Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Libura: Polski system ochrony zdrowia jest ślepy

„Obecny system jest w zasadzie ślepy: gromadzi sporo danych, ale bardzo różnej jakości. Narodowy Fundusz Zdrowia zbiera je w formacie pożytecznym dla rozliczeń, ale już niekoniecznie do analizy skuteczności, efektywności czy jakości. System jest nastawiony na kontrolę przepływów finansowych pomiędzy NFZ a świadczeniodawcami i ograniczanie kosztów, a nie na optymalne wykorzystanie skromnych środków. Ostatnio na debatach o zdrowiu furorę robi idea płacenia nie za świadczenie, a za tzw. efekt zdrowotny. Sęk w tym, że taki efekt trzeba najpierw zdefiniować, co banalne nie jest, a następnie go mierzyć, co jest jeszcze bardziej wyrafinowane. Tymczasem w obecnych warunkach na podstawie danych rozliczeniowych trudno uzyskać nawet sensowny obraz potrzeb zdrowotnych Polaków” – wyjaśnia w rozmowie z Michałem Sutowskim z „Krytyki Politycznej” ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego ds. służby zdrowia Maria Libura.

„Reforma ochrony zdrowia to bardzo wysokie ryzyko połączone z odroczoną na długo korzyścią. Dlatego prowadzimy politykę prawie wyłącznie reaktywną, tzn. reagujemy na jakiś skandal, typu seria głośnych przypadków śmierci na SOR albo duży protest społeczny. Inicjatywne kreowanie polityki zdrowotnej oznacza wywoływanie problemu, który gdzieś był przyschnięty, zamieciony pod dywan. Doskwierał pacjentom, ale nie politykom. A jak się go zacznie rozwiązywać, to nagle się okaże, że jest dużo poważniejszy, niż się wydawało. Może media się zainteresują, i co wtedy? Inna sprawa, że argument: »reforma zdrowia to długi proces przekraczający naszą kadencję«, to doskonała wymówka od odpowiedzialności” – stwierdza ekspert CAKJ.

„Reaktywna polityka tworzy, niestety, rynek cierpienia. Jeśli mamy dzieci chore na raka, mężczyzn w sile wieku, którzy mają problemy krążeniowe, a obok pacjentów z chorobami psychicznymi – to kto z nich wstrząśnie opinią publiczną. Celem polityki reaktywnej jest przede wszystkim spokój społeczny. A wtedy zawsze przegrywają ci najsłabsi, ci, których głos słychać najgorzej” – analizuje Libura.

„Z drugiej strony najlepiej słychać nie zawsze tych, którzy myślą o dobru systemu. I to też utrudnia jego całościowe reformy. Weźmy nieoptymalny model opieki szpitalnej: dziś wygląda na to, że część szpitali powiatowych należałoby przekształcić, na przykład w zakłady opieki długoterminowej. Ale wtedy natychmiast podniosłaby się fala protestów, że oto »zamykają nam szpital« – a kto ze światłej opinii jest w stanie powiedzieć, czy zamknięcie szpitala w miasteczku X jest optymalizacją systemu, czy raczej odbiera należny dostęp do opieki zdrowotnej mieszkańcom? Przez samą złożoność systemu poziom wiedzy o nim jest bardzo niski, a do tego w ochronie zdrowia łatwo o panikę moralną” – wskazuje Maria Libura.

[PRZECZYTAJ CAŁY WYWIAD]

„Z badań ekonomistów co najmniej od lat 60. wiadomo, że »logika rynkowa« nie przynosi w ochronie zdrowia optymalnych rezultatów, a wręcz przyczynia się do inflacji kosztów, czego doskonałym przykładem są Stany Zjednoczone. Rynek usług zdrowotnych stanowi podręcznikowy przykład zawodności rynku. Indywidualny popyt na świadczenia zdrowotne jest nie tylko nieregularny i nierównomiernie rozłożony w czasie, ale także w dużej mierze nieprzewidywalny. Do tego dochodzi zjawisko zwane asymetrią informacji – świadczący usługi medyczne mają przewagę w postaci znacznie większej wiedzy o usłudze (badaniach diagnostycznych, leczeniu, kosztach, możliwych skutkach ubocznych itp.), podczas gdy nieposiadający specjalistycznej wiedzy medycznej pacjent nie jest zazwyczaj w stanie określić, jakie świadczenia są mu rzeczywiście potrzebne, może też post factum ocenić ich jakość tylko w ograniczonym zakresie. Rozwiązania quasi-rynkowe można wykorzystać na przykład w celu poprawy jakości i bardziej efektywnego wypełniania celów postawionych systemowi przez władze publiczne, jak to się na przykład dzieje w Holandii, która wykorzystuje mechanizmy oparte na konkurencji między prywatnymi podmiotami, pod silnym i skutecznym nadzorem publicznym” – wyjaśnia ekspert CAKJ.

„Czynniki społeczne w zdrowiu determinują znacznie więcej, niż się większości z nas wydaje, od trybu życia po pozycję w systemie ochrony zdrowia. Wbrew obiegowym mitom także poziom stresu jest najwyższy na stanowiskach niedecyzyjnych i niesprawczych, gdzie ludzie nie mają możliwości samodzielnego działania. A to bardzo mocno koreluje z zapadalnością na choroby powodujące przedwczesne zgony: urzędnik niższego szczebla jest bardziej zagrożony zawałem niż menadżer ze ścisłego kierownictwa, co wiemy dzięki wieloletnim badaniom brytyjskim.

Przy ograniczonej podaży świadczeń zdrowotnych osoba o niższym statusie i kapitale kulturowym ma dużo mniejsze szanse. I znowu, nie chodzi tylko o pieniądze. Sieci społeczne, w których poruszają się lepiej wykształcone osoby, ułatwiają kontakt z dobrym specjalistą – poprzez rekomendację. A nawet jak kogoś nie znamy, to osoba z wyższym kapitałem kulturowym ma większe szanse, że na izbie przyjęć wywalczy lepsze i szybsze traktowanie: ma większą wiedzę o systemie, asertywność i pewność siebie, jest mniejsze ryzyko, że zostanie zlekceważona. A potem jest jeszcze rozmowa lekarza z pacjentem” – wskazuje Maria Libura.