Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Szkodliwy projekt Polaka-katolika. Wokół „Królestwa nie z tego świata…” Tomasza Rowińskiego

Szkodliwy projekt Polaka-katolika. Wokół „Królestwa nie z tego świata…” Tomasza Rowińskiego ilustracja: Rafał Gawlikowski

Nowa książka Tomasza Rowińskiego jest pierwszą częścią trylogii o „duszy polskiej”. Filozoficzny i retoryczny rozmach Królestwa nie z tego świata… ukrywa jego właściwe przesłanie. To polityczny manifest przypominający z ducha broszury szlacheckie autorstwa Stanisława Orzechowskiego. I podobnie jak pisma XVI-wiecznego proto-sarmaty, trylogia Rowińskiego może stać się narzędziem wykluczającym dużą część Polaków z wspólnoty narodowej.

Polska pod dyktatem katolickiej idei?

Zawładnąć! Zarys procesualnej teorii władzy to esej Jadwigi Staniszkis, w którym autorka zauważa charakterystyczną dla Polaków tendencję do przekładania kategorii religijnych na polityczne. Wskazuje na dominację źle pojętej tradycji katolickiej, która nie pozwala nam na zbudowanie sprawnie funkcjonujących instytucji publicznych.

Choć Staniszkis nie stawia kropki nad „i”, wnioski wydają się oczywiste. Skoro polityka polska instrumentalizuje katolicką aksjologię, tworząc, jak sama to określa, „dyktat idei”, to żaden inny system normatywny nie będzie w Polsce akceptowany. Dlatego katolicyzm traktowany użytkowo i uwikłany w politykę często wyklucza cześć Polaków ze wspólnoty lub działa jak certyfikat narodowej jakości, poświadczający, który Polak to Polak lepszy, a który zasługuje na narodową anatemę, a przynajmniej na porządne kazanie.

Całą tę generalizację należy oczywiście opatrzyć istotnymi zastrzeżeniami. Doprawdy nie wiem, czy tak grubym pociągnięciem pędzla można malować polską historię idei i jej związek ze światem polityki. A przede wszystkim – czy katolicyzm wywierający wpływ na nasze życie publiczne należy oceniać w tak surowych kategoriach. Najpewniej te publicystyczne z ducha wnioski nie mieszczą się w granicach naukowego dyskursu. To nie zmienia jednak faktu, że właśnie na gruncie polskiej eseistyki politycznej (prze-)sąd ten czasem okazuje się prawdziwy. Zdarza się bowiem, że idea chrześcijaństwa zaangażowanego w sprawy publiczne mylona jest z katolickim fundamentalizmem.

Jakie, według Staniszkis, można zaobserwować w Polsce przejawy „dyktatu idei”? Jest ich co najmniej kilka. Pierwszy dotyczy narzucania interpretacji istotnych pojęć dla tkanki społecznej. Polacy wciąż próbują ustalać: czym jest naród, jakie miejsce w strukturze społecznej zapewnić religii, jak rozumieć państwo czy autonomię jednostek. Mówiąc krótko, Polak o polityce zwykł myśleć pryncypiami – od nich wychodzi, przeważnie na nich kończąc. Po drugie, co logicznie powiązane jest z powyższym, nie potrafimy zgodzić się na autonomię formy, a więc stwierdzić, że czasem polityka powinna działać z dala od ideowego sporu, korygując niedoskonałości siłą procedur i dobrej woli urzędnika. Po trzecie, polski słownik pojęć politycznych zawiera nieproporcjonalnie wiele haseł powiązanych z podmiotami zbiorowymi, takimi jak naród, wspólnota, społeczeństwo, a zbyt mało miejsca poświęca na godność jednostki i jej odmienność względem innych. Po czwarte w końcu, polska polityka, zarówno ta dziejąca się na szczytach władzy, jak i ta interpretowana przez inteligentów, zawsze stawia adwersarzy przed binarnym wyborem: dobra lub zła, sensu lub jego braku, prawdy lub fałszu.

I żeby była jasność, Staniszkis wcale nie potępia w czambuł polskiego „dyktatu idei”. I ja również nie zamierzam tego czynić, a już na pewno nie w imię liberalnych aksjomatów. Chciałbym, traktując tę intrygującą generalizację z lekkim przymrużeniem oka, użyć wyliczonych wyżej wskaźników jako narzędzia przydatnego do analizy nowej książki Tomasza Rowińskiego Królestwo nie z tego świata. O zasadach Polski katolickiej na podstawie wydarzeń nowszych i dawniejszych, która nadaje się do tego znakomicie. Bowiem autor, chcąc wpisać w definicję filozoficznie pojętej Polski zasady Ewangelii, wyklucza dużą część społeczeństwa z narodowej wspólnoty.

Polskość zdeponowana w pamięci Boga

Spójrzmy na trzy fundamentalne tezy tej pracy. Rowiński pisze na początku, że jego książka jest próbą opisania „formy polskiej, czyli naszej dyspozycji, najlepszego dla nas sposobu istnienia”, żeby kilkadziesiąt stron dalej stwierdzić, iż „sensem polskości jest w historii rozpoznawanie Boga zarówno przez naród jak i przez państwo”. Natomiast w innym miejscu dodaje: „Należy dostrzec w polskich dziejach taką strukturę, która uprzedza świadomość każdego z nas”. Nawet student pierwszego roku filozofii odnajdzie w tych cytatach język starożytnych myślicieli – Arystotelesa, św. Augustyna oraz Platona.

Po kolei więc. Celem autora jest opisanie w polskim kontekście ideału człowieka cnotliwego, który za literą Etyki Nikomachejskiej ma wieść życie aktywne, zgodne z prawidłowo ukształtowanymi przyzwyczajeniami. Idąc dalej, treść tychże dyspozycji musi powstawać w relacji z Absolutem. Naród (także ten zorganizowany w ramach państwa) jest pojęty w analogii do jednostki oraz – aby wieść życie szczęśliwe – musi sensu swojego istnienia upatrywać w Bogu. Po trzecie, okazuje się, że struktura tego narodu – zorganizowana w państwo lub państwa pozbawiona – jest ahistoryczna, tj. uprzedza życie jednostki w konkretnym momencie dziejowym, sama mogąc być tej dziejowości pozbawiona.

Mamy więc do czynienia z platońską anamnezą, bowiem zadaniem duszy ludzkiej (per analogia również narodowej) jest przypomnienie sobie tej pierwotnej relacji.

Polskość jest z góry przez Boga zaprojektowaną strukturą, zdeponowaną w jego pamięci, a do Polaków wszystkich pokoleń należało, należy i będzie należeć jej odkrywanie i aktualizacja w konkretnym historycznym czasie. Jest to więc specyficznie pojmowany rodzaj misjonizmu. Celem Polaków jest bowiem rozeznawanie, odkrywanie i realizacja określonego z góry powołania/zadania, jakie Polacy i Polska mają do spełnienia w dziejach.

Piramida polskości według Stanisława Orzechowskiego

Metafizycznego rozmachu Tomaszowi Rowińskiemu odmówić nie można. Dlatego dla klarownego przedstawienia intelektualnej struktury Rzeczypospolitej, której komentowana książka poświęca sporo miejsca, posłużę się przykładem analogicznego punktu widzenia prezentowanego przez … XVI-wiecznego autora – Stanisława Orzechowskiego.

Orzechowskiego w literaturze przedmiotu określa się mianem proto-sarmaty czy nawet proto-mesjanisty. Jest autorem kilku istotnych pism, które w późnorenesansowej Polsce odbiły się szerokim echem wśród narodu szlacheckiego. Do najważniejszych należą Policyja Królestwa Polskiego oraz Quincunx to jest wzór Korony Polskiej na cynku wystawiony. W Quincunxie Orzechowski, posługując się geometryczną wizualizacją, próbuje opisać niepodważalne fundamenty Rzeczypospolitej. Na to wskazuje już sam tytuł, bowiem jak tłumaczy Jan Skoczyński: „W politycznej teologii Orzechowskiego quincunxa najlepiej oddaje pięciokątny ostrosłup”. Pismo, skierowane przede wszystkim do średniej szlachty i duchowieństwa, zostało wydane 1564 r., a więc krótko po zakończeniu soboru trydenckiego, od którego datujemy czas kontrreformacji, a także na pięć lat przed powstaniem Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Autor, opisując strukturę Rzeczypospolitej, postępuje zgodnie z zasadą Arystotelesa, według której treści złożone i trudne poznaje się przez wychodzenie z założeń oczywistych i intuicyjnych. Na początku wskazuje trzy podstawowe fundamenty. Środkowe miejsce należy do Kościoła, skrajne odpowiednio do króla i kapłana. I są to podstawy, których usuwać nie można. Można natomiast powiedzieć, że zarówno Kościół, jak i król oraz kapłan są immanentnymi częściami Rzeczypospolitej. Bez nich Polska nie miałaby racji bytu.

Kolejny fundament implikuje sama nazwa państwa. „Królestwo Polskie” sugeruje bowiem, że w Rzeczypospolitej musi panować monarcha. W obliczu prawa król staje się władcą dopiero wówczas, gdy zostaje koronowany przez kapłana. Tradycja państwa polskiego wskazuje, iż jest to kapłan należący do Kościoła katolickiego, stąd poza królem i duchownym integralną częścią Rzeczpospolitej jest Kościół, który sprawuje pieczę nad Królestwem. Jednak żaden król, ani żaden kapłan, nie mogliby legitymizować swojej władzy, gdyby nie obecność następnego składnika – ołtarza – świętego miejsca, symbolizującego apostolstwo trzech dotychczas wymienionych składników. Bowiem zarówno monarcha, kapłan, jak i Kościół połączeni są nie tylko wolą Boga, ale również celem przez tego Boga ustanowionym. Rzeczypospolita to struktura teleologiczna. Jej misją jest dobro wszystkich jej obywateli. Ostatni fundament stanowi wiara. Bez niej z kolei żadne posłannictwo i władza prawdziwie chrześcijańska nie są możliwe, to ona nadaje strukturze sprawstwo, a więc napełnia ją życiem.

Po identyfikacji wszystkich składników, bez których nie da się pomyśleć Rzeczpospolitej, Orzechowski wraca do uplastycznienia swojego opisu. Tytułowy quincunx zyskuje trzeci wymiar i odtąd przedstawiany jest jako piramida lub wieża. Chodzi, w obydwu przypadkach, o podkreślenie strzelistości konstrukcji. Bowiem o ile król, kapłan, wiara i ołtarz należą do tej samej kategorii fundamentów, to jednak Kościół góruje nad nimi wszystkimi, będąc raz wierzchołkiem piramidy, a raz szczytem wieży, zapewniając tym samym kontakt z Absolutem.

Orzechowski nie miał na myśli bezpośrednich rządów papieża, jego wysłanników czy w ogóle kapłanów. Religia pełni w jego projekcie funkcję zbiorowego sumienia i „rządu dusz” całego społeczeństwa. Kościół pośredniczy w kontakcie z Bogiem, a ten nie rządzi, lecz umożliwia istnienie całej tej niezmiennej struktury. Dlatego Quincunx… nie przedstawia ideału polskiej teokracji, ale państwo o ustalonych raz na zawsze fundamentach, o których obywatele muszą stale sobie przypominać i to w każdym historycznym czasie.

Za religią kryje się ostatecznie polityka

Zauważmy, jak te dwie koncepcje, które Jadwiga Staniszkis nazwałaby przejawami polskiego „dyktatu idei”, a które dzieli niemal pięćset lat historii, są do siebie podobne. Zarówno Orzechowski, jak i Rowiński z dużą determinacją próbują napełnić abstrakcyjne kategorie metafizyki państwa treścią politycznego życia. Obaj autorzy usiłują stworzyć zarys niezmiennej w czasie formy polskiej, która zgodnie z mechanizmami platońskiej teorii idei będzie odkrywana wciąż na nowo przez kolejne pokolenia Polaków.

Ostatecznie ową niezmienną ideą pozostaje rzymski katolicyzm, bez którego nie można pomyśleć fundamentu polskości. Nie jest to jednak religia będąca jedynie pewnym drogowskazem, ani nawet ideał moralny mający stanowić wzór dla władców i polityków. Obie wizje podkreślają znaczenie żywej relacji między Kościołem a sakralizowanymi strukturami władzy. Symbolem połączenia sacrum profanum jest dla Orzechowskiego ołtarz pojęty jako miejsce spotkania wszystkich pozostałych elementów Rzeczypospolitej. Dla Rowińskiego analogiczną rolę odgrywa pamiątka chrztu Polski – wydarzenia, od którego nie tylko rozpoczęły się właściwe dzieje narodu polskiego, ale które również dziś stanowi żywy rdzeń polskiej tożsamości.

Ponad wszystko wydaje się jednak, że Stanisław Orzechowski, tak samo jak Tomasz Rowiński, instrumentalizuje filozofię dla pewnego efektu retorycznego. Oba dzieła umiejscowione w swoim czasie historycznym sprawiają wrażenie publicystycznego komentarza do bieżących wydarzeń politycznych.

Orzechowski w posoborowym przekazie skierowanym do narodu szlacheckiego walczy o wyłączenie innowierców ze wspólnoty politycznej, zaś Rowiński, zawiedziony brakiem reform obecnego rządu w sprawie zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, nawołuje do odkrycia polityki prawdziwie chrześcijańskiej w niezmiennej strukturze polskiej Res Publiki.

Projekt polskości wykluczającej?

Jednak książki Tomasza Rowińskiego nie należy krytykować za wszystko, co do tej pory napisałem. Czy na potrzeby eseistyki nie nagina się często filozoficznych kategorii, aby opisać jakiś istotny element życia społeczno-politycznego? Można przecież walczyć na agorze, posługując się – nawet dość frywolnie – filozoficznymi argumentami.

Ponadto trzeba byłoby wybitnie się nagimnastykować, aby wyliczyć te okresy w historii, w których chrześcijaństwo i Kościół nie posiadały decydującego wpływu na życie Polaków. A skoro tak, to katolicyzm można przecież bez kontrowersji uznać za jeden z fundamentów polskości. W końcu zawsze odpowiedź na pytanie, czym jest polskość, musi być w jakimś stopniu wykluczająca. Wszak tworząc jakąkolwiek definicję, musimy dzielić i autorytarnie orzekać o podejmowanej materii. Kto chce definiować polskość, skazany jest na wartościowanie.

Zapewne można byłoby się z tym zgodzić, gdyby Tomasz Rowiński poprzestał na stworzeniu projektu tożsamościowego stanowiącego o pewnym wyobrażonym ideale Polaka-katolika. Jednak Królestwo nie z tego świata… idzie o krok dalej i właśnie ten element tworzy wrażenie, jakoby Rowiński, ratując polityczność chrześcijaństwa, wykluczał poza wspólnotę nie-katolików oraz „letnich” chrześcijan.

Przekroczenie granicy następuje wtedy, gdy autor przejmuje rozumienie tytułowego pojęcia pracy Pawła Grada – O pojęciu tradycji – i próbuje przenosić je z obszaru religijnego na polityczny. Grad definiuje tradycję wbrew nowoczesnym tendencjom. W jego ujęciu chodzi tu o racjonalny system komunikacji, na który składają się zarówno doktryna, jak i dyscyplina. Tradycja służy ponadto określaniu różnicy między tym, co swoje, a tym, co obce. Doktrynę należy rozumieć tutaj jako naukę przedstawiającą system najistotniejszych idei, natomiast dyscyplinę jako zestaw wynikających z tej doktryny praktyk. Tradycja, która przestaje praktykować założenia dyscypliny, opierając się tylko na nauce najistotniejszych idei, staje się martwa.

O ile ta definicja  jest w pełni adekwatna dla katolicyzmu, to trudno dopasować ją do myślenia na temat polskości. Polskość ujmowana przez Rowińskiego z typu idealnego narodowej tożsamości, jakich stworzono już wiele, staje się kodeksem pełnym zakazów i nakazów moralnych. Najpoważniejszą sankcją zostaje zaś wykluczenie ze wspólnoty.

Polscy katolicy jednak nie tacy katoliccy jak ich malują

Istnieje jeszcze inna strategia interpretująca Królestwo nie z tego świata…. Po lekturze niektórych fragmentów można byłoby założyć, że Tomasz Rowiński de facto opisuje w pewnym sensie polską rzeczywistość. Wiele danych empirycznych potwierdza przecież jego tezy. Polacy w porównaniu z innymi narodami są bardziej religijni, mamy stosunkowo konserwatywne prawo regulujące kwestię aborcji, a polski Kościół odgrywa nieporównywalnie większa rolę społeczną od swoich zachodnich odpowiedników.

Po lekturze epilogu można byłoby dołożyć co najwyżej, że jedną z niewielu przeszkód, jakie stoją na drodze do ukonstytuowania nowej katolickiej Polski, jest rząd Prawa i Sprawiedliwości, który jedynie używa kościelnej retoryki, a w wielu kwestiach jego polityczne posunięcia stoją w sprzeczności z kościelnym nauczaniem.

Dane empiryczne zaprzeczają jednak i tej interpretacji. Wystarczy wspomnieć esej Błażeja Skrzypulca Religijny naród w świeckim społeczeństwie. Polskość i katolicyzm XXI wieku, który został opublikowany w pracy zbiorowej Społeczeństwo teologiczne. Polska teologia narodu 966-2016. Jak wykazuje Skrzypulec, katolicyzm nadal stanowi dla Polaków bardzo silne residuum tożsamości, jednak wywiera dużo mniejszy wpływ na społeczną praktykę.

Dla przykładu, zauważa się dość silną korelację między dumą z bycia Polakiem a częstym uczestnictwem w praktykach religijnych (75% wśród osób praktykujących kilka razy w tygodniu). Tak samo większa religijność jest pozytywnie skorelowana z „przywiązaniem do polskiej tradycji narodowej”. Polacy uważają też, że niebagatelne znaczenie w najnowszej historii Polski ma katolicyzm. I tak 49 % uważa, że Jan Paweł II odegrał „zdecydowanie kluczową” rolę w upadku komunizmu, a także w powstaniu Solidarności (50 %). Zdecydowanej większości Polaków nie przeszkadza ani obecność krzyża w instytucjach publicznych (88 %), ani uczestnictwo duchownych w uroczystościach państwowych (80 %).

Jednak jeśli bada się stosunek Polaków do społecznej wagi Kościoła i religii chrześcijańskiej, dane stają się już mniej optymistyczne. Tylko 40 % wiernych uznało Kościół za „wspólnotę wiernych”. Tylko 30% zadeklarowało natomiast, że katolicyzm odpowiada na problemy społeczne kraju. Można byłoby również sądzić, że katolicyzm istotny dla życia społecznego będzie generował duże zaangażowanie świeckich członków Kościoła w pracę na rzecz katolickich wspólnot. Tymczasem badania pokazują, że nie więcej niż 10% Polaków należy do tego typu organizacji.

Dane przywoływane przez Błażeja Skrzypulca pokazują więc, że katolicyzm nie ma tak wyraźnego wpływu na polskie społeczeństwo, jak na polską tożsamość narodową. Społeczeństwo rozumiane jako „struktura, w której Polacy znajdując się w hierarchicznych relacjach dystrybucji władzy, majątku i prestiżu, a także w funkcjonalnych relacjach dotyczących podziału pracy i pełnienia różnych ról społecznych” pozbawione jest szerokiego wpływu norm, które reprezentuje Kościół.

Co potwierdzają chociażby wszelkie badania zaufania społecznego, które w Polsce tradycyjnie jest na bardzo niskim poziomie. Gdybyśmy nawet zakładali pośredni wpływ Kościoła na kształtowanie wśród społeczeństwa pewnych trwałych postaw etycznych, to nie bylibyśmy przecież społeczeństwem egoistów i rosnącej konkurencji. I doprawdy nie potrzeba precyzyjnych analiz socjologicznych, żeby stwierdzić, iż w pracy, szkole czy urzędzie nie funkcjonują zasady Ewangelii.

Co ciekawe, ten sam esej analizowany jest przez Tomasz Rowińskiego. I to analizowany bardzo krytycznie. Główny zarzut nie dotyczy jednak braków warsztatowych, a więc błędów logicznych lub metodologicznych. Koronny argument odrzucający tezy Skrzypulca polega właściwie na odrzuceniu socjologii jako nauki nieadekwatnej do mierzenia postaw religijności Polaków, a także związków tejże religijności z kondycją całego społeczeństwa. Rowiński sądzi, że socjologia „wywodzi się z zsekularyzowanego chrześcijaństwa protestanckiego i siłą rzeczy akcentuje to, co w kulturze religijnej protestantyzmu uznawano za istotne religijne (…) Elementy te niekoniecznie będą charakteryzować społeczeństwa katolickie”.

Jeśli autor  Królestwo nie z tego świata… dochodzi do tak radykalnych konkluzji, to mamy dwa wyjścia z tej sytuacji: albo zgodzić się i uznać nieadekwatność narzędzi socjologicznych do badania religijności Polaków oraz związków religii z kondycją polskiego społeczeństwa, albo będziemy musieli przyznać rację Błażejowi Skrzypulcowi, którego wnioski można zamknąć w konstatacji, że choć doktryna (zestaw dogmatów) polskiego społeczeństwa pozostaje katolicka, to jednak jego dyscyplina (zestaw praktyk) uległa już procesowi sekularyzacji.

Przystając na pesymistyczny wariant Skrzypulca – w obliczu rosnących podziałów społecznych – ostatnie, czego możemy dzisiaj chcieć, to promocja modelu wykluczającego dużą część Polaków ze wspólnoty narodowej. To nie są czasy, w których należy ewangelizować mieczem. Co nie znaczy, że nie należy ewangelizować w ogóle. Jeśli tak wielu Polaków cierpi na bezobjawowy katolicyzm, to rolą Kościoła, do którego nie należą przecież tylko księża, ale my wszyscy, jest społeczne i również polityczne przeciwdziałanie tej kulturowej schizofrenii.

Polskość to labirynt, nie piramida

Im bardziej patetyczne i ekskluzywne będzie nasze myślenie o polskości, tym większe istnieje ryzyko alienacji od rzeczywistej kondycji polskiego społeczeństwa i jego różnorodności. Sądzę, że związki współczesnych Polaków ze chrześcijaństwem są dużo bardziej skomplikowane. Lepszą metaforą od XXI-wiecznej hipostazy quincunxa jest ostatnia z wystaw Janusza Boguckiego przypomniana we wstępie do Społeczeństwa teologicznego… przez Pawła Rojka.

Bogucki był historykiem, krytykiem i kuratorem sztuki, który w 1989 r. zagospodarował podziemia Kościoła Wniebowstąpienia Pańskiego na warszawskim Ursynowie na potrzeby artystycznej instalacji. W podziemiach stanął labirynt wykonany z drewna i blachy. Jego ściany zostały obwieszone zdjęciami różnych postaci z historii Polski – m.in. Zygmunta Krasińskiego, Ignacego Mościckiego, ale i Jerzego Urbana czy Feliksa Dzierżyńskiego.

Metaforyczny sens tej wystawy można odczytać zarówno jako krytykę społeczeństwa, jak i Kościoła. Społeczeństwa znajdującego się na wyciągnięcie ręki, które składa się z artystów i przywódców, ale i z oprawców i zdrajców. I Kościoła, który jest zawsze daleko i ponad społeczeństwem, który na te społeczeństwo nie potrafi już bezpośrednio oddziaływać. Mimo wszystko jednak wystawa ta – jak pisał Rojek – była „cudowną polifoniczną jednością w wielości, powoli rozrastającą się w dziejach”.

Esej pochodzi z nowej z teki elektronicznego czasopisma „Pressje” pt. „Niech żyje Polska Ludowa!”. Zapraszamy do nieodpłatnego pobrania numeru w wersji pdf.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.