Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Jakub Olkiewicz  27 września 2019

Futbol przeszyty wojną. Historia meczów, które pomogą zrozumieć Bałkany

Jakub Olkiewicz  27 września 2019
przeczytanie zajmie 7 min
Futbol przeszyty wojną. Historia meczów, które pomogą zrozumieć Bałkany Fot. PAP/EPA / KOCA SULEJMANOVIC

Poczęstunek po jednym z meczów reprezentacji Chorwacji podczas Mistrzostw Świata w 2018 roku. Gdy do mediów przedostają się obrazki z tego typu spotkań, zazwyczaj główną rolę odgrywa w nich muzyka popularna oraz kilku najbardziej rozrywkowych zawodników pląsających wesoło do niezbyt skomplikowanych tekstów o miłości. A Chorwaci? Stoją na stołach i śpiewają „Moją Domovinę” – patriotyczną pieśń, przepełnioną tęsknotą za ojczyzną, za którą wciąż trzeba walczyć. Sytuacja tak naturalna jak znajomość koli, regionalnego tańca.

Bałkany to inny świat – słyszałem to wielokrotnie od wszystkich, którzy odwiedzali ten region i mieli okazję uczestniczyć w rozgrywanych tam meczach piłkarskich. Fani stadionowej atmosfery znajdują na Bałkanach unikalne połączenie znanej z polskich stadionów zawziętości oraz charakterystyczne dla Latynosów, Greków oraz Włochów melodyjność i emocjonalność. Kluczem do zrozumienia Bałkanów wydaje się jednak bliskość tragedii z lat dziewięćdziesiątych. Tragedii, które dotknęły wszystkie strony konfliktu, począwszy od albańskich mieszkańców Kosowa, aż po belgradzkie dzieciaki kryjące się przed bombardowaniami NATO.

Dinamo Zagrzeb – Crvena Zvezda Belgrad (maj 1990)

Sport, a w szczególności piłka nożna, w politycznej walce opartej na propagandzie jest jedną z najgroźniejszych broni. Wiedzą o tym politycy, działacze klubowi, kibice. Silna identyfikacja z grupą, zakorzeniony lokalny patriotyzm, do tego emocje, często podsycane śpiewami fanatyków. Nie bez przyczyny jednym z pierwszych ruchów Rosjan urządzających po swojemu Krym były próby przyłączenia występujących tam klubów piłkarskich do ligi rosyjskiej, oczywiście już z rosyjskimi nazwami oraz rosyjskimi piłkarzami.

Budowanie tożsamości poprzez sport, ale i rozbudzanie określonych nastrojów w społeczeństwie za pomocą piłki nożnej to elementarz, który dokładnie przestudiowali Albańczycy zakładający swoje kluby np. w Macedonii Północnej, a także Węgrzy dbający o swoje kluby na Słowacji czy zwolennicy autonomii, gorąco wspierający drużyny ze swoich małych ojczyzn. Nie może więc dziwić to, co działo się i dzieje na Bałkanach już od prawie trzydziestu lat.

Symbolicznego początku powyższej sytuacji można szukać w meczu Dinama Zagrzeb z Crveną Zvezdą Belgrad, który miał miejsce 13 maja 1990 r. Chorwacja jest w ekstazie po niedawnych wyborach, w których wygrała nacjonalistyczna i dążąca do powiększania autonomii Chorwacka Wspólnota Demokratyczna. Wiatr zmian dmucha na tyle mocno, że bojowe nastroje udzielają się niemal wszystkim narodom złączonym więzami Jugosławii. W lidze jeden z największych serbskich klubów, z serbskimi nacjonalistami na trybunach, ma się udać na mecz wyjazdowy do jednego z największych chorwackich klubów, z chorwackimi nacjonalistami na trybunach.

Serbowie wjechali do stolicy regionu z okrzykami: „Zagrzeb jest serbski”. Nie zabrakło również „pozdrowień” dla Franjo Tudmana, świeżo upieczonego prezydenta Chorwacji, i innych przyśpiewek, które działały na gospodarzy jak płachta na byka. Rywale nie pozostawali dłużni – ataki kibiców Dinama na grupę wyjazdową miały miejsce praktycznie przez cały dzień, od chwili, gdy Serbowie zjawili się w Zagrzebiu, aż do momentu, gdy mecz został przerwany. Odbyło się to po szturmie, jaki gospodarze skierowali na sektory gości, którzy szybko odpowiedzieli na atak. Awantura przeniosła się na murawę.

Czy to właśnie tam tworzył się duch reprezentacji Chorwacji, która osiem lat później zdobyła brązowy medal mistrzostw świata? To oczywiście naciągana teoria, natomiast na pewno właśnie wtedy objawił się jeden z bohaterów tej drużyny. Gdy służby porządkowe zaczęły interweniować, wyjątkowo brutalnie poturbowany został kibic Dinama, obecny na murawie stadionu Maksimir. Kopnięciem z wyskoku zaatakował go Zvonimir Boban, piłkarz Dinama, późniejszy medalista mundialu.

– Znalazłem się tam ja, znana twarz gotowa zaryzykować życie, karierę i wszystko, co mogła mi dać sława, jedynie przez wzgląd na ideały. Przez wzgląd na Chorwację – wspominał po latach Zvonimir Boban w jednym z artykułów portalu weszlo.com. – Zastanawialiśmy się wówczas, gdzie jest policja? Gdzie się podziewa? Serbowie demolują nasz stadion, a oni się temu biernie przyglądają! – relacjonował piłkarz w dokumencie Last Yugoslavian Football Team.

Chorwaci mieli swoją wersję zdarzeń. Serbów umyślnie traktowano łagodniej, a służby reprezentujące aparat państwa były agresywne wobec Chorwatów, próbujących zyskać niepodległość. Oczywiście goście z Belgradu twierdzili, że to ich niewielka grupa została zaatakowana, a Boban stanął w obronie zwykłego chuligana.

Niezależnie, kogo uznamy za prowodyrów i winowajców zadymy na stadionie Dinama, trzeba przyznać, że było to zdarzenie, które na dobre rozpoczęło nową erę stosunków pomiędzy piłką nożną a polityką na Bałkanach. Te dwie sfery zawsze były ze sobą związane, jednak pierwszy raz stanowiły bitwę nadchodzącego konfliktu zbrojnego.

Serbia– Albania (październik 2014)

Choć UEFA na wszystkie możliwe sposoby stara się uniknąć takich sytuacji, w eliminacjach Euro 2016 Serbia trafiła na Albanię. Niedopatrzenie? Niewystarczająca wiedza na temat tej części świata? Zazwyczaj państwa, pomiędzy którymi trwają terytorialne spory, są rozdzielane już na etapie losowania – i tak Gibraltar nie może trafić na Hiszpanię, Ukraina na Rosję, a Armenia na Azerbejdżan.

Serbia wylosowała Albanię i od początku było wiadomo, że ten mecz nie będzie należał do spokojnych. Podjęto wszystkie możliwe środki ostrożności – z udziału w meczu wyeliminowano kibiców z Albanii, gospodarzy szczegółowo kontrolowano, na stadionie roiło się od służb porządkowych, zakazano wnoszenia wielkoformatowych flag.

Ale to przecież Bałkany. Niemożliwe nie istnieje. Było jasne, że kwestia Kosowa, co do którego oba narody roszczą sobie prawa, zostanie podniesiona we wszystkich, nie tylko piłkarskich mediach. Albańczycy będą na wszelkie sposoby podkreślać niepodległość tego terytorium, Serbowie zaś skandować, jak na każdym meczu: Kosowo jest serbskie.

Wydawało się jednak, że wobec obostrzeń stadionowych sam mecz zostanie rozegrany w spokojnej atmosferze. Być może piłkarze, z których wielu przecież ma lub miało bliskich w Kosowie, zagrają nieco ostrzej, pojawi się więcej fauli, ale cóż właściwie innego może się stać? Tego, co stało się na belgradzkim stadionie, nie mogła przewidzieć ani UEFA, ani serbska federacja, ani nikt ze środowiska piłkarskiego.

Nad murawę podczas meczu przyleciał bowiem dron z podwieszoną flagą przedstawiającą kontury Wielkiej Albanii, czyli z nacjonalistyczną wizją granic, wedle której Albania rozciąga się od Grecji, aż po tereny należące nawet nie tyle do niepodległego Kosowa, ale i do obecnego terytorium Serbii. Reakcja miejscowych kibiców, ale również i zawodników reprezentacji Serbii nie dziwiła – to mieszanka oburzenia, furii i bezsilności. Jako pierwszy flagę z drona zerwał Stefan Mitrović z drużyny gospodarzy, lecz natychmiast stracił ją na rzecz albańskich piłkarzy, którzy zaczęli jej bronić. Na murawie znaleźli się momentalnie kibice, którzy rozpoczęli regularną bójkę z zawodnikami. Trzeba przyznać, że w serii szarpanin albańscy piłkarze również wcale nie szczędzili ciosów.

Ostatecznie piłkarze gości, osłaniani przez swoich serbskich kolegów, zeszli do szatni i odmówili już ponownego wejścia na murawę. Początkowo zdawało się, że poniosą za to karę. Dość szybko udało się przywrócić porządek na belgradzkim stadionie i teoretycznie nie było przeciwwskazań, by grać dalej. W pierwszej instancji UEFA postanowiła więc ukarać obie strony – Albańczyków za zejście z boiska walkowerem, a Serbów – odjęciem trzech punktów. Efekt byłby taki, że w tabeli obie drużyny nie otrzymałyby za ten mecz żadnych punktów.

Obie strony odwołały się od decyzji do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu w Lozannie, ale uznana została jedynie skarga Albanii. Efekt? Serbia straciła trzy punkty w tabeli, Albania trzy punkty zyskała.

Albańczycy, między innymi dzięki odniesionemu w dość interesujący sposób zwycięstwu, zdobyli awans na Euro 2016. Ile daje wizerunkowo i propagandowo występ własnej reprezentacji z niewielkiego przecież państwa na Mistrzostwach Europy? Trudno go wycenić, ale sporo mówi fakt, że z pilotem drona znad belgradzkiego stadionu fotografowali się nawet zawodnicy reprezentacji Albanii.

Kosowo – Albania, Chorwacja – USA, Albania – Bośnia i Hercegowina

By poznać układ sił, sympatii i antypatii na terenie państw byłej Jugosławii, warto sprawdzić, z kim piłkarskie reprezentacje poszczególnych państw rozgrywały pierwsze mecze. Tradycja odbywania tego typu spotkań, nastawionych na budowanie określonej tożsamości, sięga pewnie lat trzydziestych XX wieku. W poszczególnych państwach europejskich bez przeszkód funkcjonowały zespoły reprezentujące mniejszości narodowe żyjące w obrębie danego kraju. Przykładem może być Polska. Już wtedy Niemcy traktowali swój 1. FC Katowice jako sposób na konsolidację grupy etnicznej wokół projektu niespecjalnie kryjącego się z nacjonalistycznymi poglądami jego sympatyków.

Lata mijały, a sposób działania się nie zmieniał, czego najlepszym świadectwem były Bałkany lat dziewięćdziesiątych. Jeszcze zanim Chorwacja formalnie proklamowała niepodległość i Kosowo w ogóle mogło zacząć marzyć o wywalczeniu pełnej autonomii, „zaprzyjaźnione” państwa przysłały swoje sportowe reprezentacje, by podkreślić niezależność nowopowstałych podmiotów od Jugosławii. W taki sposób już w 1993 roku Kosowo oficjalnie wystąpiło w meczu sparingowym, a rywalem okazała się, cóż za niespodzianka, Albania. Mecz rozegrano w Tiranie. Wówczas nie było jeszcze możliwości, by zorganizować tego typu show w Prisztinie, ale Albańczycy wykonali pierwszy krok. Kosowo przegrało 1:3, ale w świadomości ludzi z tej części świata zaistniało jako twór odrębny od Jugosławii i Albanii.

Sparingi z Albanią towarzyszyły też kolejnym ważnym momentom w historii regionu. Po towarzyskim meczu w 1993 roku Kosowo przyjęło Albańczyków również w 2002 roku, po zakończeniu wojny oraz w lutym w 2010 roku, gdy zaczęło intensyfikować działania na rzecz pełnej niepodległości. Te spotkania powtórzono jeszcze w 2015 i 2018 roku. Na 17 towarzyskich meczów w historii piłkarskiej reprezentacji Kosowa pięć rozegrano z Albańczykami.

Podobnie ofiarnie Albania podeszła do Bośni i Hercegowiny, z którą stoczyła dwa pojedynki w 1995 i 1996 roku, najpierw goszcząc Bośniaków w Tiranie, a następnie odwiedzając ich w Zenicy. Ominął ich za to mecz z Chorwacją. Do Zagrzebia zaproszono zespół jeszcze bardziej znamienity – reprezentację Stanów Zjednoczonych. Czy stosunki na linii Belgrad–Waszyngton, Belgrad–Zagrzeb oraz Zagrzeb–Waszyngton miały wpływ na wybranie stolicy Chorwacji na miejsce kolejnego sparingu USA? W dodatku akurat w 1990 roku, gdy Zagrzeb szykował się do roli stolicy niepodległego państwa? Według chorwackiej gazety Jutarnji List kluczowe było środowisko lokalnego biznesu, ale czy to właściwie cokolwiek zmienia w wydźwięku spotkania?

Na meczu oficjalnie zaprezentowano nowe koszulki Chorwacji. Widnieje na nich biało-czerwona szachownica, nawiązująca się do herbu państwa. Chorwatów na trybunach oklaskiwało 30 tysięcy kibiców. Gdy na tym samym stadionie zaledwie kilka miesięcy wcześniej grała reprezentacja Jugosławii, lokalni kibice dopingowali Holendrów, wcześniej gwiżdżąc podczas hymnu.

***

Niezależnie od tego, w który kąt Bałkanów zajrzymy – podobnych historii usłyszymy wiele. Shkendija Tetowo, klub albańskiej mniejszości na terenie Macedonii Północnej, jawnie odwołuje się do idei Wielkiej Albanii, co oczywiście budzi wściekłość kibiców ze Skopje. Żrinjski Mostar to z kolei klub Chorwatów na terytorium Bośni i Hercegowiny – nawet w herbie posiada słynną szachownicę, a kibice podczas przerw reprezentacyjnych dopingują właśnie Lukę Modricia i jego kumpli, a nie Bośniaka, Edina Dżeko. W innej części tej samej Bośni funkcjonuje Borac Banja Luka – klub Serbów, który do sąsiedniego państwa odwołuje się i w herbie, i na trybunach.

Kluby to jeden fragment historii, sami zawodnicy – drugi. Specyfika losów ludzi w tym regionie sprawia, że nawet urodzony i wychowany w Luksemburgu zawodnik może na każdym kroku podkreślać swoje przywiązanie do ojczyzny. Najciekawszy przypadek? To Xerdan Shaqiri (gwiazda reprezentacji Szwajcarii), który nawet na swoich butach piłkarskich polecił naszyć flagi Kosowa i Albanii, oczywiście obok tradycyjnego helweckiego krzyża.

Shaqiri, pochodzący z rodziny albańskich uchodźców z Kosowa, czuje więź z obiema „nowymi-starymi” ojczyznami. Co prawda, nie skorzystał z prawa zmiany reprezentacji, ale swoje przywiązanie do Kosowa pokazuje na każdym kroku. Po meczu Szwajcarii z Serbią na Mistrzostwach Świata w 2018 roku zaprezentował dłońmi gest orła, co uznano za prowokację podobną do słynnego drona. Shaqiri i Xhaka, Szwajcarzy z albańskimi korzeniami, zostali wówczas ukarani grzywną, groziło im nawet wykluczenie z kolejnych meczów mundialu. Dlaczego właściwie to zrobili? Na Bałkanach po prostu nie ma ludzi obojętnych.

Wojna, a raczej dziesiątki wojen i mniejszych konfliktów, jest wciąż zbyt świeżym wspomnieniem, by nie miała wpływu na piłkarzy i kibiców. Politycy, w których interesie jest podsycanie, a nie gaszenie tego typu konfliktów, jeszcze długo będą tę sytuację wykorzystywać.