Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Turcja nie jest gotowa na kolejną falę uchodźców

przeczytanie zajmie 12 min

Turcji nie zależy na strategicznym partnerstwie z Rosją, przede wszystkim „gra na siebie”. Jest to ignorowane przez zewnętrznych obserwatorów, którzy postrzegają Turcję jako państwo miotające się między NATO a Rosją. Dla wszystkich Turków kluczową kwestią jest obrona suwerenności i podmiotowości państwa jako uczestnika polityki międzynarodowej. Nawet instytucjonalne wbudowanie Turcji w struktury euroatlantyckie nie odwiedzie jej od tego, by prowadzić suwerenną we własnej percepcji politykę obronną i zagraniczną. Turecki imperatyw suwerenności jest tak silny, że skłania do ignorowania ewidentnych szkód, jakie może przynieść konfrontacyjna polityka. Z ekspertem Ośrodka Studiów Wschodnich, Mateuszem Chudziakiem, rozmawia Artur Harris.

Turcja od dawna naciskała na utworzenie tzw. strefy bezpieczeństwa w Syrii wzdłuż całej swojej granicy. W zamyśle ma to być teren pod turecką kontrolą, pozbawiony syryjskich wpływów oraz obecnie kontrolujących te ziemie Kurdów. Do początku października USA skutecznie przeciwstawiało się tym naciskom, powołując się na swój sojusz z Kurdami. Czy wycofanie wojsk amerykańskich było jakkolwiek do przewidzenia?

Trump już dwukrotnie ogłaszał wycofanie wojsk amerykańskich z Syrii, lecz dotychczas nie dopuszczał do tego opór ze strony Pentagonu. Amerykańskie wojsko chwali sobie pracę z Kurdami, czego nie może powiedzieć o stosunkach z Turcją, z którą jest w formalnych relacjach sojuszniczych w ramach NATO. Powyższe tereny to matecznik Kurdów syryjskich – jedyne miejsce, w którym stanowią większość. Zaskoczeniem było jednak nie tyle samo wycofanie wojsk z projektowanej strefy bezpieczeństwa, ponieważ prędzej czy później do konfrontacji musiało dojść, ale tryb i nagłość, z którą się odbyło.

Dlaczego przełom nastąpił akurat teraz?

Głównym czynnikiem jest determinacja Trumpa. Chce się on pozbyć balastu, jakim jest konieczność prowadzenia polityki na Bliskim Wschodzie. Prezydent USA nie od dziś zdradza tendencje izolacjonistyczne – teraz przeszedł do rzeczy. Jego motywacja jest czytelna. Prezydent otwarcie mówi przecież o tym, że wojska nie są potrzebne w Syrii, lecz na granicy z Meksykiem. Według niego zaangażowanie w konflikty na Bliskim Wschodzie nic nie daje zwykłym Amerykanom, ale wymaga ogromnych środków.

Jaką rolę odgrywają tu relacje między Trumpem a Erdoganem? Amerykanin ogłosił wycofanie swoich wojsk pod wpływem rozmowy z prezydentem Turcji. A wiemy przecież, że obydwaj lubią samodzielnie podejmować decyzje.

Myślę, że bardzo się szanują. Widać, że Erdogan czuje wobec Trumpa respekt. Uderzające jest to, że mimo narastających od kilku lat nastrojów antyamerykańskich w Turcji Erdogan nie atakuje Trumpa bezpośrednio, nie obrzuca go obelgami.

Chociaż wyrzucił jego list do kosza.

Tak, ale list był wyjątkowo impertynencki [śmiech] i Erdogan musiał jakoś zachować twarz. Cały czas w tej relacji widzę jednak dysproporcję. Respekt Erdogana wobec Trumpa w dużej mierze wynika z tego, że turecki polityk wie, jakimi narzędziami dysponuje prezydent Stanów Zjednoczonych. Jeżeli Trump mówi, że zniszczy gospodarkę turecką, to nie ma powodu, żeby w jego groźby nie wierzyć. Już raz, kiedy Turcja była na skraju kryzysu walutowego, Trump nagle ogłosił wzrost ceł na stal i aluminium.

Zachodni komentatorzy odebrali tę groźbę jako niepoważną.

Myślę wręcz odwrotnie. Skoro Trump jest gotowy na prowadzenie wojny handlowej z Chinami, nie widzę powodu, żeby miał nie użyć identycznych narzędzi wobec nieporównywalnie słabszej gospodarczo Turcji.

W swoim niefortunnym liście Trump grozi zniszczeniem gospodarki tureckiej, jeśli Erdogan wyśle wojska na ziemie zajmowane przez Kurdów, a jednocześnie wycofuje z tych terenów własne oddziały. Czy Trump dał Erdoganowi zielone światło na operację wojskową?

To dla nikogo nie jest jasne. Trump straszy Turcję konsekwencjami gospodarczymi, a jednocześnie blokuje ONZ-owską rezolucję, która miałaby potępić operację w północnej Syrii. Jego decyzje są nieprzewidywalne.

Jakie są obecnie główne cele Turcji w konflikcie syryjskim? Wydaje się, że nie ma już szans na obalenie Asada, a to było dotychczasową ambicją Ankary.

Mamy do czynienia z bolesnym fiaskiem polityki syryjskiej prowadzonej w ostatnich latach. Konfrontacja z wizjami tureckiej polityki bliskowschodniej jeszcze z 2015 r., kiedy Turcja aspirowała do statusu mocarstwa regionalnego, jest wyjątkowo bolesna.

Główny cel stanowi redukcja potencjalnych szkód, jakie przynosi kontrofensywa Asada i prawdopodobnie niechybne odzyskanie przez niego kontroli nad regionem Idlibu, który jest ostatnim przyczółkiem syryjskiej opozycji. Postęp wojsk Asada wiąże się prawdopodobnie z kolejną falą uchodźców, na przyjęcie której Turcji absolutnie nie stać ani politycznie, ani gospodarczo. Biorąc pod uwagę fakt, że na terytorium Turcji przebywa już 3,5 miliona uchodźców syryjskich, można stwierdzić, że nie jest ona w stanie zapanować nad napięciami społecznymi, jakie wywołałby taki napływ. Przypomnę, że podczas tegorocznej kampanii w Stambule kwestia uchodźców była jednym z powodów odwrócenia się wyborców od rządzącej partii AKP i skierowania do opozycyjnej CHP.

Co Turcja zamierza zrobić z uchodźcami, którzy już mieszkają na jej terenie i tymi, którzy jeszcze będą napływać?

Bardzo duża część uchodźców pozostanie w Turcji. Trudno oszacować, o jakim procencie mowa, ale po ośmiu latach wojny znaczna część Syryjczyków ułożyła sobie w Turcji życie. Niektórzy uzyskali nawet obywatelstwo. Inni chcieliby wrócić do Syrii, ale nie Asadowskiej. Mowa szczególnie o tych, którzy mają krewnych w ojczystym kraju albo niezbyt dobrze radzą sobie w Turcji. Tacy ludzie mieliby zostać przetransportowani i osadzeni na terytoriach syryjskich, nad którymi Turcja sprawowałaby jakiś rodzaj protektoratu. To jeden z głównych powodów, dla których Ankarze zależy na utworzeniu „strefy bezpieczeństwa” na terenach, z których właśnie wycofali się Amerykanie.

W jakim stopniu popierana przez Turcję opozycja składa się z radykałów religijnych?

Tak naprawdę poza Kurdami, którzy realizują radykalnie lewicowy projekt polityczny, i siłami Asada, których trzon stanowią alawici i zwiezione z zagranicy przez Irańczyków bojówki szyickie, na placu boju mamy tylko radykałów muzułmańskich. To, że sunnicka opozycja podnosi hasła religijne, nie jest na Bliskim Wschodzie wielkim skandalem. Po rozpadzie Wolnej Armii Syryjskiej nie ma innego niż islam tematu, który mógłby mobilizować do walki. Oczywiście na Zachodzie niepokoi nas to, jest obce kulturowo, często przerażające, ale takie są realia. Tylko hasła islamskie podtrzymują dziś morale i nie powinno być to żadnym zaskoczeniem.

Niemniej jednak w Turcji panuje przekonanie, że polityka przychylnej neutralności wobec radykałów islamskich przyniosła państwu terror. Obecna operacja na terenach kurdyjskich jest prowadzona po to, żeby uniknąć zemsty ze strony bojowników, który uderzyliby w Turcję, gdyby ta zostawiła ich samych w konfrontacji z Asadem. Turcji zależy na tym, by opozycję twórczo zagospodarować w Syrii, a tym samym utrzymać jej bojowników z dala od siebie.

Czy Turcję stać na permanentną okupację północnej Syrii?

Wydaje się, że stać ją na to, dopóki jest w stanie współpracować z Rosją bez większych konfliktów.

Jak ta współpraca przebiega?

Przede wszystkim odbywają się spotkania w ramach formatu astańskiego. To rozmowy prezydentów Turcji, Rosji i Iranu jako protektorów głównych sił zaangażowanych w wojnę domową. Oczywiście występują między nimi rozbieżności. Dla Turcji nie do przełknięcia jest pełna restauracja reżimu Asada, podczas gdy Iran od początku do niej dążył. Z kolei Rosja ugruntowuje w Syrii swoją obecność wojskową i polityczną po to, żeby pełnić rolę arbitra między stronami konfliktu w tym słabym i rozczłonkowanym państwie. Arbitraż jest sposobem na ugruntowanie pozycji Rosji w polityce bliskowschodniej.

Turcja nie współpracuje z Rosją tylko w Syrii. W lipcu tego roku tureckie wojsko otrzymało pierwszą dostawę rosyjskiego systemu przeciwlotniczego S-400. Spotkało się to z oburzeniem NATO. Dlaczego Turcja zdecydowała się na zakup tego sprzętu?

Kwestią fundamentalną jest fakt, że Turcja, mając napięte, a niekiedy wrogie relacje z prawie wszystkimi sąsiadami, nie posiada nowoczesnego systemu obrony przeciwlotniczej. Obecnie dysponuje kilkoma bateriami systemu Herkules, wyprodukowanymi w latach 70. Od bez mała dekady Ankara nie może doprosić się o zakup amerykańskich systemów Patriot ze względu na wysokie koszty oraz brak zgody Amerykanów na oczekiwany przez Turcję transfer technologii, czyli dostęp tureckich operatorów do wiedzy na temat konstrukcji i oprogramowania. Dla Turcji to sprawa kluczowa, ponieważ w dalszej perspektywie aspiruje do stworzenia własnych systemów obrony przeciwlotniczej, ale brakuje jej ekspertyzy. Możliwość zakupu S-400 od Rosji wraz z transferem technologii jawi się Ankarze jako możliwość zrealizowania nadrzędnego celu polityki obronnej.  Osobną sprawą jest jednak to, że również przy zakupie S-400 opcja takiego transferu pozostaje, co najmniej, w dalekim stopniu niejasna.

Wracając do poprzedniego pytania, reakcja NATO nie była szczególnie ostra. Kierownictwo sojuszu ustami Jensa Stoltenberga mówi, że tureckiego członkostwa w NATO nie można sprowadzać do kwestii rozlokowania S-400. Trudniejszy problem stanowią bilateralne relacje Stanów i Turcji. Dla USA zakup S-400 oznacza wejście Turcji w interesy z konkurencją. Bliska współpraca pomiędzy flankowym członkiem NATO i państwem wrogim wobec sojuszu jest psuciem dobrego obyczaju.

Posiadanie S-400 przez Turcję stanowi zagrożenie dla NATO?

Argumenty techniczne, które padają ze strony amerykańskiej, można dość łatwo zbić. Według Amerykanów S-400 rozlokowane w Turcji mogłyby zbierać dla Rosji dane dotyczące myśliwców piątej generacji F-35. Sęk w tym, że S-400 ma możliwość obserwacji F-35 już w co najmniej dwóch miejscach: w Murmańsku na dalekiej północy Rosji oraz w Syrii. Kolejną kwestią jest to, że system S-400 nie musi być zintegrowany z uzbrojeniem natowskim. Według argumentacji tureckiej nawet gdyby w S-400 była zamontowana pluskwa, nie miałaby ona dostępu do systemów NATO. Oba amerykańskie argumenty są natury retorycznej. Napięcia między Stanami a Turcją wynikają z przyczyn stricte politycznych.

Poza ostrą retoryką pojawiły się jakieś sankcje?

Na początku lipca Turcja została wykluczona z programu produkcji myśliwców F35. Oznacza to odcięcie Turcji od programów, w których uczestniczy od ponad 20 lat i w które sama zainwestowała 1,2 miliarda dolarów. Te pieniądze zostaną utopione, a kilkanaście tureckich firm zbrojeniowych nie będzie już mogło produkować ponad 900 podzespołów do F-35. W zależności od postępu dostaw S-400 wprowadzone zostaną kolejne sankcje.

Nawiązanie dobrych relacji z Rosją jest możliwe?

W sferze deklaratywnej stosunki z Rosją są dobre, a Turcji zależy na tym, by były poprawne. Nie oznacza to jednak żadnego zerwania z Zachodem. Turcja nie dąży do członkostwa w żadnym sojuszu ani strategicznym partnerstwie, lecz przede wszystkim „gra na siebie”. To moim zdaniem sprawa niedoceniana przez zewnętrznych obserwatorów, którzy postrzegają Turcję jako państwo miotające się między NATO a Rosją. Dla wszystkich Turków kluczową kwestią jest obrona suwerenności i podmiotowości państwa jako uczestnika polityki międzynarodowej. Nawet instytucjonalne wbudowanie Turcji w struktury euroatlantyckie nie odwiedzie jej od tego, by prowadzić suwerenną we własnej percepcji politykę obronną i zagraniczną.

Czy Turcja przecenia swoje możliwości?

Na pewno. Ambicje są ogromne. Turcy jak jeden mąż są nacjonalistami, często żarliwymi. Bardzo długo w ich polityce funkcjonowały gargantuiczne wizje stworzenia potęgi, jeśli nie na skalę światową, to na pewno regionalną. Imperatyw suwerenności jest tak silny, że skłania do ignorowania ewidentnych szkód, jakie może przynieść konfrontacyjna polityka. Tak, Turcja może mieć S-400, ale będzie się to wiązało z bolesnymi konsekwencjami politycznymi i finansowymi dla i tak rozchwianej już gospodarki tureckiej.

Skoro nacjonalistami są wszyscy jak jeden mąż, to opozycja również?

Oczywiście. Niekurdyjska opozycja ma wizję Turcji wielkiej, a wręcz powołanej do bycia wielką. Chce Turcji niezależnej od USA i często antyamerykańskiej, a jednocześnie zdolnej do budowy partnerskich relacji z Rosją. To przekonanie jest w Turcji powszechne, niezależnie od sympatii politycznych.  Niekurdyjska opozycja w wielu kwestiach polityki obronnej i zagranicznej mówi jednym głosem z rządem AKP.

Akceptacja kolektywizmu przez wszystkie stronnictwa polityczne przywodzi na myśl Europę lat 30. Czy w Turcji jest miejsce na indywidualizm i pluralizm, czyli na to, co kojarzy się ze współczesną Europą?

Nadrzędna wizja państwa i narodu niekoniecznie oznacza kolektywizm. Turcja to nie Chiny. Niemniej jednak istnieją pewne fundamentalne prawdy tureckiego życia politycznego. Należy do nich niepodzielność terytorium państwa, co wyklucza możliwość autonomii dla Kurdów, konieczność centralizacji władzy oraz silne zespolenie państwa z narodem, które łączy się z obowiązkami obywatelskimi.

Oczywiście w zindywidualizowanej percepcji człowieka europejskiego, a szczególnie zachodnioeuropejskiego, jest to myślenie kolektywne. Traktowałbym wymienione prawdy raczej jako parasol tożsamościowy, który rozciąga się nad społeczeństwem i państwem tureckim. Pod nim mieści się wielość poglądów oraz pluralizm religijny, co prawda niedoskonały. System wielopartyjny i doza nonkonformizmu w społeczeństwie nadal się utrzymują.

Utrzymują się, choć tureckiemu systemowi politycznemu wciąż daleko do demokratycznego ideału. W tym kontekście dużo się mówi o autorytarnych tendencjach Erdogana. Które z jego poczynań nie mają precedensu w Turcji?

Bezprecedensowa jest przebudowa instytucjonalna, która ma charakter totalny. Dotyczy ona zarówno podstaw ustrojowych państwa, jak i jego poszczególnych gałęzi, a w szczególności armii oraz sądownictwa, przy czym wszystkie te zmiany są in statu nascendi.

Łączy się to z przemianą, jaka zaszła w społeczeństwie. Zniesienie kurateli armii nad systemem politycznym paradoksalnie sprawiło, że przy całym wzroście autokratyzmu społeczeństwo zostało upodmiotowione. W szczególności dotyczy to religijnych mas pochodzących z Anatolii, czyli części społeczeństwa niezwiązanego z establishmentem kemalistowskiej republiki. To najbardziej fundamentalna zmiana, jaka zaszła w Turcji pod rządami Erdogana.

Społeczeństwo ma teraz większy wpływ na to, jak wygląda Turcja niż, powiedzmy, 20 lat temu?

Tak, bo wybiera władzę, która ma realny wpływ na kształt kraju. 20 lat temu społeczeństwo wybierało poszczególne partie polityczne, jednak nad całą klasą polityczną rozciągała się kuratela wojska. To był główny defekt starego systemu, stanowiący o tym, że nie można go było nazwać demokratycznym. Dzisiaj również nie można tego powiedzieć o politycznym systemie Turcji, ale z zupełnie innych powodów.

Parę miesięcy temu wybory samorządowe wystawiły sprawczość społeczeństwa na próbę.

Po przegranych przez partię rządzącą wyborach na burmistrza Stambułu władze zaczęły naciskać na instytucje sądownicze. Najwyższa Rada Wyborcza ugięła się pod presją polityczną i na podstawie dość błahych i kontrowersyjnych przesłanek zadecydowała o nielegalności wyborów w Stambule. Wielu wyborców, w tym dotychczasowych zwolenników AKP, zauważyło nieuczciwy mechanizm i uznało, że zwycięstwo należy się Ekremowi Imamoglu, który wygrał unieważnione wybory. W powtórzonych wyborach kandydat partii rządzącej, były premier i przewodniczący parlamentu, Binali Yildirim, przegrał różnicą nie 13 tysięcy głosów, jak w marcu, ale 800 tysięcy głosów.

Słowem wypracowany dotąd przez AKP mechanizm kontroli nad instytucjami państwowymi nie przyniósł skutku dlatego, że pozostawiał margines wolności społeczeństwu. Tego rodzaju klęska wyborcza jest fundamentalnym novum w okresie rządów tej partii.

Według dziennikarki Ezgi Başaran od lat 50. Turcy mogą swobodnie wyrażać swoje opinie tylko przy urnie wyborczej.

Owszem, choć ta wolność również była zagrożona. Przypomnę tylko, że w 2017 r. odbyło się referendum konstytucyjne, które strona rządowa wygrała, mając niewielką przewagę. Obywatele głosowali wtedy nad nowelizacją konstytucji dotyczącej zmiany systemu politycznego na prezydencki. Wówczas Najwyższa Rada Wyborcza uznała ważność około 1,5 miliona, według szacunków opozycji, nieostemplowanych kart do głosowania. Różnica w liczbie głosów wynosiła niewiele ponad milion. Po raz pierwszy od 1946 r. prawdopodobnie doszło do fałszowania głosów przez władzę.

Po części można się zgodzić z tym, że wybory są jedynym kanałem ekspresji dostępnym dla obywatela tureckiego, chociaż to mocno przerysowane stwierdzenie. Dominacja rządzącej partii nad sektorem medialnym jest przytłaczająca. Nawet 90% stacji telewizyjnych, rozgłośni radiowych oraz gazet znajduje się w rękach biznesu powiązanego z AKP. Dziennikarze pozostałych 10% mediów są często konformistami – stosują autocenzurę albo omijają szerokim łukiem najbardziej kontrowersyjne tematy, w tym niejasności wokół puczu z 2016 r. i kwestię kurdyjską. Niemniej istnieje pewna nisza na rynku mediów, która stwarza kanał do realnej ekspresji poglądów opozycyjnych.

Przyjmijmy, że poglądy opozycyjne wyraża około 5% mediów. Jak w takich warunkach opozycji udało się wygrać wybory w Stambule?

Opozycja wygrała, ponieważ po raz pierwszy od lat Turcja weszła w fazę recesji, co poważnie odbiło się na poziomie życia. Lira straciła tylko w zeszłym roku 40% swojej wartości, a w pierwszej połowie bieżącego roku 30%. W związku z tym spadła siła nabywcza, a ceny podstawowych artykułów żywnościowych wzrosły o 1/3.

Mimo trudnej sytuacji gospodarczej i naginania prawa przez władzę opozycja nie opierała kampanii na oburzeniu. Głównym hasłem Imamoglu było pojednanie oraz „nieograniczona miłość”. To ciekawa retoryka.

Hasło było nowe, bo antypolaryzacyjne. Język AKP przeciwstawia sobie hakimiyet, czyli suwerenność narodową reprezentowaną przez wybrany w wyborach rząd, z zulüm, czyli tyranią, którą oferuje opozycja. W przemieszaniu z autopromocją, związaną z sukcesami poprzednich kadencji Erdogana, taka retoryka przynosiła dotychczas efekty.

Tymczasem Imamoglu miał do zaproponowania pozytywny projekt. Przeciętny wyborca oczekiwał rozwiązywania bieżących problemów, np. tego, że nie wystarcza mu pieniędzy do kolejnej wypłaty. Budowa wielkiego lotniska w Stambule czy monumentalnego mostu na Bosforze –to symbole rządów Erdogana – dla przeciętnego Turka są już przeszłością.

Taka strategia może się sprawdzić na szczeblu krajowym? Czy to sposób na wybór sympatycznego burmistrza?

Myślę, że Ekrem Imamoglu doskonale wie, że piastowanie funkcji burmistrza w metropolii, która generuje 1/3 PKB całej Turcji i którą zamieszkuje 1/5 populacji, jest trampoliną do polityki na poziomie ogólnokrajowym. Erdogan w 1994 r. również rozpoczynał karierę polityczną jako burmistrz Stambułu. Imamoglu może podążyć tą samą drogą.

Inną kwestią jest, na ile taki scenariusz będzie możliwy do zrealizowania. W sierpniu burmistrzowie trzech miastach południowego wschodu Turcji – Diyarbakıru, Vanu i Mardinu – zostali zastąpieni komisarzami. Powodem były związki ich partii z uważaną za organizację terrorystyczną Partią Pracujących Kurdystanu, skądinąd realne. Imamoglu pojechał wówczas na drugi koniec kraju, by wyrazić solidarność z usuniętymi burmistrzami oraz ich wyborcami.

Czy również Imamoglu mógłby zostać usunięty z urzędu?

Jak najbardziej, zwłaszcza pod zarzutem związków z organizacjami kurdyjskimi lub Ruchem Gülena. Minister spraw wewnętrznych, Süleyman Soylu, powiedział co prawda, że nie dopatruje się takich związków, ale stwierdził również, że każdy burmistrz opozycyjny mógłby zostać usunięty z urzędu i zastąpiony komisarzem, jeżeli tylko znalazłyby się przeciwko niemu dowody.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.