Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Leszek Zaborowski  9 lipca 2019

Anna Pawełczyńska – socjolog Auschwitz i oskarżyciel III RP

Leszek Zaborowski  9 lipca 2019
przeczytanie zajmie 12 min

„Ciocia uwielbiała ten widok. Oprócz Pałacu Kultury” – przyznała nowa właścicielka mieszkania należącego niegdyś do byłej oświęcimskiej więźniarki. O tym, że przypadkiem trafiłem do dawnego domu Anny Pawełczyńskiej, domyśliłem się dzięki stosom autorskich egzemplarzy zgromadzonych w pobliżu wyjścia na balkon. Wśród nich były zarówno Wartości a przemoc. Zarys socjologicznej problematyki Oświęcimia, jak i Głowy hydry. O przewrotności współczesnego zła – jej najbardziej znane książki, odpowiednio XX i XXI-wieczna. Jakie mają dziś dla nas znaczenie teksty tej nieco zapomnianej, acz fascynującej polskiej socjolog?

Intelektualne przepracowanie wojny

Mimo spalenia wielu okolicznych domów w czasie Rzezi Ochoty zabudowa w tym rejonie w niewielkim stopniu zmieniła się względem czasów przedwojennych. Musiało to mieć duże znaczenie dla osoby mocno bolejącej nad rozłożoną na raty wojenną destrukcją Warszawy. Sama kamienica, w której mieszkała Pawełczyńska, to wyjątkowe miejsce. Potężny, spółdzielczy dom zbudowany w latach 20. od czasów Powstania Warszawskiego znany jest jako Reduta Wawelska. Na Ochocie powstańcy bardzo szybko przeszli do defensywy. To tu bronili się najdłużej, bo do 11 sierpnia. Po zdobyciu zrujnowanego obiektu oddział RONA (złożony z walczących po stronie Niemców kolaborantów z obszaru ZSRS) rozstrzelał kilkadziesiąt osób, w tym rannych i cywili oraz ks. Jana Salamuchę – słynnego logika związanego z tzw. kołem krakowskim.

Jak wspomina Pawełczyńska, żal po zniszczonej Warszawie wiązał się z „dziwnym poczuciem winy” właściwym osobom, które mimo swojej więzi z miastem nie przebywały w nim w sierpniu 1944 roku. W tym czasie przyszła profesor socjologii była już więźniem Auschwitz-Birkenau. Początkowo jednak osadzono ją za działalność konspiracyjną na Pawiaku, do którego trafiła w 1942 r. jako dwudziestoletnia dziewczyna. Warszawiacy uwięzieni w „fabryce śmierci” mieli odczuwać ból, bo nie było ich na miejscu. Jak mawiali, „gdy [Warszawa] ginęła, [k]toś najbliższy umarł bez naszej pomocy”.

Przez lata Pawełczyńska była znana przede wszystkim ze względu na książkę Wartości a przemoc. By nabrać dystansu niezbędnego do stworzenia „socjologicznego zarysu tematyki Oświęcimia” (jak brzmiał podtytuł książki), potrzebowała 30 lat. Praca powstała więc, gdy jej pozycja w środowisku naukowym była już ugruntowana. Pawełczyńska postanowiła ująć funkcjonowanie Auschwitz w kategoriach „naturalnego eksperymentu, w którym obserwator [czyli więzień w osobie samej autorki – LZ] wyzuty jest z władzy nad bodźcem”.

Eksperyment zakończył się ostatecznie niepowodzeniem Niemców. Nie zdołali w całości stłamsić ani oporu psychicznego, ani przejawów solidarności osadzonych, opartej na obozowym minimum moralnym. Odzwierciedlała to maksyma: „Nie krzywdź bliźniego swego i ratuj go, jeśli możesz”.

Czytelnik nie odnajdzie w Wartościach i przemocy zbyt wielu obrazów bestialstwa obozowego personelu. Pawełczyńska w następujących słowach wyjaśnia te kwestię: „świadomie [unikam] przedstawiania rzeczy makabrycznych, gdyż jestem głęboko przekonana, że kolportowanie naturalistycznych opisów okrucieństwa może zaszkodzić tym, którzy mieli szczęście nie zetknąć się z obozową rzeczywistością”. Uwypuklone zostało zaś wszystko to, co pozwalało zrozumieć schemat i logikę działania „fabryki śmierci”. Pawełczyńska nie pozwoliła, by pobyt w obozie zdominował jej biografię; zaś w książkach o tematyce społeczno-politycznej skupiała się raczej na długotrwałych skutkach niemieckich zbrodni, aniżeli szczegółach podkreślających ich brutalny charakter.

Intelektualne przepracowanie transformacji

Książki Pawełczyńskiej wydawane w XXI wieku są już zupełnie inne. Pełne nie tylko negatywnych osądów na temat przebiegu i skutków transformacji ustrojowej, ale również obfitujące w wartościowania, od których autorka usiłowała wcześniej w swej pracy uciec.  Okazują się krzykiem rozpaczy osoby nie tylko niepogodzonej z przeoraniem polskiego społeczeństwa przez dwa totalitaryzmy, ale również daremnie wyczekującej radykalnego odwrócenia ich skutków po 1989 roku. Może dziwić, że w książce O istocie narodowej tożsamości oskarża Ryszarda Legutkę o wprowadzenie czytelników Eseju o duszy polskiej w „nastrój klęski ostatecznej”. Zdaje się bowiem robić na kartach swoich książek dokładnie to samo. Przynajmniej do momentu, gdy na tle jej konstatacji o skali wyniszczenia polskich elit, ujawni wielkie nadzieje związane z potencjalnymi zmianami politycznymi w Polsce.

Pawełczyńska pisała w 2004 roku: „Dziś w Polsce trwa władza lumpenelit. Rządząca w Polsce lumpenelita nie rozumie postawy służby społecznej”. Użyte przez autorkę określenie opisuje ludzi kierujących się jedynie dążeniem do zysku, pozbawionych jakiegokolwiek systemu wartości, niezdolnych do moralnej refleksji. Może właśnie ono (podobnie jak lumpenproletariat) będzie najbardziej widocznym pozostawionym przez nią śladem. Hasło spopularyzowane zostało przede wszystkim przez Jarosława Kaczyńskiego oraz jego zwolenników (do których autorka Głów hydry również się zaliczała, czemu dała wyraz choćby przez przystąpienie do komitetu poparcia jego kandydatury na prezydenta w 2010 roku). Polityk mówił wprost o potrzebie „wymiany elit”. Pojęcie „lumpenelita” weszło na stałe do arsenału naszej brutalnej debaty publicznej. Dziś bywa też zresztą stosowane przez przeciwników obecnego rządu.

Warto wymienić dwa czynniki, które sprzyjały popularyzacji wyżej wspomnianego hasła. Pierwszy z nich, czyli powszechne, rytualne wręcz, utyskiwanie na „kryzys elit” zdajemy się dzielić z wieloma innymi europejskimi krajami. Nakłada się na niego jednak drugi, związany ze specyficznym, polskim doświadczeniem. Jest nim, podzielane przez osoby o bardzo różnych poglądach politycznych, przekonanie o tym, że polskie elity do dziś odczuwają negatywne konsekwencje eksterminacyjnej polityki nazistowskiej i sowieckiej. W przypadku Pawełczyńskiej uzupełnia je diagnoza przedstawicieli elit, którzy zatracili swoje przywiązanie do postawy służby społecznej. Niegdyś było ono czerpane z etosu inteligenckiego. Perspektywa ta łączy się z podkreślaniem potrzeby nie tylko strącenia ze szczytu hierarchii poszczególnych jej przedstawicieli, ale też otwarcia dróg awansu dla tych, którzy mogliby ich masowo zastąpić, ostatecznie formując kontrelitę. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nawet jeśli pojęcie „lumpenelity” gości dziś wśród obelg używanych przez niektórych zwolenników PiS, to właśnie Jarosław Kaczyński – bez względu na to, jak oceniamy skutki tych działań – łączył używanie tego terminu z refleksją i praktyką polityczną, mającą ambicję uruchomienia głębokich przemian społecznych. Właśnie ten aspekt zbliża do siebie poglądy Kaczyńskiego i Pawełczyńskiej.

Zastąpieniu „lumpenelity” ludźmi kierującymi się patriotyzmem, etosem poświęcenia na rzecz wspólnoty (zaczerpniętym wprost z inteligenckich tradycji doby II RP) musiałoby jednak towarzyszyć zmniejszenie wpływów „lumpenliberalizmu”. Ostatnie z pojęć służy do określenia liberalizmu przesiąkniętego materializmem oraz relatywizmem moralnym, i co ważne, zrobiło niewiele mniejszą karierę niż „lumpenelity”.

Do najbardziej szkodliwych przejawów „lumpenliberalizmu” należały według Pawełczyńskiej ataki na chrześcijaństwo. Podważanie roli Kościoła i religii ostatecznie uznawała ona za niszczenie źródła jedynego istotnego w Polsce punktu oparcia dla stałych wzorców moralnych, praktykowanych zarówno przez wierzących, jak i niewierzących. Wspierana przez media „antyreligia” relatywizmu, zagrażająca ostatecznie nie tylko Polakom i katolicyzmowi, ale wszystkim religiom uniwersalistycznym i nacjom, miała zaś pozostawać najistotniejszym narzędziem manipulacji i przemocy stosowanych w celu osłabienia wspólnot narodowych. Ostatecznym celem promowania relatywizmu okazało się, zdaniem Pawełczyńskiej, prowadzenie inżynierii społecznej nakierowanej na takie uformowanie zbiorowości ludzkich, by stały się bardziej podatne na kontrolę poprzez bezkrytycznie przyjmowaną propagandę.

Radykalne wystąpienie Pawełczyńskiej przeciwko relatywizmowi, ale również wprost w obronie Kościoła i chrześcijańskiego dziedzictwa, może dziwić w świetle jej biografii. Sama, jak jasno wynika z jej wspomnień, wielokrotnie w swoim życiu wątpiła nie tylko w istnienie Boga, ale i w istnienie jakiegokolwiek sensu w otaczającym ją świecie. Jedynie momentami znajdowała duchowe ukojenie. Podobnie jest z przekonaniem o konieczności przeprowadzenia konsekwentnej dekomunizacji i lustracji, których brak autorka uważała za grzech pierworodny nieudanej polskiej transformacji.

To o tyle zaskakujące, że sama Pawełczyńska, choć nigdy nie uwierzyła w komunizm, w niektórych okresach PRL-u wierzyła w sens działania w ramach tego systemu. Została pierwszą dyrektorką Ośrodka Badań Opinii Publicznej, a także na fali popaździernikowego entuzjazmu wstąpiła na krótko do PZPR. Jednak mimo to uważała, że komunizm nie tyle był „przerwą w polskiej historii”, ale raczej chorobą, okresem rozkładu polskiej tkanki społecznej, wywołanym przez działania komunistów i którego rządzący III RP nie potrafili lub nie chcieli odwrócić. To przede wszystkim w tym sensie Polska po 1989 r. okazywała się dla niej przedłużeniem wcześniejszej, rzekomo „ludowej ojczyzny”. Takie zjawiska jak obecność dawnych aparatczyków w strukturach politycznych czy uwłaszczenie nomenklatury były istotnym, ale wcale nie najważniejszym elementem postkomunistycznego pejzażu.

Socjologia w obronie wartości

To jednak nie przestrzeganie przed „dyktaturą relatywizmu” lub narzekanie na stan polskich elit – do czego przyzwyczaiło nas wielu innych autorów – było dla jej późnych książek najbardziej charakterystyczne. Po pierwsze, Pawełczyńska jako socjolog przez lata była wierna modelowi wolnych od wartościowań nauk społecznych, a ostatecznie uznała go za taran wykorzystywany do krzewienia relatywizmu w różnorakich sferach życia. By odwrócić ten trend, konieczne miało być nie tyle samo unikanie wyciągania pochopnych wniosków z odcinania się nauk społecznych od wartościowań, co powrót do wartościujących korzeni, choćby w socjologii moralności.

Logicznym następstwem takiego podejścia Pawełczyńskiej, na co zwracał uwagę ks. Janusz Mariański, byłoby poszukiwanie wspólnych intuicji i motywacji moralnych występujących w kręgach kulturowych związanych z religiami monoteistycznymi, a następnie traktowanie ich jako punktu odniesienia w analizie praktyk moralnych danej społeczności. Krzysztof Koseła uznał wręcz, że refleksje Pawełczyńskiej ostatecznie „wykraczają poza metodę ściśle socjologiczną”, sytuując się na pograniczu filozofii kultury, moralności i społeczeństwa. Przechodząc od opisów do wartościowań, Pawełczyńska szła więc pod prąd dominujących trendów w naukach społecznych, dążących raczej do uwolnienia się od wartości.

Jeśli zgodzić się z Anną Gizą-Poleszczuk, która stwierdziła w rozmowie z Krzysztofem Mazurem, że polscy socjologowie po 1989 r. wielokrotnie zajmowali się nachalnym promowaniem wizji modernizacji, w „której społeczeństwo tradycyjne wraz ze swoimi wartościami jest barierą dla nowoczesności”, to Pawełczyńska sytuowałaby się na antypodach podobnych postaw, świadomie przyjmując inny punkt odniesienia niż rzekomo neutralne kategorie badawcze, a w rzeczywistości służące do wtłaczania Polaków w zachodnie wzorce.

Zarazem pisanie pełnych pasji tekstów łączących refleksję socjologiczną z otwartym deklarowaniem przywiązania do patriotyzmu czy chrześcijańskiego dziedzictwa najłatwiej byłoby uznać za „pójście w publicystykę”, tak częste wśród naukowców społecznych. Problem w tym, że sama autorka uznawała Głowy hydry, O istocie narodowej tożsamości i inne antyliberalne teksty za kontynuację książki Wartości a przemoc, chwalonej za zachowanie w opisach koniecznego dystansu. To w kontekście obozowych przeżyć autorki wydawało się niemożliwe.

W jej ataku na współczesny liberalizm głównym punktem odniesienia pozostawał jednak komunizm, a nie nazizm. To jego kontynuacją lub następną fazą okazała się lewicowo-liberalna poprawność polityczna. Lansowana jest ona jako zestaw przekonań „jedynie słusznych”. W rzeczywistości rozbija więzi społeczne oparte na tradycyjnych wartościach, otwiera pole do manipulacji. Czyni pojedyncze osoby podatnymi na propagandę, a całe społeczności zdezorganizowanymi, bezwolnymi i niezdolnymi do obrony przed zewnętrznym naciskiem rozmaitych grup interesu. Za pomocą odmiennych metod próbuje więc osiągnąć stan ubezwłasnowolnienia, który był pożądany wcześniej przez nazistów i komunistów.

Wskazywanie na domniemane totalitarne tendencje tkwiące w liberalizmie również nie było wynalazkiem Pawełczyńskiej (autorka cytowała Raymonda Arona, Erica Voegelina). Pogląd ten w odniesieniu do konkretnej rzeczywistości politycznej, a nie w traktatach z historii idei, łatwiej wywołuje sceptycyzm. Urągające zdrowemu rozsądkowi porównania do czasów okupacji niemieckiej lub stalinizmu (nie mówiąc już o nawiązaniach do okresu gierkowskiego czy gomułkowskiego) od lat pozostają przecież jednym z bardziej denerwujących, irracjonalnych elementów naszej debaty publicznej. Jednocześnie jednak zwykliśmy z nieco większą powagą wysłuchiwać podobnych uwag ze strony tych, którzy osobiście doświadczyli represji w latach 1939-1956. Trudniej nam takie osoby otwarcie oskarżyć o przesadę. Właśnie z tego względu Pawełczyńska została w 2004 roku raczej przemilczana niż wyśmiana, choć jak pokazał przykład Władysława Bartoszewskiego, uczestniczenie w ostrej walce politycznej ostatecznie może sprawić, że przed kpinami nie uchroni nawet status byłego więźnia Auschwitz.

Spoiwa rozdartej wspólnoty

Od napisania Głów hydry minęło 15 lat. Niedawno minęła także piąta rocznica śmierci Anny Pawełczyńskiej. Książka pozostaje jednym z najostrzejszych głosów w sporze o ocenę polskiej transformacji, a zarazem poprzedza próbę budowy IV RP. Pozostaje więc szczególnym świadectwem krystalizowania się politycznego podziału, który wciąż nadaje ton polskiej polityce. Wydaje się jednak, że lepiej wydobyć z wystąpienia Pawełczyńskiej coś więcej, coś, co pozostanie aktualne również po wypaleniu się wspomnianego konfliktu. Jak sądzę, warszawska socjolog konfrontuje nas z dwoma kluczowymi zagadnieniami, a próba zmierzenia się z nimi to najlepsze upamiętnienie, jakie możemy zapewnić tej nietuzinkowej, fascynującej, a jednocześnie wzbudzającej ferment postaci.

Pierwszym zagadnieniem jest specyficznie pragmatyczne spojrzenie na patriotyzm, czyli postawę, która na naszych oczach zdaje się stawać coraz bardziej podatna na dekonstrukcję, tracącą status bezrefleksyjnie przyjmowanej, bo wynikającej ze zwykłej „ludzkiej przyzwoitości”. W wizji Pawełczyńskiej patriotyzm okazuje się spoiwem ułatwiającym współdziałanie grup ludzi, których splatają ze sobą nie tylko wspólna tożsamość, narodowa historia i kultura, ale także podleganie temu samemu zagrożeniu, jakim jest ubezwłasnowolniającą dominacja ze strony państwowych i niepaństwowych potężnych graczy. Podobna dominacja nie musi się dziś wiązać z zagrożeniem życia, zdrowia czy podstawowych wolności. Odpowiedzią na nią może być po prostu codzienna praca na rzecz solidarnego rozwoju całego społeczeństwa, ale nade wszystko budowy silnego państwa.

Patriotyzm okazuje się tu w dużej mierze niezbędnym instrumentem mobilizacji do nieuniknionych zmagań, możliwych dzięki wykorzystaniu dostępnego wszystkim kodu kulturowego. To los narodów o niekorzystnym położeniu geograficznym i dysponujących ograniczonymi zasobami. Niewiele zaś ma wspólnego z mglistymi „zobowiązaniami wobec przodków” czy quasi-religijnymi wyobrażeniami na temat narodu.

Drugie zagadnienie to przedstawienie Polaków jako wspólnoty zbudowanej wokół jednolitego systemu wartości opartego na chrześcijaństwie (czytelnego dla wierzących i niewierzących o różnych poglądach politycznych), rozmontowanego przez „lumpenliberalne” struktury wewnętrzne i ponadnarodowe, ale nadal pozostającego osią, wokół której budowane są trwałe więzi społeczne. Wizja ta może nam się dziś wydawać niebywale upraszczająca, jak również uwarunkowana tragiczną biografią Pawełczyńskiej. Autorka doświadczała owej dziwnej wspólnoty ludzi, których zdawało się dzielić tak wiele pod względem światopoglądowym, w sytuacjach ekstremalnych: konspiracji, więzieniu, Auschwitz. Jej kontynuacją było środowisko „ossowczyków” skupione wokół Stanisława i Marii Ossowskich. Tym, co łączyło tak różnych od siebie ludzi, były nie tylko zainteresowania naukowe, ale także traumatyczne wojenne wspomnienia i pragnienie wymknięcia się stalinowskiej opresji.

W chwili obecnej, inspirując się Pawełczyńską, być może należałoby raczej zadać pytanie, czy w obliczu wojny polsko-polskiej możemy jeszcze mówić o jakimkolwiek spajającym nas wspólnym systemie wartości. Zdajemy się bowiem mimo wszystko przyjmować milczące założenie o jego istnieniu. Czy jednak skierowane do adwersarzy wezwania do porzucenia hipokryzji i przestrzegania standardów nie skrywają po prostu postępowania według kompletnie różnych punktów odniesienia? Czy nie nadszedł czas, by uczciwie wskazać różnorakie linie podziału, do których istnienia z różnych powodów nie chcemy się przyznać? Choćby po to, by po ich określeniu zastanowić się nad racjonalnym zawieszeniem broni.

Totalitarne praktyki łączyło dążenie do osiągnięcia podporządkowania jednostek dzięki sile odradzającej się – niczym „głowy hydry” – we wciąż nowych formach przemocy. Rozlewanie się jej i to nie tylko w symbolicznym wydaniu, dopiero rozkręca się w Polsce. Warto więc zachować radykalizm Pawełczyńskiej w wychwytywaniu jej przejawów, nawet jeśli porównania do XX-wiecznych totalitaryzmów uważamy po prostu za chybione. Powinny temu towarzyszyć próby zrozumienia i zatrzymania napędzającego przemoc mechanizmu, bo o mechanizmy, które sami powielamy, tutaj chodzi. Jeśli wierzymy, tak jak Pawełczyńska, że szczepionką na zło i przemoc może być w tej sytuacji chrześcijaństwo, od razu nasuwa się pytanie, jak aplikować je do społecznego organizmu.