Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Potocki  3 lipca 2019

Sześć krajów w bałkańskiej łódce (nie licząc Rosji)

Michał Potocki  3 lipca 2019
przeczytanie zajmie 7 min

 „A ja myślę, ze panowie duza by juz mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć!” Tak w wielkim skrócie, za Stanisławem Wyspiańskim, można by scharakteryzować politykę Unii Europejskiej wobec Bałkanów Zachodnich. I choć taka postawa ma swoje obiektywne przyczyny tak w UE, jak i na samych Bałkanach, to efekt może być bardzo zły. Na Bałkanach koniec historii wciąż nie nadszedł.

Bez odpowiedniej motywacji, której Bruksela nie chce ani nie potrafi dostarczyć, państwa te wciąż mogą się cofnąć na drodze do demokratyzacji, a gdzieś w najczarniejszym scenariuszu ponownie grają surmy bojowe. Ale zanim uzasadnimy tę tezę, przyjrzyjmy się status quo w chwili, gdy do Poznania zjeżdżają się już politycy, by wziąć udział w szczycie Bałkanów Zachodnich.

Spotkanie odbywa się w Polsce, ponieważ to nasz kraj przewodniczy aktualnie tzw. procesowi berlińskiemu. To inicjatywa zrzeszająca dziesięć zainteresowanych Bałkanami państw unijnych (Austrię, Bułgarię, Chorwację, Francję, Grecję, Niemcy, Polskę, Słowenię, Wielką Brytanię i Włochy) oraz sześć aspirujących do Unii państw bałkańskich. Spośród nich negocjacje akcesyjne rozpoczęły Czarnogóra i Serbia; Albania i Macedonia Północna mają status kandydatów; Bośnia i Hercegowina złożyła wniosek akcesyjny, a Kosowo podpisało umowę o stabilizacji i współpracy.

W Poznaniu nie będzie fajerwerków

Dla bałkańskich przywódców proces berliński nie jest niczym specjalnie pociągającym ani pożądanym. Wszyscy mają świadomość, że wymyślono go po to, by czymś zająć serca i umysły mieszkańców Bałkanów Zachodnich w sytuacji, gdy mało kto na zachodzie Europy myśli na poważnie o tym, by stali się oni pewnego dnia obywatelami Unii. Z drugiej strony nie da się przecież zignorować tego procesu. Lepiej być ćwierć kroku bliżej celu niż dalej.

Odchodzącej Komisji Europejskiej z Jean-Claude’em Junckerem na czele zależało na jakimś bałkańskim sukcesie. KE zdecydowanie wspierała rozmowy grecko-macedońskie, które odblokowały drogę tego ostatniego kraju do otwarcia negocjacji, a nawet rekomendowała rozpoczęcie rozmów akcesyjnych z Albanią i Macedonią Północną. Tyle że Rada UE w czerwcu po raz kolejny odłożyła decyzję w tej sprawie – tym razem na jesień. Przyczyną były zwłaszcza opory Francji i Holandii, ale i Niemcy nie odegrały przesadnie konstruktywnej roli w tym zakresie. Tym samym złamano obietnicę daną naszym partnerom w 2018 r. Nie trzeba chyba pisać, co to oznacza dla wiarygodności Unii Europejskiej.

Podawany dotychczas przez eurokomisarzy rok 2025 jako możliwy termin otwarcia drzwi dla niektórych państw regionu od dawna traktowałem z dużym sceptycyzmem. Jak się okazało, słusznie. Czerwcowa decyzja o braku decyzji potwierdziła, że w Brukseli i stolicach głównych państw rozgrywających w UE nie ma klimatu, by myśleć o poszerzaniu Unii. Są ku temu oczywiste przyczyny wewnątrzunijne. Nie da się ukryć, że na wspólnotowych korytarzach wyraźnie daje się wyczuć zmęczenie rozszerzeniowe. Słychać głosy, że już poprzednie rozszerzenia z 2004, 2007 i 2013 r. były przedwczesne, więc co dopiero mówić o jeszcze biedniejszych państwach czekających na korytarzu.

Paradoksalnie więc – na przykład – im ostrzejszy jest konflikt między rządem w Warszawie a Komisją Europejską na tle przestrzegania zasad praworządności – wyłączmy z tego tekstu pytanie o to, kto ma w nim rację – tym większa niechęć do myślenia o kolejnych państwach postkomunistycznych wewnątrz Unii. Skoro mamy tyle problemów z Polakami, Rumunami i Węgrami, to co dopiero będzie, gdy wpuścimy do klubu Albańczyków z Serbami – myślą, a czasem wprost artykułują politycy i eksperci ze starej Unii.

Mówiąc wprost, władze w Budapeszcie dość dowolnie potrafią interpretować własną konstytucję, ale nie umywają się pod tym względem do rządów w Tiranie, Polskę może trawić wewnętrzny konflikt polityczny, ale na tle Bośni i Hercegowiny może służyć za wzór jedności narodowej, a Bułgaria może i jest korumpowana, ale daleko jej do Serbii. No i w końcu nie ma w Unii kraju, który nie cieszyłby się powszechnym uznaniem międzynarodowym, a to przecież problem, z którym wciąż zmaga się Kosowo. Nie uznaje go choćby Hiszpania, ojczyzna proponowanego na szefa unijnej dyplomacji Josepa Borrella.

Do tego Bruksela ma dość własnych problemów, by chcieć wziąć na siebie kolejne ciężary. Wystarczy niepewność co do przyszłości sojuszu transatlantyckiego, telenowela brexitowa, której wszyscy już mają dość, ale nikt za bardzo nie wie, jak ją zakończyć, wyczuwalny na karku oddech nadciągającego spowolnienia gospodarczego, otwarte pytanie, co dalej w relacjach z Rosją, wiszące niczym miecz Damoklesa kryzysy migracyjny i klimatyczny. Bałkany? Thanks but no, thanks.

Nie każdy chce do Unii

Po drugiej stronie przynajmniej trzem z sześciu krajów wciąż się chce. Albańczycy z Albanii i Kosowa to chyba najbardziej entuzjastycznie prozachodni naród na wschód od dawnej żelaznej kurtyny. Co więcej, to właśnie przygniatające poparcie mniejszości pośrednio przeważyło w Macedonii szalę na rzecz układu z Grecją. Pośrednio, bo chociaż referendum padło przez zbyt niską frekwencję, to bez albańskich partii nie udałoby się przepchnąć porozumienia przez parlament.

Trzecim państwem jest właśnie Macedonia Północna. Wyobraźmy sobie, że warunkiem wejścia Polski do Unii Europejskiej i NATO jest konieczność zmiany nazwy państwa, bo tradycyjna nie podoba się któremuś z sąsiadów. Nad naszymi głowami są rozpatrywane mniej lub bardziej absurdalne propozycje – Republika Wisły, Sarmacja, Republika Zachodniosłowiańska. Niektóre nazwy może i intrygujące, ale przecież sam fakt takiego stawiania sprawy jest upokarzający. „Imienia się nie sprzedaje” – głosiły vlepki na macedońskich murach.

I choć w grecko-macedońskim sporze rekordy absurdu biły obie strony – w Skopje przejawiało się to budowaniem udających starogreckie budowle gmachów w centrum miasta – to jednak ostatecznie znalazło się dwóch polityków, którzy umieli go rozwiązać. Premierzy Aleksis Tsipras i Zoran Zaew, ryzykując własną przyszłością w polityce, podpisało układ, który teoretycznie odblokował drogę Macedonii – od teraz Północnej – na Zachód. A Macedończycy koniec końców ten układ zaakceptowali. Jeśli ktoś zasłużył na szansę od Unii, to właśnie oni.

W trzech pozostałych krajach nastroje antyzachodnie są silne lub nawet przeważające. W serbskiej części Bośni i Hercegowiny oraz samej Serbii w oczywisty sposób wynika to ze złych wspomnień – bombardowań NATO z 1999 r. i żywego, choć – ujmijmy to eufemistycznie – nie do końca prawdziwego przekonania, że rozpad Jugosławii był efektem zachodniego spisku. W Czarnogórze ambiwalentna postawa wynika z utożsamiania się pewnej części mieszkańców właśnie z narodem serbskim.

Niepewne wpływy UE na Bałkanach

Wszystko to sprawia, że w polityczną próżnię, którą wciąż są Bałkany Zachodnie, wchodzi gracz, któremu wciąż się chce chcieć – Rosja. Kremlowi nie udało się co prawda przeprowadzić zamachu stanu w Czarnogórze, by udaremnić wejście tego kraju do NATO, ani poprzez opłacane z zewnątrz zamieszki storpedować w tym samym celu porozumienie macedońsko-greckie (Podgorica jest już w Sojuszu, w przypadku Skopje trwa proces ratyfikacji akcesji). Ale Kreml wciąż zachowuje wpływy w słowiańskich państwach regionu.

W spisku w Czarnogórze i organizacji burd w Skopje brali udział przedstawiciele serbskich służb specjalnych. W serbskich obozach szkoleniowych Rosjanie trenują paramilitarne jednostki bośniackich Serbów, wierne świeżo upieczonemu członkowi prezydium Bośni i Hercegowiny Miloradowi Dodikowi. Dodik, choć przeniósł się do stolicy, wciąż z tylnego fotela rządzi Republiką Serbską w Bośni i coraz częściej daje do zrozumienia, że wciąż może zagrać kartą secesji tej części bośniackiej federacji.

Jakiekolwiek próby oderwania organizmu ze stolicą w Banja Luce od reszty kraju groziłyby nową wojną. Podobnie jak rozpatrywany przez prezydentów Kosowa i Serbii scenariusz wymiany terytoriów jako droga do normalizacji (choć nie formalizacji) relacji obu państw. Obie te kwestie są naczyniami połączonymi, bo Dodik swoją groźbę secesji wiąże właśnie z sytuacją, w której Prisztina przekazałaby ziemie na północ od rzeki Ibar Belgradowi w zamian za część Doliny Preszewskiej.

Do tego trzeba dodać wewnętrzne problemy wymienionych państw. Żadne z nich do końca nie poradziło sobie z zorganizowaną przestępczością. Sytuacja wolnych mediów w Serbii wręcz się pogarsza wraz z zacieśniającymi się związkami tamtejszych polityków z mafią. Bośnia i Hercegowina jak była w latach 90. krajem niezdolnym do uzgodnienia podstawowych zasad funkcjonowania państwa, tak nim pozostaje. Albania jest sparaliżowana wewnętrznym konfliktem politycznym – opozycja właśnie zbojkotowała wybory lokalne, podobnie jak bojkotuje prace parlamentu.

Niesprzyjające warunki nie są czymś uniemożliwiającym postęp, o ile występuje motywacja, by te kłopoty przezwyciężać. Dla Polski taką motywacją do zmian była jednoznacznie brzmiąca obietnica otwarcia drzwi do zachodnich struktur integracyjnych. Niestety jedynym poważnym graczem, który jest zdeterminowany, by poszerzać swoje wpływy w regionie, jest Moskwa. Unię tylko trochę ratuje fakt, że wbrew szerzonym mitom Rosja także jest państwem nieudolnym (sprawa Skripalów! pucz w Czarnogórze!), skorumpowanym i ograniczonym wiarą we własną propagandę, przez co trudno uznać jej osiągi na Bałkanach za pasmo sukcesów.

Największy problem polega na tym, że Bruksela niespecjalnie ma pomysł, co mogłaby Bałkanom Zachodnim zaoferować, bo przecież atrapa realnej współpracy w postaci procesu berlińskiego żadną ofertą nie jest.

Unia jest niekonsekwentna, a przez to niewiarygodna, więc ryzykuje, że ktoś bardziej zdeterminowany, wcześniej czy później może ją wyprzeć z miękkiego podbrzusza, jakim wciąż ten region pozostaje. By ktoś nas potraktował jako poważnych i wiarygodnych oferentów, „trza być w butach na weselu”. Zwłaszcza tym bałkańskim.

Publikacja została sfinansowana ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Przedstawia jedynie poglądy autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych.