Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Stanisław Maksymowicz  10 maja 2019

Sama pielęgniarka w szkole nie rozwiąże systemowych problemów

Stanisław Maksymowicz  10 maja 2019
przeczytanie zajmie 5 min

Zdrowie uczniów znów staje się istotne dla państwa. Do szkół wrócą pielęgniarki, a może nawet dentyści. Tego by chcieli politycy. Zabrakło im jednak pomysłu, jak w praktyce wykonać to ważne zadanie. Nawet najlepsze pomysły, jak ten związany ze zdrowiem uczniów, pozbawione planu i przewodnika stają się zbiorem idei, które być może jakiś mędrzec wdroży w życie na własną rękę, a głupiec bezpowrotnie zniweczy.

Sejm niemal jednogłośnie uchwalił Ustawę o opiece zdrowotnej nad uczniami. Zgodnie z jej założeniami profilaktyka zdrowotna przenosi się do szkoły, w której wszyscy uczniowie, niezależnie od miejsca zamieszkania czy rodzaju placówki, otrzymają bezpłatną opiekę pielęgniarki środowiskowej albo higienistki oraz – już niekoniecznie w szkole – lekarza dentysty. Gabinet dla pielęgniarki będzie w szkole koniecznością. Gdy w placówce zabraknie odpowiedniego gabinetu dentystycznego, świadczenia będą realizowane na zewnątrz lub do uczniów przyjedzie specjalny dentobus.

Ale na tym nie koniec. Nie mniej ważny jest zapisany w ustawie pomysł integracji opieki zdrowotnej nad uczniami, której koordynatorem ma być pielęgniarka/higienistka, będąca w kontakcie z lekarzem dentystą, lekarzem rodzinnym i rodzicami. Ustawa tworzy więc zręby dla opieki koordynowanej nad uczniami.

Diabeł tkwi w…

Niewątpliwie zasadność wprowadzenia systematycznej profilaktyki zdrowotnej w szkołach nie podlega dyskusji. Szkoła może w naturalny sposób stać się miejscem takich działań. Jak wiele jest do zrobienia, pokazała niedawno Najwyższa Izba Kontroli. W szkole jesteśmy przecież w stanie objąć opieką praktycznie wszystkie dzieci, które obecnie wsparcie takie uzyskują zupełnie przypadkowo – czasem u lekarzy rodzinnych czy u dentystów. Niezwykle rzadko u pielęgniarki szkolnej, ponieważ – jak podsumowuje NIK – w ponad połowie szkół podstawowych nie ma gabinetów pomocy przedlekarskiej.

Cel regulacji jest więc jasny. Mimo to zastanawia sposób jej realizacji.

Sam etat pielęgniarki środowiskowej czy higienistki w szkole nie gwarantuje jeszcze sukcesu profilaktyki. W szkołach, w których uczą się setki dzieci, jedna osoba nie będzie w stanie zapewnić realnej opieki. Trudno też mówić o kierowaniu przez nią działaniami prozdrowotnymi we współpracy z lekarzami.

Podobnie rzecz ma się z dentystami. Czy będą jedynie prowadzić odświętną edukację, czy przeniosą swoje praktyki do szkół? Nowa ustawa wskazuje, że leczenie może odbywać się zarówno w placówce oświatowej, jak i w obecnych gabinetach posiadających kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia (NFZ) lub w dentobusach. Czyli w istocie nic się nie zmienia.

Bo czy szkoły będą chciały i mogły na własną rękę wyposażać gabinety i czy dobrze prosperujący prywatnie lekarze dentyści zechcą masowo przenieść gabinety do wiejskich szkół? Jest to bardzo wątpliwe. Szczególnie, że brakuje jakiegokolwiek zapisu, który ustanawiałby coś więcej, niż… obecny system publicznej opieki dentystycznej dla dzieci. Z tą różnicą, że teraz – przy braku sprzeciwu rodziców – pielęgniarka lub higienistka mają współpracować z wybranym przez dyrektora szkoły dentystą w ramach profilaktyki. Jak to będzie wyglądać w praktyce? Nie wiadomo. Nie ma żadnego planu takich działań.

Plan potrzebny od zaraz

Nawet najlepsze pomysły, jak ten związany ze zdrowiem uczniów, pozbawione planu i przewodnika stają się zbiorem idei, które być może jakiś mędrzec wdroży w życie na własną rękę, a głupiec bezpowrotnie zniweczy. Dlatego kluczowy dla realnej profilaktyki jest jej plan. W jego skład wejść powinny elementy mające na celu na przykład zmianę złych nawyków czy naukę konkretnych zasad dbania o zdrowie. Plan powinien uwzględniać różne czynniki, a przynajmniej wiek i płeć pacjentów. Czego innego wymagają przecież dojrzewające dziewczęta, a czego innego pierwszoklasiści. Oczywiście możemy powiedzieć, że taka indywidualizacja to już zadanie konkretnej pielęgniarki lub higienistki. Ale czy bez jasnego i wykonalnego planu oraz narzędzi do jego realizacji jest to w ogóle możliwe? Czy poprzez brak określonych standardów nie pogłębimy tylko różnic w dostępie do wiedzy medycznej między klasami społecznymi?

Kolejnym problemem jest finansowanie założonych działań. W ustawie wskazano tylko jedno niezmienne źródło – środki Narodowego Funduszu Zdrowia w dodatkowej wysokości około 100 mln zł rocznie. I to jedynie na dłuższą pracę pielęgniarki. Środki na świadczenia lekarzy i lekarzy dentystów pozostają bez zmian.

Ponadto nałożono na szkoły kolejne obowiązki, nie wskazując źródła dodatkowych pieniędzy na ich wypełnianie. To zapewne dlatego pozostawiono dużą swobodę w zakresie tego, czy szkoła ma posiadać gabinet dentystyczny czy też nie. Z tego samego powodu brak również wskaźników mogących służyć ocenie realizacji idei „równego dostępu do opieki zdrowotnej w szkole” i jakiegokolwiek planu szczegółowych działań, który tak naprawdę powinien być celem ustawy.

Czy nowe prawo doprowadzi do realnej poprawy stanu zdrowia uczniów? Niestety istnieje spore prawdopodobieństwo, że w zaproponowanym przez ustawodawcę kształcie stanie się jedynie wehikułem czasu. Do szkół wrócą pielęgniarki, czekające jak dawniej w swoich gabinetach na chorych lub poszkodowanych w wypadkach uczniów. Ale edukacja lub profilaktyka zdrowotna nadal pozostaną jedynie ideą, bez większych szans na realizację.

Materiał powstał we współpracy z Łukaszem Łaguną.