś takim. Stereotypowo pojęty liberalno-lewicowy intelektualista na pomysł stworzenia nowej, niepodważalnej metakulturowej narracji reaguje podejrzliwe: „To zagrożenie dla wolności jednostki, to potencjalna machina do manipulowania ludźmi” – mógłby stwierdzić.

Fragmenty, w których uwidacznia się głód świętości i metakulturowej narracji są najmocniejszą stroną sztokholmskiego wystąpienia. Z perspektywy katolika łatwo stwierdzić – Tokarczuk jest o krok do Boga.

Również tytułowa „czułość” zdaje się podążać w podobnym kierunku. Dla autorki wymarzony wszechwiedzący narrator opowieści musi współodczuwać, a więc postrzegać świat nie we fragmentach, ale jako jedną integralną całość. Miłość, zdaje się postulować Tokarczuk, to zdolność do wyjścia z siebie, rezygnacji z „ja” na rzecz „my”. Czy naprawdę, gdy upatruję w tym pomyśle chrześcijańskiego przykazania miłości, to muszę wyjść na naiwniaka i grzeszyć nadinterpretacją?

Oczywiście wykład noblowski Olgi Tokarczuk nie jest jednoznaczny. Można znaleźć w nim fragmenty, które będą w jawnej sprzeczności z interpretacją, której właśnie dokonałem. Nie jest to jednak wina samej interpretacji, ale paradoksalności wywodu noblistki. Po pierwsze, pomimo że Tokarczuk pragnie powrotu do wielkich narracji, uważa jednak, że musi to być narracja nowa. Po drugie, za istotowe cechy literatury w ogóle uważa eksperymentalność oraz transgresję (tak jakby wcześniej nie podważała kultu nowości i indywidualizmu). I w końcu po trzecie, wątki o potrzebie integralności świata można rozumieć również jako specyficzną formę panteizmu – wszystko żyje i jest w jakimś sensie niesamowite, owiane tajemnicą istnienia.

Warto jednak podkreślić wagę, jaką Tokarczuk przywiązuje do potrzeby stworzenia uniwersalnej płaszczyzny porozumienia między ludźmi. Spośród obojętności, kryzysu duchowości sensu largo i sekularyzacji sensu stricte, zgłaszanie takich potrzeb i operowanie taką wyobraźnią po drugiej stronie ideowego sporu (sprowadzając rzecz do kontekstu polskiego) jest nam dziś wyjątkowo potrzebne.

Esej pochodzi z elektronicznego wydania czasopisma idei „Pressje” . Zachęcamy do nieodpłatnego pobrania całego numeru w formatach PDF, EPUB i MOBI.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.