Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Kaczorowski  13 grudnia 2019

Wojna hybrydowa w Katalonii? O tym, jak Kreml rozbijał jedność Hiszpanii

Bartosz Kaczorowski  13 grudnia 2019
przeczytanie zajmie 7 min

Moskwa podjęła kompleksową grę, w której Katalonia posłużyła za narzędzie do destabilizacji państw Zachodu i stworzenia sprzyjających warunków do realizacji rosyjskiej polityki na wschodzie Europy. Rosyjskie media, takie jak Sputnik czy Russia Today, manipulowały przekazem medialnym szczególnie w okresie referendum niepodległościowego z 2017 r., wpływając na narrację innych europejskich mediów.

W ostatnich dniach ujawniono wyniki śledztwa dotyczącego rosyjskiej ingerencji w sprawy Katalonii. Dzięki nim opinia publiczna dowiedziała się, że na terytorium tej wspólnoty autonomicznej w okresie referendum niepodległościowego (1 października 2017 r.) przebywał Denis Siergiejew, wysoki oficer rosyjskiego wywiadu wojskowego, podejrzewany również o próbę zabójstwa Skripala. Ponadto przechwycona dokumentacja (notatnik i korespondencja przez WhatsApp) Victora Terradellasa, szefa fundacji CATmón i współpracownika ówczesnego przewodniczącego Generalitat – Carlesa Puigdemonta, pozwala stwierdzić, iż strona separatystyczna podjęła szereg działań na rzecz uzyskania pomocy dyplomatycznej ze strony Federacji Rosyjskiej. Co więcej, z zapisu rozmów obu polityków wynika, że zapewnienia Terradellasa co do poparcia Moskwy mogły mieć wpływ na przekonanie wahającego się Puigdemonta do ogłoszenia jednostronnej deklaracji niepodległości regionu, która została przegłosowana w lokalnym parlamencie 27 października 2017 r.

Powyższe informacje sprawiły, że wiele polskich mediów po raz pierwszy spojrzało na kryzys kataloński tak, jak powinien być on postrzegany – przez pryzmat poważnej rozgrywki międzynarodowej. Doniesienia o rosyjskiej ingerencji nie są nowe (niestrudzone wysiłki w tej sprawie podejmował m.in. David Alandete z „El País”, a piszący te słowa już 18 października 2017 r. opublikował artykuł Front kataloński wojny hybrydowej).

Niezależnie od ujawnionych dokumentów istnieje szereg przesłanek pozwalających stwierdzić, że Moskwa podjęła kompleksową grę, w której Katalonia posłużyła za narzędzie do destabilizacji państw Zachodu i stworzenia sprzyjających warunków do realizacji rosyjskiej polityki na wschodzie Europy.

Oczywiście, zaangażowanie Kremla nie oznacza, że spór w Katalonii został wywołany przez czynniki zewnętrzne. Jest to realny problem, a opcja niepodległościowa ma istotne poparcie społeczne, jednak, jak pokazują lokalne wybory z grudnia 2017 r., raczej nie większości mieszkańców regionu. Nie zmienia to jednak faktu, że Rosja, choć oficjalnie wypowiedziała się w obronie integralności terytorialnej Hiszpanii, w ostatnich latach przeciw niej użyła środków charakterystycznych dla wojny hybrydowej, ze szczególnym uwzględnieniem działań w cyberprzestrzeni.

Rosyjska propaganda kreuje przekaz o referendum

Praktyki dezinformacyjne szczególnie nasiliły się w okresie tzw. referendum z 1 października 2017 r. Jeszcze przed tym wydarzeniem media związane z Kremlem – Sputnik i Russia Today, a w ślad za nimi inne europejskie serwisy informacyjne – podawały zupełnie nieprawdziwe wiadomości o ograniczeniu autonomii regionu lub o wyprowadzeniu wojska na katalońskie ulice. Gdy tego dnia doszło do policyjnej interwencji, jej skala była wyolbrzymiana, a w mediach podawano doniesienia o 893 osobach hospitalizowanych. Dopiero po kilku dniach, co przyznała zresztą sama katalońska Generalitat, okazało się, że w szpitalu znalazły się zaledwie cztery osoby.

Podobnie jest z wynikami referendum. Powszechnie informowano o „90% Katalończyków głosujących za niepodległością”, nie zważając, iż sama natura głosowania uznanego za nielegalne zakładała, że weźmie w nim udział tylko jedna strona sporu. Bardzo rzadko mówiono o nieprawidłowościach, które wpływały na brak wiarygodności całego procesu wyborczego.  Wśród nich można wymienić: komisje złożone jedynie ze zwolenników oddzielenia się od Hiszpanii, możliwość kilkukrotnego oddania głosu lub niespodziewanie wyższej liczby głosów nieważnych w wynikach cząstkowych niż ostatecznych. Później te argumenty zaczęły przebijać się do świadomości dziennikarzy (najdalej idącą autokrytykę złożył brytyjski „The Guardian”), ale narracja separatystyczna już dominowała w europejskiej opinii publicznej.

Ta wyjątkowa skala manipulacji z 2017 r. była przedmiotem badań ze strony środowiska lewicowej gazety „El País”. Wynika z nich, że RT i Sputnik stały się czwartym źródłem informacji na temat Katalonii, a spośród 100 kont najczęściej podających je dalej na Twitterze aż 84 było anonimowych, wiele z nich tzw. botami. W mediach społecznościowych wyjątkową popularnością cieszyli się od dawna oddani sprawie Kremla Julian Assange i Edward Snowden, którzy również aktywnie wspierali separatystów i przedstawiali rząd Mariano Rajoya jako nieliczący się z wolą swoich obywateli, a nawet jako autorytarny.

Do bezsprzecznej klęski wizerunkowej odniósł się sam premier, podając do publicznej wiadomości informację, że spośród fałszywych profili komentujących kwestię Katalonii w mediach społecznościowych 55% z nich było zarejestrowanych w Rosji, a 30% w Wenezueli. W jeszcze ostrzejszym tonie wypowiadała się ówczesna minister obrony, María Dolores de Cospedal. O tym, że oskarżanie Kremla nie miało na celu jedynie ratowania twarzy, może świadczyć fakt, iż podczas posiedzenia Komisji Bezpieczeństwa Kortezów w grudniu 2017 r. ze stanowiskiem rządu w pełni zgadzali się liberałowie ze Ciudadanos oraz opozycyjni socjaliści z PSOE. Przeciwko była jedynie prorosyjska i skrajnie lewicowa partia Podemos. Wówczas zaproszeni hiszpańscy eksperci otwarcie mówili deputowanym o prowadzonej przez Moskwę wojnie hybrydowej z Madrytem, co zresztą spotkało się z protestem rosyjskiej ambasady. Do takich wniosków w kolejnych miesiącach dochodzili również inni analitycy, głównie z Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych (w tym znany think tank Atlantic Council).

Podobnie brzmiały raporty zaprezentowane w parlamentach obu krajów oraz opinie ówczesnego szefa kontrwywiadu Niemiec, Hansa-Georga Maassena.

Czego chce Kreml?

Zdefiniowanie celów aktywności rosyjskiej w sprawie Katalonii nie jest szczególnie trudne. Moskwa gra na podtrzymanie kryzysu celem zdestabilizowania kolejnego państwa NATO i Unii Europejskiej. Wydaje się jednak, że tym razem nie chodzi jedynie o osłabienie państw Zachodu i przedstawienie ich jako nieliczących się z prawami człowieka, ale i o sformułowanie argumentów do rewizji granic na wschodzie Europy.

Rosja usiłuje bowiem przekonać europejską opinię publiczną, że ideę samostanowienia narodów należy rozumieć znacznie szerzej, niż obecnie przedstawia to doktryna prawa międzynarodowego i że własne państwo może utworzyć każda społeczność, która uznaje się za naród i ma wolę oddzielić się od macierzy.

Już w 2014 r. rosyjski ambasador przy ONZ powołał się na przykład planowanego referendum w Katalonii, gdy usiłował uzasadnić aneksję Krymu. Sam Władimir Putin w 2017 r. tworzył również paralelę między Katalonią a Kosowem, choć polityka szerokiej autonomii ze zbrodniami wojennymi niewiele ma wspólnego.

Rosja buduje sprzyjającą narrację, którą będzie mogła wykorzystać w swoim najbliższym otoczeniu. Nie jest przypadkiem, że zdecydowanego wsparcia separatyzmowi udzieliły organizacje zrzeszające rosyjską mniejszość w państwach bałtyckich, regionie mającym fundamentalne znaczenie dla polityki zagranicznej Kremla. Szczególnie aktywny pod tym względem był Rosyjski Związek Łotwy, który organizował szereg demonstracji na rzecz niepodległości Katalonii, a jego europosłanka – Tatjana Ždanoka – była współtwórcą Platformy Dialogu UE-Katalonia skupiającej około 20 eurodeputowanych.

Niewykluczone, że na solidarność separatystów łotewskich z katalońskimi wpłynął fakt, że od 2017 r. w ramach NATO-wskiej koncepcji wzmocnionej wysuniętej obecności (enhanced Forward Presence) na Łotwie stacjonuje 300 żołnierzy hiszpańskich z XI Brygady z Estremadury z 80 pojazdami, w tym 6 czołgami Leopard 2E i 14 bojowymi wozami piechoty Pizarro (to drugi pod względem liczebności kontyngent międzynarodowej batalionowej grupy bojowej). O rosyjskich próbach wykorzystania Katalonii do prowadzenia polityki wobec państw bałtyckich w wywiadzie dla „El País” mówił także Toomas Ilves, prezydent Estonii z czasów rosyjskiego ataku hackerskiego w 2007 r.

Promując separatyzm kataloński, Rosja stara się również pozyskać argumenty do korzystnego rozwiązania kwestii Krymu i Donbasu. Nie dziwi więc, że na linii Madryt-Kijów doszło do zbliżenia, a pierwszym państwem, które po 1 października 2017 r. odwiedził hiszpański minister spraw zagranicznych, była właśnie Ukraina. Alfonso Dastis w zdecydowanych i rzadko słyszanych na Zachodzie słowach stwierdził wówczas, że Hiszpania życzy sobie, aby Ukraina ocaliła swoją integralność terytorialną i aby odzyskała Krym.

Sojusznicy Kremla

O rosyjskim zaangażowaniu w sprawy Półwyspu Iberyjskiego może świadczyć też aktywność osób mających osobiste związki z Putinem. Manifestacje na rzecz katalońskiego separatyzmu organizował kremlowski człowiek do zadań specjalnych – Władimir Żyrinowski (w biurze Terradellasa znaleziono przeznaczone dla niego zaproszenie na uroczystą proklamację Republiki Katalońskiej). Dmitrij Miedojew, minister spraw zagranicznych Osetii Południowej, odbył nawet podróż do Katalonii, licząc, że uda mu się tam założyć przedstawicielstwo swojego nieuznawanego państwa. W obu przypadkach trudno wierzyć, by była to prywatna, niekonsultowana z Moskwą inicjatywa polityków.

Podobnie rzecz się ma z innymi europejskimi ugrupowaniami, które dały się poznać ze swych prorosyjskich tendencji. Za sprawą katalońskich separatystów opowiedzieli się m.in. Alternatywa dla Niemiec, francuski Front Narodowy, estońscy Zieloni, belgijski Nowy Sojusz Flamandzki, niemiecka Lewica, polska Zmiana, grecka Syriza, a także sympatyzujący z Rosją byli prezydenci: Czech Vaclav Klaus, Litwy Rolandas Paksas (oskarżany o związki z rosyjską mafią utracił władzę w wyniku impeachmentu).

Ostatni z wymienionych polityków znalazł nawet czas, by w odpowiedzi na referendum” z 2017 r. napisać list otwarty i na balkonie swojego gabinetu wywiesić tzw. esteladę, czyli flagę separatystycznej Katalonii.

***

Po przejęciu władzy w Hiszpanii przez socjalistów w 2018 r. nowy rząd Pedro Sáncheza zaczął przyjmować charakterystyczną dla swojego obozu antyamerykańską retorykę, z drugiej jednak strony utrzymano wyraźny dystans wobec Rosji. Nowy minister spraw zagranicznych, Josep Borrell (notabene Katalończyk, a jednocześnie gorący zwolennik jedności z Hiszpanią), doprowadził nawet do kryzysu dyplomatycznego między dwoma krajami po tym, gdy w czerwcu 2019 r. w wywiadzie określił Rosję mianem „starego wroga”. Taka postawa zaowocowała poparciem przez państwa Europy Środkowo-Wschodniej jego kandydatury na stanowisko Wysokiego Komisarza UE ds. Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa. Podczas przesłuchania w Parlamencie Europejskim Borrell dał się poznać jako zdecydowany zwolennik utrzymania sankcji wobec Rosji, a to wśród polityków z południa Europy nie jest zjawiskiem częstym.

Kryzys kataloński zwiększył w Hiszpanii świadomość rosyjskiego zagrożenia, co dla państw Europy Środkowo-Wschodniej pozostaje dobrą wiadomością. W obliczu aktywnego zaangażowania Moskwy Warszawa nie powinna więc mieć problemu z odpowiedzią na pytanie, którą stronę należy poprzeć w sporze. Tym bardziej musi dziwić postawa niektórych polskich komentatorów, którzy skupiają się na atakowaniu Madrytu, a nawet życzą sobie interwencji UE po stronie separatystów. Bo choć faktem jest, że Bruksela stosuje podwójne standardy względem państw starej Unii i Polski, to jednak domaganie się ingerencji w wewnętrzne sprawy naszego sojusznika z NATO jest przyłączaniem się do scenariusza pisanego na Kremlu. Warto więc, byśmy patrzyli na kryzys kataloński nie przez pryzmat źle pojmowanego prawa narodów do samostanowienia, „sprawiedliwości dziejowej” lub sporu na linii Warszawa-Komisja Europejska, ale kategoriami interesu Rzeczypospolitej.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.