Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  1 czerwca 2019

Koniec Netanjahu? Dlaczego w Izraelu nie powstała koalicja i rozwiązano Kneset?

Andrzej Kohut  1 czerwca 2019
przeczytanie zajmie 6 min

Mimo siedmiu tygodni nieustających wysiłków, Binjaminowi Netanjahu nie udało się sformować nowej koalicji. Termin upływał 29 maja o północy. Później prezydent miał prawo przekazać misję tworzenia rządu innemu politykowi – najprawdopodobniej byłby to główny wyborczy rywal Netanjahu, Beni Ganc. Sytuacja przypominała tę sprzed czterech lat – wtedy obecny premier ogłosił powstanie nowego rządu na dwie godziny przed upływem wyznaczonego przez prezydenta terminu. Tym razem się nie udało. W ostatniej chwili Netanjahu zgromadził większość, która pozwoliła na rozwiązanie Knesetu i ogłoszenie przedterminowych wyborów na wrzesień tego roku. Będą to drugie przedterminowe wybory z rzędu, ale po raz pierwszy w historii Izraelczycy wybiorą skład parlamentu dwukrotnie w ciągu tego samego roku.

Zbyt wiele partii

Bolesny proces formowania koalicji to chroniczny problem izraelskiej polityki. Ponieważ ordynacja wyborcza przewiduje niski, zaledwie 2-procentowy próg wyborczy, parlament jest zazwyczaj bardzo rozdrobniony, a do osiągnięcia większości wymagane są głosy kilku ugrupowań. Nie inaczej było po wyborach z 9 kwietnia tego roku. 120 miejsc w Knesecie zostało podzielone pomiędzy 11 ugrupowań!

Dwie wiodące siły, Likud premiara Netanjahu i Niebiesko-Biali Beniego Ganca uzyskały po 35 miejsc. O wiele za mało, by zyskać szansę na samodzielne rządy. Dlatego w tydzień po wyborach prezydent Re’uwen Riwlin poprosił liderów partyjnych o wskazanie kandydata na premiera, którego byliby skłonni poprzeć. Sześć partii prawicowych, zrzeszających w sumie 65 posłów, wskazało na Binjamina Netanjahu. Otrzymał on w związku z tym misję stworzenia rządu.

Był to ogromny sukces polityka, który w ten sposób miał rozpocząć swoją czwartą z rzędu (a piątą w ogóle!) kadencję na stanowisku premiera. W długości urzędowania miał nawet wyprzedzić ojca-założyciela państwa Izrael, Dawida Ben-Guriona.

Sukces był tym większy, że zaledwie kilka tygodni przed wyborami izraelski prokurator generalny zasygnalizował chęć postawienia zarzutów korupcji urzędującemu premierowi. I choć zgodnie z izraelskim prawem Netanjahu miał prawo do obrony w postępowaniu przedprocesowym, zanim zarzuty zostaną oficjalnie ogłoszone, to sama możliwość ich zaprezentowania mogła wpłynąć negatywnie na jego wynik wyborczy. Dodatkowo jego partia zyskała poważnego rywala w postaci nowej partii – wspomnianych Niebiesko-Białych. Mimo to Likudowi udało się uzyskać najlepszy procentowo wynik, a dobre rezultaty pozostałych ugrupowań prawicowych dawał nadzieję na szybkie utworzenie koalicyjnego rządu.

Do wojska by się szło?

Izrael jest państwem istniejącym w stanie permanentnego zagrożenia. Dlatego służba wojskowa jest obowiązkowa dla wszystkich, którzy ukończyli 18 lat i trwa długo – 3 lata dla mężczyzn i 2 lata dla kobiet. Od tego obowiązku są jednak dwa duże wyjątki. Pierwszy dotyczy obywateli pochodzenia arabskiego, drugi – części ultraortodoksyjnych żydów.

Ci drudzy, nazywani charedim, to bardzo charakterystyczna i wpływowa grupa społeczna w Izraelu, znana z bardzo rygorystycznego praktykowania judaizmu i dystansowania się od reguł rządzących nowoczesnym społeczeństwem. Wielu z nich utrzymuje się z pomocy państwowej, poświęcając życie na studiowaniu religijnych pism. To właśnie ci, którzy rozpoczynali studia w jesziwach, mogli uniknąć służby wojskowej. Jednak taki przywilej budził coraz silniejszy sprzeciw pozostałych obywateli. W 2017 roku izraelski Sąd Najwyższy orzekł, że prawo o powszechnym poborze stosujące wyjątek dla ultraortodoksyjnych żydów jest w istocie zaprzeczeniem konstytucyjnej zasady równości obywateli. Sąd nakazał jego zmianę.

To zaś okazało się wyjątkowo trudnym wyzwaniem dla rządzącej koalicji, wewnątrz której znalazły się zarówno ugrupowania ultraortodoksyjnych żydów, jak i partia Nasz Dom Izrael (Jisra’el Betenu), reprezentująca głównie rosyjskojęzycznych obywateli, którzy trafili do Izraela z terytorium byłego ZSRR, zwolenników świeckiego państwa. Spór wokół kwestii poboru do wojska był, obok podejrzeń o korupcję wysuwanych przeciwko premierowi, jednym z czynników, które wpłynęły na ogłoszenie przedterminowych wyborów.

Wybory jednak zmieniły niewiele. Wśród partii, których Netanjahu potrzebował do stworzenia nowego rządu, znalazły się zarówno ugrupowania ultraortodoksyjne (w sumie 16 miejsc w parlamencie) jak i Nasz Dom Izrael Awigdora Liebermana. Ci ostatni mają w nowym Knesecie zaledwie 5-osobową reprezentację, która jednak okazała się kluczowe dla uzyskania większości.

Lieberman doskonale o tym wiedział i dlatego uzależnił swoje wejście do koalicji od przyjęcia przez nowy rząd ustawy nakładającej na jesziwy obowiązek wysyłania części swoich studentów na przymusową służbę wojskową. Miałyby zostać wprowadzona obowiązkowa liczba studentów, których dana szkoła ma wysłać do wojska w każdym roku, jeśli nie chce być ukarana surową grzywną. Takie rozwiązanie było jednak nie do przyjęcia dla ugrupowań ultraortodoksyjnych. Domagały się one znaczącego złagodzenia treści ustawy. Netanjahu podejmował liczne próby mediacji, niestety bez powodzenia. Zwłaszcza Lieberman okazał się nieustępliwy. „Lieberman od początku nie miał zamiaru uzyskać porozumienia” – stwierdził rozgoryczony premier „Oczywiście, że chciał upadku tego rządu, a robi to, ponieważ zakłada, że dzięki temu zyska parę głosów” – podsumował.

Wyścig z czasem

Im bliżej było do końca czasu wyznaczonego na sformowanie nowego rządu, tym bardziej stawało się jasne, że pogodzenie ognia i wody w ramach jednej koalicji nie będzie możliwe. Partie ultraortodoksyjnych żydów nie mogły się zgodzić na projekt ustawy zaproponowanej przez Liebermana, Lieberman natomiast nie przewidywał żadnych ustępstw.

W tej sytuacji Netanjahu podjął jeszcze jedną, dosyć rozpaczliwą próbę. Zwrócił się z propozycją koalicyjną do Partii Pracy, która do ostatnich wyborów stanowiła główną siłę opozycyjną. Była to propozycja wyjątkowo hojna biorąc pod uwagę, że Partia Pracy wyszła z kwietniowego głosowania bardzo osłabiona, utrzymując zaledwie sześć miejsc w Knesecie. Netanjahu zaproponował tekę ministra finansów dla Awiego Gabbaja, lidera ugrupowania oraz trzy inne stanowiska ministerialne dla członków partii.

Oprócz tego zgodził się odstąpić od propozycji ustawy dającej mu immunitet na czas sprawowania funkcji premiera (co uchroniłoby go od stawiania się przed sądem w sprawie korupcyjnych zarzutów). Mimo to, laburzyści okazali się nieustępliwi i odrzucili propozycję koalicji.

Zaczęło się nerwowe oczekiwanie na koniec wyznaczonego czasu. I choć niektórzy zakładali, że Netanjahu może w magiczny sposób powtórzyć sukces z 2015 roku i za pięć dwunasta (dosłownie) zaprezentować nowy rząd koalicyjny, to izraelski premier nie miał już więcej asów w rękawie. Pozostała mu ostatnia możliwość: rozwiązanie parlamentu i przedterminowe wybory. Za taką propozycją zagłosowało 74 posłów, przy sprzeciwie 45. Drugie wybory w 2019 stały się faktem.

Polska znów oberwie rykoszetem?

Dla Binjamina Netanjahu może to być najbardziej kosztowna porażka w politycznej karierze. Kiedy przed kilkoma tygodniami udało mu się poprowadzić Likud do kolejnego wyborczego sukcesu mogło się wydawać, że mimo cienia zarzutów korupcyjnych, popularny „Bibi” obronił swoje miejsce w izraelskiej polityce. Jeszcze raz udało mu się przekonać swoich obywateli, że pozostaje gwarantem prosperującej gospodarki i bezpiecznych granic.

Być może pomogła także bliska zażyłość z prezydentem USA, który nie wahał się okazywać czynnego poparcia Izraelowi rządzonemu przez Netanjahu: przenosząc ambasadę USA do Jerozolimy, akceptując aneksję wzgórz Golan, czy wycofując się z porozumienia nuklearnego z Iranem.

Okazało się jednak, że poparcie wyborców to nie wszystko. Słabość Netanjahu związaną z toczącym się przeciwko niemu postępowaniem znakomicie wyczuli jego polityczni rywale, tacy jak Lieberman czy Gabbaj. Kalkulują oni, zresztą słusznie, że pojawienie się oficjalnych zarzutów może wykluczyć Bibiego z izraelskiej polityki i znacząco osłabić Likud. A to może oznaczać szansę na duże zmiany na politycznej scenie i wzrost poparcia dla innych partii. Dlatego Lieberman mógł, zgodnie z oceną Netanjahu, od początku torpedować powstanie koalicji.

Nadchodząca kampania będzie wyjątkowo brutalna. Dla Netanjahu nadchodzi walka o życie. Dla pozostałych – może być początkiem gry o schedę po nim. To niezbyt dobra wiadomość dla Polski – już w poprzedniej kampanii wyborczej część polityków używała antypolonizmu jako sposobu na mobilizację elektoratu. Wątek ustawy 447 może się tym razem stać paliwem wyborczym w Izraelu. Niepewna sytuacja polityczna w tym kraju może też oznaczać opóźnienie planu pokojowego dla regionu, który od dawna zapowiadają amerykanie. Jaki będzie rezultat nadchodzącej burzy, przekonamy się we wrześniu.