Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Pułapka geopolityki. Jak interpretować świat, nie upraszczając rzeczywistości?


Obserwując z niepokojem sytuację międzynarodową, nie powinniśmy się obawiać tego, że USA i Chiny wpadną w tzw. „pułapkę Tukidydesa”, ale że sami nie będziemy w stanie uchronić się przed „pułapką geopolityki”. Słabość tej dziedziny polega na tym, że można nią uzasadnić niemal każdą bzdurę. Istnieją lepsze sposoby interpretowania świata.

Geopolityka święci triumfy, bo tłumaczy trudne sprawy w prosty sposób. Oczywiście mowa tu o geopolityce definiowanej jako szkoła myślenia o polityce w ogóle. Popularne tezy dotyczące tej dziedziny jako obiektywnej rzeczywistości warunkującej działania państw są niczym więcej niż ideologią polityczną, a więc geopolityzmem. Twierdzenia o „tyranii przestrzeni”, która rzekomo determinuje politykę zagraniczną, z naukowego punktu widzenia sytuują się tam, gdzie umieszcza się również tezy o „konieczności historycznej” marksizmu, tj. w obszarze ideologii politycznych.

Tymczasem geopolityka jako szkoła myślenia niewątpliwie ma swoje zasługi w popularyzacji problemów międzynarodowych. Jej słabość polega jednak na tym, że można nią uzasadnić niemal każdą bzdurę. Ze względu na fakt, że jej liczne założenia zostały sfalsyfikowane, geopolitycy zostali pozbawieni narzędzi opisu i sensownej interpretacji rzeczywistości stosunków międzynarodowych. Geopolityka nie pozwala również, by w adekwatny sposób przewidywać rozwój sytuacji międzynarodowej. Łatwo wpaść w tzw. „pułapkę geopolityki”, która polega na tym, że wszystkie prognozy brzmią logicznie, spójnie i wiarygodnie, jednak się nie sprawdzają.

Geopolitycy poczują się zapewne dotknięci i oburzeni, gdyż, ich zdaniem, byli w stanie przecież przewidzieć rywalizację amerykańsko-chińską. Jednak uczono o niej już wcześniej na uniwersytetach, także w naszym kraju, 20 lat temu, a więc na długo przed początkiem mody na geopolitykę w Polsce, tj. około 2014 r. By się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć do tekstów nawiązujących do teorii „chińskiego zagrożenia” opublikowanych dwie dekady temu – Richarda Bernsteina i Rossa H. Munra (data wyd. 1998), Billa Gertza (2000), Edwarda Timperlake’a, Williama C. Tripletta II (1998) czy Davida Shambaugha (2000),

Najgłośniejsze z nich były prace Johna Mearsheimera (2001, 2005, 2006), którego geopolitycy zawłaszczają do swojego grona (razem z historykami antycznymi: Herodotem i Tukidydesem, historykiem społecznym Braudelem, Stańczykami, neomarksistą Wallersteinem, a nawet Dostojewskim i wieloma innymi, którzy nie mieli lub nie mają z geopolityką nic wspólnego, a na dodatek często – jak Wallerstein – protestowali przeciwko nazywaniu ich geopolitykami). Trzeba to jasno podkreślić – Mearsheimer nie jest geopolitykiem, ale ofensywnym realistą strukturalnym.

To nie geopolitycy przewidzieli rywalizację amerykańsko-chińską. Wiedziano o niej na ekspercko-akademickim poziomie już od dawna, w tym także i w Polsce. Naukowcy nie potrafili wyjść z tą wiedzą do społeczeństwa (albo woleli siedzieć w wieżach z kości słoniowej, albo nie potrafili funkcjonować w rzeczywistości pozaakademickiej) – zrobili to za nich geopolitycy. Zasługi tych ostatnich nie są więc prognostyczne, lecz popularyzatorsko-marketingowe.

Geopolitycy wieścili różne wydarzenia: wybuch wojny USA z Japonią (G. Friedman), rozpad USA, Kanady i Meksyku (R. Kaplan, An Empire Wilderness 1998), podział USA na Tex-Mex i Cascadię (tenże, Revange of Geography 2012, s. 319-346),  długie trwanie zimnej wojny (Z. Brzeziński, Game Plan 1986) oraz interwencje amerykańską w obronie Rosji sojuszniczej z Wielką Brytanią przeciwko Niemcom zjednoczonym w Eurazji razem z Chinami (C. Gray, Back to the Future 1992, s. 51). Jak zwykle się pomylili i wpadli w „pułapkę geopolityki”.

Wielka Wojna nie chce nadejść

Wspomniana wyżej rywalizacja USA i Chin jest jednym z ulubionych wątków geopolitycznej publicystyki. To studium przypadku „pułapki geopolityka”. Geopolitycy przedstawiają rywalizację amerykańsko-chińską jako narastający konflikt zmierzający wprost do wielkiej wojny. Potrójnie się mylą.

Po pierwsze, popełniają tzw. błąd odwróconej akcydentalizacji. Słusznie zauważają fakt wzrostu potęgi Chin, ale patrzą na niego przez pryzmat kalek pojęciowych z okresu zimnej wojny lub okresu „koncertu mocarstw” XIX-wiecznej Europy. W efekcie wyprowadzają wnioski szczegółowe („Będzie wojna!”) ze stwierdzeń ogólnych (zmiany dystrybucji potęgi w systemie międzynarodowym), bez uwzględnienia okoliczności szczegółowych. Zdają się nie dostrzegać faktu, że zmiany układu sił na świecie przebiegały w historii stosunków międzynarodowych zarówno w sposób konfliktowy, jak i kooperacyjny. Z faktu, że zmiany dystrybucji potęgi mogą prowadzić do konfliktu, wyprowadzają błędny wniosek, że pojawienie się dynamicznie rosnącego mocarstwa musi prowadzić do wojny hegemonicznej.

Po drugie, przenoszą w sferę analizy polityki międzynarodowej argumenty i pojęcia wywodzące się z dziedziny strategii militarnej, a w szczególności z opracowań amerykańskich ośrodków analitycznych. Używając pojęcia „geostrategia” do opisania tego, co przyjęło się nazywać polityką zagraniczną państw, sami upewniają się o poprawności przenoszenia pojęć z dziedziny planowania militarnego na sferę polityki międzynarodowej.

Skrajnym przykładem takich działań jest ostatnio głośny zamysł, by Polska miała przygotowane plany na to, jak zlikwidować Kaliningrad. Tymczasem nie można bezmyślnie kopiować założeń amerykańskich wojskowych think-thanków, gdyż ich ukrytym założeniem jest stwierdzenie mówiące o tym, że to strategia militarna warunkuje politykę zagraniczną państw. Tak nie jest, a przynajmniej nie w USA.

By się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć po liczne prace poświęcone analizie polityki zagranicznej USA, na przykład Henry’ego Kissingera, który w „Dyplomacji” podkreślał (H. Kissinger, Dyplomacja 2016, s. 437), że w amerykańskiej tradycji polityka zagraniczna i strategia były czymś odrębnym, związanym z różnymi, kolejnymi etapami polityki krajowej.

Powyższa teza nie sprawdza się również w Chinach. W systemie decyzyjnym ChRL strategia militarna nie stanowi głównego wyznacznika polityki zagranicznej. Wynika to z „pacyfistycznej” tradycji Państwa Środka – Chiny zwykle wybierały pokój, nie wojnę, bynajmniej nie z przyczyn moralnych, lecz pragmatycznych. Wojna była przez nich postrzegana jako niebezpieczny środek polityki. Podejmowane decyzje wynikają również ze względnie słabej pozycji najwyższych rangą wojskowych w Komitecie Centralnym KPCh. Ich odsetek nie przekracza 25%, a wśród członków Stałego Komitetu Politbiura partii nie ma ani jednego wojskowego lub byłego wojskowego.

Nie znaczy to, że kwestie militarne nie odgrywają roli – mają znaczenie, podobnie jak czynniki psychologiczne przywódców, gospodarcze, kulturowe, technologiczne itp. A więc są tylko jednym z szerokiego katalogu uwarunkowań, i to zazwyczaj nie tym najważniejszym. Gdy więc geopolitycy selektywnie dobierając dokumenty z dziedziny strategii militarnej wyrokują na temat polityki zagranicznej mocarstw, popełniają błąd wybiórczego doboru faktów.

Po trzecie, dochodzą do tego fałszywe analogie. Najsłynniejszą z nich jest „pułapka Tukidydesa”, która  ma niewiele wspólnego z tekstem źródłowym. Co gorsza, przenosi do współczesności opisany w „Wojnie Peloponeskiej” model zmian w systemie międzynarodowym starożytnej Grecji. Nie brany jest jednak pod uwagę fakt, że świat się zmienił.

Liczba państw, ich wzajemne oddziaływanie, transformacja technologiczna, broń jądrowa, współzależność polityczna i gospodarcza – wszystkie te czynniki, kluczowe dla obecnej struktury systemu stosunków międzynarodowych, zmniejszają prawdopodobieństwo wybuchu pełnoskalowego konfliktu. Zgadzają się z tym badacze trzech najważniejszych szkół stosunków międzynarodowych: liberałowie, konstruktywiści, a nawet realiści.

To proliferacja broni nuklearnej skłoniła słynnego realistę – Kennetha Waltza – do stwierdzenia, że prowadzenie wojen stało się wątpliwym przywilejem państw biednych i słabych. Wszystkie opisane powyżej błędy sprawiają, że choć wybuchu wojny amerykańsko-chińskiej nie sposób wykluczyć (nikt uczciwy nie może powiedzieć, czy wybuchnie wojna, nie jesteśmy przecież birmańskimi wróżbitami), to geopolitycy wydają się wyjątkowo słabo predysponowani do jej prognozowania, gdyż „uparcie odmawiają uznania zmian jakie zaszły w systemie międzynarodowym, co prowadzi do zaleceń przeterminowanych w najlepszym wypadku, a patologicznych w najgorszym” (cyt. za Ch. J. Fettweis).

Aby na poważnie potraktować pytanie o wojnę, musimy zostawić na boku geopolityczną twórczość (swego rodzaju infotainment), w której poważnym tonem wyraża się sądy oparte na niespójnych logicznie przesłankach i wybiórczym doborze faktów, oraz przejść do rzetelnej analizy stosunków międzynarodowych.

Jeśli nie geopolityka, to co w zamian?

Jak zatem nie wpaść w „pułapkę geopolityki” i nie popełnić błędów logicznych? Należy solidnie zabrać się za naukę o polityce. Nie trzeba do tego studiów, choć fakt, że tak wielu studentów politologii i stosunków międzynarodowych zaczyna studia z fascynacją geopolityką, ale mało który z nią kończy, pokazuje wyraźny trend: im więcej wiedzy, tym atrakcyjność geopolityki jest mniejsza. Dlatego czytając, słuchając i rozmyślając o sytuacji międzynarodowej, warto poszukiwać nie prostych i elokwentnie prezentowanych wyjaśnień, do których dopasowywane są fakty, lecz najpierw analizować dane sytuacje i szukać ich wyjaśnień. Oto dwie propozycje rozwiązań.

Wojna współczesna, nie peloponeska

Warto zadać sobie pytania, co częściej występuje w relacjach między państwami: wojna czy pokój? Wielu intuicyjnie uzna, że pierwsze z podanych rozwiązań jest słuszne. Jednak w dobie gospodarczej współzależności i broni jądrowej znacznie częściej panuje pokój. Statystyki projektu bazy danych Correlates of War (najbardziej wiarygodnej dla badaczy) pokazują, że liczba wojen międzypaństwowych toczonych w ostatnich latach spadła.

Co więcej, od drugiej wojny światowej nie ma wśród nich konfliktów pomiędzy wysoko uprzemysłowionymi krajami. Wśród przyczyn wymienia się m.in. wzrost współzależności ekonomicznych, spadek znaczenia ziemi rolnej w gospodarce industrialnej lub postindustrialnej, proliferację broni jądrowej i starzenie się społeczeństw. Nigdy nie doszło również do wojny pomiędzy krajami o rozwiniętej demokracji (na co podawane są różne wyjaśnienia, od instytucjonalnych po konstruktywistyczne).

To właśnie w oparciu o te fakty John Mueller postawił tezę, że wojna jest „instytucją, która może zniknąć tak, jak wcześniej zniknęły instytucje niewolnictwa czy pojedynków”. Martin Shaw dowodził, że transformacja społeczeństwa postmilitarnego powoduje, że choć państwa nadal utrzymują siły zbrojne i decydują się na stosowanie siły, to raczej używają jej jako swego rodzaju demonstracji lub w operacjach ekspedycyjnych. Współczesna wojna stała się konfliktem transferującym ryzyko poza obecne społeczeństwa postindustrialne, toczonym przez specjalistów na odległość i przy minimalnych stratach ludzkich. Jak pisał Christopher J. Fettweis, „według wszystkich rozsądnych miar, świat przeżywa obecnie złoty wiek pokoju i bezpieczeństwa […]. To dobra wiadomość dla ludzkości, ale wyzwanie dla geopolityki”. Nie oznacza to, że wojen w ogóle nie ma. Istnieją, ale zwykle są to wojny domowe, toczone w krajach peryferyjnych, które ulegają umiędzynarodowieniu, stając się wojnami na obszarach zastępczych (proxy wars). Toczą je państwa posiadające młode populacje i nieduże zasoby, selektywnie interweniują w nie mocarstwa. Walcząc na peryferiach systemu światowego, niwelują one ryzyko bezpośredniego konfliktu, mają w pamięci słowa ostatniego wicekróla Indii, lorda Mountbattena: „jeśli trzecia wojna światowa prowadzona będzie bronią atomową, to czwarta wojna światowa będzie toczona z pomocą łuków i strzał”. Zamiast wojen otartych mocarstwa toczą konflikty na licznych arenach zastępczych. Jedną z nich jest gospodarka – restrykcje ekonomiczne (np. sankcje) zastępują konflikty zbrojne, co dobrze ukazują obecne sprzeczności amerykańsko-irańskie: USA nie zaatakowały Iranu, tylko chcą go zmusić gospodarczo do korekty kursu

Chcąc skutecznie prognozować wojny we współczesnych stosunkach międzynarodowych, należy przyjrzeć się trendom współczesnych konfliktów i nie poprzestawać na wybiórczej analizie strategii militarnych. Parafrazując Clémenceau – wojna jest rzeczą zbyt złożoną, by analizować ją z perspektywy generałów.

Każda polityka jest polityką wewnętrzną

Drugim kierunkiem własnych poszukiwań ideowych jest znalezienie odpowiedzi na pytanie, co kieruje polityką zagraniczną państw. Spośród wielorakich możliwych rozwiązań sugerujemy jedno. Odpowiedź wydaje się bowiem dość oczywista (i bynajmniej nie jest to obiektywna geografia) – to przede wszystkim polityka wewnętrzna. Gdy próbujemy wyjść poza ogólnikowe stwierdzenia o zmianach potęgi na świecie, stajemy przed koniecznością zagłębienia się w wewnętrzne uwarunkowania polityczne poszczególnych państw (co czynią zresztą nawet autorzy mieniący się geopolitykami). Zjawisko to dobrze oddaje znany amerykański aforyzm mówiący o tym, że cała polityka ma charakter lokalny (all politics is local). Nie oznacza to deprecjacji poziomu międzynarodowego, ale uświadomienie sobie, że zazwyczaj jest on wtórny wobec perspektywy krajowej.

To krajowa polityka wpływa na wyłanianie liderów i w większości przypadków decyduje o końcu ich władzy. Dzieje się tak zarówno w państwach demokratycznych, jak i  dyktatorskich. Powody są jedna inne. W tych pierwszych zazwyczaj nie wygrywa się wyborów, tocząc wojny. Koszty ludzkie, gospodarcze i ryzyko generowane przez wojny doprowadzają do upadku rządów. Dlatego racjonalni politycy demokratyczni zazwyczaj dążą do unikania wojen lub toczenia ich w formie ekspedycyjnej.

Ponadto kraje demokratyczne nie walczą ze sobą, znajdując pokojowe sposoby rozwiązywania konfliktów. Czynią to, dodajmy, z zadziwiającą prawidłowością, niezależnie od tego, czy leżą w Heartlandzie lub Rimlandzie.

Z kolei w państwach dyktatorskich najważniejsze jest przeżycie jedynowładcy i otaczającego go reżimu. Gdy utrata władza równa się utracie nie tylko przywilejów, ale nawet wolności czy wręcz życia, stawki gry politycznej dramatycznie rosną. Nie można przegrać. Trzeba radzić sobie z zagrożeniami płynącymi głównie z wnętrza kraju, nie z zagranicy. Jak dobrze pokazuje statystyka, w latach 1948-2008 spośród dyktatorów odsuniętych od władzy tylko 5% z nich straciło ją w wyniku interwencji zagranicznej (68% obalono w wyniku zamachu stanu, 11% rewolucji, 10% pokojowej transformacji demokratycznej, a 7% – zabójstwa). To właśnie kontekst wewnętrzny powoduje wybory polityczne, czego dobrym przykładem jest Rosja. Jej obecne elity, wbrew przewidywaniom geopolityków, nie dokonały „odwróconego manewru Nixona”, tj. nie porzuciły współpracy z Chinami na rzecz zbliżenia z Zachodem. Obawiając możliwości utraty władzy (np. w wyniku demonstracji inspirowanych przez Zachód), wybrały zbliżenie ze wspierającymi autokrację Chinami. Cóż z tego, że Rosja jako państwo na tym układzie raczej traci. Najważniejsze, że reżim zyskuje.

Powyższe skrótowe uwagi pokazują, że zarówno w dyktaturach, jak i demokracjach korzystanie z wojny jako narzędzia polityki jest trudne i możliwe jedynie w wyjątkowych okolicznościach. Ich ustalenie i prognozowanie wymaga poznania warunków wewnętrznych: społecznych, ekonomicznych, kulturowych (przede wszystkim instytucji i narracji), a także tysiąca zmiennych tworzących skomplikowaną i wprowadzającą w błąd mieszankę, którą można określić mianem czarnej skrzynki. Jeśli chcemy poznać politykę kraju, musimy przyglądać się jego elitom. Politykę tworzą ludzie uformowani w określonych warunkach, podejmujący decyzje (nie zawsze racjonalnie) pod wpływem wszelakich czynników.

Nie odrzucamy z miejsca tezy, że niektórzy liderzy lub grupy wpływu (np. związane z przemysłem militarnym think tanki w USA czy siłowiki w Rosji), podejmując decyzje, inspirują się geopolityczną szkołą myślenia. Nie ma jednak na to ewidentnych dowodów, gdyż zwolennicy geopolityki nigdy nie przedstawili żadnych badań (podkreślmy: badań, a nie podróżniczych wrażeń pt. „Byłem w Waszyngtonie i widziałem”) udowadniających wpływ geopolityki na myślenie decydentów.

Dopóki tego nie zrobią, lepiej poprzestać na tym, co nauki polityczne już zbadały. Wiemy, że decydenci kierują się dążeniem do zachowania lub maksymalizacji władzy. Chcąc trafnie analizować i przewidywać politykę zagraniczną państw, konieczne jest bazowanie na rzetelnych badaniach każdego z interesujących nas systemów politycznych i w każdej z kultur politycznych.

***

Nasz apel zakończmy słowami Buddy: „Nie wierzcie na słowo w to, co mówię, sprawdzajcie sami”. Właśnie na tym opiera się nauka. Jak na razie ludzkość nie wymyśliła lepszego sposobu poznania rzeczywistości, choć bez wątpienia znalazła całą masę bardziej atrakcyjnych. Mamy świadomość tego, że przedstawiliśmy jedynie zarys możliwych ścieżek poszukiwań, jakie oferują nauki o polityce. Mamy wielką nadzieję, że znajdą one elokwentnych popularyzatorów, którzy będą w stanie poprawić jakość debaty o problemach międzynarodowych w naszej przestrzeni publicznej.

Autorzy, związani z portalem Puls Azji Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego, dziękują dr. Tomaszowi Pugacewiczowi za konsultację merytoryczną.

Działanie sfinansowane ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.