Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Jan Sadkiewicz  23 sierpnia 2019

Latarka w mroku geopolityki. Wokół publicystyki międzynarodowej Adolfa Bocheńskiego

Jan Sadkiewicz  23 sierpnia 2019
przeczytanie zajmie 16 min

Filiacja ideowa Adolfa Bocheńskiego wobec szkoły krakowskiej jest oczywista. Przedwojenny publicysta czerpał też z dorobku teoretycznego Romana Dmowskiego oraz z praktyki politycznej Józefa Piłsudskiego. Wiele zawdzięczał konserwatystom związanym z wileńskim „Słowem”: Władysławowi Studnickiemu i Stanisławowi Mackiewiczowi. Bocheński nie tylko przewidział pakt Ribbentrop-Mołotow, ale i trafnie wskazał łańcuch prowadzących do niego przyczyn. Dostarczył rządzącym analiz prawidłowo wskazujących przyczyny i skutki możliwych działań. Jego błędy nie falsyfikują sformułowanych wcześniej teoretycznych założeń, podobnie jak fałszywości twierdzenia Pitagorasa nie dowodziłoby odkrycie, że jego autor kiedyś pomylił się w dodawaniu.

Jednym z większych nonsensów padających na marginesie dyskusji o dylematach polityki zagranicznej II Rzeczypospolitej jest twierdzenie, jakoby brawura Adolfa Bocheńskiego na polach bitew drugiej wojny światowej, przypłacona w końcu bohaterską śmiercią, miała być jakąś formą ekspiacji za błędy jego przedwojennych analiz politycznych. Lansowana przez niego idea zbliżenia polsko-niemieckiego miała rzekomo wynikać ze złej oceny stojących przed Polską szans i zagrożeń. Czasami sugeruje się nawet między wierszami jakiś związek tej koncepcji z niepowodzeniami polskiej polityki zagranicznej lat 1938‒1939.

Niewątpliwie u źródeł tej legendy leżą zgodne relacje towarzyszy broni Adolfa o jego poświęceniu i odwadze. „Z tej wojny i tak uczciwy człowiek nie ma prawa wracać żywy” – miał mówić przyjaciołom. Kto jednak jako pierwszy powiązał tę pogardę śmierci z rzekomym plonem przedwojennej publicystyki Bocheńskiego – trudno powiedzieć. W każdym razie Stefan Kisielewski rozpowszechnił tę wersję w swoim Abecadle… i pozostaje ona odtąd w arsenale pozamerytorycznych argumentów przeciwników orientacji niemieckiej II RP.

Aleksander Bocheński, brat, przyjaciel i strażnik pamięci Adolfa, przyjmował takie sugestie ze złością (zresztą wszystkie trzy notki Kisiela o Bocheńskich uważał za łgarstwa, oszczerstwa i bzdury). Po pierwsze – dowodził Aleksander – Adolf był głęboko wierzącym katolikiem i wiedział, że samobójstwo jest grzechem śmiertelnym. Po drugie, znany był ze swej troski o podkomendnych, gdyby więc zamierzał się wysadzić na minie niemieckiej, nie zabierałby ze sobą sierżanta, który zginął wraz z nim. Przede wszystkim jednak, czego już Aleksander wprost nie podnosił, człowiek, który nie tylko przewidział pakt Ribbentrop-Mołotow, ale i trafnie wskazał łańcuch prowadzących do niego przyczyn, nie miał powodów, by wstydzić się swoich analiz.

Uczeń na miarę mistrzów

Jego autorytet w dziedzinie polityki zagranicznej już w pierwszej połowie lat 30. został bez większych zastrzeżeń uznany w grupie „Buntu Młodych” (której nie brakowało przecież wybitnych umysłów).

Zmysł strategiczny, szybkość orientacji i kojarzenia faktów, pamięć oraz erudycja pozwoliły mu, mimo młodego wieku, wziąć na swoje barki zadanie stworzenia koncepcji, którą koledzy przyjęli za swoją i wobec której zajęli (przede wszystkim brat Aleksander) lojalne stanowisko heroldów i obrońców w prasowych utarczkach i polemikach.

Nie znaczy to bynajmniej, by Adolf wszystko zawdzięczał własnemu talentowi. Filiacja ideowa wobec szkoły krakowskiej jest oczywista. Bocheński czerpał także z dorobku teoretycznego Romana Dmowskiego oraz z praktyki politycznej Józefa Piłsudskiego. Wiele zawdzięczał konserwatystom związanym z wileńskim „Słowem”: Władysławowi Studnickiemu i Stanisławowi Mackiewiczowi.

Obaj zaliczali Adolfa do swojej szkoły politycznej, on sam również określał się mianem ich ucznia. Wszystkich trzech łączyło przekonanie o istnieniu „praw” rządzących polityką międzynarodową, ale też w publicystycznej praktyce każdy poszedł swoją ścieżką. Bocheński przewyższał swych mistrzów głębią rozważań dotyczących zagadnień stricte politycznych, nie przywiązywał natomiast większej wagi do analizy czynników ekonomicznych, co było domeną Studnickiego, ani do formułowania wskazań taktycznych, w czym celował Mackiewicz. Tym różnicom zawdzięczamy nota bene kompleksowość stworzonej w latach 30. koncepcji porozumienia polsko-niemieckiego, o której nie sposób mówić bez znajomości dorobku jej wszystkich trzech czołowych rzeczników.

Chłodne okrucieństwo geopolitycznej kalkulacji

Swoją doktrynę Adolf wyłożył w książce Między Niemcami a Rosją, odpowiednich partiach broszury programowej swojego środowiska oraz oczywiście na łamach „Buntu Młodych” i „Polityki”. Opierała się ona na szeregu wspomnianych „praw” polityki, spośród których dwa: reguła stosunków rosyjsko-niemieckich oraz zasada relatywizmu politycznego – miały kluczowe znaczenie.

Wśród pozostałych trzeba wymienić: zasadę zmienności, regułę silniejszego sojusznika, ogólny schemat antagonizmów oraz zasadę koncentracji na jednym przeciwniku. Analizę dopełniało uwzględnienie konsekwencji zjawiska pozostającego poza sferą oddziaływania środkami politycznymi, mianowicie siły europejskich nacjonalizmów. Definicje wymienionych „praw” (z wyjątkiem zasady zmienności) oraz wyprowadzaną z nich argumentację znajdzie Czytelnik w wydanym właśnie przez Wydawnictwo Universitas zbiorze Niemcy, Rosja i racja stanu. Wybór pism 1926-1939, stąd nie będziemy ich tutaj streszczać..

Wywody Adolfa prowadziły różnymi drogami do szczęśliwie niesprzecznych ze sobą wniosków, mianowicie:

1) dla podtrzymania antagonizmu niemiecko-sowieckiego Polska powinna stanąć po stronie Rzeszy;

2) Polska powinna zająć sprzyjające stanowisko wobec wszelkich możliwości rozbicia Związku Radzieckiego, w tym ewentualnej wojny sowiecko-niemieckiej.

Warto dodać, że obok „wielkiego planu” rozbicia ZSRR program Bocheńskiego obejmował także „mały plan” – częściowego rozbioru Czechosłowacji, której ustalony w Wersalu kształt uważał za przeszkodę dla politycznej reorganizacji Europy Środkowej po myśli Rzeczypospolitej. Ten bezlitosny stosunek do integralności południowego sąsiada kłaść można na karb specyficznego „dualizmu” Adolfa, polegającego na łączeniu idealizmu w życiu prywatnym ze ścisłą i „okrutnie chłodną” inteligencją w analizie politycznej.

Podobnie bez sentymentów odrzucał inne miłe polskiemu sercu koncepcje polityczne, na przykład sojusz z Zachodem (mimo że był wielbicielem kultury francuskiej). Wytykał rodakom fetyszyzowanie źle rozumianej niepodległości, gdy priorytetem powinna być siła państwa.

Nie łudził się też, że bezpieczeństwo Polski może zostać zapewnione przez „Międzymorze”; „zawsze się wyśmiewał – wspominał Aleksander – że chcą się oprzeć o morze. Mówił: »Opierając się o morze, wpadniecie do wody«”. Za podstawowe zagadnienie polityki polskiej uważał stosunki niemiecko-rosyjskie. Z ludźmi, którzy nie rozumieją, że to one decydują o losie Polski, „nie można – twierdził – (…) na serio mówić o polityce, podobnie jak o niedawno przeczytanej książce nie sposób mówić z kimś, kto nie zna liter: »a, b, i c«”.

To stanowisko było zresztą efektem pewnej ewolucji poglądów.

Pochwała wojny

W połowie lat 20. bracia Bocheńscy odrzucali porozumienie z obydwoma wielkimi sąsiadami. Gotowi byli, owszem, popierać Ukrainę i Gruzję przeciw Rosji, ale i Czechy przeciw Niemcom. Za kluczowy problem polityczny uważali wtedy panujący w polskim społeczeństwie „pacyfizm”. Wojna – przekonywali w swej debiutanckiej broszurze – jest zjawiskiem stale towarzyszącym dziejom zbiorowisk ludzkich; nie zmieniło tego wprowadzenie republik, rzekomo mniej wojowniczych od monarchii, nie zmienią tego hasła pacyfistyczne, instrumentalnie wykorzystywane przez stronę zwycięską dla zabezpieczenia zdobyczy.

„Między narodami – konkludowali – jak w naturze, istnieje walka o byt o podłożu nieświadomym”; (…) „ten między nimi, który czy to z powodu religii, czy charakteru, czy fałszywego rozumowania, czy nareszcie przypadku przestanie szukać zdobyczy i pozwoli sąsiadom się wzmocnić i wybrać im dogodną dla nich chwilę rozprawy, (…) musi zniknąć z listy wolnych narodów”.

Tej prawdy nie uznawano nad Wisłą, co stanęło na przeszkodzie wykorzystaniu, nadarzających się jeszcze w XVII wieku, okazji do pognębienia osłabionych sąsiadów. Ci z kolei, niedotknięci „trądem pacyfizmu”, z żadnej okazji nie rezygnowali. W efekcie to Polsce stale wypowiadano wojnę – Polska zaś nigdy.

„Stan ów jednak nie staje się być dziwnym; naród bowiem, który polityki zagranicznej nie prowadzi, sojuszów nie zawiera, nie jest gotów nie tylko na rozpoczęcie akcji zaczepnej w interesie sprzymierzeńców, ale i w swej własnej obronie, naród taki nie zasługuje na co innego, jak wrogą koalicję” – pisali bracia w „Tendencjach samobójczych narodu polskiego”.

Nie dość – ubolewali Bocheńscy – że postawa ta doprowadziła w końcu do upadku państwa, to jeszcze znalazła apologetów. Najbardziej obiecująca w nowożytnej historii inicjatywa polityczna – próba osadzenia na tronie moskiewskim Dymitra Samozwańca – została potępiona jako awantura paru magnatów. Wśród Polaków – podsumowywali – zapanowała wiara, że wojny można uniknąć, jeśli się jej samemu nie wypowie, a wraz z nią niechęć do przymierzy zaczepnych, do „mieszania się” w sprawy sąsiadów, do wyprzedzającego uderzenia.

Pochwała wojny agresywnej przetrwała ewolucję poglądów Bocheńskich przełomu lat 20. i 30. i uzupełniła koncepcję geopolityczną „Buntu…” i „Polityki”. Co prawda Adolf uchylił się od jej otwartego poparcia w Między Niemcami a Rosją, ale już nie na łamach gazet. Jeszcze silniej zagrzewał do niej Aleksander; te wezwania zbiegły się w czasie z premierą książki Adolfa, co zważywszy na ich ścisłą współpracę oraz wagę, jaką przykładali do taktyki publicystycznej, uprawdopodabnia hipotezę, że nie był to wyraz różnicy poglądów, ale kalkulacji obliczonej na maksymalny efekt propagandowy.

„Jednym z nieszczęść naszych dziejów – pisał na łamach wileńskiego „Słowa” Aleksander – było to, że zawsze czekaliśmy, aż Rosja załatwi się albo pogodzi z różnymi sąsiadami i zabierze się do nas, miast narzucić jej walkę w chwili, gdy była najsilniej związana gdzie indziej”. „Czy pozycja [„buforu kolczastego” między Niemcami a Rosją] – pytał już dwa lata wcześniej zwolenników polityki „równowagi” – nie spowoduje prędzej lub później nowego Rapalla i nieuchronnej koalicji przeciw nam? Czy nie lepiej skorzystać z tak rzadkich w historii chwil walki niemiecko-rosyjskiej, by definitywnie, raz na zawsze pozbyć się jednego z groźnych sąsiadów, tak jak Włochy pozbyły się Austrii?!”.

Realizm polityczny par excellence

Czy lepiej bić się z jednym sąsiadem w sojuszu z drugim, czy z obydwoma jednocześnie? Rozstrzygnięcie tego dylematu, dla Bocheńskich oczywiste, stanowi twardy orzech do zgryzienia dla krytyków niemieckiej orientacji II RP, podobnie zresztą jak i inne mechanizmy polityki, na które wskazywał Adolf w swoich wywodach. Najłatwiej jego koncepcje odrzucić in toto pod pretekstem bądź to „poczucia winy”, którą rzekomo chciał zmazać na froncie, bądź niedocenienia zbrodniczych ideologii sąsiadów, które miały unieważniać „normalne” kalkulacje polityczne, bądź archaiczności metody opartej na analogiach historycznych, dobrej może dla wyrafinowanego świata XIX-wiecznej dyplomacji, ale nie dla dynamicznego XX stulecia.

Tymczasem te pozorne zarzuty wskazują, że w przypadku Bocheńskiego mamy do czynienia z realizmem politycznym par excellence. Analogia historyczna, która bynajmniej nie każe wynajdywać przypadków absolutnie do siebie podobnych, jest jego podstawowym narzędziem użytkowania doświadczeń dziejowych dla teraźniejszości i dochodzenia do twierdzeń natury ogólnej.

Realizm właśnie każe tłumaczyć zachowania państw stosunkiem sił między nimi, a nie ich wewnętrznym ustrojem czy strukturą społeczną. Realiści nie dzielą państw według kryteriów etycznych czy estetycznych, ale wyłącznie wedle kryterium potęgi, której zwiększanie pozostaje też podstawowym motorem ich działań na arenie międzynarodowej, silniejszym niż wszelkie ideologie. Ani rok 1914, ani 1918, 1939, 1945 czy 1989 nie jest w nurcie realistycznym cezurą domagającą się nowego paradygmatu analiz politycznych.

Wręcz przeciwnie, jego wartość leży w tym, że dobrze (na tyle dobrze, na ile to możliwe w naukach politycznych) wyjaśnia zachowania tak napoleońskiej Francji, jak i wilhelmińskich Niemiec czy stalinowskiej Rosji. Gdy w wykładach współczesnego amerykańskiego klasyka realizmu prof. Johna Mearsheimera, z którymi objeżdża on świat od Kanady po Chiny, słyszy się tezy jakby żywcem wyjęte z przykrytej warstwą kurzu publicystyki Bocheńskiego, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z karygodnym marnotrawstwem rodzimego dorobku.

Nie znaczy to bynajmniej, by koncepcjom Adolfa nie należała się krytyka. Zarzuty formułowali nawet jego ideowi przyjaciele, podzielający przekonanie o konieczności zbliżenia polsko-niemieckiego. Zdaniem Studnickiego Bocheński za mało uwagi poświęcił czynnikom gospodarczym i demograficznym. Mackiewicz z kolei wytykał przecenianie siły nacjonalizmów białoruskiego i ukraińskiego oraz przesadne skupienie na stosunkach bilateralnych z poszczególnymi sąsiadami przy zaniedbaniu refleksji ogólnej. Zarówno Catowi, jak i Studnickiemu brakowało u młodszego kolegi strukturalnego rozwiązania problemu stosunków polsko-niemieckich, którym dla pierwszego była koncepcja sojuszu kontynentalnego (polsko-francusko-niemieckiego), a dla drugiego idea bloku środkowoeuropejskiego.

Dorobek bez rozliczenia

Przedwczesna śmierć Adolfa pozbawiła nas jego własnego, dojrzałego rozliczenia z koncepcjami przedwojennymi. Spekulacje na temat tego, co by zrobił czy pisał po 1945 roku, mogli snuć jego przyjaciele, ale tu już w grę wchodziła swego rodzaju rywalizacja o rolę depozytariusza dorobku ideowopolitycznego bohatera spod Ankony między tymi, którzy zdecydowali się zostać na Zachodzie, a tymi, którzy wybrali działalność w Polsce ludowej.

W związku z tym niemożliwą już do jednoznacznego rozwikłania zagadką pozostaną ewidentne sprzeczności w spuściźnie Bocheńskiego. Zaliczanie integralności terytorialnej do imponderabiliów trudno pogodzić z tezą o konieczności ofiary dla osiągnięcia strategicznego celu. Stawiając w pewnych miejscach formalną niepodległość ponad realną siłę państwa Adolf sprzeniewierzał się przez siebie samego postulowanym kryteriom analiz politycznych. Nie sposób wreszcie zrozumieć jego optymizmu wiosną 1939 roku w kontekście spisanych wcześniej przewidywań dotyczących konsekwencji sojuszu z Zachodem i przystąpienia Polski – ze Związkiem Radzieckim na tyłach – do bloku antyniemieckiego.

Bocheński bowiem, w przeciwieństwie do Studnickiego i Mackiewicza, do końca pozostał zwolennikiem polityki Becka, a sojusz z Anglią uznał za tej polityki triumf, choć połączony z bankructwem jego własnej linii proniemieckiej. Jednocześnie przerażał go antyniemiecki szał prasy polskiej, a wojnę z Rzeszą oceniał jako straszliwe niebezpieczeństwo.

Kluczy do wyjaśnienia tych sprzeczności może być kilka i żaden nie jest doskonały. Jednego dostarcza nam relacja Aleksandra Bocheńskiego o okolicznościach powstawania Między Niemcami a Rosją: „Zakończenie dzieła, zawierające program współpracy z Niemcami, zostało odesłane przez Giedroycia, gdyż jego zdaniem nie mogło być publikowane bez obawy wyzyskania go przez antypolską propagandę. Wtedy Adolf napisał Polską doktrynę Monroego, która zawiera nagłówki paragrafów (…) pokrywające się najzupełniej z tezą „równowagi” MSZ, a pod tym (…) wprost odwrotne zasady”. Adolf nie zawsze więc mógł wprost wyrazić to, co myślał.

Z pewnością nie od rzeczy jest twierdzenie, że Bocheński przeceniał siłę państwa polskiego, choć mamy też dowody, że zdawał sobie sprawę z jego ograniczeń. „Przy stosunku sił do «zachłannych sąsiadów» takim jak 1 do 8 – pisał w 1936 – musimy sobie zdawać sprawę z wagi konstelacji międzynarodowej dla przyszłości państwa”.

Innego wytłumaczenia można szukać w spokojnym charakterze naszego bohatera. Cholerycy Mackiewicz i Studnicki z irytacją reagowali na każde odstępstwo MSZ od linii „Słowa”, a w pierwszych miesiącach 1939 roku wręcz szaleli z niepokoju. Bocheński wzloty i upadki polskiej polityki zagranicznej przyjmował z podobną pogodą ducha, z jaką później wyruszał na „wycieczki” z oblężonego Tobruku.

Ten spokój wypływać mógł z niewzruszonego przekonania o sile racji stanu jako czynnika decydującego o polityce państw.

„Wojna z Niemcami byłaby dziś strasznym nieszczęściem dla Polski ze względu na sąsiedztwo Rosji – pisał Adolf do brata wiosną 1939. – Na szczęście jednak byłaby również nieszczęściem dla Niemiec, więc zdaje się, że możemy być dość spokojni, że nie wybuchnie”. Diagnoza była słuszna – rozpętanie wojny z Polską było z punktu widzenia niemieckiej racji stanu błędem, za który Rzesza odebrała z czasem surową, acz zasłużoną karę. Marne to jednak pocieszenie dla ofiary agresji.

Opanowaniu Bocheńskiego mógł sprzyjać fakt, że nie był skazany na bierne przyglądanie się kryzysowi, ale działał (na miarę swoich możliwości) na rzecz jego rozwiązania. W czerwcu 1939 roku wyjechał na Węgry. „Wysyła mnie M.S.Z. – donosił siostrze – głównie abym pilnował rozmaitych innych polaczyszków, którzy też jadą (…), aby nie gadali za dużo bzdur antyniemieckich. Mam wygłosić dwa odczyty: jeden w Debreczynie i jeden w Budapeszcie na temat stosunków polsko-niemieckich”.

Z podobna misją, „ale to już zdaje się bez endeckich jołłopów”, chciano go wysłać do Włoch, co brał za dowód, jak „niełatwo dziś znaleźć w Polsce ludzi, którzy by odważali się jako tako przyzwoicie mówić o stosunkach polsko-niemieckich”. Konsultacjom z Pałacem Brühlowskim przypisywał także opublikowany pod koniec maja artykuł Niemcy – Polska – Rosja. Być może liczył na to, co sugerował także jego brat Aleksander, że ofertę brytyjską dla Polski uda się instrumentalnie wykorzystać dla odnowienia linii porozumienia z Niemcami na korzystnych dla Polski warunkach. To okazało się już jednak wówczas niemożliwe.

Cat-Mackiewicz wołał po wojnie, że to Adolf Bocheński powinien był być naszym ministrem spraw zagranicznych. Nie podzielam tego zdania. Był przenikliwy w diagnozie, ale zbyt niesforny w zachowaniu („swawolny Dyzio” – jak skwitował Giedroyc niesławny koniec jego

kariery dyplomatycznej). Był też – dodajmy szeptem – zbyt odważny na ministra spraw zagranicznych.  Ale to nie na jego barkach spoczywał ciężar odpowiedzialności za państwo.

On swoją rolę jako publicysta spełnił. Dostarczył rządzącym analiz prawidłowo wskazujących przyczyny i skutki możliwych działań. Wartość jego teoretycznego dorobku leży w tym, że pozwala on na ocenę także jego własnych konkretnych twierdzeń czy ocen. Jego błędy nie falsyfikują sformułowanych wcześniej teoretycznych założeń, podobnie jak fałszywości twierdzenia Pitagorasa nie dowodziłoby odkrycie, że jego autor kiedyś pomylił się w dodawaniu.

Wspomniany Mearsheimer teorię polityczną porównuje do latarki w ciemnym pokoju, która, nawet jeżeli nie oświetli wszystkich zakamarków, może nam pomóc w bezpiecznym poruszaniu się w ciemności. Publicystyka polityczna Bocheńskiego do dziś pozostaje takim narzędziem, które dobrze zabrać ze sobą, wyruszając w gąszcz polityki międzynarodowej.

Tekst niniejszy to zredagowana i pozbawiona przypisów wersja artykułu wstępnego pt. „Zagadka Bocheńskiego”, który otwiera wydanu właśnie nakładem Wydawnictwa Universitas wybór pism Adolfa Bocheńskiego pt. „Niemcy, Rosja i racja stanu. Wybór pism 1926-1939”. Tytuł, śródtytuły, lead i „w skrócie” pochodzą od redakcji klubjagiellonski.pl. Niniejszy przedruk jest możliwy dzięki uprzejmości Autora. Zachęcamy do zakupu książki bezpośrednio u Wydawcy.