Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Mateusz Parkasiewicz  5 listopada 2019

Bandera to nie wszystko. Wokół sporu o ukraińską tożsamość

Mateusz Parkasiewicz  5 listopada 2019
przeczytanie zajmie 8 min

Wschód i Zachód Ukrainy różnią się od siebie. Powiedzieć to każdemu, kto choć trochę zainteresował się w życiu tematyką ukraińską to tak, jakby nie powiedzieć nic. Różnią się niemal wszystkim – językiem, kulturą i, co może najważniejsze, historią. W momencie, kiedy Ukraińcy obudzili się w niepodległym państwie, pojawiło się przed nimi zadanie zorganizowania zbiorowej tożsamości. Jednak po 27 latach trwania tego wysiłku nasi wschodni sąsiedzi nadal znajdują się na początku drogi do rzeczywistego pojednania. Tymczasem dla przeciętnego Polaka przeciętny Ukrainiec to wciąż jedno i to samo – Bandera, Lwów i Majdan.   

Czy Ukrainiec może mówić po rosyjsku?

W marcu 2017 r. ukraiński program telewizyjny – 112 Ukrajina – wyemitował na swoich falach gorącą dyskusję na temat sytuacji języka ukraińskiego. Naprzeciw siebie postawiono dwie, radykalnie odmienne polityczne osobowości – Jewhenija Murajewa (ur. w obwodzie charkowskim), dawnego członka Partii Regionów, oraz Ołeha Tiahnyboka (ur. we Lwowie), lidera partii Swoboda, gloryfikującego UPA jako walczącą z „Moskalami, żydostwem i inną nieczystością”. Obserwując tę dyskusję, można odnieść wrażenie, że obaj panowie są jak tykające bomby, a za fasadą westchnień i ironicznych tonów skrywają pełną gotowość, by skoczyć sobie do gardeł. Lont podpala Murajew już na początku rozmowy, rzucając zjadliwy komentarz w stronę obecnej władzy: „Wydaje się im, że jeśli wszystko przyozdobimy w żółto-niebieskie kolory, to nagle w kraju zmieni się coś na lepsze”. Tiahnybok odpowiada w swoim stylu: „A panu, co się nie podoba w żółto-niebieskich kolorach?”. Pierwszy cedzi przez zęby słowa o idiotyzmie, jakim są według niego podejmowane przez władzę próby narzucenia języka, a drugi wymachuje rękami, krzyczy o „jedynym kraju i jedynej mowie”. Im dłuższa i bardziej emocjonalna staje się owa sprzeczka Charkowa ze Lwowem, tym pełniejszy wyłania nam się obraz konfliktu. Oto bowiem coś, co z wierzchu przypomina zwykłą debatę, jakich wiele w codziennych programach telewizyjnych, jest w istocie esencją starcia dwóch Ukrain. Choć obaj politycy w sondażach wyborczych oscylują między jednym a dwoma procentami, ich spojrzenia na „kwestię językową” (ostatnio coraz modniejszy termin na Ukrainie) można uznać za lustrzane odbicie debaty publicznej w tej kwestii. Pobłyskują w niej niespełnione nadzieje Zachodu wobec Wschodu na to, że ów na „pomajdanowej” fali patriotyzmu zacznie masowo przechodzić na język ukraiński.

Druga strona żali się, że nagle język, jakim posługiwali się od dziecka, uczynił ich gorszymi ludźmi, nie mówiąc już o tym, że w oczach zachodniej części kraju odebrał im jakiekolwiek prawo do patriotyzmu. Ich wspólny Majdan, czyli moment największego zjednoczenia, paradoksalnie odsłonił najgłębiej skrywane podziały.

– Wcześniej wszystko było w porządku – mówi Oksana, pochodząca spod Dniepru (przed Majdanem Dniepropietrowsk). – Było jasne, że na wschodzie mówimy po rosyjsku i nikt nie robił z tego problemu. Dopiero później zaczęto nam wytykać, że na przerwach w szkole rozmawiamy po rosyjsku, a to przecież język wroga – dodaje. Oksana studiuje w Krakowie, dość szybko opanowała język polski. Deklaruje, że jest patriotką, choć, jak zaznacza, daleko jej do władzy i polityki. Pytana o okres szkolny odpowiada, że przez cały ten czas towarzyszyło jej poczucie, jak gdyby instytucja szkoły chciała ją do czegoś zmusić, wywierała na niej presję, forsowała patriotyzm ze wszystkich stron. Wspomina nauczyciela, nacjonalistę, który wywołał konsternację obscenicznym wierszem o zdychającej Rosji. Pamięta podręcznik do historii, na którym nadrukowano wielkimi literami słowa „RUŚ KIJOWSKA”, czy wspomniane już wyżej „korytarzowe” uwagi na temat języka. Twierdzi, że taka polityka wychowawcza odniosła skutek odwrotny do zamierzonego. Tendencja nasiliła się po aneksji Krymu, kiedy w Donbasie zjawiły się „zielone ludziki”. Powszechne patriotyczne, antyrosyjskie uniesienie spowodowało, że mieszkańcy Wschodu zaczęli czuć się jak ludzie drugiej kategorii. Zaczęły krążyć historie o tym, jak to podczas wizyty we Lwowie tamtejsza kwiaciarka, słysząc język rosyjski u ciotki czy wujka, zażądała za tulipany dwukrotnie więcej. W czynie patriotycznym, rzecz jasna. Bo tutaj jest, proszę pani, Ukraina. Tu język okupanta nie przejdzie.

Ale my też jesteśmy patriotami – podkreśla Oksana. – Lwów, który bardzo lubi się obnosić ze swoją ukraińskością, wcale nie jest taki wyjątkowy. Oczywiście, że lubię to miasto, bo to przecież część mojego kraju. Ale to my tutaj, w Dnieprze, jesteśmy na szpicy. To do naszych szpitali trafia najwięcej rannych, my jesteśmy najbliżej tej tragedii.

Bandera dzieli Ukrainę

– Jeszcze pięć lat temu myślałem o nich raczej źle – przyznaje Dmytro, urodzony pod Lwowem. Całe życie spędził mieście, do którego honoru jest bardzo przywiązany. On i jego koledzy bardzo cenią sobie wizerunek Lwowa jako twierdzy mowy ojczystej i z niepokojem patrzą na napływających ze Wschodu „ruskohawariuczych”. – Wcześniej nie wiedziałem o nich kompletnie niczego. We Lwowie panowało wrażenie, że wszyscy oni są alkoholikami, którzy pracują gdzieś po fabrykach, a zarobione pieniądze tracą na wakacjach w Turcji i zachowują się jak świnie. No wiesz, jak typowi Ruscy – dodaje.

W zbiorowej świadomości Zachodniaków, z takich czy innych przyczyn kulturowo oddzielonych od Wschodu, od jakiegoś czasu wyrastają również, a jakże, własne autorytety. Jednak, czy aby na pewno służą one ich dobru (należy tu bowiem zaznaczyć, że z przyczyn oczywistych losy zachodniej Ukrainy powinny pozostawać żywym obiektem zainteresowania w polskiej debacie publicznej)? Dość wymienić głównego bohatera owego „odrodzenia” – Stepana Banderę, któremu zachodnia Ukraina od dłuższego czasu ścieli miejsce w panteonie bohaterów nowego, odrodzonego mentalnie kraju. Nietrudno chyba zgadnąć, w jaki sposób postać tego nacjonalisty, zwolennika „oczyszczenia” kraju z Polaków, Rosjan i Żydów, przysługuje się pojednaniu polsko-ukraińskiemu. Co ciekawe, jeszcze większą szkodę czyni pojednaniu… ukraińsko-ukraińskiemu.

Trzeba być albo laikiem, albo po prostu ślepym, by nie dostrzegać tego, jak kult OUN-UPA ciągnie ukraiński Lwów i zachodnią Ukrainę w otchłań kompletnej izolacji. Tak samo wobec Polski, jak wobec reszty kraju.

Zachód Ukrainy sięga po tę postać wybitnie często, szczególnie od czasu Euromajdanu, postrzegając ją głównie jako symbol radykalnego, antymoskiewskiego oporu. Tymczasem na wschodzie kraju Bandera jest albo nieznany, albo niezbyt dobrze kojarzony z podręczników do historii, albo też potępiany (tak samo jak w Polsce).  – Sama nie mogę zrozumieć, dlaczego akurat on – zastanawia się Oksana. – Ludzie po prostu nie wiedzą, o co chodzi. Słyszą gdzieś na ulicy „Slava Ukrajini!”, odpowiadają „Herojam slava!”, i przyłączają się do pochodu. Nikt im nie powiedział, że Bandera jest czemuś winny.

Wszystko wskazuje na to, że w tym wypadku musiał zadziałać instynkt obronny. Trwając w patriotycznym zapale i słysząc głosy wyrzutów ze strony Polski, która jako pierwsza wsparła niepodległość ich ojczyzny oraz kijowskie wystąpienie przeciw rosyjskiej dominacji, zachodnioukraińscy nacjonaliści odpowiadają, że Polska nie będzie wybierać im bohaterów. Urządzają manifestację: „Miasto Lwów – nie dla polskich panów” oraz ogłaszają przebudzenie „polskich tendencji imperialistycznych”. Zamieniają Polskę w drugiego agresora, tworząc wygodny mit oblężonej twierdzy. Jednakże mity towarzyszące tematyce rzezi na Wołyniu, bodaj najbardziej palącego problemu w tej relacji, są przy tym zwyczajnie wewnętrznie sprzeczne. Z jednej strony słyszymy o wzajemnym wyniszczaniu się obu narodów, z drugiej o sowietach przebranych w upowskie mundury. Innymi słowy – zostawcie naszych bohaterów. Powodem tego kluczenia w nicość zdaje się, jakkolwiek historycznie uzasadniona, nieufność wobec obcych, której przez swoją burzliwą historię nabrali mieszkańcy tego regionu. A że przepada w tym wszystkim ludzkie współczucie, to już inna sprawa. Jak na razie, zachód Ukrainy wybiera odcięcie się od wszystkich dookoła.

Czy jednak na pewno sprawa jest tak jednoznaczna? – Czyli co, to my jesteśmy winni, tak? – wtrąca się jeden z kolegów Dmytra podczas naszej dyskusji. Pytam go, jacy znowu „wy”, przecież nie brał w tym udziału. Ano nie brał. Cisza. Po chwili przerywa ją inny głos. – Lwów to po prostu ideowe miasto – wtrąca się do naszej rozmowy Sasza, stary kolega Dmytra. – A że te idee są różne, to i takie muszą się trafić. No cóż, być może muszą.

Trzeba tutaj i teraz, w Polsce, mieć świadomość (a jest to przecież coś więcej niż wiedza), że i na samej zachodniej Ukrainie nie ma jednomyślności w tym zakresie. Ot, chociażby lwowski historyk, Wasyl Rasewycz, poddający krytyce ów ślepy kult na łamach portalu zaxid.net oraz wielu innych, podobnie jak on, działających dla tak już upragnionego „pojednania na prawdzie”. Sami zaś Ukraińcy galicyjscy zdają się dopiero wyrabiać sobie stosunek do UPA, i przeważnie dzieje się to w porywie emocji, zaś dzisiejsze peany na cześć tej organizacji często są do bólu powierzchowne.

Mit Bandery, za wyjątkiem paru pomników na zachodniej Ukrainie, jest o wiele słabiej ugruntowany, niż mogłoby się to wydawać z zewnątrz. Ci zaś, którzy ową legendę próbują wzmocnić w imię konsolidacji narodu, czy też Bóg wie czego jeszcze, manipulując i grając przy tym na nieufności swoich współziomków, zwyczajnie wiodą swój kraj nad przepaść. Zrażają w ten sposób do siebie nie tylko Polskę, ale także znaczną część swojego kraju. Kult jest problemem regionalnym i miejmy nadzieję, że zanim zniknie, takim pozostanie. Pamiętajmy o tym, mówiąc dziś o Ukrainie.

A co na to Wschód? Jak odnajdują się w tym Dniepr, Charków, Zaporoże? To niezwykle istotne w kontekście całego kraju. Czyż nie tam leży korzeń Ukrainy? Tradycja kozacka, jakkolwiek starta niemal w proch przez wielowiekowe działania Moskwy, tętniła właśnie w tych regionach i właśnie tam próbuje się ją teraz na różne sposoby reanimować. Mimo tego o wschodnich rosyjskojęzycznych miastach nadal mówi się jako o wyzutych z idei, miejscach hegemonii człowieka sowieckiego. Można się z tym zgadzać lub nie, trudno jest się jednak oprzeć wrażeniu, że młodych Ukraińców z tamtych stron zagadnienia historyczne zdają się w ogóle nie obchodzić. Czy jednak można im się dziwić, że odrzucają coś, co w wieku szkolnym tak nachalnie forsował im system?

Nowoczesna ukraińska tożsamość jest w fazie budowy. Na drodze do pomyślnego zakończenia stoi jednak potężny kryzys, który uwidacznia się coraz bardziej. Nadzieją w konflikcie jest nowo wybrany prezydent, Wołodymyr Zelenski. Jednym z filarów prowadzonej przez niego kampanii było odnoszenie się z szacunkiem do obu części kraju, ukrainomownych i ruskohawariuczych. To za jego kadencji zaczęły się pierwsze zezwolenia na prace ekshumacyjne na terenie zachodniej Ukrainy, co wygląda na milowy krok w stronę polsko-ukraińskiego pojednania. Ponadto zwolnił on z posady przewodniczącego UIPN-u Wołodymyra Wiatrowycza, odpowiedzialnego za wprowadzenie zakazu ekshumacji. Wiatrowycz otwarcie negował rzeź na Wołyniu, został celnie zdiagnozowany jako naczelny szkodnik zgody polsko-ukraińskiej. W wielu kręgach pojawiła się nadzieja. Tajemnicą pozostają jednak przyszłe zachowanie zachodniej Ukrainy, która jako jedyna głosowała (w większości) za Poroszenką. Nie jest to zresztą niczym nowym – w każdych wyborach Zachód pozostaje wyróżnioną wyspą na mapie tego państwa.

Zrozumieć Ukrainę

Jaka jest więc dziś ukraińska tożsamość? Wzajemne stereotypy obu części kraju, ich uprzedzenia i niezgoda, a przy tym wspólny wróg, wokół którego zdaje się owa nowa tożsamość krystalizować. Wyraźne jednak pozostają fundamentalne różnice w mentalności, dzielące Zachód i Wschód. Ukraińska tożsamość, leżąca na styku cywilizacji między Zachodem a Wschodem, zderza się ze sobą wewnętrznie. Brak jest jednak ideologii, która by ową dwoistość konstytuowała. Można głosić hasła o zrusyfikowanym Wschodzie, który należy czym prędzej na powrót zukrainizować. Pytanie jednak, czy to jest odpowiedź na owo trudne zagadnienie? Zapewne nikt nie chciałby czuć się gorszy ze względu na język, którym się posługuje, a już na pewno mieszkańcy miast takich jak Dniepr, przyjmujący do swoich szpitali rannych żołnierzy z frontu, nie zgodzą się na przypięcie im łatki „zrusyfikowanych”.

Chciałoby się, po tym wszystkim, postawić pytanie, czy i my, tutaj, w Polsce, zdajemy sobie sprawę z tak poważnego kryzysu tożsamości naszego wschodniego sąsiada. Nabiera ono szczególnego znaczenia zwłaszcza teraz, gdy weszliśmy w tak bliską relację, w jakiej nie istnieliśmy od co najmniej wieku. Żeby jednak dojść do porozumienia, trzeba starać się za wszelką cenę dostrzec swego rozmówcę. Nawet, jeśli zasłona dymna emocji czasami zaburza nam widoczność.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.