Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Łukasz Gadzała  12 listopada 2019

Polska pośrednikiem narodów. Realistyczna korekta geopolityki

Łukasz Gadzała  12 listopada 2019
przeczytanie zajmie 9 min

Geopolityka cieszy się w Polsce rosnącą popularnością, ale warto pamiętać, że nie jest ona najbardziej odpowiednim narzędziem do opisu i analizy polityki międzynarodowej. Przede wszystkim jednak stanowi niewłaściwą receptę dla polskiej polityki zagranicznej.

naukowych niedostatkachdeterminizmie geopolityki, a także zawstydzająco luźnym podejściu do faktów cechującym jej propagatorów, napisano w Polsce już dostatecznie wiele. Debatę na temat miejsca geopolityki wśród nauk humanistycznych czy innych kwestii teoretycznych z nią związanych można jednak prowadzić bez końca, gdyż w wielu kwestiach jej krytycy i apologeci nie mogą dojść do konsensusu.

Tę przyjemność zostawmy mimo wszystko na inną okazję. Dużo pilniejszej odpowiedzi domagają się bowiem zalecenia dla polskiej polityki zagranicznej, budowane na geopolitycznym fundamencie. Choć nie mają one (jeszcze) bezpośredniego przełożenia na działania rządzących, to docierają do coraz szerszego grona osób i kształtują ich myślenie o miejscu Polski na arenie międzynarodowej. To jednostronne i rzekomo realistyczne rozumienie rzeczywistości nie może się nam jednak na dłuższą metę przysłużyć – przeciwnie, zwiększa prawdopodobieństwo, że będziemy powielać błędy, które w przeszłości prowadziły nasze państwo do sytuacji egzystencjalnego zagrożenia.

Czy geopolityka może się do czegoś przydać?

Zanim przejdziemy do krytyki myślenia geopolitycznego i przedstawienia dla niego konstruktywnej alternatywy, warto poczynić dwa ważne zastrzeżenia. Po pierwsze, geopolityka rozumiana jako badanie wpływu czynników geograficznych na politykę państw nie jest sama w sobie niczym złym. Przeciwnie, może być ciekawym i pomocnym narzędziem badawczym, kiedy jest wkomponowana w szerszą konstrukcję teorii z dziedziny realizmu politycznego. W analizie polityki państw trudno bowiem pomijać czynniki geograficzne. Każde z państw jest przecież położone na określonym terytorium i nie bez znaczenia jest np. dostęp do morza lub jego brak, czy odseparowanie od potężnego sąsiada pasmem górskim. Po drugie, najbardziej rozpoznawalni przedstawiciele myślenia geopolitycznego – przede wszystkim Jacek Bartosiak – zrobili wiele dla popularyzacji polityki międzynarodowej i niezwykle ważnych zagadnień, którymi wcześniej mało kto w Polsce poważnie się zajmował.

Problem pojawia się jednak wtedy, gdy geopolityka zaczyna być utożsamiana z polityką międzynarodową, a jej propagatorzy wykazują skłonności do absolutyzowania możliwości eksplanacyjnych tego paradygmatu. Wedle narracji Bartosiaka geopolityka jest niczym innym jak „obiektywną rzeczywistością”, a „tyrania przestrzeni” istotnie wpływa na decyzje państw na arenie międzynarodowej.

Takie twierdzenia – jak słusznie zauważają w swojej próbie konstruktywnej polemiki z geopolityką Michał Lubina i Łukasz Fyderek – dyskwalifikują ją jednak jako poważną metodę badawczą i sytuują wśród pociągających, ale zwodniczych ideologii politycznych. Jeżeli jakaś metoda poznania pretenduje do wyjaśniania wszystkich zjawisk zachodzących w danym systemie, możemy bezpiecznie założyć, że więcej ma wspólnego z myśleniem magicznym niż z nauką.

Trzy podstawowe tezy geopolityczne

Na takim właśnie teoretycznym podglebiu geopolitycy konstruują swoje recepty dla polskiej polityki zagranicznej. Obraz świata, w którym umieszczają Polskę, na najbardziej ogólnym poziomie można opisać za pomocą trzech podstawowych tez.

Przede wszystkim geopolitycy explicite bądź implicite starają się objaśniać politykę międzynarodową z perspektywy realizmu politycznego. W ich książkach i wykładach roi się od pojęć związanych z teorią realizmu – wystarczy wspomnieć o równowadze sił,  koncertach mocarstw czy potędze jako jedynej walucie w polityce międzynarodowej. Taki sposób prowadzenia narracji ma w założeniu stanowić lekarstwo na myślenie życzeniowe, zakorzenione w ich zdaniem naiwnych teoriach liberalnych i konstruktywistycznych, którymi (nie)świadomie posługują się polskie elity. Geopolitycy mówią wprost – w polityce międzynarodowej liczą się tylko twarde interesy i nie ma w niej miejsca na sentymenty i wartości.

Po drugie, Polska powinna ich zdaniem myśleć o swoim miejscu w Europie i na świecie w kategoriach przestrzennych. Oznacza to, że dążenie do zapewnienia bezpieczeństwa nie może kończyć się na granicach państwa, ale jest dyktowane przez naturalne czynniki geograficzne (równiny obejmujące terytorium Polski i naszych wschodnich sąsiadów), które sprawiają, że bezpieczeństwo Polski nierozerwalnie wiąże się z tym, co dzieje się na Białorusi czy na Ukrainie. W końcu z Moskwy do Warszawy czołgiem dotrzeć jest dość łatwo.

Po trzecie, w optyce geopolitycznej Polska ma potencjał mocarstwowy, o czym najlepiej świadczą słowa Jacka Bartosiaka: „Boimy się myśleć z rozmachem, boimy się myśleć tak, jak myślą imperia. A my byliśmy imperium, mieliśmy swoje interesy. Mamy potrzebę myślenia w kategoriach wielkiej przestrzeni.”

Praktyczne wnioski dla polskiego państwa

Od geopolityków niewiele dowiemy się na temat dalszych losów Unii Europejskiej. Jeżeli już wspominają o roli, jaką UE odgrywa w polskiej polityce, robią to jedynie po to, żeby podkreślić, że podzielona Europa nie będzie w stanie odgrywać samodzielnej i poważnej roli na arenie międzynarodowej. A że obecnie Europie do jednomyślności daleko, szukają dla Polski innych punktów oparcia.

W dużo większym stopniu polscy geopolitycy zainteresowani są wydarzeniami za naszą wschodnią granicą. Zdaniem Jacka Bartosiaka, Polska ze względu na swoje  położenie geograficzne jest skazana na trwały i w zasadzie nierozwiązywalny konflikt z Rosją, a państwa takie jak Ukraina czy Białoruś stanowią swoisty bufor przeciwko agresywnej i rewizjonistycznej polityce rosyjskiej. Taka właśnie polityka Kremla jest zdaniem wielu geopolityków zjawiskiem naturalnym, ponieważ Moskwa zawsze dąży do poszerzania swojej strefy wpływów, a w naszym regionie geografia jej to ułatwia.

Dlatego właśnie Polska musi wzmacniać swój potencjał wojskowy, aby móc rozstrzygnąć na swoją korzyść rywalizację na „pomoście bałtycko-czarnomorskim”. To wzmocnienie ma nastąpić dzięki współpracy wojskowej z USA, a naszą pozycję w regionie ma podkreślić budowa projektu Trójmorza w oparciu o pomoc Amerykanów. Oznacza to wprost, że Polska wraz z mniejszymi państwami regionu powinna dążyć do zmiany regionalnego układu sił i że nie zazna spokoju, dopóki Rosja będzie odgrywała najpoważniejszą rolę w naszym najbliższym regionie.

Geopolityka to nie polityczny realizm

Po tej krótkiej rekapitulacji geopolitycznych tez od razu należy obalić jeden popularny mit: otóż geopolityka to nie to samo, co realizm polityczny. Podstawy teoretyczne obu szkół są bowiem zupełnie różne – geopolityka skupia się na tym, w jaki sposób czynniki geograficzne wpływają na zachowanie państw na arenie międzynarodowej, realiści zaś patrzą na uwarunkowania strukturalne systemu międzynarodowego, a więc na dystrybucję siły między państwami.

W optyce realistycznej pojęcia wykorzystywane przez geopolityków – np. potęga, interesy, strefy wpływów czy koncert mocarstw – nie biorą się z takiego czy innego położenia na mapie, ale wprost z politycznego i gospodarczego potencjału państwa, czyli podstawowej jednostki anarchicznego systemu międzynarodowego.

Ponadto geopolitycy w ogóle nie odwołują się do czołowych teoretyków realizmu, takich jak Kenneth Waltz, John Mearsheimer czy Stephen Walt, obficie czerpią za to z dzieł myślicieli geopolitycznych – Mackindera, Mahana czy Spykmana. Trudno się temu dziwić, bowiem dla geopolityków podstawowym źródłem wiedzy o świecie niezmiennie pozostaje mapa. Dla realistów niegdyś tę rolę spełniała natura ludzka, dziś jest nią struktura systemu międzynarodowego.

Geopolitycy posługują się więc pojęciowym repertuarem realistów i nieraz potrafią właściwie zdiagnozować interakcje zachodzące między mocarstwami. Gorzej, kiedy te recepty proponują państwu średniemu i zalecają mu działania właściwe mocarstwu. A z tym właśnie mamy do czynienia w przypadku Polski. Geopolitycy zalecają naszemu państwu myślenie w kategoriach przestrzennych, lekceważenie wartości w polityce międzynarodowej oraz imitację zachowań mocarstw. Polska jest w Europie państwem średnim, dlatego trudno traktować te rekomendacje inaczej niż  karykaturę realizmu. Państwu nie będącemu mocarstwem taka karykatura może przynieść więcej szkody niż pożytku.

Realizm – przypadek polski

Dlatego też do analizy sytuacji Polski potrzebujemy innego paradygmatu – realizmu państwa średniego. Polska polityka zagraniczna prowadzona zgodnie z jego przykazaniami zasadniczo różni się od tego, co proponują geopolitycy.

Realizm państwa średniego różni się też od realizmu mocarstw. Do realistycznego rozumienia systemu międzynarodowego włącza on pewne elementy liberalnego instytucjonalizmu, który ogranicza mocarstwa, za to jest bardzo korzystny dla mniejszych państw. W ten sposób realizm państwa średniego dostosowuje działania takiego państwa do posiadanych przez nie zasobów, nie odchodząc od podstawowych założeń realizmu, które w dużym stopniu warunkują funkcjonowanie państw na arenie międzynarodowej.

Z tego punktu widzenia Polska musi oczywiście zwiększać swój potencjał wojskowy i gospodarczy, tak jak robią to wszystkie inne państwa. Musi również dbać o równowagę sił w regionie, bo tylko w ten sposób zapewnia sobie stabilność i możliwość dalszego rozwoju. Ponadto, funkcjonując między mocarstwami, musi rozumieć ich zachowania – na przykład fakt utrzymywania stref wpływów czy prowadzenia wojen. Nie po to jednak, aby zachowywać się tak jak one, ale żeby inteligentnie wpasować się w świat tworzonych przez nie reguł. Co prawda mniejsze państwa nie mają takiego pola manewru jak mocarstwa, ale dzięki właściwemu rozpoznaniu swojej roli w systemie i dzięki aktywnym zabiegom na rzecz utrzymania ładu multilateralnego, mogą załatwiać swoje realistycznie definiowane interesy. Ta umiejętność właściwego określenia swojej roli, jak pisał przed dekadą w Państwie inteligentnym Przemysław Grudziński, jest nagradzana i premiowana przez innych graczy w systemie.

Unia Europejska, głupcze!

Z tego punktu widzenia najważniejszym punktem odniesienia dla Polski pozostaje pomijana przez geopolityków Unia Europejska. Trzeba jasno powiedzieć, że Polska z żadnym innym organizmem politycznym nie jest tak blisko związana jak z UE i sytuacja ta w przewidywalnej przeszłości się nie zmieni. Bruksela jest miejscem, gdzie Polska ma – czy raczej może mieć – relatywnie największy wpływ na swoją przyszłość, bo tam wypracowywane są najważniejsze koncepcje polityczne dla naszego kontynentu. Nie trzeba też dodawać, że to państwa europejskie są naszymi najważniejszymi partnerami handlowymi, więc to z nimi powinniśmy starać się budować jak najlepsze relacje. W samej Unii Europejskiej również możemy proponować konstruktywne rozwiązania i wspólnie z Francją, Niemcami czy Hiszpanią tworzyć mocniejsze podstawy dalszej integracji. Niestety mimo zaklinania rzeczywistości przez partię rządzącą, tak się obecnie nie dzieje. A to sprawia, że za bezsilność UE na arenie międzynarodowej odpowiada w niemałym stopniu również Polska.

Ale właśnie dlatego, że czynniki polityczne, dyplomatyczne i gospodarcze najmocniej wiążą nas z Unią Europejską, realizm państwa średniego podpowiada, że Warszawa powinna aktywnie angażować się w podtrzymywanie i umacnianie systemu, z którego od lat czerpie tak wiele korzyści.

Korzyści te nie wynikają z posiadania określonych przewag geograficznych; są raczej rezultatem inteligentnego wpasowania się w system europejski – wbrew głosom o potrzebie jak największych zbrojeń i o czyhających zewsząd zagrożeniach. Do tego dochodzi również do bólu realistyczne założenie, że średnie i mniejsze państwa w dużo większym stopniu niż mocarstwa korzystają na istnieniu instytucji międzynarodowych. Realizm niejedną ma twarz.

Polska pośrednikiem narodów

Skoro więc polska aktywność na arenie międzynarodowej powinna w większym stopniu opierać się na instrumentach dyplomatycznych, a mniej na wojskowych, to warto też poszerzać swoje pole działania i podejmować samodzielne inicjatywy. Aktywność w ramach organizacji międzynarodowych i stowarzyszeń regionalnych jest dla państwa średniego niezwykle istotna, ponieważ dzięki nim może ono załatwiać swoje realistycznie definiowane interesy na wielu płaszczyznach i w różnych miejscach zabiegać o poparcie dla swoich pomysłów.

Państwo, które chce współpracować z innymi i ma pomysły, jak tę współpracę wykorzystać dla wspólnego bezpieczeństwa i rozwoju, staje się też potrzebne w systemie. Mniej musi się wtedy bać  o swoje bezpieczeństwo niż kraj, który izoluje się na arenie międzynarodowej, odmawia dialogu i nie jest zainteresowany stabilnością istniejącego porządku. W konsekwencji w mniejszym stopniu musi się skupiać na wojskowym wymiarze swojego bezpieczeństwa, łagodząc tym samym skutki niekorzystnego położenia geograficznego, które tak bardzo frapuje geopolityków.

W przypadku Polski mądra aktywność to taka, która jest oparta raczej na chęci utrzymania stabilności systemu niż na zmianie status quo. Na włączaniu do swoich inicjatyw jak najszerszego grona państwa, a nie wypychaniu niektórych poza nawias. Na dialogu ze wszystkimi stronami ewentualnych konfliktów, a nie zajmowaniu jednostronnych pozycji.

Na arenie europejskiej aktywność ta nie polega więc na antybrukselskim nastawianiu Grupy Wyszehradzkiej, ale raczej na wypracowywaniu w jej ramach konstruktywnych propozycji, które następnie można poważnie omawiać w innych stolicach. Być może warto również rozważyć podobne forum z państwami bałtyckimi (B3+1). Nie w ramach Trójmorza, które niefrasobliwie wykorzystujemy do podmywania istniejącego ładu europejskiego, ale po to, aby umacniać fundamenty integracji europejskiej, uczyć się od coraz to nowych państw i przekonywać je do swoich interesów.

Może warto także pozycjonować się jako inteligentny pośrednik między Wschodem a Zachodem i tym samym budować pozycję odpowiedzialnego i przewidywalnego gracza, który nie podejmuje pochopnych decyzji, ale dobrze sprawdza się w roli mediatora w przypadku wystąpienia konfliktu?

Choć obecnie Polska chce być na Wschodzie aktywna, to ani Ukraina, ani Rosja naszych usług nie chcą i nie potrzebują. I tak będzie dopóki nasza wschodnia aktywność – Partnerstwo Wschodnie czy Trójmorze – będzie złożona niemal jedynie z projektów, które mają na celu zmianę regionalnego układu sił.

Tymczasem Polska odgrywająca rolę rzecznika stabilności – państwa otwartego na inne poglądy, aktywnego, ale i wstrzemięźliwego w ocenie wydarzeń za naszą wschodnią granicą – to Polska, która jeszcze lepiej wkomponuje się w system świata zachodniego i stanie się partnerem do rozmów dla Kijowa czy Moskwy. A to znacząco zmniejsza prawdopodobieństwo spełnienia się ponurej wizji wojny z Rosją, snutej – i (nie)świadomie prowokowanej – przez Jacka Bartosiaka i jego akolitów.

***

Jedynie inteligentna aktywność Polski na arenie międzynarodowej i praca na rzecz budowy stabilnego systemu europejskiego może sprawić, że przełamiemy przekleństwo naszego położenia na nizinie między Wschodem a Zachodem. Jeżeli w dalszym ciągu będziemy słuchać geopolityków, którzy Polsce suflują rolę przestrzennie zorientowanego i lekceważącego rolę instytucji regionalnego mocarstwa, nieuchronnie wpadniemy w pułapkę, w którą nasze państwo wpadało w minionych stuleciach już niejeden raz. Podążanie drogą realizmu państwa średniego może zaś przysłużyć się nie tylko interesom Polski, ale i stabilności szerszego regionu – stabilności, która jest koniecznym warunkiem naszego bezpieczeństwa.

Esej pochodzi z numeru czasopisma „Pressje” pt. „Konserwatysta w odczarowanym świecie”. Zapraszamy do nieodpłatnego pobrania numeru w jednym z trzech formatów elektronicznych.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.