Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Rzeczycki  16 sierpnia 2019

Zamiast rozmowy „podpierdolki”, mesjanizm i list do narodowców. Recenzja książki Piotra Stankiewicza „My fajnopolacy”

Michał Rzeczycki  16 sierpnia 2019
przeczytanie zajmie 5 min

Do krytyki wad narodowych należy podchodzić ostrożnie. Bardzo łatwo wpaść w koleiny bezzasadnych uogólnień, narzucania na obraz zbiorowości prywatnej niechęci lub wmawiania ludziom, że posiadają jakieś cechy, których w gruncie rzeczy nie mają. Oczywiście cel takich rozważań może być słuszny. Nic tak dobrze nie robi trzeźwości patrzenia na świat, jak rzetelny rachunek sumienia. Jednak ich metodologia nie raz już bywała albo niejasna, albo fałszywa. Aby taka praca stała się wiarygodna, konieczne jest obejrzenie przedmiotu, w tym wypadku nas samych, z kilku perspektyw. Dzięki temu będzie można stwierdzić, że dany tekst jest czymś więcej niż wyłącznie zbiorem osobistych wrażeń autora z życia w Polsce.

Rzetelna próba opisania wad całego narodu nie powinna poprzestawać na samym wyliczeniu naszych przewin i złych nawyków. Samo mówienie, że się kłócimy to za mało. A gdzie się nie kłócą? Wołanie o więcej życzliwości to równie jałowe przedsięwzięcie. A kiedy to życzliwości było za dużo? Diagnoza objawów domaga się uzupełnienia poprzez podanie przyczyny, która wyjaśni, dlaczego jest tak źle.

Piotr Stankiewicz w książce My fajnopolacy, napisanej na trzydziestolecie istnienia III RP, podjął się niebanalnej próby diagnozy stanu polskiego życia zbiorowego. Pora na rachunek sumienia jest więc bardzo dobra. Rocznice zawsze stanowią dogodną okazją do spojrzenia na dotychczasowy dorobek, a mając do dyspozycji dwa wspomniane kryteria, możemy ocenić, czy autor wykorzystał tę okazję właściwie.

Metoda, którą obrał Stankiewicz, polega na przyglądaniu się polskim rozmowom w najszerszym znaczeniu tego słowa. Prywatne wymiany zdań, język religii lub polityki, publicystyka, poezja, listy otwarte, język klas społecznych i język różnych pokoleń – samo bogactwo sposobów komunikacji, przyjętych jako materiał badawczy, można uznać za zaletę tej książki. We wszystkich wypadkach dostajemy bowiem analizę sposobu mówienia, który jest zarazem pewnym sposobem postrzegania rzeczywistości. Wymienione tu spektrum rozmów, od osobistych do najbardziej publicznych, pokazuje, jakimi kategoriami opisujemy świat wokół nas, i czy porozumienie jest w ogóle celem naszego mówienia do siebie. Ponieważ taka metoda wymaga sięgnięcia do wielu źródeł, a nie tylko do własnych doświadczeń lub obserwacji, można stwierdzić, że My fajnopolacy to książka wiarygodna. Do jakich jednak wniosków Stankiewicz dochodzi?

Okazuje się, że istotnym problemem Polaków jest język, który w zasadzie nie styka się z rzeczywistością. Przybiera on formy mówienia do kogoś, kto albo nie jest w stanie odnaleźć się w świecie opisywanym w komunikacie, bo wyznaje inne wartości, albo jest jedynie odbiorcą pozornym, bo tak naprawdę nadawca mówi sam do siebie. Bywa też tak, że wypowiedziane zdania z powodu swojej konstrukcji, która rozmija się z jakimkolwiek rozsądnym sposobem porozumiewania się i perswadowania, negują w ogóle cel jakiejkolwiek rozmowy. Wszystkie te przykłady nie-komunikacji można zilustrować trzema przykładami z książki Piotra Stankiewicza: specyfiką rozmawiania Polaka z Polakiem, mesjanizmem oraz listem otwartym Do przyjaciół patriotów.

Polska nie-komunikacja

Tak samo jak w swojej poprzedniej książce 21 polskich grzechów głównych, tak i w My fajnopolacy czytelnik dostaje do ręki całą wiązkę neologizmów, które mają pomóc mu opisać te specyficznie polskie zachowania. Pewnie mało kto z nas słyszał o podpierdolce, aczkolwiek termin dość jednoznacznie sugeruje, gdzie jest jego źródłosłów. Tymczasem, zdaniem Stankiewicza, to właśnie według logiki podpierdolki funkcjonują rozmowy polsko-polskie. Powiada autor: „W Polsce jest przecież powszechne, że ojciec, nie umiejąc powiedzieć dziecku: »Wszystko się ułoży, życie jeszcze przed tobą, kocham cię«, powie mu: »Dorośniesz, to zobaczysz, jak cię życie przetrzepie«”. Lub inny przykład: „[…] w Polsce nie powiemy przecież: »Słuchaj, to będzie oficjalne spotkanie, więc ubierz się, proszę, elegancko«. Powiemy: »No chyba nie chcesz się tak ubrać«”.

Czym więc jest podpierdolka, którą mają ilustrować powyższe przykłady? To taki zastępczy sposób mówienia, w którym być może to, co czujemy lub chcemy powiedzieć, jakoś zostaje wyrażone, lecz za każdym razem zachodzi akt nie-komunikacji, który zrywa więź między ludźmi, zamiast ją budować. Nie jest ważne, czy rozmowa dotyczy pytania o godzinę, dobrania stroju do wizyty w teatrze czy pocieszenia kogoś, komu z powodu osobistego zapominalstwa coś się nie udało. Za każdym razem podpierdolka wykorzystuje drobny błąd, potknięcie lub jakąś małą dziurę w rozumowaniu bądź działaniu i na tej podstawie z całą mocą atakuje odbiorcę komunikatu. Stankiewicz wylicza kolejne przykłady, opisuje zjawisko i wprost mówi czytelnikowi, że jeśli takich rozmów nie słyszał, niech wyrwie stronę z książki. Jaki będzie wynik tego zakładu i ile stron zostanie wyrwanych? Tego już dowiedzą się tylko czytelnicy. Co do mnie, sądzę, że niewiele egzemplarzy My fajnopolacy dozna uszczerbku. Stankiewicz przypomina bowiem Polakom, że język nie istnieje tylko po to, żeby opisywać lub przekazywać informacje.

Cała pragmatyczna strona mówienia, czyli to, co jest między słowem a jego użytkownikiem, odpowiada za tworzenie nici porozumienia i budowanie więzi między nami. Nie chodzi tutaj o droczenie się lub drobne złośliwości, bo takie gry występuję w sytuacjach, w których pewna relacja jest już zbudowana i obie strony rozumieją konwencję. Podpierdolka tymczasem jest z definicji antyrelacyjna. Jest to sposób mówienia, który nie styka się z rzeczywistością w jej wymiarze osobowym. Wrażliwość, potrzeby oraz zrozumienie mechanizmów odczuwania i myślenia tej drugiej osoby są drugorzędne. Na plan pierwszy wysuwa się jedynie podpierdolka.

Drugim przykładem języka niekomunikacyjnego jest mesjanizm. Skąd taka diagnoza i dlaczego Stankiewicz przywołuje to pojęcie? Mesjanizm, którego rozumienie jest tutaj powtarzane za Pawłem Rojkiem, to kolejna formuła, której zadaniem jest opisać tożsamość Polaków u progu XXI w. Mając do wyboru szkodliwą alternatywę między bezrefleksyjnym powielaniem zachodnich wzorców a przeciw-nowoczesnym trwaniem w przeszłości, Rojek wybiera mesjanizm, będący specyficznie polską ideą. Jego definicję można podać w czterech punktach: „1) przewidywanie i oczekiwanie wielkiej zmiany, mającej rychło nastąpić; 2) wiara, że ta zmiana doprowadzi ludzkość lub zbliży ją przynajmniej do socjalnej i moralnej doskonałości […]; 3) że dokona się [ta zmiana] za sprawą narodu czy klasy, którym się takie posłannictwo mesjanistyczne, na mocy ich zasług czy cierpienia czy woli Bożej, zapowiada; nadto jeszcze najczęściej 4) przewidywanie i przepowiadanie, że okres mesjanistyczny przyjdzie poprzedzony przez okres katastrofalny”.

Narodem, który jest specyficznie predestynowany do wypełnienia ideałów mesjanistycznych, są, rzecz jasna, Polacy. Jednak głównym punktem niezgody między Stankiewiczem a mesjanizmem Rojka jest różnica w poglądzie dotyczącym wartości okresu katastrofalnego. Fundamentem intelektualnym, na którym Rojek usiłuje zbudować uzasadnienie dla tezy o pozytywnym sensie cierpienia, jest teologia Jana Pawła II. Papież natomiast sprawę wyraził następująco: „W planie Bożym każdy ból jest bólem rodzenia, przyczyniającym się do narodzin nowej ludzkości. […] Chrystus […] uczynił z niego świadectwo miłości i twórczy akt w budowaniu lepszego świata”. Choć taki pogląd ma sens na gruncie teologii chrześcijańskiej, dla Stankiewicza wada tej opinii, zwłaszcza w wydaniu politycznym, polega właśnie na tym, że jest ona poznawczo uchwytna wyłącznie w perspektywie wiary religijnej.

Mesjanizm jako specyficzny amalgamat teologii i polityki nie może być formułą dla nowej tożsamości zbiorowej. Nie może być też nowym projektem politycznym. Istotą polityczności jest bowiem mówienie i porozumiewanie się, a tych warunków w żadnym wypadku nie może spełnić propozycja, która za warunek wstępny zrozumiałości własnych założeń uważa przyjęcie religii. W perspektywie całej książki Piotra Stankiewicza jest to kolejny przykład języka, który nie styka się z rzeczywistością. Tym razem jest to rzeczywistość polskiego społeczeństwa w 2019 r., którego dość pokaźna część nie podziela wiary chrześcijańskiej. Mesjanista zatem, gdy zwraca się do Polaków, tak naprawdę mówi tylko do samego siebie, gdyż nie dostrzega, że jego audytorium już w punkcie wyjścia nie wierzy w to samo, co on.

Istnieją też sposoby mówienia, które w zasadzie programowo nie zakładają porozumienia. Jako przykład takiego nie-komunikowania Stankiewicz uważa list Marcina Napiórkowskiego Do przyjaciół patriotów. Chociaż skierowany jest on do środowisk narodowych i wydaje się sugerować chęć porozumienia, trudno przyznać, że sposób jego napisania mógł pomóc w osiągnięciu założonych celów. Na pewno nie jest czymś pojednawczym pisanie adresatom tego listu, że: „Oto dlaczego wasz patriotyzm jest odmienny od mojego. Wy chcecie Polskę ogrodzić, otoczyć fosą, schować pod korcem. Nie potraficie myśleć o niej jako o czymś, co się rozwija, współtworzy, buduje. Wasz kraj, wasz naród, wasza tożsamość są dla was czymś, czego trzeba nieustannie bronić. Może więc tak naprawdę wcale nie kochacie Polski? Nie potraficie jej pokochać. Umiecie tylko strzec jej i nienawidzić innych za to, że – jak wam się wydaje – chcą wam ją odebrać. Przypominacie Golluma z Władcy Pierścieni. »Mój, ­ssssskarbie, tylko mój!«”.

Tak naprawdę, powiada Stankiewicz, list Marcina Napiórkowskiego „fajna Polska” napisała do siebie samej. Z komunikacyjnego punktu widzenia kluczowym momentem w tym tekście jest wezwanie skierowane do adresatów, ażeby postawili się na miejscu autora. Problem polega na tym, że w sytuacji tak drastycznego podziału jest to wezwanie z gruntu niemożliwe do zrealizowania. W liście Napiórkowskiego nie ma słowa zrozumienia, dlaczego ci, do których swoje pismo skierował, mają takie a nie inne przekonania, co ich skłoniło do takiego radykalizmu, na czym im tak bardzo zależy.

Jest za to od razu wysoko zawieszona poprzeczka wezwania do empatii tuż po tym, gdy drugiej stronie odmówiło się prawdziwości jej patriotyzmu. W ten oto sposób język tych, dla których ostatnie 30 lat było pomyślne, nie styka się z rzeczywistością rozumowania drugiej strony, dla której już nie wszystko jest takie fajne. W interpretacji Stankiewicza list Do przyjaciół patriotów to przykład mówienia, który za główny warunek porozumienia uważa zgodę na warunki stawiane przez mówiącego. Po-rozumienie będzie możliwe dopiero wtedy, gdy druga strona zacznie rozumieć, a rozumieć zacznie wtedy, gdy uzna za prawdziwą tę wizję świata, która preferuje autor listu. Takim sposobem nie można się z nikim dogadać.

Ani wyliczanka, ani łzawy moralitet

Opisane przykłady najlepiej pokazują, że Stankiewicz nie poprzestaje na nazwaniu naszych wad, ale ilustrują także, gdzie tkwi ich korzeń. Podpierdolki, na przykład, nie da się do końca zastąpić zołzowatością, chociaż tak to z pozoru wygląda. Nazwanie jakiejś niecnoty to jedno, a podanie jej źródła to już inna rzecz. Analiza Stankiewicza przedstawia, na czym tak naprawdę polega nasz główny problem w relacjach ze sobą nawzajem. Tym problemem jest sam sposób mówienia, którego funkcja została zredukowana do opisu i ekspresji. My rzeczy może i dostrzegamy, potem na nie reagujemy, lecz w zasadzie nigdy nie komunikujemy ich drugiej stronie w taki sposób, żeby nasz rozmówca poczuł się zachęcony i wprowadzony do tego drugiego świata.

Warto polecić książkę Stankiewicza. Współgra w niej wszystko: począwszy od potocznego języka, który w zasadzie jest pisemnym powtórzeniem współczesnego języka mówionego, a skończywszy na samoświadomości autora, który zdaje sobie sprawę, że klasowo jest chyba po stronie tej „fajnej Polski”. My fajnopolacyto książka zawierająca wiarygodną i niebanalną diagnozę polskiego życia zbiorowego. Jednak nie uzyskujemy odpowiedzi na pytanie, jak wyjść z opisanych wyżej problemów komunikacyjnych. Być może pewnej szansy należy upatrywać właśnie w takich książkach, jak My fajnopolacy, które uświadamiają czytelnikom problem? Byłoby dobrze wreszcie ze sobą porozmawiać, a nawet merytorycznie się pokłócić.