Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Trudnowski  19 lipca 2019

Czy opozycja odbierze głosy PiS? Wszystko w rękach PSL

Piotr Trudnowski  19 lipca 2019
przeczytanie zajmie 12 min

Polskie Stronnictwo Ludowe podjęło ryzykowną decyzję. Do budowy prawdziwie centrowo-chadeckiej koalicji może zabraknąć czasu i chętnych, a samodzielny start w składzie poszerzonym jedynie symbolicznie o kilkoro „miejskich” polityków może skończyć się potknięciem o próg wyborczy. Kluczowe dla powodzenia odważnej szarży partii Kosiniak-Kamysza wydaje się wysłanie wyrazistego sygnału do tych wyborców, którzy w ostatnich głosowaniach na kartach wyborczych zaczęli stawiać krzyżyki przy kandydatach Zjednoczonej Prawicy zamiast ludowców. By to się udało formacja nie może tkwić w bezalternatywnym anty-PiS-ie.

PiS od lat rosło kosztem PSL

W ciągu ostatnich ośmiu lat (od wyborów sejmowych 2011 r. do wyborów do Parlamentu Europejskiego w maju) PiS pozyskało blisko 1,9 mln nowych wyborców. To kluczowa informacja, którą pomija się w wielu analizach – co trzeci głosujący na Zjednoczoną Prawicę w majowych eurowyborach to wyborca dla PiS stosunkowo „nowy”. Po części to najprawdopodobniej wyborcy świeżo zmobilizowani (o tym, że analitycy partii władzy odkryli niedostrzegany dotąd „rezerwuar” głosów wśród wyborców chodzących do urn bardzo nieregularnie pisaliśmy w maju), a po części – przejęcie wyborców innych formacji. Najistotniejszym źródłem nowych głosów są zaś, o czym pisał wówczas Rafał Gawlikowski, dotychczasowi wyborcy Kukiz’15 i PSL.

Przyjrzyjmy się liczbom, które pozwalają założyć, że w kolejnych wyborach ostatnich lat Zjednoczona Prawica powiększa pulę wyborców w istotnym stopniu właśnie kosztem PSL. W wyborach sejmowych 2011 r. PiS zdobyło 4 295 016 głosów, ludowcy – 1 201 628. W wyborach sejmowych 2015 – PiS z partiami Ziobry i Gowina otrzymały 5 711 687 głosów, PSL – 779 875.

To oznacza, że w ciągu czterech lat PSL straciło pond 420 tyś. wyborców, a więc 30% swojego stanu posiadania, gdy partia Kaczyńskiego pozyskała ponad 1 416 tys. nowych wyborców (nie licząc kolejnego pół miliona z maja 2019 r.) zwiększając stan posiadania o blisko  1/3. 

Jaki płynie z tego wniosek? Kosiniak-Kamysz, obserwując spadkową tendencję poparcia dla swojego ugrupowania, podjął racjonalną decyzję. Samodzielny start to jedyna szansa, by powalczyć o tych wyborców, którzy w 2015 r. (Sejm), 2018 r. (sejmiki) i 2019 r. (PE) odpłynęli do Zjednoczonej Prawicy. Nie byłoby to możliwe w szerokiej koalicji z Platformą i ugrupowaniami lewicowymi, nieakceptowalnej dla istotnej części dawnych wyborców ludowców.

Polacy popierają PiS „pomimo”

PiS to ugrupowanie o silnej tożsamości i ostrej retoryce, przez lata dla większości Polaków – zbyt silnej i zbyt ostrej. Zmieniło się to w 2015 r. z kilku powodów. Po pierwsze, ze względu na korektę wizerunkową – postawienie na nowe twarze (Duda, Szydło) kosztem nazwisk najbardziej kontrowersyjnych (Kaczyński, Macierewicz). Po drugie – ze względu na „zmęczenie” Platformą przypieczętowane nie tyle nawet aferą taśmową, co decyzją Donalda Tuska o odejściu z krajowej polityki, co wywołało poczucie, iż „nawet kapitan opuścił ten okręt”. Po trzecie – ze względu na pojawienie się „opcji transferu głosu”. To start Pawła Kukiza i zebranie ponad 20% w głosowaniu prezydenckim pozwoliło wielu dotychczasowym wyborcom Platformy i Bronisława Komorowskiego „przełamać się” i porzucić dotychczasową partię, a w kolejnych głosowaniach, już po przekroczeniu dotychczasowej psychologicznej bariery, częściowo poprzeć partię Kaczyńskiego.

W kolejnych głosowaniach – samorządowym 2018 r. i europejskim 2019 r. – poparcie dla PiS rosło z kolei z powodu trzech kolejnych zasadniczych przesłanek. Po pierwsze – dobrej koniunktury odczuwalnej na poziomie gospodarstwa domowego (ziściło się „wybudowaliśmy Polakom drogi, ale nie odczuli awansu we własnych portfelach” zdiagnozowane, widocznie zbyt późno, przez Bartłomieja Sienkiewicza) i rekordowego poziomu optymizmu Polaków zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i zbiorowym. Po drugie, poniekąd związane z pierwszym – ze względu na skutecznie przeprowadzony wielki i powszechny program wsparcia zmieniający status milionów rodzin, czyli Rodzina 500+. Wreszcie – ze względu na bezprecedensową wiarygodność w realizacji obietnic wyborczych (głównie  500+ i wiek emerytalny). Polacy, niespecjalnie ufający klasie politycznej jako takiej, mogą powiedzieć: „Wszyscy są tacy sami, ale ci przynajmniej dotrzymują słowa”. W wersji bardziej dosadnej: „Ci kradli, tamci kradli, ale ci to się przynajmniej dzielą” wypowiedziane niedawno przez jedną z wyborczyń w czasie spotkania z objeżdżającymi Polskę politykami opozycji.

Paweł Musiałek w głośnym podsumowaniu wyborów do Parlamentu Europejskiego sugerował, że poparcie partii rządzącej jest tak wysokie nie ze względu na jej najbardziej spektakularne fronty, ale raczej pomimo ich. „Czy wyborcy Prawa i Sprawiedliwości są ślepi albo głupi? (…) Nie są. Popierają PiS nie dlatego, że wszystkie reformy są świetne, telewizja publiczna na poziomie, a standardy etyczne wysokie. Głosowali na PiS nie z tych powodów, ale pomimo ich” – pisał nasz autor.

Rozwińmy tę hipotezę. Gdy zastanowimy się nad przyczynami sukcesu partii Kaczyńskiego, rosnącą liczbą wyborców w kolejnych głosowaniach i stałym, bardzo wysokim poparciem w sondażach, rzeczywiście dostrzeżemy, że nie ma wśród nich działań najbardziej kontrowersyjnych czy polaryzujących. Nie ma reformy sądownictwa – według jednego z badań z lipca 2018 r. ponad 53% Polaków negatywnie oceniało pracę TK po zmianach przeprowadzonych przez PiS. Jedynie 26% badanych twierdziło, że zmiany w sądownictwie będą miały pozytywny wpływ na poziom zaufania do sądów, a aż 44%  – że negatywny. Nie ma polityki europejskiej – wedle innego sondażu z maja 2019 r. 42% badanych wskazuje, że PiS osłabiło naszą pozycję we Wspólnocie, a jedynie 27% – że umocniło. Nie ma nawet zmian w edukacji, gdzie wedle niedawnego badania poparcie dla zmian spadło z 68% w 2015 r. do 40% w roku 2019, a odsetek jej przeciwników  wzrósł z 26,5% do 51%.

Poparcie dla polityki PiS w każdym z tych trzech przykładowych kluczowych obszarów jest niższe, niż dla samej partii. Zdaje się to potwierdzać intuicję Musiałka, że Polacy popierają PiS niejako „pomimo”. Źródłem poparcia jest dobra koniunktura, wysokie samozadowolenie Polaków i dotrzymanie przez formację Kaczyńskiego obietnic wyborczych, a nie najbardziej konfrontacyjne działania podejmowane przez „dobrą zmianę”. Gdy dodamy do tego chaos i brak silnego przywództwa w opozycji oraz fakt, że istotna część wyborców PiS to nie jego wieloletni sympatycy, ale głosujący pozyskani zupełnie niedawno, dojdziemy do kluczowych wskazówek dla ewentualnego powodzenia „nowego kursu” Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Piwot koalicyjny, czyli „pilnowanie Kaczyńskiego”

Biorąc pod uwagę powyższe przesłanki można postawić hipotezę, że istotna część „nowych-letnich” wyborców Zjednoczonej Prawicy nie jest mocno przywiązana do swoich ostatnich wyborów. To głosujący umiarkowanie centroprawicowi – takie poglądy bowiem, wbrew zaklęciom postępowej opozycji, wciąż pozostają w Polsce dominujące. Ci „nowi-letni” wyborcy z 2018 i 2019 r. zagłosowali na PiS jako „mniejsze zło” z dodatkiem „większego dobra” w postaci wiarygodności, programu 500+ i dobrej sytuacji gospodarczej. Nie czytali nigdy „Gazety Polskiej” ani nie oglądali TV Republiki. Nie są gorliwymi fanami Jarosława Kaczyńskiego. Nie oczekują stawiania Donalda Tuska przed Trybunałem Stanu. Nie wierzą, że przyczyną niesprawiedliwości i niewydolności polskich sądów jest głównie tkwiący w nich postkomunistyczny układ. Po prostu – uznali, że skoro w Polsce w ostatnich latach żyje się coraz lepiej, to warto poprzeć partię, za której rządów „dobra zmiana” zaczęła być dla nich odczuwalna.

Ciekawie ten dystans na przykładzie stosunku do mediów publicznych podsumował niedawno swoje badania na polskiej prowincji dr hab. Przemysław Sadura, lewicowy socjolog związany ze środowiskiem „Krytyki Politycznej”. W rozmowie dla „Polityki Insight” tak opisał stosunek badanych przez siebie wyborców ze wsi i miejscowości do 50 000 mieszkańców:

„Nawet najbardziej otwarci proPiSowscy badani mówili, że Telewizja Publiczna to jest jednak przesada. Doskonale widzą tą propagandę. Trudno im sobie wyobrazić, że ktoś to traktuje na serio. (…) Mają bardzo duży dystans wobec tego przekazu. Nie traktują tego jako wiarygodnego źródła informacji. Pod tym względem mam wrażenie, że ten dystans u nich, jakiś autokrytycyzm, dystans do tego co robi partia przez nich popierana i media z nią związane, jest znacznie większy, niż wśród rozmówców popierających bardzo mocno Platformę Obywatelską, którzy nie dostrzegają tego skrzywienia informacyjnego w przypadku TVN. (…) To wyborcy PiS dostrzegają tę polaryzację. Co najwyżej mówią, że co prawda trudno to potraktować wiarygodnie, ale to się ogląda jak taką bajkę, po której na koniec się dobrze czujemy. Można sobie powiedzieć – my wiemy, że to nie jest prawda, ale można sobie tak pomyśleć i to podnosi na duchu. Z kolei wyborcy opozycji, z którymi rozmawiałem, mają znacznie mniejszą świadomość tego co się dzieje po drugiej stronie spolaryzowanego pola medialnego. Nie mają świadomości, że mówią ideologicznie, a mówią dokładnie jakby przekazem dnia TVN”.

To może prowadzić do wniosku, że istotna część spośród analizowanej grupy „nowych-letnich” wyborców Zjednoczonej Prawicy chciałaby przedłużenia jej rządów. Najpewniej jednak – świadczyć mogą o tym choćby niedawne deklaracje Jarosława Kaczyńskiego o potrzebie zakończenia wojny polsko-polskiej, zapewne poparte badaniami – są oni zmęczeni temperaturą konfliktu politycznego i intensywnością sporu ostatnich lat. Biorąc to pod uwagę można założyć, że źle oceniając najbardziej kontrowersyjne fronty rządów PiS ta grupa chętnie zobaczyłaby po jesiennych wyborców rząd koalicyjny, w którym inna formacja niejako „pilnowałaby” ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego i blokowała jej najbardziej radykalne pomysły.

Biorąc pod uwagę, że w grupie „nowych-letnich” wyborców PiS kluczową grupę stanowią właśnie ci wcześniej popierający ludowców, jak i głosujący w 2015 r. na Kukiza w wyborach prezydenckich, to właśnie zwrócenie się do tego elektoratu jest największym potencjałem Koalicji Polskiej formowanej przez Kosiniak-Kamysza. By to się jednak udało  ludowcy musieliby nie tylko poszerzyć się o potencjalnych „miejskich” kandydatów, ale też otworzyć się na opcję ewentualnej – niekoniecznie preferowanej – koalicji z partią Jarosława Kaczyńskiego.

Cztery potencjalne ruchy Kosiniak-Kamysza

Dziś, gdy Platforma Obywatelska ogłosiła start bez SLD i Wiosny w formule „Koalicji Obywatelskiej”, miejsca dla ludowców nie ma zbyt wiele. Czasu i chętnych na formowanie nowego, chadecko-centroprawicowego bloku, nie ma zbyt wielu. Ryzyko, że ludowcy pierwszy raz w historii III RP nie wejdą do Sejmu jest duże. Kosiniak-Kamysz ma jednak wciąż do dyspozycji kilka ruchów, które mogą zwiększyć jego szanse.

Pierwszy to właśnie „otwarcie opcji koalicyjnej” z prawicą. To nie musi, a nawet nie powinna być, deklaracja chęci udziału w rządzie po wyborach. Wystarczy, że ogłosi swoje „koalicyjne minimum” – np. pakiet kluczowych ustaw ze swojego programu, od których uzależni poparcie rządu (np. emerytura bez podatku, 7-godzinny dzień pracy dla rodziców, program M@M@ i T@T@, czyli umożliwienie pracy na pół etatu przez 24 miesiące po urlopie rodzicielskim z dodatkowym świadczeniem od państwa w wysokości 1000 zł, pakiet rozwiązań ekologiczno-energetycznych w rodzaju wsparcia OZE) oraz pakiet zmian, na które się nie zgodzi (np. ograniczanie niezawisłości sądownictwa, ingerowanie w kompetencje samorządu terytorialnego, przeprowadzenie instytucjonalizacji homoseksualnych związków partnerskich, naruszenie kompromisu aborcyjnego). Z takim – oczywiście dużo lepiej dopracowanym – minimum PSL mogłoby jasno komunikować, że wejdzie w koalicję z taką formacją, która zadeklaruje jego realizację.

Drugi ważny ruch to otwarcie się na wyborców Pawła Kukiza z 2015 roku. Przypomnijmy – w maju 2015 r. w wyborach prezydenckich późniejszy lider Kukiz’15 zyskał ponad trzy miliony głosów! Śmiało można założyć, że nie byli to jedynie jacyś genetyczni „antysystemowcy”, ale w większości były to głosy osób, które nie odnajdywały się wówczas w duopolu PO-PiS, a urzekła ich wiarygodność i patriotyczny zapał muzyka. Są więc naturalnym elektoratem umiarkowanej partii wymykającej się logice wojny polsko-polskiej. Oczywistą drogą byłoby dogadanie się z samym Kukizem i przyjęcie jego ruchu na listy, co – jak pisaliśmy przed kilkoma dniami – po wydłużających się negocjacjach i głosowaniu internetowym zorganizowanym przez Kukiza wydaje się dziś bardzo trudne, choć pewnie byłoby stuprocentową gwarancją przekroczenia progu i uzyskania przyzwoitego wyniku.

Jeśli ten scenariusz się nie ziści, wówczas pozostają mniej spektakularne ruchy, które mogą pozwolić na zmobilizowanie i pozyskanie przynajmniej części dawnych wyborców Kukiza. To m.in. przyciągnięcie kilkorga bardziej umiarkowanych i centrowych polityków formacji, wykorzystanie części retoryki Kukiza (zwłaszcza – retoryki „polityki równej odległości” od PO i PiS oraz odcinanie się od logiki wojny polsko-polskiej), a także dołożenie do opisanego „minimum koalicyjnego” kilku sztandarowych postulatów Kukiza. To o tyle prawdopodobne, że politycy PSL w ostatnich tygodniach ciepło mówili m.in. o ordynacji mieszanej z elementami JOW, dniu referendalnym czy idei sędziów pokoju.

Trzeci ważny ruch to potrzeba przejęcia wyborców dawnego „konserwatywnego skrzydła Platformy Obywatelskiej”. Obok pierwszych ruchów kadrowych w tym kierunku – dołączeniu do sejmowego klubu PSL Marka Biernackiego i Jacka Tomczaka, a wcześniej Jana Filipa Libickiego – szansą może być również współpraca z Bezpartyjnymi Samorządowcami, który to ruch tworzą w istotnym stopniu centroprawicowi samorządowcy głównie z zachodniej Polski, u początku swojej kariery związani z AWS, Porozumieniem Chrześcijańskich Demokratów, Stronnictwem Konserwatywno-Ludowym, a później Platformą Obywatelską w pierwszych latach jej istnienia. Pozostaje też otwarte, czy w najbliższych tygodniach możemy spodziewać się też kolejnych transferów konserwatystów wypchniętych zarówno z PO, jak i PiS.

Problemem na tym odcinku okazać się może przesadna „inkluzyjność” formacji Kosiniak-Kamysza. Pamiętajmy, że obok wspomnianych dawnych platformianych konserwatystów w klubie PSL mamy też polityków Unii Europejskich Demokratów, a więc formacji powstałej ze współpracy wyrzuconych z Platformy radykalnych anty-PiS-owców (Michał Kamiński, Stefan Niesiołowski, Jacek Protasiewicz) i Partii Demokratycznej, ostatniej mutacji Unii Wolności. W ostatnich tygodniach przyjęto do klubu PSL Michała Mazowieckiego, syna pierwszego premiera III RP, który dobrze odnajduje się w estetyce Komitetu Obrony Demokracji. Wysoka ekspozycja tego rodzaju polityków może być istotnym problemem dla wiarygodności „chadeckiego” piwotu PSL.

Czwarty istotny manewr to próba zerwania z największym wizerunkowym ciężarem PSL – nepotyzmem. Dla wielu potencjalnych wyborców, którzy z sympatią patrzą na przywództwo Kosiniak-Kamysza (przypomnijmy, cieszy się on dziś bardzo wysokim jak na polityków opozycji zaufaniem) problemem pozostaje bagaż, jakim jest wieloletnie funkcjonowanie jego partii jako swoistej spółdzielni pośrednictwa pracy. PSL celnie punktowało PiS za zatrudnianie  protegowanych w spółkach Skarbu Państwa, ale jednocześnie jako alternatywa nie ma przesadnej wiarygodności. Przygotowanie jakiegoś rodzaju pakietu rozwiązań „odpartyjniających” nominacje w spółkach, samorządowych instytucjach i rządowych agencjach mogłoby być krokiem, który pozwoliłby to piętno osłabić i otworzyć się na nowego, miejskiego wyborcę. Tu potencjałem może okazać się współpraca z Markiem Biernackim, który mimo niewielkiej rozpoznawalności w ogóle wyborców wśród komentatorów, dziennikarzy i komentatorów cieszy się sporym szacunkiem wynikającym z profesjonalnego pełnienia kolejnych funkcji (MSWiA, MS, koordynator służb specjalnych) oraz niekwestionowaną estymą państwowca.

Dlaczego rola PSL jest dziś ważna?

Na koniec kilka słów wyjaśnienia, dlaczego rola PSL wydaje się dziś istotna, gdy zastanawiamy się na przyszłością polskiej polityki.

Po pierwsze, decyzja o starcie opozycji w trzech osobnych blokach jest jako taka dobra dla demokracji. Wyborcy nie są dziś skazani na „pakietowanie”, ale mogą głosować zgodnie z własnymi preferencjami. Umiarkowani konserwatyści nie są jednoznacznie skazani na poparcie PiS. Centryście, którzy nie są przesiąknięci anty-PiS-owską fobią – na głosowanie na radykalny anty-PiS. Wreszcie wyborcy lewicy – na popieranie szerokiej koalicji „od Romana Giertycha do Roberta Biedronia”. To dzięki decyzji PSL o samodzielnym starcie nie stoimy dziś u progu zabetonowania się duopolu.

Po drugie, samodzielna egzystencja PSL na scenie politycznej zwiększa szansę na uformowanie się jakiegoś rządu koalicyjnego, co – po doświadczeniach w praktyce monopartyjnych rządów ostatnich lat – wydaje się lepszym rozwiązaniem w polskich warunkach. PSL zarówno w rządzie ze Zjednoczoną Prawicą, jak i w przypadku mało dziś prawdopodobnych rządów opozycji, mogłoby być czynnikiem stabilizującym przed rewolucyjnymi zakusami większościowych formacji.

Po trzecie – z perspektywy konserwatywnej przetrwanie tej partii jako samodzielnego bytu politycznego zdolnego do przekraczania progu w dłuższej perspektywie (najpewniej dopiero wyborców 2023 r.) stanowi zabezpieczenie przed ryzykiem „odbiciem światopoglądowego wahadła” i radykalnych zmian w obszarach postrzeganych jako front tzw. wojny kulturowej.

Po czwarte wreszcie – umocnienie się PSL na pozycji chadeckiej może sprawić, że stanie się istotnym ośrodkiem klarowania się nowego ładu politycznego po 2023 r., kiedy, w związku z niedawnymi zapowiedziami Jarosława Kaczyńskiego o ewentualnej emeryturze, ruchy tektoniczne na scenie politycznej mogą na nowo zacząć kształtować polską prawicę.

Kosiniak-Kamysz stoi dziś przed niezwykle trudnym zadaniem. Ryzyko, że stanie się grabarzem PSL jest ogromne, więc sama decyzja o samodzielnym starcie budzi respekt. Jednocześnie ma też unikalną szansę. Sprawnie poruszając się pomiędzy dwoma wielkimi obozami może uczynić z „klasowo-kadrowej” dotąd formacji ugrupowanie polskiego konsensusu – partię stojącą równocześnie na straży niezawisłości części instytucji od partyjnych polityków, ładu konstytucyjnego i światopoglądowego status quo w polskiej polityce. Kluczowe dla powodzenia tego procesu jest jednak wyrwanie się z logiki wojny polsko-polskiej i zerwanie z bezalternatywną przynależnością do obozu anty-PiS. To zaś wymaga nie tylko finezji, ale też dużej odwagi.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała wyłącznie dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.