Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Jan Woźniak  18 maja 2019

„W co my właściwie wierzymy?” Recenzja filmu „Vice”

Jan Woźniak  18 maja 2019
przeczytanie zajmie 4 min

John Nance Garner, wiceprezydent USA z czasów Franklina Delano Roosevelta, określił znaczenie swojego stanowiska w mało elegancki sposób, stwierdzając, że „wiceprezydentura nie jest warta dzbana ciepłych szczyn”. Jak przekonują twórcy filmu Vice, Dick Cheney zaprzeczał tym obiegowym opiniom. Miał podejmować kluczowe decyzje, zastępując prezydenta w bardziej „przyziemnych kwestiach” takich jak polityka energetyczna, sprawy zagraniczne oraz kwestie militarne.

Machiavelli do kwadratu

Reżyser i scenarzysta Adam McKay zdaje się zaprzeczać starej prawdzie Lorda Actona, zgodnie z którą „każda władza korumpuje”. W jego wizji już stojąc w przedpokojach świata wielkiej polityki, należy wyzbyć się jakichkolwiek idei, które mogą jedynie przeszkadzać w owocnej karierze. Obrazuje to wymowna scena, w której Cheney jako młody człowiek odbywający staż w Kongresie, wysłuchuje z podziwem przemówienia dynamicznego kongresmana Donalda Rumsfelda. Gdy przyszły wiceprezydent dowiaduje się, że młody kongresmen jest republikaninem, który dodatkowo obiecuje praktykantom wejrzenie za kulisy władzy, Cheney z miejsca określa swoją polityczną afiliację, stwierdzając „I ja jestem republikaninem”.

Według McKaya to właśnie Rumsfeld wpoił Cheneyowi pragnienie władzy, wskazując przykład wpływowego Henry’ego Kissingera, władnego zza biurka podjąć decyzję o bombardowaniu Kambodży. Wreszcie, to on uczy przyszłego „vice” cynizmu, odpowiadając gromkim śmiechem na pytanie swojego niedoświadczonego wówczas podopiecznego: „W co my właściwie wierzymy?”.

Dla filmowego Cheneya jedyną wartością, której nie warto poświęcić dla polityki, jest rodzina. O nią walczy przez niemal cały film. Podnosi się z dna, by nie stracić Lynne, chroni córki przed podejrzanym o zabójstwo żony teściem, wreszcie bez słowa sprzeciwu akceptuje homoseksualną orientację Mary, choć wie, że fakt ten może przeszkodzić mu w karierze (przyszłość przyniosła jednak inne wydarzenia – w kampanii 2004 r. zarówno John Kerry, jak i jego kandydat na wiceprezydenta, John Edwards, wykorzystali orientację Mary w swoich wystąpieniach, co wywołało skutek odwrotny do zamierzonego i spowodowało pewien wzrost w sondażach). Jednak ostatecznie i spoistość rodziny Cheneyów padnie ofiarą polityki, gdy Dick – w zasadzie już po wycofaniu się z życia publicznego – doradzi startującej w wyborach do Kongresu córce odcięcie się od młodszej siostry. Widocznie w walce o władzę nie ma miejsca na kompromisy. Żadnych marzeń, proszę państwa.

Rzeczywistość była bardziej skomplikowana

Nieuniknioną cechą filmu jest apokryficzność niektórych scen, tłumaczona faktem, że Dick Cheney jest politykiem bardzo skrytym. Powoduje to, że mamy do czynienia z filmem na wpół biograficznym, a na wpół z politycznym thrillerem, zaprawionym zresztą elementami komediowymi.

Warto przy tej okazji wskazać kilka nieobecnych w filmie wątków mogących uczynić wizerunek Cheneya nieco bardziej wielowymiarowym. Po pierwsze, była to gotowość rezygnacji wiceprezydenta z kandydowania w 2004 r. Zgłosił ją trzykrotnie prezydentowi i ten za ostatnim razem miał poważnie rozmyślać nad inną kandydaturą. Ostatecznie jednak zwyciężyło przekonanie o cenności doświadczenia Cheneya.

Zastanawiać mogą też okoliczności odejścia ze stanowiska sekretarza obrony Donalda Rumsfelda. Dawny guru Chaneya został skompromitowany w oczach opinii publicznej po ujawnieniu zdjęć z irackiego więzienia Abu Ghraib, na których widać jak żołnierze amerykańskiej armii brutalnie znęcali się nad więźniami. Film jednoznacznie wskazuje na to, że dymisja Rumsfelda była inspirowana przez Cheneya, który miał cynicznie pozbyć się dawnego mentora. Scena z łkającym Rumsfeldem to swoiste podsumowanie relacji dwóch polityków, w której ewidentnie uczeń przerósł mistrza w cynizmie. Jednak ze wspomnień Rumsfelda wyłania się inny obraz – to właśnie od niego miała wyjść inicjatywa dymisji. Gdy Cheney z poczuciem ulgi powiedział „Rummy’emu”, że szczęśliwie do końca drugiej kadencji pozostało im już tylko 794 dni, ten miał odpowiedzieć: „Dick, tobie zostało 794 dni. Mnie nie”.

Władza w filmie została ukazana jako rozkoszny przedmiot pożądania – chwilami jednak brakuje tu jej drugiego, wyczerpującego i bolesnego oblicza, wiążącego się z odpowiedzialnością – tego, które ustępującego prezydenta przyprawia o zmarszczki i siwe włosy.

Można mieć też wątpliwości co do ukazanych w filmie przyczyn decyzji o rozpoczęciu II wojny w Zatoce Perskiej. Jedno zdanie Cheneya – „czas najechać na Irak” – oraz sprowadzenie pobudek decydentów do interesów naftowych wiceprezydenta i osobistej niechęci George’a W. Busha do Saddama Husajna (który w 1993 r. zorganizował nieudany zamach na jego ojca) wydają się być sporym uproszczeniem.

Problem tragicznej w skutkach decyzji o inwazji jest bardziej skomplikowany, a wskazanymi przez historyków przyczynami, które mogły o niej zadecydować były: brak możliwości odwrotu po nakręceniu spirali strachu w społeczeństwie amerykańskim przed iracką bronią atomową, której nie było, a także potrzeba sukcesu w „wojnie z terroryzmem” po porażkach w polowaniu na Osamę bin Ladena. Film ukazujący Cheneya, który w kilku słowach („Jesteś wojennym prezydentem, George”) rozwiewa wahania prezydenta przed podjęciem ostatecznej decyzji pomija też religijną żarliwość Busha, który zdawał się wierzyć, że jest człowiekiem Boga, mającym za zadanie rozprawić się z siłami zła na Bliskim Wschodzie.

Trudno robić z tego zarzut reżyserowi, gdyż inna jest konwencja i inne są cele jego filmu, jednak wizja kariery Cheneya, raczej pozbawiona niuansów i światłocienia, rodzi po seansie pytanie – czy rzeczywistość nie była jednak bardziej skomplikowana?

Morał: nie czyńmy z prawa politycznego narzędzia

Mimo powyższych wątpliwości obraz McKaya wydaje się stanowić niepokojące memento ostrzegające przed herbertowskimi „atletami władzy” wybierającymi prymat woli jednostki nad literą prawa. W Vice możemy ujrzeć postać profesora prawa konstytucyjnego Johna Yoo, pracownika Biura Radcy Prawnego (Office of Legal Counsel). Biograf Busha, Jean Edward Smith, przytaczał w swojej pracy cytat z „Newsweeka”, który opublikował kiedyś na swoich łamach stwierdzenie, że OLC to „najważniejsze biuro rządowe, o którym nigdy nie słyszeliście”.

Yoo forsujący już w latach 90. tezę, że prezydent ma prawo rozpoczynać wojny bez zgody Kongresu, sporządził dla George’a W. Busha analizę, w której z art. 2 Konstytucji USA, a w szczególności ze słów: „Prezydent jest głównodowodzącym armii i floty Stanów Zjednoczonych (…)”, wyprowadził uprawnienie prezydenta do podjęcia agresywnych działań w odpowiedzi na ataki wymierzone w kraj. Choć – jak pisał Yoo – może istnieć spór co do zakresu tych uprawnień, nie ma wątpliwości co do ich istnienia. Według prawnika, prezydent ma prawo podjąć działania militarne nie tylko przeciwko organizatorom ataków terrorystycznych, ale także wobec osób i ugrupowań niepowiązanych jednoznacznie z zamachowcami, zarówno na terytorium USA, jak i poza nim.

Ta i podobne interpretacja Konstytucji zachęciły administrację do dalszych działań, jak przykładowo stworzenie więzienia w Guantanamo czy powołanie nie mających wiele wspólnego z sądami komisji wojskowych, przed którymi odbywały się procesy podejrzanych o terroryzm.

***

Poetyka filmu, bliska Big short, wcześniejszemu obrazowi McKaya, powoduje, iż gęsta od nazwisk tematyka polityczna zostaje podana widzowi w dość przystępny sposób. Dzięki obecnym w Vice z lekka farsowym wstawkom i częstemu zabiegowi łamania „czwartej ściany” blisko dwugodzinny film ani na chwilę nie powinien nużyć także zagranicznego widza, słabiej zaznajomionego z meandrami polityki wewnętrznej USA. Trudno jednak opędzić się od wrażenia, że ubocznym efektem konsekwentnie i przejrzyście poprowadzonej narracji była już wzmiankowana rezygnacja z próby naświetlenia szerszych przyczyn niektórych wydarzeń i zniuansowania pewnych kwestii.

Tym niemniej wydaje się, że najważniejszym przesłaniem Vice jest przestroga przed zagrożeniem, jakie niesie ograniczanie przez rządzących wolności nieświadomych niczego obywateli, w szczególności wskutek sprowadzania prawa do roli politycznego oręża. I w tym kontekście film-ostrzeżenie powinien przetrwać próbę czasu, niezależnie od tego czy rola wiceprezydenta w administracji była rzeczywiście tak dominująca, jak chce tego McKay, czy też prawda była bliższa stwierdzeniu Busha, że „Cheney to głos, bardzo istotny głos, ale tylko jeden”.