Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Trudnowski  15 lipca 2019

Chocholi taniec opozycyjnych koalicji

Piotr Trudnowski  15 lipca 2019
przeczytanie zajmie 5 min

Atmosfera koalicyjnych negocjacji wśród ugrupowań opozycyjnych pokazuje, że scena partyjna poza Zjednoczoną Prawicą stanowi dziś swoisty zestaw naczyń połączonych, od Partii Razem po Konfederację. Wariantów na stole wciąż jest bardzo dużo, ale nikt nie podejmuje żadnej wiążącej decyzji, blokując jednocześnie decyzje innych. Pat trwa, a na negocjacyjnym chaosie może zyskać najwięcej obóz rządzący. Politycy pierwszy raz od dawna zmuszeni są do tworzenia nowych układanek, co pokazuje, że jesteśmy u progu tektonicznych ruchów na polskiej scenie politycznej, które ukształtują je być może nawet na kolejne dekady. Najwięcej zależy dziś od Polskiego Stronnictwa Ludowego i tego, czy wytrwa w asertywności względem Grzegorza Schetyny, którą zaprezentowało w czasie piątkowej konferencji prasowej. Jeśli ludowcy się ostatecznie ugną, to jesienią może czekać nas ostateczne domknięcie duopolu.

Pomimo regularnych prasowych publikacji o tym, że „Formacja A z Formacją B są na siebie skazane” albo „Partia Z jest już właściwie dogadana z Partią X” decyzje wciąż nie zapadły. Atmosferę ostatnich tygodni najlepiej oddaje chyba rysunek Jana Kozy dla „Polityki”.

Atmosfera zagęściła się w weekend, kiedy w piątek na Forum Programowym Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna przekonywał do formuły „Dużej Koalicji”, a w sobotę w pakiecie kluczowych dla niej rozwiązań przedstawił m.in. prawną instytucjonalizację związków partnerskich. W piątkowy wieczór na konferencji prasowej przez wielu interpretowanej jako „ostatnie słowo” ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz zadeklarował, że mimo kolejnych spotkań ze Schetyną nie widzi w Platformie woli tworzenia centrowego bloku i powtórzył, że utrzymuje przywiązanie do szyldu „Koalicji Polskiej” i koncepcji startu opozycji w co najmniej dwóch blokach. Wydaje się jednak, że ta konferencja – biorąc pod uwagę choćby czas jej organizacji – to wciąż element międzypartyjnych negocjacji. Ostateczna decyzja, przynajmniej po stronie Platformy, ma zapaść w środę 17 lipca. Przyjrzyjmy się zatem możliwym opcjom i najbardziej prawdopodobnym rozstrzygnięciom.

Lewica

Na lewej stronie sceny politycznej mamy trzy dominujące ośrodki: Sojusz Lewicy Demokratycznej, Wiosnę Roberta Biedronia i Lewicę Razem (czyli do niedawna Partię Razem).

SLD preferuje wspólny start w składzie Koalicji Europejskiej z majowych wyborów – nic dziwnego, wszak postkomuniści byli jej największymi beneficjentami. Jednocześnie w razie braku porozumienia z Grzegorzem Schetyną SLD może być filarem lewicowego bloku.

Wiosna Biedronia zgłosiła akces do szerokiego obozu opozycyjnego, ale nikt poza Razem i mniejszymi ugrupowaniami lewicy specjalnie jej nie chce. PSL uznaje brak Wiosny w „Dużej Koalicji” za warunek wstępny w rozmowach ze Schetyną. SLD nie chce dzielić się z partią Biedronia „parytetem dla lewicy”, a Platforma – uważa ugrupowanie za niepoważne i po decyzji lidera o objęciu euromandatu traktują ją de facto jako masę upadłościową.

Razem raczej do wielkiej koalicji nie wejdzie – dogada się z tymi, którzy na arce Schetyny się nie zmieszczą. To potencjalnie Biedroń i lewicowy plankton: Ruch Sprawiedliwości Społecznej Ikonowicza, Polska Partia Socjalistyczna, Unia Pracy, Inicjatywa Feministyczna, Zieloni. Z czego co najmniej trzy ostatnie formacje mogą odnaleźć się jednak w szerokiej układance – Inicjatywa Feministyczna i Zieloni współtworzyły Koalicję Europejską, a Unia Pracy ponoć dziś ku niej ciąży…

Najbardziej prawdopodobne scenariusze?

1. SLD wchodzi do nowej-starej Koalicji, być może w wersji bez PSL. Razem z Wiosną oraz pozostałą „drobnicą” idą swoją drogą i startują z „jednopartyjnego” komitetu (najpewniej Lewica Razem), by powalczyć o przekroczenie 5-procentowego progu wyborczego i mieć zagwarantowaną subwencję (przypomnijmy – start z koalicji wyborczej partii to 8-procentowy próg, a start z komitetu wyborczego wyborców – brak prawa do subwencji).

2. Schetyna ze względu na opór PSL i historyczną (choć ponoć wciąż żywą i zaledwie „zawieszoną” na czas eurowyborów) niechęć Schetyny do postkomunistów odrzuca współpracę z SLD, więc powstaje szeroki blok lewicy. Jednocześnie na listach „Dużej Koalicji” znajdziemy pewnie Zielonych (zdecyduje moda na „eko-tematy”, a formacja jest na tyle mała i słabo rozpoznawalna, że nie przeszkadza tak bardzo ludowcom) oraz mocno eksponowanych pojedynczych polityków kojarzonych z lewicą (Barbara Nowacka, Marek Borowski etc.).

Platforma Obywatelska

Kluczowy rozgrywający, którego mniejsi partnerzy… zaczęli sprawnie rozgrywać. Sukcesem lidera PO jest na pewno ostateczne wchłonięcie .Nowoczesnej, i to właściwie żadnym kosztem. Na liberalnym froncie ma już spokój. Najpewniej – potwierdzają to słowa na piątkowym Forum Programowym – Schetyna wciąż najchętniej widziałby powtórzenie układanki z maja, ewentualnie z „symbolicznym” (za cenę miejsc biorących, które można by policzyć na palcach jednej ręki) dokooptowaniem Wiosny. PSL mocno jednak licytowało – najpierw wykluczając Wiosnę, później stawiając opór wobec współpracy z SLD, a ostatecznie oczekując właściwie koalicji z samą Platformą, najchętniej bez polityków .Nowoczesnej czy Barbary Nowackiej.

Powodem piątkowej konferencji ludowców miało być oczekiwanie przez Schetynę, że w ramach swojego parytetu nie wystawią polityków wybranych z list dzisiejszej Koalicji Obywatelskiej, a więc „europejskich demokratów” (Michał Kamiński, Jacek Protasiewicz) i wyrzuconych przez Schetynę konserwatystów (Marek Biernacki, Jacek Tomczak), a także być może b. polityka Nowoczesnej Radosława Lubczyka oraz wybranego z listy PO (objął mandat po eurowyborach) Michała Mazowieckiego.

Kluczowym argumentem dla zwolenników „Dużej Koalicji” jest metoda D’Hondta.

Warto zwrócić uwagę, że obok „jawnych” warunków dotyczących podziału miejsc biorących na listach i ewentualnych „wykluczonych partnerów” zapewne w rozmowach między Schetyną a ludowcami i postkomunistami dużą rolę grają jeszcze pieniądze. „Duża Koalicja”, w przeciwieństwie do koalicji Zjednoczonej Prawicy i ewentualnej koalicji Zjednoczonej Lewicy (te wystartują na 99% z komitetu jednej partii), będzie realną koalicją partii politycznych.

W takiej „prawdziwej koalicji” to w ramach umowy koalicyjnej ustala się podział środków między tworzącymi ją formacjami. Jak pisaliśmy na naszych łamach wielokrotnie – warunki finansowe takiej koalicji są mniej atrakcyjne, niż w starcie samodzielnym. W czasie kadencji wspólny start może oznaczać utratę łącznie nawet 50 milionów złotych. Mówiąc najbardziej makiawelicznie – finansowo samodzielny start np. PSL i zdobycie 4,5% poparcia bez reprezentacji może oznaczać lepsze warunki finansowe dla przetrwania, niż start z „Dużej Koalicji” i posiadanie kilkunastu posłów przy znacznie mniejszych środkach na działalność.

Najbardziej prawdopodobne scenariusze?

1. Koalicja Obywatelska startuje w składzie PO+N+SLD, kilkoro kandydatów Samorządowców (żony, dzieci i inne osoby o takich samych nazwiskach, jak włodarze miast?) i kilka „nowych twarzy” na modłę Janiny Ochojskiej w wyborach do Parlamentu Europejskiego, co zapowiedział w piątek Schetyna.

2. Koalicja Obywatelska startuje w najszerszym możliwym układzie, a więc ostatecznie również z PSL „na pokładzie”.

3. Koalicja Obywatelska startuje zarówno bez SLD, jak i bez PSL – liderzy Platformy w tym scenariuszu nie chcą tak wyrazistego skrętu w lewo, jakiego wymagał start z ugrupowaniami lewicy. Opozycja idzie do wyborów w trzech blokach – chadecko-centrowym wokół PSL, liberalnym wokół PO, Nowoczesnej i Samorządowców oraz lewicowym z SLD na czele.

Polskie Stronnictwo Ludowe

Podjęło w ostatnim miesiącu najostrzejszą grę – nie bez powodu. Dla ludowców może to być ostatni moment, gdy na scenie politycznej funkcjonują jako naprawdę podmiotowy gracz. Każde kolejne wybory w ostatnich latach to spadek „stanu posiadania” PSL – formacja traci poparcie głównie na rzecz Zjednoczonej Prawicy, a ryzyko „rozpłynięcia się w tęczowej” „Dużej Koalicji” poważnie niepokoi ludowców. Stąd wysoko licytowali „Koalicją Polską” jako ugrupowaniem centrowym czy wręcz centroprawicowym – tworząc medialny byt, którego sukces można by ogłosić zarówno jeśli powstanie porozumienie na bazie PSL i PO, jak i PSL, Kukiz’15, Bezpartyjnych Samorządowców i prawicowych solistów. Wspomniana już piątkowa koalicja wskazuje jednak, że ludowcy rzeczywiście dziś raczej przygotowują się do startu w osobnym, „chadecko-centrowym” bloku.

Znów kluczowe dla wariantów alternatywnych do współpracy z PO okazują się bariery związane z progiem wyborczym, finansowaniem i nazwą. Aby mieć gwarancję startu z szansą na miliony z budżetu i 5-procentowym progiem „Koalicja Polska” musiałaby startować po prostu jako Komitet Wyborczy Polskiego Stronnictwa Ludowego, co jest trudne do zaakceptowania przez mniejszych partnerów. Zmiana nazwy wymagałaby startu bądź jako koalicja partii (8-procentowy próg) lub jako komitet wyborczy wyborców (brak finansowania), czego z kolei boją się ludowcy, dodatkowo mocno przywiązani do swojego historycznego szyldu.

Start z Platformą, choć na dziś pewnie jest opcją preferowaną przez struktury, w dłuższej perspektywie i tak oznacza spadek znaczenia Polskiego Stronnictwa Ludowego na polskiej scenie politycznej. Trudno wyobrazić sobie, by po kolejnej kadencji u boku liberałów i trudnych dla PSL wyborach prezydenckich w 2020 r. ludowcy w kolejnym cyklu wyborczym (2023 – kumulacja wyborów samorządowych i parlamentarnych) byli jeszcze zdolni do walki o samodzielną pozycję na polskiej scenie politycznej.

Najbardziej prawdopodobne scenariusze?

1. PSL nie dogaduje się ze Schetyną. W tym wariancie „na stół” wróci porozumienie z Kukizem, ale bardziej prawdopodobnym wariantem zdaje się start z częścią Bezpartyjnych Samorządowców i prawicowymi solistami (Biernacki, Tomczyk, Jurek?, Dorn?).

2. PSL ostatecznie dogaduje się ze Schetyną, a w „Dużej Koalicji” nie ma Wiosny. Ludowcy z bólem (za cenę ustępstw na listach i w podziale subwencji) akceptują SLD, ale nie ma zgody na eksponowanie wątków ze światopoglądowej agendy lewicy.

Kukiz’15

Formacja Pawła Kukiza jest chyba w największej defensywie – po słabym wyniku w wyborach do Parlamentu Europejskiego pod dużym znakiem zapytania stoi kwestia zdolności do zebrania podpisów potrzebnych do samodzielnego startu. Dlatego Kukiz jest skazany na jakąś koalicję. W grę wchodzi: porozumienie z PSL, porozumienie z Konfederacją i porozumienie z Bezpartyjnymi Samorządowcami. To ostatnie może nie wystarczyć ani do zebrania podpisów, ani do zbliżenia się do progu wyborczego przy wysokiej frekwencji. Start z PSL byłby dużo bardziej prawdopodobny, gdyby nie opisany już problem braku możliwości nazwania komitetu inaczej, niż KW Polskie Stronnictwo Ludowe. To rodzi opór wśród realnych i, zwłaszcza, wirtualnych aktywistów ruchu. Start z Konfederacją budził z kolei długo opory liderów ugrupowania, ale wobec uruchomienia przez Kukiza wirtualnych konsultacji z sympatykami staje się coraz bardziej prawdopodobny. Do układanki dochodzi jeszcze efemeryczny ruch #R Mariusza Max-Kolonko.

Najbardziej prawdopodobne scenariusze?

1. Szerokie porozumienie na prawo od Zjednoczonej Prawicy w formie „Drugiej Konfederacji”: Korwin, Kukiz, Max-Kolonko, Narodowcy.

2. W wypadku niedogadania się PSL ze Schetyną część liderów Kukiz’15 z liderem ugrupowania na czele trafia na listy „Koalicji Polskiej” (w praktyce – listy PSL wzmocnione przez Bezpartyjnych Samorządowców i prawicowych solistów), część – rozchodzi się pomiędzy Konfederację a Zjednoczoną Prawicę.

Konfederacja

Liderzy Konfederacji mają świadomość, że przekroczenie progu wyborczego będzie dla ugrupowania niezwykle trudne. Można spodziewać się, że poza Kukizem, a po konfliktach m.in. z Jakubiakiem i Liroyem, szukać będzie innych prawicowych liderów nieobecnych w majowym wydaniu – choćby wspomnianych już Mariusza Maxa Kolonkę czy Marka Jurka.

Pięć systemowych wniosków

Po pierwsze, z tak dynamiczną sytuacją na scenie politycznej mamy do czynienia po raz pierwszy od chwili ukształtowania się nowego ładu politycznego na polskiej scenie partyjnej, a więc od rozpadu AWS oraz powstania Platformy i PiS-u.

Samodzielne dotąd formacje – PSL, SLD, „tymczasowe ugrupowania protestu” w rodzaju formacji Kukiza czy Biedronia – z wyborów na wybory mają coraz mniejsze szanse na indywidualne przekroczenie progu i coraz mniej tlenu w spolaryzowanej debacie.

To pokazuje, że decyzje ostatecznie podjęte przez liderów w najbliższych dniach mogą w istotnym sensie „umeblować” scenę polityczną na nowo. System naczyń połączonych rozciąga się od Razem po Konfederację, a jego kluczowym „węzłem” jest dziś relacja między Platformą a PSL. Dopóki nie dojdzie do ostatecznej decyzji na tym styku – inni gracze pozostają zaszachowani.

Po drugie, Zjednoczona Prawica funkcjonuje poza tym systemem i jest największym beneficjentem całego zamieszania.

Nie potrzebuje zmian, nowych koalicjantów ani przegrupowania. Na jej korzyść grają nie tylko świetny wynik w majowym wyborach i utrzymujące się wysokie poparcie w sondażach, ale pomóc może też prezydent Duda ogłaszając dokładną datę wyborów. Krótka kampania i czas na zbiórkę podpisów to szansa na wyeliminowanie mniejszych graczy, którzy mogą nie zdołać zarejestrować list. PiS z przystawkami dziś może już pracować na jesienny wynik i układać listy – w sobotę Jarosław Kaczyński ogłosił już 41 „jedynek” – gdy konkurencja nie wie nawet, w jakiej konfiguracji wystartuje. Wciąż wydaje się, że samodzielne rządy obozowi Jarosława Kaczyńskiego odebrać może tylko „czarny łabędź”.

Po trzecie, trwający pat ujawnia, jak wielkie znaczenie dla kształtu polskiej sceny politycznej mają ignorowane przez media i nieznane opinii publicznej uwarunkowania systemowe.

Progi wyborcze różne dla koalicji i partii, metoda D’Hondta, wymóg i zasady zbiórki podpisów pod listami, zasady finansowania partii politycznych, wreszcie przepisy dotyczące nazywania komitetów – gdyby te wszystkie regulacje wyglądały inaczej formacje mniejsze od PiS i Platformy mogłyby dużo odważniej iść w stronę tworzenia niezależnej reprezentacji politycznej.

Po czwarte, te wszystkie systemowe uwarunkowania sprawiają, że ryzyko duopolu po jesiennych wyborach jest wciąż prawdopodobne.

Powstanie on prawie na pewno, jeśli dojdzie do „Dużej Koalicji” z udziałem PSL i SLD. Wówczas ani Lewica Razem (Razem, Wiosna + plankton) ani „Druga Konfederacja” (Korwin, Narodowcy, Kukiz + plankton) przy wysokiej frekwencji mogą nie przekroczyć progu wyborczego.

Krótki czas na zbiórkę podpisów, trudne negocjacje dotyczące podziału finansów w wypadku startu z list jednej formacji oraz personalne antypatie liderów tylko utrudnią dynamiczne wejście tych mniejszych ugrupowań do wyborczego wyścigu. Nawet minimalne przekroczenie progu da tym formacjom tak niedużą reprezentację (rzędu kilkunastu posłów), że przy jej słabej spoistości wewnętrznej (reprezentanci różnych środowisk) kluby z dużym prawdopodobieństwem albo rozpadną się na mniejsze koła albo zostaną „rozebrane” przez dwa wielkie bloki.

Po piąte, w przypadku powstania duopolu po jesiennych wyborach jedyną szansą na odwrócenie tego trendu będzie systemowa zmiana reguł gry na scenie politycznej, np.zmiana metody liczenia głosów, pułap określenia progu wyborczego i progu finansowania, wreszcie zasady rządzące budowaniem komitetów.

W każdym z tych wymiarów łatwo wyobrazić sobie rozwiązania, które sprzyjałyby utrzymaniu w Polsce systemu wielopartyjnego. Bardzo trudno uwierzyć jednak, że na ich przegłosowanie zdecydowałyby się zasiadające w parlamencie dwa wielkie obozy.