Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  13 czerwca 2019

Historyczny deal? Andrzej Duda w Waszyngtonie

Andrzej Kohut  13 czerwca 2019
przeczytanie zajmie 7 min
Historyczny deal? Andrzej Duda w Waszyngtonie flickr.com

Prezydenci Polski i Stanów Zjednoczonych podpisali deklarację polityczną o wzmocnieniu amerykańskich sił zbrojnych stacjonujących w Polsce o kolejny tysiąc żołnierzy. To spory sukces polskiej dyplomacji, ponieważ Stany Zjednoczone są coraz mniej zainteresowane rolą „strażnika” Europy i trzeba było włożyć wiele wysiłku, aby przekonać amerykańskich decydentów do wzmocnienia obecności wojskowej w Polsce. Amerykanie nie robią jednak tego z dobroci serca – Polska zapłaci sporo za przyjaźń prezydenta Trumpa, a niektórzy krytycy wskazują nawet, że wczorajszy sukces jest zbyt drogi i mocno ograniczony.

Przereklamowany sukces?

Medialne oczekiwania były spore. I nawet jeżeli „Fort Trump” to była zagrywka medialna, to panowało powszechne przekonanie, że rozmawiamy z Amerykanami o stałej obecności kilkunastu tysięcy amerykańskich żołnierzy, którzy w istotny sposób zmieniłaby naszą sytuację militarną. Tymczasem finalny efekt negocjacji to jedynie tysiąc żołnierzy, głównie logistycy i osoby odpowiedzialne za szkolenia. W tym kontekście wzmocnienie, do którego ma dojść może wydawać się nieznaczne.

Również koszty jakie przyjdzie nam ponieść budzą kontrowersje. Prezydent Trump poinformował z zadowoleniem, że to Polska sfinansuje zwiększenie amerykańskiego kontyngentu, pokrywając również wydatki na rozbudowę niezbędnej infrastruktury. Na spotkaniu prezydentów nie pojawiły się konkretne cyfry, ale wcześniej mówiło się o nawet 2 mld dolarów.

Za wzmocnioną obecność żołnierzy w Polsce zapłacimy nie tylko bezpośrednio. W czasie wizyty w Białym Domu, prezydent Duda potwierdził, że Polska jest zainteresowana zakupem trzydziestu dwóch samolotów F-35. Podpisano również porozumienie o zwiększeniu wolumenu LNG trafiającego z USA do Polski. Amerykanie zrobili więc z nami kilka bardzo korzystnych dla siebie interesów. A to przecież zapewne nie wszystko.

Wystarczy przypomnieć szczyt bliskowschodni, który Polska zgodziła się organizować – to również mogło być nasze ustępstwo, mające przybliżyć podjęcie decyzji przez Amerykanów. Co więcej, jakiś czas temu New York Times pisał, że administracja Trumpa uzależnia swoje militarne wsparcie dla Polski od włączenia się przez nasz kraj do działań przeciwko chińskiemu koncernowi Huawei. I choć nie znając kuluarowych rozmów, możemy jedynie odgadywać wpływ, jaki miały na te wydarzenia toczące się negocjacje, jedno nie ulega wątpliwości – zwiększenie amerykańskiej obecności w Polsce, to dla nas nie tylko koszt finansowy, ale również wzrost naszej zależności od sojusznika zza oceanu. Wobec powyższych zastrzeżeń, można sobie postawić tylko jedno pytanie: Czy było warto?

Złudzenie bezpieczeństwa

„Decyzja o zwiększeniu obecności wojsk USA w Polsce jest niezwykle ważna. Przyniesie dobre efekty dla bezpieczeństwa Polski. Możemy ją porównać do decyzji o wstąpieniu do NATO” – mówił minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak jeszcze przed spotkaniem prezydentów obu państw. I choć ta wypowiedź pachnie poetycką przesadą, to przypomina o ważnej rzeczy.

Bezpieczeństwo naszego kraju nie zostało nam dane raz na zawsze. W latach 90-tych wydawało się to bardziej oczywiste. Polska po wielu dekadach sterowanego z zewnątrz komunizmu wybijała się wreszcie na niezależność. Istniała jednak silna świadomość, że Rosja, choć osłabiona rozpadem ZSRR i kryzysem gospodarczym, nie znika z mapy i w pewnym momencie będzie chciała odbudować własną strefę wpływów. A ponieważ wydawało się jasne, że nie chcemy wracać pod moskiewski parasol, polskie rządy, mimo wewnętrznych zawirowań politycznych, konsekwentnie zmierzały do włączenia naszego kraju w struktury świata zachodniego, w tym NATO. Niestety, kiedy udało się to osiągnąć, wielu Polaków kupiło mit, że „skończyła się historia”. Jedyne wojny, które mieliśmy odtąd toczyć, to te codzienne, polsko-polskie. A mogliśmy sobie na to pozwolić, bo w razie jakiegokolwiek zagrożenia z zewnątrz, nasi sojusznicy przyjdą nam z odsieczą. Było i jest to jednak jedynie złudzenie, które prędzej czy później może prowadzić do bardzo bolesnego rozczarowania.

Wydarzenia ostatnich lat dobitnie udowadniają, że daleko nam do „końca historii”. Zakończenie zimnej wojny wcale nie oznaczało, że świat będzie już tylko pokojowo wzrastał w demokracji i dobrobycie. Dla Polski sygnał ostrzegawczy pojawił się w 2014 roku, kiedy Rosja anektowała Krym, a potem angażowała się w konflikt we wschodniej części Ukrainy.

Okazało się, że nie tylko granice państwowe w naszym regionie nie są dane raz na zawsze, ale również międzynarodowe gwarancje bezpieczeństwa mogą zawieść. Istniało przecież memorandum budapesztańskie z 1994, które miało zabezpieczyć integralność i suwerenność Ukrainy, w zamian za rezygnację z arsenału nuklearnego. Podpisy pod dokumentem złożyli między innymi amerykański prezydent i brytyjski premier.

Warto sobie uświadomić, że również nasza obecność w NATO – choć stawia nas w lepszej pozycji niż Ukrainę – nie oznacza stuprocentowej gwarancji pomocy. Artykuł piąty Traktatu, który często jest przywoływany w mediach wcale nie oznacza, że gdyby tylko rosyjski czołg przekroczył polskie przejście graniczne, w odpowiedzi od razu zostałyby wysłane dwa amerykańskie samoloty. Mówi on tylko o użyciu środków, jakie państwa uznają za konieczne (choć użycie sił zbrojnych jest wymienione jako jedna z możliwości). Nasza niezbyt odległa historia daje nam bardzo niepokojące przykłady, jakie środki państwa mogą uznać za stosowne, gdy zagrożone jest bezpieczeństwo innego kraju.

Zwłaszcza jeśli jest to kraj, do którego wojska trzeba dopiero skierować. Pamiętajmy, że nasze dołączenie do NATO było wykorzystaniem niezwykłej okazji – w pierwszej połowie lat 90-tych Rosja nie tylko była osłabiona, ale także wierzyła, że uda się jej obronić własne interesy we współpracy z USA – ten okres nazywany jest nawet miesiącem miodowym pomiędzy tymi dwoma państwami. Jednak już pod koniec lat 90 kwestia rozszerzenia granic Sojuszu zaczęła psuć wzajemne relacje. Rosja odbierała włączenie dawnych krajów komunistycznych w struktury wojskowe zachodu jako przybliżenie się bezpośredniego zagrożenia do jej granic. Państwa zachodnie zaś starały się jak najbardziej Rosjan uspokoić. Dlatego wstąpienie Polski do NATO w 1999 roku nie pociągnęło za sobą przesunięcia na nasze terytorium głównych sił amerykańskich.

Mimo że staliśmy się państwem granicznym sojuszu, infrastruktura wojskowa pozostała na pozycjach z czasów zimnowojennych. Zwodnicza natura artykułu piątego oraz pierwotny brak militarnego komponentu sojuszu w Polsce pokazują bardzo wyraźnie, że gra o nasze bezpieczeństwo nie zakończyła się w 1999 roku.

Przepłaciliśmy za żołnierzy?

Oczywiście sytuacja uległa znaczącej zmianie od 1999 roku. Polskie rządy (zarówno poprzedni jak i obecny) wiele zrobiły, by nasi sojusznicy poważnie potraktowali ostrzeżenie jakim był 2014 rok na Ukrainie. Jeszcze w tym samym roku na szczycie NATO w Walii, Sojusz podjął decyzję o wzmocnieniu swojej wschodniej flanki poprzez wzmocnienie Sił Odpowiedzi NATO, intensyfikację ćwiczeń wojskowych w krajach regionu, czy rozmieszczenie w nich składów ze sprzętem wojskowym. Szczyt w Warszawie z 2016 przyniósł wzmocnioną Wysuniętą Obecność NATO (Enhanced Forward Presence), czyli wielonarodowe bataliony stacjonujące w krajach bałtyckich oraz w Polsce, by zniechęcić Rosję do potencjalnej agresji. Począwszy od 2017 stacjonuje w naszym kraju około czterech tysięcy amerykańskich żołnierzy.

Jeśli zatem sama konieczność zabiegania o wojska sojusznicze na naszym terytorium nie podlega dyskusji, to pytanie o wartość dodatkowej grupy amerykańskich żołnierzy pozostaje otwarte. Można oczywiście odpowiedzieć, że więcej to zawsze lepiej niż mniej. Mając jednak świadomość kosztów jakie Polska ponosi, by to „więcej” uzyskać, taka odpowiedź to za mało. Istotne są jeszcze inne argumenty.

Nie ma polskiego bezpieczeństwa bez wsparcia amerykańskiej armii, podobnie jak nie ma bez niej bezpieczeństwa europejskiego. Nasz kontynent, w tym Niemcy jako najpotężniejsza jego część, korzysta z ochrony, jaką dają Amerykanie. Dlatego jeżeli ktoś ma przyjść nam z odsieczą w wypadku zagrożenia, to nie stanie się to bez udziału lub co najmniej wpływu Amerykanów. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć w pełni ich reakcji – USA nigdy nie zgodzi się na taki mechanizm, tylko kongres ma konstytucyjne prawo do wypowiadania wojny i nigdy nie zrzeknie się tego przywileju w międzynarodowym traktacie – ale nic nie zbliży nas do celu bardziej niż obecność w Polsce amerykańskich żołnierzy. Zwyczajnie trudniej będzie im odmówić pomocy w sytuacji konfliktowej.

Niebagatelny jest fakt, że udało się przekonać USA do wysłania dodatkowych żołnierzy w sytuacji, kiedy amerykańska administracja priorytetowo traktuje inne regiony świata (Bliski Wschód, Chiny), a amerykański prezydent nie potrafi znaleźć wspólnego języka z Europejczykami. Wysłanie wojsk to o wiele więcej niż sprzedaż nowoczesnych samolotów: to świadome zaangażowanie się w bezpieczeństwo regionu i jasny sygnał, że USA nie zapomina o Europie środkowej. To ważny sukces strony polskiej.

Dlatego choć deklaracja podpisana przez Dudę i Trumpa w Waszyngtonie z pewnością nie jest momentem tak przełomowym jak wstąpienie Polski do NATO, to stanowi kolejny ważny krok na tej samej drodze. Odpowiadając więc na pytanie o sensowność kosztów, trzeba mieć z tyłu głowy koszt alternatywny braku wydatków na bezpieczeństwo.