Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  28 czerwca 2019

Amerykanie chcą kolejnej wojny na Bliskim Wschodzie?

Andrzej Kohut  28 czerwca 2019
przeczytanie zajmie 8 min

Odwołane w ostatniej chwili strategiczne bombardowanie celów militarnych w Iranie pokazuje, że wielu czołowych amerykańskich polityków prze do militarnego konfliktu z Iranem. W odpowiedzi na zestrzelenie bezzałogowego samolotu szpiegowskiego (wartego ok. 130 milionów dolarów) Amerykanie chcieli dosadnie pokazać, że Iran przekroczył cienką granicę. Atak popierany m.in. przez wiceprezydenta Mike Pence i sekretarz stanu Mike Pompeo w ostatniej chwili został jednak powstrzymany decyzją prezydenta Trumpa, a działania odwetowe ograniczyły się do cyberprzestrzeni.

Krótkotrwały spokój

8 maja 2018 roku Trump oficjalnie wycofał USA z porozumienia nuklearnego z Iranem. Umowa, której pełna nazwa brzmi The Joint Comprehensive Plan of Action (JCPOA), była jednym z najważniejszych sukcesów polityki międzynarodowej Baracka Obamy, jednak jego następca krytykował ją bardzo mocno już w trakcie kampanii wyborczej, uznając ją za niewystarczający środek do powstrzymania Iranu przed pozyskaniem broni nuklearnej.

Umowa zakładała, że irański program atomowy zostanie bardzo mocno ograniczony: ilość wirówek służących do wzbogacania uranu miała zostać zmniejszona o dwie trzecie (a bardziej zaawansowane wirówki wycofane), zasoby nisko wzbogaconego uranu ograniczone do 300 kg (wcześniej zbliżały się do 10 tys. kg), Iran miał też powstrzymać się od pozyskiwania wyżej wzbogaconego uranu (mogącego posłużyć do produkcji arsenału nuklearnego), a prace badawczo-rozwojowe w tym obszarze miały być ograniczone i pod ścisłym międzynarodowym nadzorem. Taki plan miał obowiązywać przez dziesięć lat, do 2025 roku. Później, przez kolejne pięć lat, ograniczenia miały stopniowo wygasać. Zakładano, że w 2030, 51 lat po irańskiej rewolucji, osoby za nią odpowiedzialne nie będą już miały wpływu na władzę w tym państwie, a brak ograniczeń dla Iranu nie będzie stwarzał zagrożenia.

Takie uzasadnienie nie przekonywało jednak sąsiadów Iranu, a zarazem bliskich sojuszników USA w regionie: Izraela i Arabii Saudyjskiej. Perspektywa jedynie czasowego ograniczenia, a nie całkowitej likwidacji irańskiego programu atomowego w ich przekonaniu nie gwarantowała bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie.

Dodatkowo, przystąpienie do porozumienia było powiązane ze zniesieniem sankcji nałożonych na Iran, co przyniosło temu państwu ogromne korzyści. Irańska gospodarka, która przed 2015 rokiem przeżywała poważny kryzys, eksplodowała, odnotowując pod koniec 2016 prawie 17% wzrost PKB. Dla państw obawiających się Iranu nie były to dobre wiadomości. Dlatego gdy w Białym Domu zasiadł jeden z najbardziej proizraelskich prezydentów w historii, uznający jednocześnie za kluczowe dobre relacje z Arabią Saudyjską, wypowiedzenie porozumienia stało się kwestią czasu. Celem mogło być wynegocjowanie o wiele bardziej restrykcyjnej umowy albo zduszenie gospodarcze Iranu i doprowadzenie do zmiany władzy w tym kraju. Utrzymywanie status quo nie mogło być atrakcyjne.

Jednak amerykańskiej wizji nie podzielali inni sygnatariusze porozumienia, podkreślając, że jak dotąd żadna z kontroli nie wykazała, by Iran łamał warunki umowy. Państwa europejskie, na czele z Niemcami i Francją próbowały zrobić wszystko, by utrzymać ją w mocy, przekonując Iran, że nawet po wycofaniu się Stanów Zjednoczonych może to być dla niego korzystne. To założenie okazało się nieprawdziwe. Trump nałożył na Teheran surowe sankcje, które odbiły się zwłaszcza na handlu irańską ropą naftową. Tuż przed wypowiedzeniem przez Trumpa porozumienia nuklearnego eksport Iranu wynosił 2,5 mln baryłek ropy dziennie. Dziś, według różnych estymacji, nie przekracza 400-500 tys. baryłek. Międzynarodowy Fundusz Walutowy ocenia, że w tym roku irańska gospodarka skurczy się o ok. 6%. Europejczykom nie udało się pomóc Teheranowi, bo europejskie firmy nie miały zamiaru ryzykować utraty dostępu do amerykańskiego rynku w zamian za interesy z Iranem – a takie groźby wysuwała administracja USA.

Iran nie będzie się przyglądał

Po zerwaniu umowy nie trzeba było długo czekać na pierwsze napięcia. Iran już zapowiedział, że przestaje stosować się do zapisów JCPOA i jeszcze w czerwcu ich zasoby nisko wzbogaconego uranu przekroczą uzgodniony limit 300 kg. Stąd do produkcji bomby atomowej jeszcze daleka droga, ale sygnał wysyłany przez Teheran jest jasny – dalsza presja na Irańczyków nie pozostanie bez odpowiedzi.

Pojawiły się również działania militarne: w dwóch niezależnych incydentach zaatakowanych zostało w sumie 6 tankowców przepływających przez Zatokę Omańską. Oficjalnie Iran nie przyznał się do winy, jednak Amerykanie nie mieli wątpliwości (albo nie chcieli mieć), że to Teheran ponosi odpowiedzialność za atak.

Można domniemywać, że w ten sposób władze w Teheranie chciały zasygnalizować kolejny potencjalny koszt konfliktu – zagrożenie dla światowego handlu ropą naftową, której ok. 30% przepływa przez cieśninę Ormuz, łączącą zatokę Perską z zatoką Omańską tuż przy irańskim wybrzeżu. Gdyby Irańczycy zdecydowali się na blokadę, ceny ropy mogłyby poszybować, przekładając się na ogólnoświatowy wzrost cen i – prawdopodobnie – kryzys ekonomiczny. Tak stało się przecież w roku 1973, kiedy państwa arabskie postanowiły gwałtownie podnieść ceny ropy w odwecie za poparcie państw zachodu dla Izraela w wojnie Jom Kipur. Drugi taki kryzys naftowy wybuchł sześć lat później w skutek rewolucji w Iranie.

Kolejnym sygnałem ostrzegawczym ze strony Teheranu mogą być ataki, których dokonano na cele w Arabii Saudyjskiej z terytorium Jemenu, gdzie toczy się wojna domowa pomiędzy siłami rządowymi (popieranymi przez Saudyjczyków) a rebeliantami Huti (mogącymi liczyć na wsparcie Teheranu). Konflikt ma więc wymiar wojny zastępczej (proxy war) pomiędzy najważniejszymi graczami regionu. Wyprowadzenie działań wojennych na większą skalę poza granice Jemenu może być kolejnym na liście kłopotów, które czekają na amerykańskiego prezydenta, jeśli zdecyduje się na dalszą eskalację napięcia amerykańsko-irańskiego.

Amerykanie nie chcą wojny

Prezydent Trump najprawdopodobniej mocno ubarwił rzeczywistość w swoim wpisem na Twitterze, relacjonując decyzję o odwołaniu ataku. Dziennikarze Washington Post sugerują, że Trump nie dowiedział się o liczbie ofiar na 10 minut przed atakiem, bo procedura nakazuje przedstawić tego typu informację dużo wcześniej. Nie do końca prawdziwa była też liczba ofiar – 150 – bo dotyczyła maksymalnej liczby, w sytuacji, gdyby atak przeprowadzono w środku dnia, a przecież planowano go w nocy. Decyzja o odwołaniu bombardowań najprawdopodobniej nie zapadła w ostatniej chwili, a jakieś dwie godziny przed planowanym atakiem. Jednak najbardziej nieprawdziwa była ogólna wymowa tego wpisu – Trump nie zrezygnował z przeprowadzenia akcji odwetowej ze względów humanitarnych. Zrobił to, ponieważ mogła rykoszetem uderzyć w jego obecnie najważniejszy cel – reelekcję w 2020 roku.

W 2016 roku Trump zmierzał do Białego Domu deklarując przynajmniej częściowy powrót do izolacjonizmu. Ameryka wyczerpana wojnami, zmęczona rolą światowego policjanta, miała w dużym stopniu ograniczyć swoje zaangażowanie w świecie i skupić na poprawie warunków życia w kraju. Sojusznicy mieli w większym stopniu dbać o swoje bezpieczeństwo, amerykańscy żołnierze wracać do domu, a egzotyczne wojny raz na zawsze zniknąć z waszyngtońskiej agendy.

Czy walczący o ponowny wybór prezydent może pójść w całkowicie przeciwnym kierunku?

Neokonserwatywna koncepcja szerzenia demokracji i rządów prawa za pomocą komandosów i pocisków balistycznych dostatecznie się skompromitowała w Afganistanie i Iraku. Koszty finansowe tych operacji prześladują amerykański budżet do dziś. Potencjalna wojna w Iranie nie daje nadziei na bardziej pozytywne rozwiązanie, a oznacza potencjalnie jeszcze większe wydatki i więcej ofiar śmiertelnych. A trumny z amerykańskimi żołnierzami to bardzo złe tło dla kampanii wyborczej.

Nie można też zapominać, że kluczowym elementem mającym dać Trumpowi kolejne cztery lata w gabinecie owalnym są bardzo dobre wyniki amerykańskiej gospodarki. Takie przecież jest przesłanie jego nowego wyborczego hasła, które przetestował otwierając swoją kampanię w Orlando na Florydzie: „Keep America Great” – jest dobrze, zadbajmy by dalej było dobrze.

Co jednak w wypadku, kiedy rzeczywistość przekreśli tę narrację? Co jeśli wzrost cen ropy spowoduje kryzys i wskaźniki na giełdzie w Nowym Jorku poszybują w dół? Najprawdopodobniej tego rodzaju refleksja doprowadziła prezydenta Trumpa do zrezygnowania z wymierzonego w Iran odwetu. Można by więc skonkludować, że wojna wydaje się mało prawdopodobna, bo w istotny sposób zaszkodziłaby osobistym interesom amerykańskiego prezydenta.

O wojnach decydują doradcy, a nie obywatele

Pewności jednak mieć nie możemy. Choćby dlatego, że nie wszystkie osobiste interesy prezydenta przemawiają przeciwko konfliktowi. Wśród wspierających kampanię Trumpa miliarderów znajdują się biznesmeni głośno domagający się bardziej radykalnego postępowania z Iranem. Wśród nich jest Sheldon Adelson, właściciel jednej z największych w USA sieci kasyn, który w wyborach 2016 i 2018 przekazał Trumpowi i partii republikańskiej ponad 200 mln dolarów wsparcia. W 2013, podczas spotkania na Yeshiva University w Nowym Jorku, Adelson postulował zrzucenie bomby atomowej na Iran „gdzieś na środku pustyni, gdzie nikogo nie zrani. Może kilka grzechotników i skorpionów. I powiedzieć: widzicie? Następna uderzy w środek Teheranu”. Jego zdaniem zmusiłoby to Iran do większej ustępliwości w negocjacjach. Chęć utrzymania wsparcia takich ludzi jak Adelson wymaga od Trumpa agresywnej polityki wobec Iranu. Niekoniecznie wojny, ale na pewno nie złagodzenia stanowiska.

Stanowiska, które od miesięcy znajduje się pod dużym wpływem „jastrzębi” w waszyngtońskiej administracji, a szczególnie Johna Boltona, prezydenckiego doradcy ds. bezpieczeństwa. Bolton, znany z tego, że jako członek administracji Busha (był wtedy podsekretarzem stanu) przekonywał do wojny w Iraku, od dawna sugeruje maksymalną presję wobec Iranu. Zresztą nie tylko Iranu – Bolton nalegał również na wysłanie wojsk do Wenezueli, co miało bardzo rozgniewać Trumpa. W przypadku obecnego konfliktu Trump również nie we wszystkim ufa swojemu doradcy – co pokazała historia odwołanego ataku – ale jego wpływów nie można lekceważyć.

Podobnie jak wpływu sojuszników. Do ostatecznej rozprawy z Iranem wzywa Izrael, dla którego Teheran stanowi strategiczne zagrożenie. Trump wielokrotnie pokazywał swoje zaangażowanie na rzecz Izraela, przenosząc amerykańską ambasadę do Jerozolimy czy uznając aneksję Wzgórz Golan. Ten ostatni zabieg miał wpłynąć na poprawę wyborczego wyniku premiera Netanjahu. Netanjahu wybory wygrał, ale nie udało mu się sformować rządu, więc na jesieni czeka go powtórka. Gesty poparcia znowu będą w cenie.

Listę czynników, które potencjalnie mogą prowadzić USA w kierunku wojny można jeszcze wydłużyć. Trzeba pamiętać, że administracja Trumpa jest mocno przetrzebiona. Prezydent nie może liczyć choćby na radę kompetentnego sekretarza obrony, ponieważ odkąd w grudniu 2018 roku zrezygnował z tego stanowiska generał James Mattis, pozostaje ono nieobsadzone. To zresztą nic nadzwyczajnego. W obecnej amerykańskiej administracji na ponad 700 wyższych stanowisk (wymagających zatwierdzenia przez senat) jest ponad 250 wakatów.

Decyzji o potencjalnej wojnie raczej nie zablokuje kongres (do którego konstytucyjnie należy prawo wypowiadania wojny). Po atakach z 11 września uchwalono rezolucję autoryzującą działania prezydenta przeciwko terroryzmowi w takim zakresie i takimi środkami, jakie uzna za stosowne. Od 18 lat amerykańscy prezydenci używają tej furtki we wszelkich konfliktach. Prawnicy prezydenta Trumpa bez problemu udowodnią, że i tym razem przepis ma zastosowanie. Zwłaszcza, że już w kwietniu USA uznało irańską Gwardię Rewolucyjną za organizację terrorystyczną.

Jednak największym problemem może się okazać napięcie już występujące w strefie konfliktu. Pokazała to historia ze strąceniem amerykańskiego drona przez Irańczyków i odwołaną w ostatniej chwili akcją odwetową. Amerykanie już wcześniej wzmocnili swoje militarne siły w regionie. Irańczycy, póki co prowokują wybierając bezpieczne cele. Co jednak, kiedy na przykład omyłkowo zestrzelą samolot pasażerski nad Zatoką lub któryś z dowódców na lądzie pod wpływem emocji pochopnie zdecyduje się na użycie poważniejszych środków?

Zdroworozsądkowa kalkulacja wskazuje powątpiewać w wybuch nowej wojny na Bliskim Wschodzie. Dla USA i prezydenta Trumpa taki scenariusz nie ma żadnego potencjalnie szczęśliwego zakończenia. Jednak liczne elementy tej skomplikowanej układanki wskazują, że konflikt zbrojny pomiędzy USA i Iranem nie jest niemożliwy.

Anglojęzyczna wersja materiału do przeczytania tutaj. Wejdź, przeczytaj i wyślij swoim znajomym z innych krajów!

Artykuł (z wyłączeniem grafik) jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zezwala się na dowolne wykorzystanie artykułu, pod warunkiem zachowania informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie „Dyplomacja publiczna 2019”. Prosimy o podanie linku do naszej strony.

Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie „Dyplomacja publiczna 2019”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.