Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Konstanty Pilawa  23 lipca 2019

Nie ustępuj, póki możesz. Katolik wobec LGBT

Konstanty Pilawa  23 lipca 2019
przeczytanie zajmie 11 min

Polska debata publiczna przekroczyła granicę pretensjonalnej i manichejskiej retoryki. Przemoc symboliczna już nam nie wystarcza, teraz używamy pięści i rzucamy kamieniami. W kontekście wydarzeń z Białegostoku nakaz katolickiej polityczności jest jasny: potępiaj przemoc. Jednocześnie, w słusznym odruchu wstydu za głupotę współwyznawców, nie rezygnuj jednak z dogmatu i otoczenia instytucjonalnego zbliżonego do katolickich ideałów.

Skok w otchłań wiary

Na początku Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK). Cytuję fragmenty bez użycia cudzysłowu, bo jak zauważył Giorgio Agamben, najczęściej używa się go po to, aby podeprzeć swoje poglądy jakimś autorytetem, a jednocześnie zaznaczyć, że to nie MOJE OSOBISTE, ale pasujące w kontekst i co najwyżej właściwe słowa. Tymczasem powoływanie się na dogmat nie pozwala na dystans. W dogmat należy wierzyć lub go odrzucić. Dlatego tekst, który zaczyna się od Katechizmu i jasnej deklaracji autora, jest konfesyjny, a więc skierowany przede wszystkim do katolików i bazujący na prawdzie pochodzącej z Objawienia.

Według Kościoła homoseksualizm to poważne zepsucie (tak, to określenie pojawia się w KKK). Homoseksualne akty są zaś ze swojej wewnętrznej natury nieuporządkowane, a więc grzeszne i złe. Są także sprzeczne z prawem natury, pozbawiają bowiem seksualność możliwości współtworzenia nowego życia. Z drugiej jednak strony, wobec osób z takimi skłonnościami katolicy oraz wszyscy ludzie dobrej woli są zobowiązani nie tylko do okazywania szacunku i tolerancji, ale i współczucia oraz czułości. Kościół nie odrzuca homoseksualistów. Ich głęboka skłonność jest krzyżem, który muszą nieść, ale dzięki kształtowaniu nawyku wstrzemięźliwości mogą oni, za pośrednictwem łaski, dążyć do doskonałości etycznej.

Nauczanie Kościoła jest wyzwaniem rzuconym nowoczesności. Szczególnie to dotyczące szóstego przykazania idzie w poprzek rzeczywistości późnego modernizmu. Idea nierozwiązywalnego sakramentu małżeństwa staje ością w gardle preferowanemu dziś w kulturze modelowi relacji seksualnych rządzonych potrzebami samorealizacji, przyjemności i indywidualnego spełnienia. Nieograniczony dostęp do antykoncepcji i pornografii również pozostaje w napięciu z doktryną, bowiem wraz z nierządem i rozwiązłością „dobra” te uznawane są przez katolików za wykroczenia przeciwko czystości.

Dlatego postępowanie w imię wymienionych zasad wymaga postawy, którą metaforycznie za Sørenem Kierkegaardem możemy określić mianem „skoku w otchłań wiary”. Doktryna nakazuje bowiem, aby z własnej, nowoczesnej powierzchowności wyzbyć się jej koronnych atrybutów spójnie skatalogowanych pod hasłem seksualnego wyzwolenia. Pozostać w sprzeczności z otoczeniem, a jeśli trzeba to i manifestować tę odmienność. Oto nakazy płynące z Katechizmu.

Jest gorąco, będzie jeszcze cieplej

Nie trzeba być teologiem, żeby stwierdzić, iż wybiórcze cytowanie przywołanych punktów 2357-2359 KKK dotyczących homoseksualizmu to wyjątkowo bezczelny i nieuczciwy zabieg. Na chorobę wybiórczości, żeby rzecz nazwać możliwie najdelikatniej, cierpią dziś niestety obie strony katolickiej debaty publicznej („katolickiej” coraz częściej niestety tylko z nazwy). Jedna, której reprezentantem jest chociażby „Gazeta Polska”, podkreśla niemal wyłącznie zepsucie i nieuporządkowanie, druga – popierana przykładowo przez „Magazyn Kontakt” – współczucie i czułość. Tymczasem Kościół ani homoseksualistów nie potępia, ani też nie afirmuje ich skłonności.

Spór toczący się na zewnątrz tych środowisk jest jeszcze ostrzejszy, czego byliśmy świadkami w Białymstoku w ostatnią sobotę. Na Podlasiu lekceważenie dogmatu nie kończyło się na świadomym przymykaniu oka. Przekroczenie granicy przemocy symbolicznej  na rzecz pięści i kamieni jest niewątpliwie niepokojącą prognozą tego, co czeka nas pod koniec lata i na początku jesieni. Znajdujemy się przecież dopiero w środkowej fazie kampanii wyborczej o najwyższą, polityczną stawkę. Już widać, że spory światopoglądowe będą w niej dominowały. Wśród nich prym wiodą kwestie związane z seksualnością i nic nie wskazuje na to, aby miało się coś zmienić.

Ciąg wydarzeń układa się od marca w spójną całość. Najpierw byliśmy świadkami awantury związanej z progresywnymi postulatami „Wiosny” oraz warszawską Deklaracją LGBT+ w ramach politycznej wojenki o to, kto jest w Polsce bardziej liberalno-lewicowy. Następnie, po premierze filmu Sekielskich, wybuchnął bolesny i trudny dla Kościoła skandal związany z pedofilią wśród księży. Całkiem niedawno Trybunał Konstytucyjny wydał kontrowersyjny dla wielu wyrok dotyczący zasadności odmowy świadczenia usług przez sławnego już drukarza z Łodzi, który nie chciał wykonać zamówienia sprzecznego z jego światopoglądem. Dotyczyło to oczywiście materiałów promujących społeczność LGBT. Chwilę później cała Polska emocjonowała się zwolnieniem pracownika IKEI, który powołując się na Biblię, naruszył politykę firmy. Dwa dni temu natomiast doszło w Białymstoku do aktów wandalizmu i agresji w trakcie marszu równości, gdzie „obrońcy chrześcijańskiej cywilizacji” pobili m.in. 14-latkę.

Kampania zdaje się dopiero rozkręcać, a tymczasem już na 3 miesiące przed wyborami wyobraźnia polityczna Polaków zapędzona została do rozhisteryzowanego, retorycznego tańca. Wśród krzyków i awantur umyka nam istotność tego konfliktu. Warto wśród dyskryminujących nalepek, „pluszowego katolicyzmu”, jawnie anty-katolickich prowokacji, a nawet pięści i kamieni popatrzeć na to wszystko z nieco innej i ośmielam się twierdzić, że ważniejszej perspektywy. Dziś, w kontekście wydarzeń z Białegostoku, które przekraczają retoryczną limes, wypada, by polscy katolicy zadali sobie pytanie: Jak ich polityczność powinna funkcjonować w środowisku coraz to bardziej intensywnego sporu o światopogląd?

Hipertrofia retoryczna

Zanim jednak udzielimy odpowiedzi na tak postawione pytanie, warto wyjaśnić trzy kwestie. Po pierwsze, większość polskich komentatorów życia publicznego zwykło używać nieadekwatnego języka do opisu polityki z naszego krajowego podwórka. Dlatego prawdziwy obraz rzeczywistości jest często zniekształcony na potrzeby interesów politycznych tego lub innego medium. Nie wiemy dziś tak naprawdę, czy z perspektywy społecznej istotne są spory o związki partnerskie, aborcję czy klauzulę sumienia. Dowiemy się dopiero po wyborach. To one będą weryfikowały skalę, z jaką narzucanie narracji przyjęło się wśród obywateli.

Ma to związek z ogólną tendencją zauważoną już jakiś czas temu przez medioznawców. Mowa tutaj o dwóch komplementarnych procesach: mediatyzacji polityki oraz polityzacji mediów. Ich efekt sprowadza się do zacierania granic między dziennikarzami i politykami. Wszyscy zdają się grać w tę samą grę. Narzędziem pracy obu zawodów jest język, jednak przestał być ich znakiem rozpoznawczym. Mamy jasno zdefiniowany dyskurs, ale coraz trudniej zlokalizować intencję jego twórców i użytkowników. Ponadto publicyści zatracili niemal w całości zdolność spoglądania z góry na życie polityczne, co jak się wydaje, przez długi czas stanowiło o specyfice tej profesji.

Po drugie, w polskim kontekście te ogólnocywilizacyjne zmiany natrafiły na bardzo podatny grunt. Nasza kultura polityczna od dawna cierpi na zjawisko hipertrofii retorycznej. Pod płaszczykiem pozornego radykalizmu, języka przesyconego emocjami, barwnością epitetów, inwektyw i oskarżeń o zdradę kryła się już u schyłku I RP polityczna niezdolność do rozwiązywania realnych problemów. Tematy zastępcze często dominowały nad poważną dyskusją dotyczącą reformowania chorego państwa.

Dziś jest podobnie. Zamiast kłócić się o sprawy strategiczne, pierwszym tematem kampanii są związki partnerskie, polska nietolerancja lub, z drugiej strony, obrona polskości przed ideologia LGBT i szarżującym lewactwem. Kwestie światopoglądowe do tej pory były bodaj ostatnim polem, na które nasi „praktycy agonu” nie wchodzili zbyt intensywnie. Powodem takiego stanu rzeczy była pewna polityczna kalkulacja. Sądzono, że opieranie sporu o najbardziej wrażliwe kwestie światopoglądowe nie tyle będzie niszczące dla wspólnoty, ale po prostu nie ma szansy prawdziwie rezonować wśród wyborców. Z jakiegoś przecież powodu jak do tej pory nie mieliśmy do czynienia z polityczną siłą, która na retoryce homoseksualnej i proaborcyjnej uzyskałaby jakiś mocno satysfakcjonujący wynik. Pojedynczy przykład stanowi oczywiście Ruch Palikota, który w wyborach parlamentarnych w 2011 r. nieznacznie przekroczył 10%, ale przecież i Palikot ogłosił polityczną śmierć już po jednej kadencji.

Teraz się to zmienia, bowiem wszystkie partie opozycyjne, za wyjątkiem PSL-u, w jakimś stopniu dążą do podważenia istniejącego statusu quo. Pojawienie się nowej, młodszej lewicy oraz podążanie za tendencjami legalizacyjnymi, które od ponad 20 lat obserwujemy Europie Zachodniej, to dwie najistotniejsze przesłanki, które niemalże siłą inercji zadecydowały o zmianie strategii politycznej partii Grzegorza Schetyny.

Po trzecie w końcu, co wynika z dwóch poprzednich punktów, zmiana dyskursu na bardziej radykalny i bardziej wykluczający jest wystarczającą przesłanką, aby obudzić resztę niezideologizowanych katolików z politycznej drzemki. Hipertrofia retoryczna, choć nie zajmuje się realną polityką, przynosi realne polityczne konsekwencje. A te, chcąc nie chcąc, będą dotykać nas wszystkich.

Hipertrofia moralności

Przejdźmy zatem do odpowiedzi na pytanie dotyczące powinności, jakie wynikają z katolickiego imperatywu działania publicznego w obecnej sytuacji. Otóż model ten nierozerwalnie połączony jest z dwoma trudnymi do pogodzenia horyzontami: najwyższymi standardami etycznymi narzucanymi przez wyznawaną wiarę oraz sytuacyjnie zdefiniowanym interesem politycznym. Oba punkty najpełniej uwidaczniają się w światopoglądowych sporach, które w obliczu trwającej kampanii wyborczej stają się coraz bardziej natrętne.

Etyka chrześcijańska jest maksymalistyczna. Wzywa do podążania za jasno zdefiniowanym modelem dobrego życia. Model ten zawsze realizowany jest w społeczeństwie działającym w logice instytucji. Polacy nie są już jednak społeczeństwem wyłącznie katolickim. Pewien obecny, choć niewidoczny fundament wspólnoty, jaką przez całe wieki był Kościół, zaczyna kruszeć. Jako społeczeństwo ulegamy sekularyzacyjnej presji. Niemniej katolicyzm nadal pozostaje na poziomie deklaratywnym najsilniejszą narracją spajającą społeczeństwo, a na poziomie prawnym uobecnia się poprzez konserwatywne, w porównaniu do innych państw, prawo dotyczące aborcji czy mniejszości seksualnych.

Obecnie jesteśmy świadkami pierwszej kampanii wyborczej, która te napięcia zauważa i wykorzystuje, co zależnie od wyniku wyborczego może oznaczać albo zaostrzenie już obowiązującego prawa, albo jego mniej lub bardziej rewolucyjną zmianę. W takiej sytuacji polityczny katolik, niezależnie od preferencji partyjnych, powinien przyjąć zachowawczą strategię. Skoro obowiązujący status quo jest zbliżony do katolickiej wrażliwości światopoglądowej, to katolicy powinni robić wszystko, aby taki stan rzeczy utrzymać.

I to nie tylko z tego powodu, że po prostu nam do takich rozwiązań bliżej, ale również dlatego, że niezmieniane od dawna prawo przez bardzo długi okres zapewniało względną stabilność, przenosząc główne osi sporu na inne płaszczyzny politycznego uniwersum. Tym samym rygory maksymalistycznej etyki – na tyle, na ile to możliwe – znajdują swoje potwierdzenie w konkretnej sytuacji politycznej. W perspektywie doczesnej jednak rozwiązania te nigdy nie będą w pełni zgodne z nakazami Boga i tradycji. Oznaczałoby to wówczas realizację ideału Królestwa Bożego na Ziemi, które zgodnie z doktryną nastanie dopiero „u kresu czasów”.

Nie ustępować, póki można

Żeby sprowadzić te nieco abstrakcyjne rozważania do konkretu, najlepiej posłużyć się przykładem. Z perspektywy katolickiej polityczności w obecnej sytuacji wprowadzenie związków partnerskich czy nawet cywilnych małżeństw dostępnych dla homoseksualistów nie może zostać uznane za rozsądne. Dopóki sytuacja tego nie wymaga, katolik nie może rezygnować z politycznej konkretyzacji swojej absolutystycznej etyki.

Ktoś może oczywiście zarzucić, że regulacje sprzyjające katolikom jednocześnie dyskryminują homoseksualistów, którzy na mocy swojego światopoglądu mają prawo do pełnoprawnego bycia razem i korzystania ze wszelkich uprawnień gwarantowanych dzięki ideałowi świeckiego państwa. Odpowiadam: oczywiście, że mają prawo. Jednakże nowe uprawnienia w ramach funkcjonowania demokracji zdobywa się dzięki uzyskaniu mandatu politycznego. Rodząc się i żyjąc w konkretnej sytuacji politycznej, trzeba liczyć się z nierzadko wykluczającym głosem większości.

Polityka w perspektywie nierozstrzygalnych sporów o światopogląd w dobie demokracji skazana jest na agon, na twardą walkę o możliwość jak najpełniejszego realizowania ideału dobrego życia w przestrzeni publicznej. Ta walka jest tak samo charakterystyczna dzisiaj dla katolików, jak i zwolenników środowiska LGBT. Habermasowskie wyobrażenie o deliberatywnej wspólnocie politycznej, która pomimo nawet radykalnej różnorodności jest w stanie dojść w każdej sprawie do optymalnych rozwiązań, czyli rozwiązań niedyskryminujących żadną grupę, zakłada istnienie jednego modelu racjonalności. Modelu, który będzie odpowiadał wszystkim uczestnikom debaty. Dziś śmiało możemy powiedzieć, że takie rozumowanie obarczone jest sporą dozą idealizmu. To błędna perspektywa, bowiem oddala nas od rzeczywistej polityczności, która w obrębie niezaprzeczalnego imperatywu zakazującego użycia form przemocowych napędzana jest przez konflikt różnych modeli dobrego życia.

Jeśli reprezentacja polityczna pozwoli na wprowadzenie związków partnerskich, małżeństw homoseksualnych czy liberalizacji prawa antyaborcyjnego, to katolicy, podobnie jak dzisiaj mniejszości seksualne, nie zrezygnują z walki o możliwość realizowania wspólnotowego modelu etycznej egzystencji. Jeśli natomiast polityczny mandat na to nie pozwoli, pozostanie katolikom organizacja prowokacyjnych pochodów. Wszystko jednak w obrębie systemu, a więc legalnie i bez użycia przemocy.