Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Paszcza  21 maja 2019

Inter-niet. Jak to Putin chce odłączyć Rosję od światowego internetu

Bartosz Paszcza  21 maja 2019
przeczytanie zajmie 5 min

Rosja jest sprawna w cyberofensywie – nie tak dobrze radzi sobie jednak z defensywą. Od lat potrafiła – nieoficjalnie – sondować wytrzymałość systemów informatycznych, na przykład Estonii. Na poważnie jednak zaskoczyła zachodni świat swoją zdolnością do „mieszania się” w wybory w roku 2016. Jednocześnie internet pozwolił na wyrośnięcie wewnątrz kraju ogromnego rynku wolnego obiegu wiadomości, w którym możliwa jest krytyka Władimira Putina. Reżim próbuje trzymać rękę na pulsie i tę niezależną przestrzeń zminimalizować i podporządkować.

Od momentu objęcia władzy Władimir Putin wkładał wiele wysiłku w podporządkowanie sobie telewizji. Prezydent twierdził, że to telewizja, a nie prasa czy radio, kształtują opinię publiczną. Dlatego pełna kontrola nad własnym wizerunkiem w tym sektorze mediów stała się dla niego priorytetem. To dzięki swej kontroli nad telewizją mógł bez żenady przed kamerami wyławiać z dna Morza Czarnego „odkryte” przez siebie podczas rekreacyjnego nurkowania antyczne kamfory, ćwiczyć na domowej siłowni (choć z wysiłku zapomniał nałożyć ciężary na sztangę) czy ekwilibrystycznie kłaść na matę swoich przeciwników, popisując się umiejętnościami w dżudo.

Wymownym symbolem tego podejścia może być sprawa Kurska. Kiedy w 2000 r. na skutek katastrofy zatonął okręt podwodny, prywatna stacja telewizyjna ORT, należąca do powiązanego z Jelcynem oligarchy Borisa Bierezowskiego wyemitowała nagranie zrozpaczonej matki jednego z marynarzy, oskarżającej ówczesnego wicepremiera o bezczynność i spowodowanie śmierci marynarzy. Putinowi nie spodobało się krytyczne stanowisko telewizji wobec niego. Bierezowskiemu – jeśli wierzyć jego własnym wspomnieniom z filmu poniżej – przedstawiono decyzję Putina, zgodnie z którą miał przekazać 100% akcji stacji telewizyjnej w ręce państwa. Oligarcha próbował się bronić, ale „rosyjskie metody perswazji” spowodowały, że musiał ulec. Nigdy nie dowiedział się, kto tak naprawdę przejął te akcje. Niedługo potem wyjechał z kraju.

Telewizja przez lata pozwalała Putinowi na kontrolowanie opinii publicznej. Internet dotarł jednak w końcu również do Rosji. Jak donosi „The Economist”, filmy na YouTube ogląda tyle samo Rosjan i Rosjanek w wieku 18–44 lat co główny kanał państwowej telewizji (czyli ponad 80%). A „wiadomości” to czwarta najpopularniejsza kategoria w rosyjskim YouTube. Cotygodniowy program na żywo Aleksieja Nawalnego w tym serwisie ogląda ponad milion użytkowników. Program informacyjny na głównym kanale państwowej telewizji – zaledwie trzy lub cztery razy więcej. Wywiady prowadzone przez innego youtubera Jurija Dudę ogląda z kolei średnio ok. 10 mln osób.

Według Levada Center, niezależnego centrum badania opinii, pomiędzy kwietniem a wrześniem 2018 r. niemal co dziesiąty Rosjanin przestał czerpać wiadomości z telewizji, a zaczął z internetu. Tam informacje pozyskuje już 37% uczestników badania. Jeszcze bardziej wymowne są wyniki badań zaufania do źródeł wiadomości. Wciąż niemal połowa respondentów ufa informacjom podawanym w TV, ale dziesięć lat temu ten odsetek wynosił aż 79%. W tym samym czasie zaufanie do treści znalezionych w sieci wzrosło z zaledwie 7% do 24%.

Imperium kontratakuje

Rosyjski prezydent jest podobno zresztą ogromnym fanem technologii – co do pewnego stopnia tłumaczyłoby, dlaczego – jako pierwszy na taką skalę – zbudował kompetencje do „zbrojnego” wykorzystania sieci społecznościowych podczas wyborów w USA czy Francji. Putin w polityce krajowej walczy na trzech frontach: chce uzyskiwać dane dotyczące tego, co Rosjanie robią w internecie, umożliwić karanie za szerzenie „niepotwierdzonych informacji” oraz… odłączyć internet rosyjski od tego globalnego (albo przynajmniej mieć taką możliwość).

Zacznijmy od pierwszego ze wskazanych narzędzi kontroli. W ciągu ostatnich lat w Rosji powstały na przykład dwa duże serwisy – VKontakte, będący alternatywą dla Facebooka, oraz aplikacja do szyfrowego wymieniania wiadomości Telegram. Jak nietrudno się domyślić, możliwość pozyskania danych dotyczących obywateli na rosyjski rząd podziałała niczym zapach trufli na dziki. Putin zaczął wywierać presję na twórców aplikacji, aby – w geście dobrze rozumianej rosyjskiej gościnności – dzielili się danymi dotyczącymi użytkowników ze służbami.

Na poważnie służby zabrały się do tego w 2011 r., gdy w kraju wybuchły protesty oskarżające Putina o sfałszowanie wyborów. Władze Republiki nakazały Pawłowi Durowowi, założycielowi i prezesowi VKontakte, tymczasowo zamknąć portal. Odmówił. Przez dwa lata próbował opierać się presji, wywieranej na niego przez służby, które domagały się przekazywania danych. W kwietniu 2013 r. milicja dokonała przeszukania domu Durowa – pod niezwykle kreatywnym zarzutem… przejechania po stopie policjanta drogówki.

Start-upowiec zdecydował się opuścić kraj i po prostu… na jakiś czas zniknął. Parę dni po przeszukaniu dwaj pozostali założyciele serwisu sprzedali swoje 48% udziałów firmie United Capital Partners, należącej do sojusznika Putina Ilji Szerbowicza. W styczniu 2014 r. Durow sprzedał resztę swoich udziałów najbogatszemu wówczas człowiekowi w Rosji i kolejnemu bliskiemu sojusznikowi Putina Aliszerowi Usmanowowi.

Po wyjeździe z kraju Durow założył Telegram – komunikator umożliwiający szyfrowane wymienianie wiadomości (w tym rozmowy telefoniczne przez internet). W maju 2018 r. rosyjskie państwo zablokowało formalnie dostęp do aplikacji. Pomimo tychże prób Telegam nadal jest jednak niezwykle popularny, a korzystają z niego również politycy, bynajmniej nie opozycyjni.

Stara, niedobra cenzura

Jednak Rosjanie w dużej mierze korzystają z serwisów bynajmniej nie rosyjskich – takich jak YouTube – a zmuszenie tych techno-gigantów współpracy ze służbami jest już o wiele trudniejsze. Sam Google przyznaje w przygotowanym raporcie na temat transparentności, że najwięcej zgłoszeń dotyczących usunięcia linków do stron z wyszukiwarki otrzymuje właśnie od rządu rosyjskiego. W samej pierwszej połowie 2018 r. było to ponad 19 tys. żądań – w porównaniu do 10 (słownie: dziesięciu) od władz Polski, czy 1002 od rządu USA. Skoro nie można uzyskać danych lub usunąć treści z nienależącego do Rosjan serwisu – to zawsze można spróbować karać ich twórców.

Temu służy uchwalone w połowie marca przez Dumę prawo pozwalające na ściganie osób propagujących w internecie – dosyć luźno zdefiniowane – „niepotwierdzone informacje”. Oficjalnym celem nowej regulacji jest oczywiście ściganie fake newsów. Nadzieja, że rząd Rosji ograniczy się do takiej działalności, jest niczym liczenie na to, że goście przybyli na domówkę, przy piwie poczęstują się tylko jednym chipsem.

Nowy wariant żelaznej kurtyny

Wreszcie ostatnia z metod kontroli internetu: umożliwienie odcięcia go od zagranicy. W lutym tego roku świat obiegła wiadomość, że Rosjanie przed kwietniem spróbują eksperymentalnie odciąć się od reszty internetu. Pretekstem jest przygotowywanie ichniejszego Narodowego programu gospodarki cyfrowej, przedstawionego we wstępnej wersji Dumie w zeszłym roku. Wymusza on na firmach telekomunikacyjnych – dostawcach internetu – przygotowanie się do sytuacji, w której internet w Rosji zostaje odizolowany (oczywiście, przez „złowrogie zagraniczne mocarstwa”, jak zawsze w historii tego kraju) od światowej sieci.

Dlatego też Rosja buduje swój odpowiednik „internetowej książki adresowej”, czyli Domain Name System (DNS). Na polski nazwa ta została przetłumaczona jako „system nazw domenowych” (i jest to chyba najgorsze tłumaczeń terminów technologicznych) W praktyce odpowiada on za tłumaczenie nazw domen (np. www.klubjagiellonski.pl – uwaga, autoreklama) na zrozumiały przez komputery i serwery tworzące sieć adres IP (w tym przypadku: 195.201.74.26). Obecnie za utrzymanie systemu DNS odpowiada 12 organizacji – żadna z nich nie znajduje się w Rosji (choć kopii samego „słownika” jest oczywiście o wiele, wiele więcej). Co ciekawe, Tim Berners-Lee zapytany rok temu o to, co by – mając dzisiejszą wiedzę – zaprojektował inaczej w sieci WWW, wskazał właśnie system DNS ze względu na jego centralizację.

Przede wszystkim jednak rząd chce, aby cały ruch internetowy przechodził przez kontrolowalne przez państwo i znajdujące się wewnątrz Rosji routery. Dziś pakiet wysłany z telefonu czy komputera w Rosji – na przykład zawierający żądanie ściągnięcia strony www.klubjagiellonski.pl – może podążać wieloma drogami, opuszczając kraj w różnych momentach „przeskoków” pomiędzy węzłami. W zamyśle rosyjskiego rządu ruch generowany przez Rosjan przechodziłby najpierw przez graniczne węzły sieci znajdujące się na terytorium Federacji, swoiste „bramy”. W razie wydania odpowiedniego rozkazu w takich węzłach wszelkie pakiety skierowane „za granicę” mogłyby być tam porzucane, a przesyłane dalej byłyby tylko te skierowane do rosyjskich serwerów lub komputerów. W analogowym świecie wydawałoby się to jasne i proste, przecież tak działają granice państw, ale internet niezbyt przejmuje się geografią świata rzeczywistego.

Próba wizualizacji części „dróg” w Internecie. Zdjęcie za Wkipiedią.

Czy Rosji się ten plan się powiedzie? Leonid Wołkow, współpracownik Nawalnego i ekspert IT, w wypowiedzi dla „The Guardian” stwierdził, że w 2014 r. próbowano tego dokonać, ale bez skutku. W lutym światowe media obiegła wieść, że przed 1 kwietnia Rosjanie spróbują raz jeszcze – ale do eksperymentu do tej pory nie doszło. Według Wołkowa potrzebne jest jeszcze pięć lat, żeby być może mieć szansę przeprowadzenia takiej izolacji.

O co gra prezydent Putin?

Możliwość odłączenia się od świata jest podobno odpowiedzią (w postaci „cyberkontrataku” lub „cyberembarga) na parokrotnie już sygnalizowane przez NATO zagrożenie reakcją ze strony rosyjskich cyberataku i interferencji w wybory w demokratycznej części świata.

Putinowi pozwala to przede wszystkim – niczym sprawnemu harcerzowi – upiec dwie kiełbaski na jednym patyku. „Przy okazji” bowiem tworzy narzędzie umożliwiające efektywną kontrolę komunikacji w razie wewnętrznych rozruchów – zarówno odcinające społeczeństwo od YouTube’a i tym podobnych serwisów, jak i na przykład komplikujące użycie szyfrowanej komunikacji poprzez Telegram.

„Widać już wyraźnie, że internet pod wpływem międzynarodowej nieufności i geostrategicznej rywalizacji rozpadł się na internety” – pisał o amerykańskiej, rosyjskiej i chińskiej wizji sieci w artykule w tygodniku „Plus Minus” Grzegorz Lewicki. Czy ta rosyjska próba pójścia w kierunku chińskiego Wielkiego Firewalla będzie udana? W przeciwieństwie do Państwa Środka Federacja jest mocno spóźniona w tworzeniu (i zamykaniu) bram oraz płotów grodzących jej część sieci. Przede wszystkim zaś rosyjski rynek jest tak niewielki (nie tylko ze względu na liczbę obywateli, ale przede wszystkim – zasobność ich portfeli), że powtórzenie chińskiej drogi zamknięcia się również na zachodnie aplikacje i platformy wydaje się niemożliwe. Pozostaje więc zamykanie konkretnych „krytykantów” za ich filmiki – oraz zwykły ludzki strach, prowadzący do autocenzury.