Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Kędzierski  6 października 2019

Państwo teoretyczne w praktyce. Filozofia polityczna Prawa i Sprawiedliwości

Marcin Kędzierski  6 października 2019
przeczytanie zajmie 12 min

Duże i ambitne programy rządowe, których realizacja wymaga tzw. silnego państwa, ugrzęzły na początku drogi. Sami przedstawiciele obozu władzy z ręką na sercu nie mogą dziś powiedzieć, że nasze państwo jest radykalnie sprawniejsze niż przed czteroma laty, nawet jeśli będą publicznie przez wszystkie przypadki odmieniać argumentum ad VATum. Może elita partii rządzącej zrozumiała, że państwo jest w stanie osiągać dziś sukcesy tylko na niewielkim polu, pod warunkiem koncentracji zasobów, wyboru najprostszych narzędzi i po opakowaniu ich w pudełko wielkich narracji. To miks Bartłomieja Sienkiewicza i Jarosława Marka Rymkiewicza – małe zmiany wpisują się w patetyczne wizje. Może więcej się po prostu nie da? Oznaczałoby to, że rację mają ci, którzy od niemal trzech dekad przestrzegają, że współczesne państwa powinny skoncentrować się na sterowaniu, a więc określaniu warunków i standardów świadczenia usług publicznych, a nie na wiosłowaniu, czyli samodzielnym ich dostarczaniu.

Lektura przemówień, wywiadów i tekstów Jarosława Kaczyńskiego, a ostatnio także premiera Mateusza Morawieckiego, pozwala odtworzyć filozofię polityczną głównych ideologów partii rządzącej, nawet jeśli sami jej twórcy nie używają przedstawionych niżej określeń.

Globalizacja i państwo suwerenne – tak, demokracja liberalna – nie 

W obliczu wyzwań i zagrożeń współczesności (m.in. globalizacji kapitału, rewolucji informacyjnej, rozproszenia władzy, upadku ładu pozimnowojennego, masowych migracji) jedynym podmiotem, który może skutecznie im przeciwdziałać, jest suwerenne i podmiotowe państwo. Tylko ono jest zdolne do prowadzenia działań niezależnych nie tylko od publicznych, ale także prywatnych i międzynarodowych ośrodków władzy (korporacji transnarodowych, agencji ratingowych, globalnych organizacji pozarządowych, globalnych koncernów medialnych itd.). Zgodnie z powyższą filozofią cel w postaci budowy suwerennego i podmiotowego państwa, które jest w stanie nie tylko obronić swoich obywateli przed wspomnianymi zagrożeniami, ale i zapewnić im dobrobyt, usprawiedliwia podejmowanie czasowych działań, mogących ograniczać wolność jednostki. Czymże bowiem byłaby ona w momencie utraty suwerenności?

W tym sensie Kaczyński i Morawiecki wykorzystują niemal klasyczny już trylemat zaproponowany w 2007 roku przez Daniego Rodrika. Do pogodzenia jest uczestniczenie jedynie w dwóch z trzech procesów: globalizacji, państwa suwerennego, demokracji liberalnej. Liderzy PiS są gotowi poświęcić ostatnią z wymienionych w imię zwiększenia sprawczości państwa. Dzięki takiemu wyborowi Polska ma być w stanie efektywniej wykorzystywać szanse płynące z gospodarczej globalizacji i sprawniej bronić się przed czyhającymi niebezpieczeństwami.

Tak zarysowaną filozofię polityczną można oceniać na dwóch poziomach: założeń teoretycznych oraz praktyki politycznej, która weryfikuje te poprzednie. W pierwszej części oceńmy więc spójność logiczną filozofii politycznej PiS-u, a w drugiej dokonajmy oceny spójności podjętych działań z przyjętymi założeniami.

Google’a trójpodział władzy nie obowiązuje

W moim przekonaniu Jarosław Kaczyński trafnie ocenia otaczającą nas rzeczywistość. W tym różni się nie tylko od wielu polityków opozycji, którzy utknęli mentalnie w latach 90. XX wieku, ale także od swoich partyjnych koleżanek i kolegów. Dobrze pokazuje to spór wokół reform sądownictwa. Prezes PiS-u zdaje się mieć świadomość, że klasyczne rozumienie trójpodziału władzy, do którego odwołują się przeciwnicy rządu, jest archaiczne.

Po pierwsze, władza wykonawcza wraz z pojawieniem się nowych publicznych i prywatnych aktorów politycznych uległa rozproszeniu. Dzieje się to zarówno w wymiarze krajowym, jak i przede wszystkim – międzynarodowym. Po drugie, w wyniku wyłonienia alternatywnych źródeł formalnych i nieformalnych regulacji rozproszeniu uległa także władza ustawodawcza. Dodatkowo, na skutek rozwoju Internetu w kryzysie znalazła się sama idea demokracji przedstawicielskiej, funkcjonującej w oparciu o partie polityczne. Erozja znaczenia nie dotyka dziś tylko polskiego parlamentu – jest to zjawisko coraz bardziej powszechne.

Po trzecie wreszcie, władza sądownicza, której zadaniem jest m.in. kontrolowanie władzy, w swojej istotnej części znajduje się dziś raczej w rękach opinii publicznej i nowych mediów,  ale zależy także od różnych organizacji pozarządowych.

Za sprawą hybrydowych działań poszczególnych podmiotów dochodzi do zacierania się granic pomiędzy trzema rodzajami władzy. Dziś firma Google może sprawować jednocześnie swego rodzaju władzę wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą (odpowiednio: wprowadzanie cenzury prewencyjnej, tworzenie algorytmu wyszukiwarki, kontrola istniejących witryn internetowych). Podobnym zakresem władzy, pozostającej całkowicie poza polityczną kontrolą, dysponują agencje ratingowe, które wyceniając ryzyko, mogą decydować o losach poszczególnych krajów.

Państwa narodowe są zatem coraz bardziej bezradne wobec nowych podmiotów i mają tylko dwa wyjścia. Mogą albo zgodzić się na powstanie niehierarchicznej, międzynarodowej sieci politycznej, w której państwa będą funkcjonowały na równi z innymi podmiotami (wtedy można wybrać demokrację liberalną kosztem suwerennego państwa), albo skonsolidować władzę i spróbować utrzymać hierarchiczny ład z dominacją państwa (kosztem liberalnej demokracji). Można zaryzykować tezę, że Jarosław Kaczyński wybrał drugą strategię.

Kaczyński jako obrońca wolności

Zanim przejdziemy do odpowiedzi na pytanie, czy taka strategia jest właściwa, warto zwrócić uwagę na pewien istotny paradoks. Dynamiczny rozwój globalnego kapitalizmu, poza rewizją ładu międzynarodowego i powrotem Chin na globalną arenę, prowadzi także do akumulacji kapitału w rękach coraz mniejszych grup. Oznacza to, że systematycznie wzrasta różnica w pozycji negocjacyjnej poszczególnych podmiotów względem siebie. Prędzej czy później będzie to prowadzić do próby wykorzystania przewagi przez podmioty silniejsze.

W obliczu braku władzy na poziomie globalnym (np. braku ogólnoświatowego urzędu antymonopolowego) jedynym podmiotem zdolnym do ochrony praw słabszych jednostek przed globalnymi podmiotami pozapaństwowymi pozostanie suwerenne państwo (lub grupa państw, jak ma to miejsce w przypadku Unii Europejskiej). Bez niego jednostki zostaną de facto skazane na prawo siły. Nie będzie się komu poskarżyć, kiedy np. jakaś globalna firma technologiczna skaże nas na niebyt w Internecie.

Problem polega na tym, że zgodnie z trylematem Rodrika w dobie globalizacji przetrwanie suwerennego państwa wymaga rezygnacji z liberalnej demokracji i przynajmniej czasowego przyzwolenia na wprowadzenie ograniczeń praw jednostkowych.

W wyniku procesów globalizacyjnych prędzej czy później staniemy przed sytuacją, w której zakwestionowane zostaną prawa jednostkowe. Różnica będzie polegała wyłącznie na tym, czy ograniczenia będą wprowadzone przez państwo narodowe, znajdujące się pod mniejszą lub większą polityczną kontrolą, czy przez pozapaństwowe podmioty międzynarodowe, które takiej kontroli są de facto pozbawione. Może się zatem okazać, że to Jarosław Kaczyński jest dziś, przynajmniej w teorii, obrońcą praw i swobód obywatelskich, co wielu pewnie wyda się bardzo ponurym żartem.

Świat mówi „sprawdzam” polskiej podmiotowości

Wracając jednak do oceny samej strategii wybranej przez prezesa PiS-u, należy odpowiedzieć na pytanie dotyczące kontekstu międzynarodowego. Z samego faktu wyboru przez Polskę takiej czy innej strategii niewiele jeszcze wynika.

Czy Polska jako kraj półperyferyjny, leżący w strefie oddziaływania Federacji Rosyjskiej, uzależniony od amerykańskich gwarancji wojskowych i jednocześnie będący członkiem UE, który na dodatek odzyskał formalną suwerenność dopiero 30 lat temu, jest dziś w ogóle w stanie zbudować podmiotowe państwo? Wydaje się to możliwe tylko pod jednym warunkiem – utrzymania PaxAmericana, w ramach którego wszystkie podmioty są w jednakowy sposób zależne od globalnego hegemona i nie mają zdolności uzyskania statusu niezależnego mocarstwa regionalnego.

Hegemonia USA jest o tyle wygodna, że dzielący nas Ocean Atlantycki w założeniu stanowi gwarancję umiarkowanego wtrącania się Amerykanów w wewnętrzne, europejskie sprawy. W tym sensie zdecydowany wybór współpracy z amerykańskim sojusznikiem, dokonany przez PiS, jest logiczny i spójny. Niezależnie od bardzo ważnego kontekstu militarnego posiadanie szczególnych relacji z hegemonem wzmacnia relatywną pozycję naszego kraju pośród państw-klientów USA.

Problem polega na tym, że amerykańska hegemonia nie tyle się chwieje, co wali na naszych oczach. Nie można już nawet mówić o „hegemonii wewnętrznej” amerykańskich władz. Polityka USA coraz częściej musi uwzględniać interesy globalnych amerykańskich koncernów technologicznych lub farmaceutycznych, nawet jeśli nie jest to po drodze z amerykańską racją stanu.

Przynosi to poważne konsekwencja także dla Polski. Można przecież odnieść wrażenie, że głównym zadaniem Georgette Mosbacher, ambasador USA w Warszawie, nie jest prowadzenie tradycyjnej dyplomacji, ale lobbing w imieniu Google’a, Facebooka czy Pfizera. Wycofanie się rakiem z pomysłu wprowadzenia tzw. podatku cyfrowego jest najlepszym świadectwem, że USA jest w stanie, i nadal będzie, wtrącać się w nasze wewnętrzne sprawy.

W obliczu rozkładu Pax Americana i wyłaniania się nowego ładu także na Starym Kontynencie wybór strategii przez partię rządzącą musiał oznaczać konflikt z UE, a zwłaszcza z największymi państwami Wspólnoty. Oczywiście, konflikt można łagodzić i udawać „pokorne cielę, które dwie matki ssie”, jak skutecznie robił to przez wiele lat premier Węgier – Viktor Orbán. Sęk w tym, że Polska jest krajem dużo większym i centralnie położonym, co utrudnia ukrywanie prawdziwych intencji. Po ponad dekadzie członkostwa w UE zaczęliśmy gospodarczo przeganiać pierwsze „stare” państwa członkowskie (Grecję i Portugalię). Nasze aspiracje z oczywistych powodów na tym się nie zatrzymywały, a to musiało zrodzić zaniepokojenie na Zachodzie.

Co najistotniejsze, mniej więcej w momencie przejęcia władzy w Polsce przez „dobrą zmianę” tzw. stara Unia z powodów wewnętrznych zdecydowała się na otwarcie konfliktu z państwami Europy Środkowej. Powód był prosty – globalizacja doprowadziła do zwiększenia nierówności, zubożenia klasy średniej i wzrostu poparcia dla partii „populistycznych”. Pracownicy państw naszego regionu byli idealnym kozłem ofiarnym, i to zarówno dla zachodnioeuropejskiego mainstreamu (zob. kampania prezydencka Emmanuela Macrona), jak i populistów (zob. kampania brexitowa). Ze względu na dysproporcję potencjału pomiędzy starą a nową UE, dotyczącą kapitału symbolicznego, dostępu do międzynarodowej opinii publicznej itd., o wiele łatwiej było zrzucić odpowiedzialność za wybuch tego konfliktu na państwa Europy Środkowej, które na dodatek dość nieroztropnie „podłożyły się” kontrowersyjnymi reformami (mowa tu zwłaszcza o Polsce i Węgrzech).

Mając to wszystko na uwadze, można stwierdzić, że strategia wybrana przez Jarosława Kaczyńskiego nie była optymalna. Nie zrobiliśmy wielkiego kroku w kierunku budowy podmiotowego państwa. Ba, nie widać go nawet na horyzoncie.

Wybór nieoptymalny, alternatywy nie widać

Czy wybór alternatywnej strategii, polegającej na rezygnacji z podmiotowego państwa i ograniczeniu suwerenności na rzecz mocniejszego włączenia się w system demokracji monitorowanej, byłby lepszy? Moim zdaniem – z perspektywy zarówno państwa, jak i obywateli – nie. Chociażby dlatego, że strategia ta zakłada sporą redukcję narodowych i indywidualnych aspiracji, które zostały przez ostatnie kilkanaście lat mocno rozbudzone w społeczeństwie, m.in. za sprawą boomu edukacyjnego.

Filozofia transformacyjnego zaciskania pasa dawała obietnicę nie tylko elitom, ale i przeciętnemu Kowalskiemu, że w końcu dościgniemy Europę. Dlatego Polacy w większości nie zrozumieliby pogodzenia się politycznych decydentów z rolą Polski jako europejskiej peryferii.

Pojawia się kolejny paradoks – to właśnie Jarosław Kaczyński, który zdaniem niektórych wyprowadza Polskę z Unii, daje Polakom poczucie, że nie są już obywatelami UE drugiej kategorii. Podkreślam – poczucie. Gdy spojrzymy na poziom płac czy wpływ Polski na decyzje UE, dostrzeżemy, że mimo wszystko nimi jesteśmy. Jednak w polityce poczucie bywa równie ważne, co stan faktyczny. Zatem strategia obrana przez Jarosława Kaczyńskiego nie okazała się optymalna, ale na horyzoncie nie widać lepszej.

Plan Morawieckiego przegrał z „piątką Kaczyńskiego”

Pora przejść do odpowiedzi na drugie pytanie .Na ile polityka publiczna prowadzona przez rząd PiS-u była zgodna z przyjętą strategią budowy silnego, podmiotowego państwa?

Niewątpliwie opracowanie i przyjęcie Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju (SOR), zwanej potocznie Planem Morawieckiego, można uznać za wyraźny sygnał mocniejszego zaangażowania państwa w prowadzenie szeroko rozumianej polityki rozwoju. Z lektury SOR-u wyłania się obraz aktywnego państwa, stymulującego z jednej stron wzrost innowacyjności polskiej gospodarki, a z drugiej redukującego nierówności społeczne i dysproporcje występujące między metropoliami a prowincją.

Plan Morawieckiego bardziej niż rozwiązania systemowe postuluje realizację konkretnych projektów. Nie znajdziemy w Strategii kwestii tj. kompleksowa reforma edukacji, służba zdrowia czy administracja publiczna. Niemniej, projekty zawarte w SOR-ze są ambitne, a ich realizacja uzależniona od bardzo sprawnego działania różnych instytucji państwa.

Rzeczywistość polityczna odbiega znacznie od treści SOR-u. Wystarczy przeanalizować sztandarowe, zrealizowane projekty rządu PiS-u. Większość z nich nie została przewidziana w Planie Morawieckiego. Program „Rodzina 500 Plus” wszedł w życie na niecały rok przed przyjęciem Strategii, a SOR nie zakładał jego rozszerzenia. Gimnazja – ustawa„likwidacyjna” została podpisana przez prezydenta Andrzeja Dudę dwa miesiące przed zatwierdzeniem SOR-u. Jeszcze wcześniej PiS wprowadził program „Leki 75+” i obniżył wiek emerytalny.

Już po wejściu w życie Strategii pojawiły się dwa duże pakiety: „piątka” Morawieckiego i „piątka” Kaczyńskiego. Trudno na kartach SOR-u doszukiwać się konkretnej zapowiedzi któregokolwiek z dziesięciu postulatów. Trzeba jednak przyznać, że trzy z nich (fundusz dróg lokalnych wraz z ogłoszonym później programem „Mosty dla regionów”, odbudowa publicznego transportu zbiorowego i  „Dostępność+”) wpisują się w filozofię Planu Morawieckiego w zakresie spójności społecznej i terytorialnej. Cała reszta – m.in.13. emerytura, rozszerzenie programu „Rodzina 500 Plus”, obniżenie stawki PIT z 18% do 17%, zerowy PIT dla osób poniżej 26. roku życia –  to obietnice należące do zupełnie innego porządku.

Równie trudno odnaleźć zbieżność najnowszego hattricka Kaczyńskiego z filozofią Planu Morawieckiego. Co prawda, głównym celem Strategii jest „tworzenie warunków dla wzrostu dochodów mieszkańców Polski przy jednoczesnym wzroście spójności w wymiarze społecznym, ekonomicznym, środowiskowym i terytorialnym”, to nie ma w niej jednak mowy o skokowej podwyżce płacy minimalnej jako narzędzia zwiększania dochodów Polaków. Strategia zakłada bowiem, że warunkiem wyższych płac w Polsce jest (w dużym uproszczeniu) dokonanie innowacyjnego skoku, który będzie możliwy jedynie dzięki istotnemu zwiększeniu stopy inwestycji do poziomu 25%. Prawdopodobnym jest, że realizacja zapowiedzi podwyżki płacy minimalnej będzie stanowić silny bodziec inwestycyjny, bowiem zachęci firmy do zastępowania pracy kapitałem. Efekt jest na tyle niejednoznaczny, a zarazem niepewny, że doszukiwanie się logicznej spójności między ostatnią propozycją prezesa Kaczyńskiego a Planem Morawieckiego jest zadaniem dość karkołomnym.

Kaczyński już wie, że państwo niewiele może

Kończąca się kadencja „dobrej zmiany” nie przyniosła nam w gruncie rzeczy odpowiedzi na pytania systemowe. W którą stronę mają iść: polityka podatkowa, ochrony zdrowia, energetyczna i klimatyczna, transportowa, przemysłowa (w tym dotycząca przemysłu obronnego), migracyjna i rynku pracy, mieszkaniowa, kulturalna czy wreszcie szeroko rozumiana polityka edukacyjna?

Duże i ambitne programy rządowe, które wymagają użycia znacznie bardziej złożonego instrumentarium i, co za tym idzie, większej koordynacji (czyli tzw. silnego państwa), ugrzęzły na początku drogi. Co jakiś czas pojawiają się nowe informacje o Narodowym Programie Mieszkaniowym („Mieszkanie Plus”), Centralnym Porcie Komunikacyjnym, stworzeniu systemu publicznego transportu zbiorowego czy wreszcie budowie elektrowni atomowej (żeby nie wspominać o elektrycznych samochodach czy autobusach). Problem w tym, że chyba nawet sami przedstawiciele obozu władzy z ręką na sercu nie mogą powiedzieć, że inicjatywy idą pełną parą. Tak samo, jak nie mogą stwierdzić, że nasze państwo jest dziś radykalnie bardziej sprawne niż przed czteroma laty, nawet jeśli publicznie przez wszystkie przypadki będą odmieniać argumentum ad VATum.

Co więcej, sama partia rządząca, pomimo posiadania bezprecedensowej większości parlamentarnej i ogromnej woli politycznej, nie zdołała przez całą kadencję dokończyć prac nad ustawą reprywatyzacyjną, ustawą medialną czy ustawą o tzw. podatku jednolitym. Jak na dłoni widać zatem, że władza wykonawcza i ustawodawcza napotykają realne ograniczenia, których nie są w stanie przeskoczyć. Choć Jarosław Kaczyński wciąż mówi o silnym państwie, to jednocześnie ma świadomość, że w wielu obszarach jest ono bezradne i nie może przeprowadzić żadnych systemowych reform. Podobnie, jak nie jest w stanie wpłynąć na zachowania jednostek.Młode Polki nie zaczęły rodzić więcej dzieci (pozytywny efekt 500+ wynikał głównie z odroczonych wcześniej decyzji prokreacyjnych roczników wyżu lat 80.). Mali i średni przedsiębiorcy pomimo szeregu zachęt nie zaczęli inwestować. W zasięgu rządu pozostają jedynie stosunkowo proste narzędzia.

Prezes PiS-u, obiecując wyższą płacę minimalną, „trzynastkę” dla emerytów czy wyższe dopłaty, a wcześniej rozdając 500 plus na każde dziecko, zdaje się mówić: „Weźcie te pieniądze i sami zadbajcie o edukację waszych dzieci! Sami zadbajcie o swoje zdrowie! Sami zorganizujcie sobie usługi opiekuńcze! Sami przeciwdziałajcie skutkom suszy!”.

Nie ma zatem wątpliwości ‒ polityka „dobrej zmiany” nie jest spójna z założeniem budowy silnego, podmiotowego i sprawnego państwa. Można powiedzieć, że hipokryzja Jarosława Kaczyńskiego to hołd, jaki występek oddaje cnocie.

Proste zmiany w atrakcyjnym opakowaniu

Czy jednak oznacza to, że prezes PiS-u odniósł spektakularną klęskę? Znowu – tak, jak w wypadku oceny adekwatności wyboru strategii przeprowadzonej w pierwszej części niniejszego tekstu ‒ odpowiedź na to pytanie jest niejednoznaczna.

Może po prostu elita partii rządzącej zrozumiała, że budowa silnego państwa w 2019 nie jest możliwa? Że państwo jest w stanie osiągać sukcesy na wąskich odcinkach pod warunkiem koncentracji zasobów, wyboru najprostszych narzędzi i opakowania ich w pudełko wielkich narracji? Czy to miks Bartłomieja Sienkiewicza i Jarosława Marii Rymkiewicza – małe zmiany wpisane w wielkie wizje? Więcej się po prostu nie da?

Może to nie przypadek, że państwa tj. Francja, Hiszpania, Niemcy,Wielka Brytania czy Włochy, a nawet państwa skandynawskie,od ponad dekady nie przeprowadziły żadnej poważnej systemowej reformy?

Oznaczałoby to, że marzenie o budowie systemu usług publicznych na miarę zachodnioeuropejskich państw dobrobytu nad Wisłą jest utopią. W takiej sytuacji zadaniem państwa powinna być koncentracja na tych obszarach, które nie mogę być urynkowione lub uspołecznione (a więc zgodnie z zasadą subsydiarności przekazane w zarządzanie przez wspólnoty niższego szczebla, w tym samorządy, organizacje obywatelskie czy nieformalne wspólnoty), a jednocześnie, na które państwo w ogóle może mieć realny wpływ.

Na pierwszy plan wysuwa się ochrona zdrowia. O ile profilaktyka zdrowotna może być uspołeczniona, to z wielu powodów służba zdrowia powinna pozostać domeną państwa. Drugim naturalnym obszarem jest ochroną środowiska. Znów możemy mówić o uspołecznieniu „profilaktyki ekologicznej”, ale tylko państwo jest w stanie poradzić sobie z problematyką zanieczyszczeń czy przeciwdziałaniami zmianom klimatycznym (w Polsce dotyczy to szczególnie polityki wodnej). Trzecim obszarem jest energetyka – jakkolwiek należy promować OZE i postawy prosumenckie, bezpieczeństwo energetyczne kraju może być zagwarantowane jedynie na poziomie ogólnokrajowym (chodzi tu o sieci przesyłowe, elektrownie itd.). Czwartą przestrzenią, która z różnych przyczyn nie może być uspołeczniona, a zarazem nie powinna być w pełni urynkowiona, jest transport, w tym szczególnie kolej. I wreszcie – polityka rozwoju regionalnego silne skorelowana z transportem, energetyką i ochroną środowiska. Pomijam kwestie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, tu bowiem nikt nie kwestionuje zasadności monopolu państwa.

Nawet w powyżej wyliczonych obszarach państwo nie będzie w stanie zająć się wszystkim. Konieczna jest klarowna delimitacja odpowiedzialności – zarówno pomiędzy władzą centralną a władzą samorządową, jak i pomiędzy państwem, rynkiem a społeczeństwem.

Co z resztą? W moim przekonaniu państwo powinno zmierzać do jak największego uspołecznienia polityki edukacyjnej i szeroko rozumianej polityki społecznej, w tym również polityki senioralnej i opiekuńczej. Może się wydawać, że w porównaniu z wcześniej wskazanym katalogiem to niewiele. Trzeba jednak pamiętać, że wspomniane polityki pochłaniają dziś niemal połowę budżetu, co stanowi najlepszy dowód na ich niebagatelne znaczenie.

Kapitan-państwo czy państwo-galernik?

W tym sensie przesłanie: „Weźcie pieniądze i zajmijcie się tym” może tak naprawdę okazać się najbardziej rozsądną reformą. Prawdopodobnie rację mają David Osborne i Ted Gaebler, którzy  wskazywali, że współczesne państwa powinny bardziej skoncentrować się na sterowaniu, czyli określaniu szeroko rozumianych warunków i standardów świadczenia usług publicznych, niż na wiosłowaniu, czyli samodzielnym dostarczaniu tychże usług. Ci autorzy już na początku lat 90. XX wieku, a więc u progu procesu upadku znaczenia i roli państw, w książce Reinventinggovernment przekonywali, że państwa w „wiosłowaniu” będą coraz bardziej bezradne.

Nie wiem, czy Jarosław Kaczyński do poduszki czytuje Osborne’a i Gaeblera. Z pewnością mniej lub bardziej intencjonalnie wprowadza w Polsce nowy model zarządzania publicznego. Jest on nie tyle słuszny, co wręcz konieczny. Starałem się zwrócić na to uwagę w eseju o solidarności międzypokoleniowej.

Obawiam się jednak, że wybór tego modelu był motywowany głównie dobrą sytuacją budżetową i kampanią wyborczą. Kiedy mityczne już wpływy z VAT przestaną rosnąć, a do Polski dopłyną fale globalnego kryzysu, może się okazać, że nastąpi kolejne przesunięcie w bliżej nieznanym kierunku, a prawdziwa filozofia prezesa Kaczyńskiego będzie bazowała na prostej chęci przekupienia wyborców.

***

Podsumowując, w ciągu dekady od wybuchu Wielkiego Kryzysu w 2008 roku załamał się ład postzimnowojenny, który umożliwił Polsce bezprecedensowy skok cywilizacyjny. W momencie, w którym nasz kraj mógł realnie zacząć budowę podmiotowego państwa w oparciu o zgromadzone przez 25 lat zasoby finansowe, ludzkie i instytucjonalne, globalne okno polityczne się zamknęło.

Szalone lata 90. XX wieku i pierwsza połowa XXI wieku, choć dały nam możliwość nadrobienia kilkuset lat opóźnień w wymiarze gospodarczym, charakteryzowały się systematycznym osłabianiem znaczenia państw na coraz bardziej skomplikowanej globalnej planszy sił i interesów. W takim klimacie postulaty wzmocnienia państwa były przyjmowane jako przejaw anachronizmu lub nacjonalizmu. Można się zatem słusznie oburzać, że żyjemy w państwie z kartonu. Zasadnym jest pytanie, czy jego budowa w polskich warunkach była w ogóle możliwa.

Jeżeli nie była – winy obciążające rządy Prawa i Sprawiedliwości, jak i poprzednich ekip, mają nieco mniejszą rangę Nie zwalnia to jednak rządzącego dziś ugrupowania i jego konkurentów z potrzeby jasnego określenia sposobu, w jaki zamierzają dalej budować państwo. O tym powinniśmy zacząć dyskutować, gdy 14 października opadnie kampanijny kurz.