Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Kaszczyszyn  5 września 2019

Życiowe mądrości wujka Kazka. Recenzja „Polityki” Patryka Vegi

Piotr Kaszczyszyn  5 września 2019
przeczytanie zajmie 3 min

Co nakręcił nam Patryk Vega? Mówiąc najkrócej: wulgarno-prymitywny moralitet o polityce na poziomie sylabusa z pierwszego roku politologii. Albo kinową ekranizację imieninowego spotkania u wujka Kazka, gdzie anegdota goni anegdotę, a każda tylko mądrzejsza i głębsza od poprzedniej.

Jak w praktyce wyglądała wulgarno-prymitywna cześć filmu? O tym można się było już przekonać w trailerze. Na kinowym ekranie było tylko tego jeszcze więcej, momentami jeszcze brutalniej i odrzucająco. Generalnie Vega kontynuował  zabawę we własnej estetyce „brutalizmu-realizmu” znanej z poprzednich filmów, co z faktycznym realizmem społecznym nie ma wiele wspólnego.

A część moralizatorska? Całą „Politykę” można skwitować jako autorską wariację wokół cytatu, który pamiętam jeszcze z maturalnego vademecum do wiedzy o społeczeństwie (żeby nie umniejszać Vedze – poziom rozszerzony). „Każda władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie” – tak stwierdził brytyjski myśliciel Lord Acton, którego nazwisko pada na zajęciach z historii myśli politycznej jeszcze na pierwszym roku politologii lub kierunków pokrewnych. I wokół cynicznie zwulgaryzowanej interpretacji tego cytatu zbudowany jest cały film.

Vega stworzył podział na tych, co do tej polityki wchodzą z zewnątrz i na tych, którzy działają w niej już od dawna. „Świeżacy” (postaci ewidentnie wzorowane na Beacie Szydło i Bartłomieju Misiewiczu oraz postać młodej dziennikarki z filmowego odpowiednika Telewizji Trwam) przed wkroczeniem w moralne bagno polityki mają swój kręgosłup moralny, jakiś etos, zasady, wartości. Szybko jednak zostają przemieleni przez politycznego Lewiatana (postaci-symbole Jarosława Kaczyńskiego, Grzegorza Schetyny i Tadeusza Rydzyka), który ten kręgosłup niszczy, a następnie zostają oni z polityki wypluci.

Czy taki obraz polityki jest prawdziwy? Oczywiście, że nie. Ale ten bieda-makiawelizm ma jedną podstawową zaletę – jest czysto populistyczny, niejako plebejski. Bo czy taka prostacka gadanina, że w tej polityce to tylko syf, korupcja i łamanie życiorysów czegoś Wam nie przypomina? Przecież „Polityka” to po prostu kinowa ekranizacja życiowych mądrości wujka Kazka wygłaszanych po drugiej butelce Żubrówki w trakcie imienin u babci. Vega mówi więc ludziom to, co już wiedzą, puszcza im piosenki, które już znają.

Czy przed seansem należało się spodziewać więcej? W żadnym wypadku. Aczkolwiek w trakcie filmu był moment, kiedy Vega mógł pójść autentycznie dalej, zatrzymać karuzelę rechotu i spróbować powiedzieć coś na poważnie. Chodzi mi tutaj o ostatnią część filmu, tę poświęconą postaci Stefana Drzewieckiego, który po tym jak jego samochód zostaje staranowany przez rządową kolumnę, trafia na listy wyborcze do Sejmu ugrupowania przypominającego Platformę Obywatelską.

Dlaczego ta postać jest tak istotna? Nie wiem czy Vega zrobił to celowo, ale wzięcie do roli „everymana”, uczciwego człowieka z ulicy, który na kilku kartkach wyrwanych z zeszytu spisuje swój program wyborczy, następnie wyrzucony do kosza przez filmowego Grzegorza Schetynę,  Daniela Olbrychskiego – symbol kina Andrzeja Wajdy, to mógł być mocny i czytelny sygnał. Tym bardziej, że zanim Vega kazał Olbrychskiemu pokazać pośladki w scenie inauguracji nowej kadencji Sejmu (hehe, ale śmieszne), postać przez niego grana budziła niejasne skojarzenia z epoką „porozciąganych swetrów”, z inteligentami z lat 80., z „Solidarnością”, z tymi wszystkimi rolami, które Olbrychski zagrał w romantyczno-realistycznych rozprawach Wajdy z Polską i polskością.

I nawet ten cytat z postaci wzorowanej ewidentnie na liderze Koalicji Obywatelskiej, która stwierdza, że demokracja to dwa na********jące się ze sobą ule, miała symboliczny potencjał, w połączeniu z marszałkowską laską-narodowym kaduceuszem, którą dzierży Olbrychski w ostatniej scenie filmu. Bo czy nie jest tak, że wojna polska-polska to po prostu kolejna odsłona doskonale nam znanego chocholego tańca?

Niestety wygrał prymitywny rechot. I najbardziej agresywne lokowanie produktu, jakie widziałem w kinie.