Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Muszalik  19 października 2019

Przemienić polską lokalność w uniwersalność. Wokół literackiego Nobla dla Olgi Tokarczuk

Michał Muszalik  19 października 2019
przeczytanie zajmie 5 min

Mamy co zaoferować światu. Mamy też ku temu wiele sposobności. Dziwi więc, jak mało korzystamy z bram dla polskiej kultury otwartych na świecie szeroko przez postaci kultowe. Dziwi też, jak niechętnie zabieramy się do tłumaczeń naszej literatury na języki obce. Literacka Nagroda Nobla przyznana Oldze Tokarczuk to kolejna okazja,  dzięki której możemy wprowadzić całe spektrum naszej kultury do świadomości światowej, tak dziś łaknącej odmienności i różnorodności.

Ten krótki esej chciałbym zacząć od wspomnienia własnego doświadczenia recepcji polskiej kultury w rzeczywistości kultury zupełnie innej, nieeuropejskiej (a w każdym razie – nie do końca). Późną wiosną miałem okazję przebywać w Brazylii na weselu moich przyjaciół, poznanych podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Była to znakomita okazja do wymiany doświadczeń i wiedzy  o kulturach, z których pochodzimy i w których na co dzień żyjemy.

Jedno z popołudni spędziłem na poszukiwaniach polskich książek w księgarni w Recife, które miały być podarunkiem dla gospodarzy i promocją rodzimej literatury równocześnie. Po długich, naprawdę długich poszukiwaniach dokopałem się do portugalskiego tłumaczenia Doliny Issy Czesława Miłosza i wierszy Jerzego Ficowskiego. Liczbą tłumaczeń na portugalski już sami Czesi wyprzedzają nas o kilka długości. Zresztą – liczby potwierdzają, że liczba tłumaczeń polskich autorów na język Camoesa jest naprawdę niska. A portugalskim na co dzień posługuje się ćwierć miliarda ludzi!

Zaskoczony byłem tym nie tylko dlatego, że nikła obecność wcale niemałego w skali ludzkości narodu po prostu statystycznie się nie zgadza, ale także z innej przyczyny – postacią ikoniczną i otoczoną ogromną estymą nie tylko w Brazylii, ale w całej Ameryce Południowej jest przecież święty Jan Paweł II. I nie jest to świętoszkowate gderanie nadętego, młodego katolika – Karol Wojtyła w świadomości brazylijskiej – typowo dla tamtego regionu świata naznaczonej przez katolicyzm – obecny jest bardzo mocno. Jednocześnie za tą postacią nie kryje się prawie żadna wiedza o Polsce, jej historii i kulturze.

Równocześnie zasypywany byłem pytaniami o Polskę, naszą historię, religijność, zwyczaje. Żywe zainteresowanie budziła opowieść o naszych losach na przestrzeni dziejów, żywe zainteresowanie budziła polska muzyka. Szczególnie, nota bene, przypadał do gustu Marek Grechuta. Wspomagany translatorem Google’a (nie znam języka portugalskiego) starałem się serwować naszą poezję śpiewaną gospodarzom z drugiej strony Atlantyku.

Co ma jednak Jan Paweł II do promocji polskiej kultury? Jarosław Iwaszkiewicz, komentując w grudniowym numerze „Więzi” z roku 1978, wybór Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, odwołał się do niereligijnego aspektu tego wydarzenia: „Myślę, że obiór kardynała Wojtyły na papieża mógłby być otwarciem okna dla kultury polskiej – tak uparcie lekceważonej na Zachodzie – na tak zwanym szerokim świecie.” Ta uwaga w rzeczywistości świata latynoskiego, z niezwykle żywą obecnością postaci Jana Pawła II w świadomości, religijności i kulturze Ameryki Południowej – zyskuje zupełnie aktualny wymiar. Powinniśmy przedstawiać postaci Karola Wojtyły czy Maksymiliana Kolbe jako ludzi wyrosłych z polskiej kultury, z jej ogromnego bogactwa, żywotności i różnorodności. Faktyczna cześć mogłaby być bramą do zapoznania Latynosów ze światem naszej, jakże dla nich innej, ale porywającej i fascynującej.

Oczywiście, Olga Tokarczuk prezentuje zestaw innych poglądów, odmienne spojrzenie na polską historię i kulturę, bardzo odległą od spojrzenia katolickiego. To jednak przecież jeszcze raz dowodzi, jak zróżnicowaną –  i zarazem znakomitą jakościowo! – ofertę kulturalną możemy przedstawić obcokrajowcom. Co jednak, tak naprawdę stanowi o wartości naszej literatury?

Nie potrafię, przychylając się do tezy z Uwag o definicji kultury T.S. Eliota, jako człowiek również w polską kulturę od urodzenia wpisany i w niej wychowany, zdiagnozować obiektywnie rzeczywistej siły, którą posiada w sobie polska literatura i kultura wyższa. Wydaje się jednak, że wiersze Miłosza, Herberta i Szymborskiej, a także powieści Myśliwskiego i Tokarczuk, łączy podskórnie pewna spójność. Pomimo różnych dróg, jakimi idą, wyrastają te utwory z tego samego pnia, w którym według Miłosza kryło się rzeczywiste znaczenie Pana Tadeusza. Rozumiem przez to próbę wyprawy w świat wartości uniwersalnych bez porzucania pewnej lokalności, jaka jest udziałem wielkiej polskiej literatury w wieku XX i XXI, choć różnie piękno i ponadczasowe wartości autorzy tych dzieł interpretują i różnie naszą lokalność oceniają.

Podobnie przecież z muzyką Góreckiego czy Kilara, którzy polskie motywy ludowe wykorzystywali w twórczości bardzo często. Jakikolwiek daimonion szepcze polskim twórcom do ucha – budzi on swymi podszeptami fascynację w świecie, daje oryginalność, a nieraz i wielkość. Nawet Herbert owej lokalności do końca nie porzuca, pozostając częstym gościem w świecie rzymskim i śródziemnomorskim jako barbarzyńca w ogrodzie. Świat rzymski jest przecież też jego światem, choć nie wyraża tego zazwyczaj dosłownie, to jednak – co sam przyznaje w Lekcji łaciny, ostatnim ze szkiców zawartych w Labiryncie nad morzem – wyniesionym z lekcji łaciny we lwowskim liceum.

Właśnie nasza oryginalność jest ogromnym atutem, który – moim zdaniem – niesłusznie tłumiony jest obawą o niezrozumienie. Zdając sobie sprawę i z całokształtu twórczości Czesława Miłosza, w którym dla czytelnika zachodniego niepoślednią rolę odgrywał eseistyczny zarys rzeczywistości komunistycznej w Zniewolonym umyśle, jak i kontekst polityczny (powstanie „Solidarności”), pamiętajmy, że literacki Nobel został mu przyznany za całokształt twórczości. Czy zagraniczny czytelnik w pierwszym spotkaniu ze wspomnianą już Doliną Issy mógł rozumieć wiele z niuansów układów społecznych w dawnym Wielkim Księstwie Litewskim? Nie, ale dzięki tej powieści mógł w ten świat wkroczyć, zafascynować się nim. Zresztą, Miłosz znakomicie syntetyzował poszukiwania filozoficzne, a nawet teologiczne w zachodniej, uświadomionej w Europie kulturze ze stawianiem tych samych pytań w świecie kultury naszej, co czyni choćby w swojej Ziemi Ulro.

Już wtedy szczególną, rozumianą jako szlachecko-chłopską, historię Polski spróbował zachodniemu odbiorcy przybliżyć James Michener w powieści zatytułowanej Polska właśnie. Losy dwóch rodzin, chłopskiej i szlacheckiej, są przyczynkiem do udanego mniej czy bardziej wykładu polskich dziejów z tych dwóch kluczowych perspektyw. Fakt, że książka ta schodziła dosłownie na pniu powinien tym bardziej uświadomić nam, że nasze poszukiwania uniwersalności we własnej lokalności pozwalają zainteresować czytelnika światowego. Polski mikrokosmos może być wspaniałym przystankiem w literackim makrokosmosie.

Ten aspekt – przemian świadomości polskiej, zakonserwowanej w hierarchii społecznej niemal aż po wybuch II wojny światowej, porusza Wiesław Myśliwski w powieści Pałac. Chłop stający się w swoich wyobrażeniach Panem w rezydencji arystokratów opuszczonej wobec nadchodzącego frontu znakomicie obrazuje ostateczny upadek namiastki nawet tamtego świata, który jednak na trwałe wpisuje się w rodzimą wyobraźnię. Zresztą właśnie Myśliwski, tworząc Traktat o łuskaniu fasoli czy Kamień na kamieniu oddaje te poszukiwania uniwersalności w warunkach lokalnych, jeśli nie najlepiej, to najdobitniej. Zaścianek, choć już odarty z mickiewiczowskich pozorów Arkadii, pozostaje Zaściankiem, miejscem na swój sposób przytulnym i po prostu naszym.

Bardzo słusznie zauważa Łukasz Jasina w artykule dla portalu Wszystko Co Najważniejsze – Nobel dla Olgi Tokarczuk to także Nobel dla autorki wyrosłej z polskiej kultury i w tej kulturze zanurzonej. Rzeczywiście, nic lepszego dać światu nie możemy, niż opowiedzieć historię naszego kraju i historię naszych idei – historię dziś tak słabo znaną, a tak znakomicie różną od historii Zachodu, z dziejami Rzeczpospolitej szlacheckiej, państwa na skrzyżowaniu kultur, z unikalnym, republikańsko-monarchicznym ustrojem. Ta opowieść nie musi i nie powinna być peanem. Jej piękno kryje się właśnie w niejednoznaczności i wachlarzu prezentowanych postaw na przestrzeni dziejów przez jej uczestników.

[raka-publikacje]

Nawet tak promowana dziś przez obecne władze ( moim zdaniem – słusznie, choć nie zawsze z wyczuciem) opowieść o poświęceniu i bohaterstwie Polaków w czasie II wojny światowej, z całym jej tragizmem, zyskuje zupełnie nowy wymiar, gdy poprzedzimy ją epopeją o państwie, w którym ścierały się i współistniały – nie idyllicznie, rzecz jasna –  różne idee i wyznania, zanim świat ten uległ wewnętrznej degradacji  i ostatecznej likwidacji przez zabory. Próba odtworzenia go w świecie politycznym nie udała się – udała się jednak jego mitologizacja, tworzona nie tylko  „ku pokrzepieniu serc”, ale też w końcu jako nasz rzeczywisty wkład w kulturę europejską.

Próba opisu polskości zarówno w świecie szlacheckim (Sienkiewicz), jak i chłopskim (Reymont) zaowocowały przynajmniej jednym, jeśli nie dwoma literackimi Noblami już w pierwszej ćwierci XX wieku. Czy Quo Vadis bowiem mogło powstać spod pióra innego autora? Pewnie w mniej lub bardziej zbliżonym kształcie tak. Ale czy mogło powstać w kulturze mniej naznaczonej rzymskim (bardzo istotne – rzymskim!) katolicyzmem, niż polska? O wiele mniej prawdopodobne.

Równie dobrze można zadać pytanie, czy Księgi Jakubowe mogły powstać w kulturze innej, niż naznaczonej historią Rzeczpospolitej Obojga Narodów z niezatartym śladem obecności diaspory żydowskiej i jej różnorakich losów. Ta odpowiedź wydaje się już jasna.

Nieprzypadkowo wielokrotnie przywołałem w treści tego tekstu postać polskiego (czy tylko?) noblisty z  Kowieńszczyzny. Miłosz bowiem powinien być symbolem tego, czego nam najbardziej brakuje. A brakuje nam szerokiego otwarcia naszej zniuansowanej kultury na odbiorcę z każdego zakątka globu.

W trakcie swojej wieloletniej pracy na Uniwersytecie w kalifornijskim Berkeley właśnie to między innymi starał się robić. Dość napomknąć, jak dużą pomoc okazał on w promocji wierszy Herberta za granicą, zanim obaj panowie poróżnili się podczas słynnej kolacji u Carpenterów.

Nie musimy więc zawsze szukać w wielkich parkach świata. Mamy swój ogród, piękny, w miarę przestronny. Zabierzmy gości na przechadzkę po nim, bo jest się czym zachwycić.

Esej pochodzi z czwartego numeru elektronicznego czasopisma idei „Pressje”. Zachęcamy do bezpłatnego pobrania całego numeru w formatach PDF, EPUB lub MOBI.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.