Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  24 maja 2019

Afera taśmowa po wiedeńsku. Rosjanie, wojny służb i doradca socjaldemokratów

Andrzej Kohut  24 maja 2019
przeczytanie zajmie 7 min

Dla jednych to była modelowa koalicja. Przykład jak można współpracować z radykalnymi partiami włączając je do rządzenia państwem. Dla drugich – karygodna próba legitymizowania postaw, które powinny pozostać na marginesie. Może nawet zagrożenie dla bezpieczeństwa Europy. Po niespełna 17 miesiącach sojusz konserwatywnej Austriackiej Partii Ludowej (ÖVP) oraz Wolnościowej Partii Austrii (FPÖ) dobiegł końca. Powodem jest ujawnione przez dwie niemieckie gazety nagranie, na którym Heinz-Christian Strache, lider FPÖ, prowadzi kompromitującą go rozmowę z kobietą, które przedstawia się jako siostrzenica oligarchy z bliskiego otoczenia Władimira Putina.

Wieczór na Ibizie

Był lipiec 2017 roku, kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi w Austrii – tymi, które przyniosły FPÖ udział w koalicyjnych rządach. Strache oraz jego bliski współpracownik Johann Gudenus wraz z żoną spotkali się z pewną Rosjanką w jej willi na Ibizie. Gospodyni przedstawiała się jako Alona Makarowa, siostrzenica oligarchy Igora Makarowa. To wystarczyło austriackim politykom. Odbyli z nią kilkugodzinną, zakrapianą alkoholem rozmowę, pełną kontrowersyjnych wątków.

Strache między innymi sugerował, że domniemana Makarowa mogłaby wesprzeć FPÖ potężnym datkiem, sprytnie omijając regulacje prawne i przekazując go formalnie na organizację non-profit. Tłumaczył, że takie wsparcie otrzymuje od wielu darczyńców, w tym od producenta broni Gastona Glocka (ten ostatni zaprzeczył temu stanowczo po upublicznieniu nagrania). Pojawiła się też propozycja by rzekoma Makarowa kupiła większościowe udziały w jednym z tabloidów, Kronen Zeitung, i wesparła FPÖ również medialnie.

„Jeśli ona przejmie Krone trzy tygodnie przed wyborami i postawi nas w centrum uwagi, wszystko jest możliwe” – tłumaczył partyjny lider. Strache przewidywał, że po zwolnieniu kilku dziennikarzy reszta powinna przyjąć nową linię gazety, bo „dziennikarze to najgorsze dziwki na świecie”.

Przy okazji Strache wyraził opinię, że chciałby doprowadzić do tego, by krajobraz medialny w Austrii przypominał ten węgierski pod rządami Orbana. Dalej przekonywał rzekomą siostrzenicę oligarchy, że powinna założyć firmę budowlaną, której jego partia – o ile dojdzie do władzy – może przekazać kontrakty obsługiwane obecnie przez austriacki Strabag.

Koalicja runęła jak domek z kart

Teksty ujawniające szczegóły tej rozmowy oraz fragmenty nagrania wideo ujawniły 17 maja dwie niemieckie gazety: Der Spiegel i Süddeutsche Zeitung. Nie podały skąd otrzymały nagranie, ale zadeklarowały, że są to znane im źródła. Publikacja uruchomiła gwałtowną lawinę zdarzeń.

Strache podał się do dymisji. Na konferencji przekonywał, że jego słów z Ibizy nie należy traktować poważnie, ponieważ zostały wygłoszone pod wpływem alkoholu, a ich celem było zaimponowanie atrakcyjnej kobiecie. Niewiele później swoją rezygnację z politycznych stanowisk ogłosił również Johann Gudenus. Igor Makarow poinformował, że nie zna tożsamości swojej rzekomej siostrzenicy i pragnie podkreślić, że jest jedynakiem.

Kanclerz Austrii Sebastian Kurz stwierdził, że miarka się przebrała i czas zakończyć koalicję z Wolnościową Partią Austrii. Zapowiedział też przedterminowe wybory. W ten sposób, w ciągu niecałych dwóch dni austriacka scena polityczna wywróciła się do góry nogami. Nie wiadomo jeszcze jakie skutki polityczne przyniesie ten skandal. Pierwsze sondaże po opublikowaniu taśm wskazują, że kilkuprocentowy spadek zaliczyła FPÖ, zyskała zaś partia kanclerza Kurza, umacniając się na pozycji lidera. Jednak wciąż sporo brakuje jej do osiągnięcia samodzielnych rządów.

Alternatywą dla współpracy z wolnościowcami mógłby być powrót do Wielkiej Koalicji, czyli najczęściej powtarzającego się w historii kraju przymierza konserwatystów z socjalistami z SPÖ. Kurz jednak wielokrotnie deklarował, że o tym nie może być mowy. Bez odpowiedzi pozostaje też drugie pytanie: kto może stać za wybuchem afery?

Służby? Ale czyje?

Od nagranej rozmowy minęły prawie dwa lata. Upublicznienie nagrania nastąpiło właściwie w przededniu wyborów do Parlamentu Europejskiego. Przygotowanie profesjonalnego nagrania, a także podstawienie domniemanej siostrzenicy oligarchy, mogłoby sugerować aktywność służb specjalnych.

Od kilku lat obserwujemy wzmożoną aktywność Rosjan, którzy starają się zakłócić proces wyborczy w poszczególnych krajach, wesprzeć konkretnego kandydata albo działać na rzecz destabilizacji systemu politycznego. Wszystkie te elementy można zaobserwować studiując rosyjską ingerencję w amerykańskie wybory prezydenckie z 2016 roku. Czy może i tym razem doszło do takiej próby w jednym z zachodnioeuropejskich krajów?

Jeden fakt może temu przeczyć: skompromitowana FPÖ to partia jawnie prorosyjska, formalnie współpracująca z Jedną Rosją Władimira Putina. Ten ostatni gościł zresztą na weselu Karin Kneissel, zaproponowanej przez FPÖ –choć nie należącej do partii –austriackiej minister spraw zagranicznych. Nagranie ich wspólnego walca obiegło internet.

Zasadne wydaje się więc pytanie, czy gdyby Rosjanie rzeczywiście szukali możliwości, by uderzyć w jeden z europejskich rządów, to czy wybrali by rzeczywiście na obiekt ataku partię, która jest im tak jawnie przyjazna? Czy osłabienie poparcia dla prorosyjskiej i eurosceptycznej partii rzeczywiście leżałoby w interesie Kremla?

Dlatego pojawiają się również spekulacje wskazujące na służby wywiadowcze państw zachodnich.  Po wejściu w koalicję z ÖVP Kurza politycy wolnościowców obsadzili kilka kluczowych ministerstw, w tym ministerstwo spraw wewnętrznych. Tam szybko zainteresowali się informacjami na temat skrajnej prawicy gromadzonymi od lat przez specjalną jednostkę wewnętrznego wywiadu. Jednak kiedy nowy minister poprosił o dostęp do dokumentów, spotkał się z odmową. Kierownictwo jednostki nie chciało przekazać zasobów gromadzonych we współpracy z wywiadami innych państw w ręce przedstawiciela radykalnie prawicowej partii o prorosyjskich afiliacjach. Sprawa zakończyła się interwencją uzbrojonych policjantów, którzy siłą odebrali pożądane przez nowego ministra informacje. Miało to jednak swoje konsekwencje.

Służby państw Europy Zachodniej oraz USA zaczęły częściowo odcinać Austriaków od wrażliwych informacji, którymi dotąd się dzielili. Obawa, że posłużą skrajnej prawicy, a może nawet trafią do Rosjan, okazała się zbyt duża.

Może zatem należy założyć, że to któreś z tych państw zdecydowało o detonacji przedwyborczej bomby dla ochrony własnych informacji, a może również dla osłabienia sił eurosceptycznych przed wyborami. Zarzut bliskich relacji z Rosją pojawiał się przecież nie tylko w stosunku do Austriaków z FPÖ, więc teoretycznie mógłby wpłynąć na osłabienie podobnych ugrupowań w innych krajach. Zasianie wśród wyborców co do czystości intencji tych partii mogłoby by dodatkową korzyścią dla podmiotu, który doprowadził do ujawnienia skandalu.

Zły doradca

Inne podejrzenia ma kanclerz Sebastian Kurz. „Metody przypominają te stosowane przez Tala Silbersteina, doradcy socjaldemokratów w kampanii wyborczej w 2017 roku. Uważam, że to on może za tym stać” – mówił w wywiadzie udzielonym dziennikowi „Bild”.

Silberstein to czarny charakter austriackich wyborów sprzed dwóch lat. To on prowadził kampanię, która miała zapobiec sukcesowi Kurza. Przygotowywał materiały sugerujące, że dzisiejszy premier kłamie w kwestii uchodźców – tak naprawdę nie ma nic przeciwko temu, żeby szerzej otworzyć austriackie granice. Eksponował też jego rzekome powiązania z żydowskimi miliarderami z USA oraz Georgem Sorosem.

Wszystko to miało zdyskredytować Kurza w oczach prawicowych wyborców. Jednak kiedy sprawa wyszła na jaw najbardziej zaszkodziła socjaldemokratom – wymieniano ją jako jedną z przyczyn ich wyborczej klęski.

Sam Silberstein nie brał już wtedy udziału w kampanii i bronił się przed kilkoma zarzutami dotyczącymi przestępstw finansowych postawionych mu przez izraelski wymiar sprawiedliwości.

Czas powstania nagrania kompromitującego czołowych polityków FPÖ mógłby wskazywać na to, że stało się to w kontekście wyborów parlamentarnych z 2017 roku.  Jest możliwe, że Silberstein, odsunięty od kampanii z powodu problemów prawnych, nie zdążył wykorzystać przygotowanego materiału. Z drugiej strony pozostałe działania jakie podejmował w czasie tej kampanii nie stały w tak rażącej sprzeczności z prawem. Nie wymagały też tak złożonych i trudnych przygotowań. Nawet gdyby okazało się, że to on stał za przygotowaniem i nagraniem tej rozmowy, wciąż bez odpowiedzi pozostaje pytanie, gdzie nagranie znajdowało się przez ostatnie dwa lata i kto zdecydował, że nadszedł czas na ich publikację.

Żadnych zbędnych pytań

Mamy do czynienia z jednym z największych politycznych skandali w austriackiej historii. Z całą pewnością doprowadzi do przetasowań w parlamencie. Możliwy będzie powrót Wielkiej Koalicji, mimo wcześniejszych deklaracji konserwatystów. Trudno bowiem wyobrazić sobie ponowny ich sojusz z wolnościowcami, a innych alternatyw dziś nie widać. Jednak brudna polityczna walka pomiędzy ugrupowaniami w czasie kampanii sprzed dwóch lat nie ułatwi zawarcia porozumienia. Czas publikacji nagrań wskazuje na chęć wpłynięcia na wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego, a jakość filmu – na profesjonalne przygotowanie całej akcji.  Możemy tylko spekulować, czy przez służby, czy przez cynicznych speców od politycznego marketingu.

W całej sprawie niepokój może budzić jeszcze jedno: łatwość, z jaką przedstawiciele partii, która do zeszłego tygodnia współrządziła Austrią, uwierzyli, że krewna rosyjskiego oligarchy chce zainwestować w polityczną zmianę w ich kraju. Fakt, że nie zadali sobie trudu, żeby zweryfikować tożsamość swojej gospodyni chociażby googlując jej nazwisko w oczekiwaniu na spotkanie, nie świadczy o nich najlepiej.

O wiele gorszy jest fakt, że bez żadnych zastrzeżeń przyjęli jej oświadczenie. Mało tego, od razu przeszli do konkretów, proponując jej lukratywną współpracę. Co by było, gdyby rodowód rzekomej Makarowej okazał się prawdziwy?

Anglojęzyczna wersja materiału do przeczytania tutaj. Wejdź, przeczytaj i wyślij swoim znajomym z innych krajów!

Artykuł (z wyłączeniem grafik) jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zezwala się na dowolne wykorzystanie artykułu, pod warunkiem zachowania informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie „Dyplomacja publiczna 2019”. Prosimy o podanie linku do naszej strony.

Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie „Dyplomacja publiczna 2019”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.