Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  29 kwietnia 2019

Raport, który nie zniszczył Trumpa. Co wynika ze śledztwa Muellera?

Andrzej Kohut  29 kwietnia 2019
przeczytanie zajmie 6 min

Ingerencja Rosjan w proces wyborczy okazała się bezsporna. Udało się udokumentować spotkania współpracowników Donalda Trumpa z przedstawicielami państwa rosyjskiego. Nie zdołano dowieść istnienia spisku, w który wielu wierzyło. Przeciwnicy prezydenta mają teraz trudny orzech do zgryzienia. Narracja, która nie tylko tłumaczyła przegraną Clinton w wyborach, ale także dawała nadzieję na wyeliminowanie Trumpa z życia publicznego raz na zawsze, właśnie się rozsypała.

Zaczęło się od wycieku maili wymienianych przez członków Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej. Był rok 2016 i kampania przed wyborami prezydenckimi w USA trwała w najlepsze. Sprawa była poważną skazą na wizerunku i dlatego demokraci zdecydowali się na wynajęcie firmy zajmującej się cyberbezpieczeństwem, by przeprowadziła śledztwo w tej sprawie. Ta z kolei przypisała odpowiedzialność za hakerski atak Rosjanom. Na początku października, miesiąc przed wyborami, potwierdziła to społeczność wywiadowcza USA. Niedługo później do sieci trafiła kolejna porcja maili, tym razem ze skrzynki szefa kampanii Hillary Clinton, Johna Podesty.

W międzyczasie obserwowano wzmożoną aktywność rosyjskich trolli w amerykańskich mediach społecznościowych, a także próby cyberataków na systemy wyborcze poszczególnych stanów. Wkrótce pojawił się również dodatkowy wątek: podejrzenie, że przedstawiciele kampanii Trumpa mogli się kontaktować z Rosjanami, a nawet współpracować z nimi, by zmienić wynik wyborów. Dochodzenie w tej sprawie wszczęło FBI. Wkrótce pojawiła się obawa, że Trump, który w międzyczasie objął urząd prezydenta, może utrudniać przeprowadzenie rzetelnego śledztwa i dlatego demokraci domagali się powołania specjalnego prokuratora, chronionego prawnie przed wpływami Białego Domu. Został nim Robert Mueller, wieloletni dyrektor FBI i tak rozpoczęło się jedno z najbardziej burzliwych śledztw w amerykańskiej historii.

Po prawie dwóch latach dochodzenia światło dzienne ujrzało wreszcie ponad czterysta stron podsumowujących ustalenia śledczych . Poza nielicznymi fragmentami zasłoniętymi, by nie narażać toczących się śledztw, opinia publiczna w USA i na świecie zyskała pełen wgląd w jego rezultaty.

Chodzi o dochodzenia, które miało ocenić skalę ingerencji obcego państwa – Rosji – w amerykański proces wyborczy, a konkretnie w kampanię prezydencką z 2016 roku.

Śledczy mieli też sprawdzić, czy istniało powiązanie pomiędzy Rosjanami a kandydatem, który później stał się prezydentem: Donaldem Trumpem. Odpowiedź na to pytanie płynąca z raportu Muellera jest negatywna: „Członkowie kampanii Trumpa nie konspirowali z rosyjskim rządem, ani nie koordynowali z nim działań mających na celu wpływanie na wybory”. Choć stwierdzono też, że obie strony widziały korzyść we wzajemnych sukcesach: Rosjanie liczyli, że prezydentura Trumpa okaże się dla nich korzystna, a Trump, że publikacja zaginionych e-maili Hillary Clinton pomoże mu zwyciężyć w wyborach.

Śledczy odnotowali, że nie udało im się przesłuchać samego Trumpa. Rozważali wezwanie go do złożenia zeznań, ale ostatecznie – z uwagi na to, że znacząco wydłużyłoby to śledztwo – zdecydowali się na zadanie pytań prezydentowi w formie pisemnej. Odpowiedzi, które otrzymali okazały się mało precyzyjne i mało przydatne, a prezydent często zasłaniał się niewiedzą i słabą pamięcią. Nie zamierzał im niczego ułatwiać. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej, jeśli chodzi o sposoby, na jakie Trump utrudniał Muellerowi i jego ludziom życie. New York Times doliczył się ponad tysiąca tweetów, w których atakował toczące się śledztwo. Często padająca przy tej okazji fraza o „polowaniu na czarownice” stała się na tyle kultowa, że umieszczono ją nawet na koszulkach i kubkach sprzedawanych jako gadżety dla zwolenników Trumpa.

„Jak mogłeś do tego dopuścić, Jeff?”

Prezydent nie ograniczył się tylko do negatywnego przekazu w mediach społecznościowych. W toku śledztwa niejednokrotnie szukał sposobu, aby wpłynąć albo nawet całkowicie zakończyć dochodzenie Muellera. Posunął się nawet do zwolnienia dyrektora FBI, Jamesa Comeya, podając jako formalny powód złe prowadzenie przez biuro sprawy maili Hillary Clinton – sprawy, która pomogła Trumpowi wygrać wybory i za którą chwalił biuro wcześniej. W książce Wyższa lojalność Comey twierdzi, że jego konflikt z Trumpem zaczął się od rozmowy, w której nie zadeklarował lojalności wobec prezydenta i nie przychylił się do sugestii prezydenta, by „odpuścić” śledztwo w sprawie Michaela Flynna, byłego współpracownika Trumpa, który zataił przed śledczymi swoje kontakty z rosyjskim ambasadorem w czasie kampanii. Zwolnienie Comeya wywołało medialną i polityczną burzę, która z kolei doprowadziło do powołania specjalnego prokuratora.

Z pracą pożegnał się również Jeff Sessions, który sprawował urząd prokuratora generalnego. Sessions, jeszcze jako senator z Alabamy, był jednym z pierwszych popleczników Trumpa wewnątrz partii republikańskiej. Ich przyjaźń skończyła się, kiedy postanowił odsunąć się od śledztwa w sprawie rosyjskiej ingerencji w wybory uznając, że jego relacja z prezydentem może wzbudzić wątpliwości co do niezależności śledztwa. To wprawiło prezydenta we wściekłość. „Miałeś mnie chronić”. „Jak mogłeś do tego dopuścić, Jeff?” – takie wypowiedzi Trumpa zostały odnotowane w raporcie Muellera.

Trump miał też naciskać na prokuratora generalnego, by ustąpił ze stanowiska. Gdy Sessions przyniósł prezydentowi list z oficjalną rezygnacją, Trump najpierw przyjął pismo, ale potem przekonał prokuratora do pozostania na stanowisku. Pisma jednak nie oddał. To przeraziło prezydenckich doradców, bo istniała obawa, że fakt przechowywania przez Trumpa takiego listu może zostać uznany za próbę wywierania nacisku na wymiar sprawiedliwości. Udało im się przekonać Trumpa, żeby oddał list. Być może uratowali go w ten sposób przed oskarżeniem o nadużycie władzy i bezprawne wywieranie wpływu na wymiar sprawiedliwości – zresztą wydaje się, że nie po raz pierwszy.

Urzędnicy ratują prezydencką skórę

Niezwykłą cechą prezydentury Trumpa jest sabotowanie prezydenckich decyzji przez jego najbliższych współpracowników. O tym mechanizmie pisał w książce Strach. Trump w Białym Domu Bob Woodward. Relacjonował sytuację, kiedy Rob Porter, sekretarz Trumpa, odpowiedzialny za dostarczanie dokumentów do Gabinetu Owalnego, wielokrotnie nie dopuszczał do podpisania najbardziej kontrowersyjnych decyzji, ukrywając je przed swoim zwierzchnikiem. Tak było choćby z decyzją o wypowiedzeniu porozumienia NAFTA, którą Porter po prostu zabrał z prezydenckiego biurka. Manewr ten był obliczony na krótką pamięć prezydenta i zakończył się powodzeniem.

Bardzo istotna z punktu widzenia amerykańskiej polityki zagranicznej umowa pozostawała w mocy, bo ktoś nie dopuścił, by prezydent ją rozwiązał. Wydaje się to szokujące – urzędnicy decydują, które z poleceń prezydenta są na tyle nierozsądne, że nie warto ich realizować.

Raport Muellera potwierdza, że tego rodzaju praktyki miały miejsce, a w dodatku – w kontekście omawianego dochodzenia – mogły uratować prezydenta przed jednoznacznym konfliktem z wymiarem sprawiedliwości.

Bardzo charakterystycznym przypadkiem jest sprawa Dona McGahna, radcy prawnego Białego Domu. Wkrótce po rozpoczęciu dochodzenia w sprawie potencjalnego utrudniania śledztwa przez Trumpa (wiązało się to ze zwolnieniem dyrektora FBI), prezydent zadzwonił do niego, proszący by skontaktował się z Rodem Rosensteinem i zażądał odebrania Muellerowi śledztwa, powołując się na rzekomy konflikt interesów. McGahn zignorował polecenie, uznając, że lepiej stracić pracę niż doprowadzić do potencjalnej „masakry sobotniej nocy”.

„Masakrą sobotniej nocy” nazywa się moment, kiedy Nixon wymusił zwolnienie specjalnego prokuratora prowadzącego dochodzenie w sprawie Watergate. Wywołało to ogromne oburzenie opinii publicznej, a wciągu kilku tygodni sam Nixon ustąpił ze stanowiska. Brutalne odsunięcie Muellera od prowadzonego śledztwa mogłoby nie tylko doprowadzić do ogólnonarodowego oburzenia, ale też być podstawą do zarzutu, że prezydent stara się w nieuzasadniony sposób utrudnić dochodzenie. Dzięki zaniechaniu ze strony prawnika prezydentowi znowu się upiekło.

Zwycięstwo Trumpa

„Nie było zmowy. Nie było obstrukcji. Dla hejterów i radykalnych lewicowych demokratów – gra skończona”. Grafikę z takim przesłaniem opublikował Donald Trump krótko po tym, jak raport został wreszcie opublikowany.

Śledztwo nie udowodniło najgłośniejszej tezy – że członkowie obecnej administracji prezydenta współpracowali z Rosją podczas kampanii w 2016 r., by wpłynąć na rezultat wyborów.

Co prawda, ingerencja Rosjan w proces wyborczy okazała się bezsporna i udało się udokumentować także spotkania współpracowników Trumpa z przedstawicielami państwa rosyjskiego, ale nie zdołano dowieść istnienia spisku, w który wielu wierzyło. Przeciwnicy prezydenta mają teraz trudny orzech do zgryzienia. Narracja, która nie tylko tłumaczyła przegraną Clinton w wyborach, ale także dawała nadzieję na wyeliminowanie Trumpa z życia publicznego raz na zawsze, właśnie się rozsypała.

Dwa lata jednego z najbardziej medialnych śledztw w historii USA przyniosło co prawda kilka wyroków skazujących dla byłych współpracowników Trumpa, ale za przestępstwa, które wydają się pomniejsze, gdy wziąć pod uwagę, że gra toczyła się o udowodnienie zamachu na amerykańską demokrację. Samego Trumpa nie udało się obciążyć zarzutami. Prezydent może więc triumfować i podkreślać, że przez dwa lata miał rację, oskarżając śledczych o nieuzasadnione „polowanie na czarownice”.

Piłka wciąż jest w grze

„Czy obstrukcja może doprowadzić do impeachmentu? Historia potwierdza”. „Raport Muellera nie stwierdza, że Trump utrudniał pracę wymiarowi sprawiedliwości, ale sugeruje, że niektóre epizody mogły na to wskazywać”. „Zły czas na impeachment Trumpa? Co mówi na ten temat historia”. To tylko niektóre nagłówki, które pojawiły się w nieprzychylnych obecnemu prezydentowi amerykańskich mediach po publikacji raportu Muellera. Dobrze obrazują główną linię, jaką przyjął obecnie obóz przeciwny jego prezydenturze.

Raport nie stanowi bowiem, jak chciałby Trump, ostatecznego rozstrzygnięcia. Zwłaszcza w kwestii utrudniania pracy wymiarowi sprawiedliwości Mueller nie postawił kropki nad i wskazując, że gdyby jego zespół był przekonany co do niewinności prezydenta w tej kwestii, to na pewno w tekście padłoby takie stwierdzenie wprost. Ten wyłom starają się teraz wykorzystać przeciwnicy Trumpa.

Oprócz podkreślania, że raport wykazał ingerencję obcego państwa w amerykańskie wybory (co właściwie było jasne już wcześniej) starają się udowodnić, że prezydent w bezprecedensowy sposób rzucał śledczym kłody pod nogi. To zaś ma być argumentem za przyspieszonym odwołaniem Trumpa poprzez procedurę impeachmentu.

Jednym z zarzutów przy impeachmencie Clintona było właśnie utrudnianie pracy wymiarowi sprawiedliwości. Bliższe przyjrzenie się procedurze jasno pokazuje jak grząski to grunt. Według procedury impeachmentu, sprawę najpierw ocenia Izba Reprezentantów głosując nad zarzutami, które mają być prezydentowi postawione. Jeśli większość zadecyduje, że prezydent jest winny, sprawa wędruje do izby wyższej, gdzie senatorowie oraz przewodniczący Sądu Najwyższego przeprowadzają proces. Jeżeli dwie trzecie senatorów zgodzi się, że prezydent jest winny, musi on ustąpić ze stanowiska. To się w amerykańskiej historii nigdy nie zdarzyło.

Sama procedura impeachmentu została wszczęta wobec zaledwie trzech prezydentów. W przypadku jednego – Nixona – nie doszło do głosowania, bo prezydent sam wcześniej zrezygnował z funkcji.

W sprawach Andrew Johnsona (1868 rok) i Billa Clintona (1998) Izba Reprezentantów zadecydowała, że prezydenci są winni stawianych im zarzutów. W obydwu przypadkach nie udało się przekonać dwóch trzecich senatorów, by zagłosowali za opuszczeniem stanowiska przez urzędującą głowę państwa.

W obecnej sytuacji politycznej rezultat mógłby być identyczny: w Izbie większość mają demokraci, więc teoretycznie mogliby winę Trumpa przegłosować. W Senacie, gdzie przeważają wciąż Republikanie, proces byłby zatem skazany na porażkę. Dlatego Nancy Pelosi, która przewodzi większości demokratycznej w Izbie Reprezentantów, kiedy została zapytana o potencjalny impeachment Trumpa, odpowiedziała, że „jeszcze tam nie dotarliśmy”.

Wydaje się więc, że przesadzone były zarówno nadzieje demokratów, jak i obawy samego prezydenta związane z dochodzeniem Muellera. Ten ostatni, dowiedziawszy się, że były szef FBI stanie na czele oficjalnego śledztwa, miał powiedzieć nawet: „O Boże, to okropne. To koniec mojej prezydentury. Mam prze…ne.” Ta prognoza się nie sprawdziła.

***

Sprawa badana przez Muellera często była porównywana do afery Nixona – komik John Oliver ochrzcił ją nawet „głupim Watergate”. Jednak o ile tamta doprowadziła do rezygnacji prezydenta i wywróciła amerykańską politykę do góry nogami, to finał dochodzenia specjalnego prokuratora zmieni niewiele.

Większość głównych ustaleń płynących z raportu znaliśmy już przed jego publikacją. Rosjanie ingerowali w amerykańskie wybory. Kontaktowali się też z przedstawicielami kampanii Trumpa, ale nie nawiązali współpracy. Trump ze swojej strony starał się torpedować dochodzenie w tej sprawie, uznając, że podważa ono jego wyborcze zwycięstwo. Jednak jego działania, choć etycznie wątpliwe, nie doprowadziły do jednoznacznego złamania prawa. Poznaliśmy też garść smaczków dotyczących funkcjonowania prezydenckiej administracji, które jednak uwypuklają jedynie znane już wcześniej mechanizmy.

Obserwujemy teraz bardzo intensywną medialną grę o interpretację raportu. Prezydent stara się przekonać o porażce swoich adwersarzy i własnej słuszności, z drugiej strony jego przeciwnicy starają się podkreślić te ustalenia dokumentu, które stawiają Trumpa w jak najgorszym świetle. Odbiór społeczny rezultatów dochodzenia nie jest jeszcze kwestią rozstrzygniętą.

Nie jest to też finał sprawy od strony prawnej. Dochodzenie może teraz przejąć Kongres, do czego autorzy raportu zachęcają. Oprócz tego toczy się kilkanaście spraw sądowych powiązanych z dochodzeniem Muellera, a większość z nich jest utajniona. Prezydent Trump nie może więc jeszcze spać spokojnie. Nie wiadomo też na ile może mu zaszkodzić informacja o tym, że najbliżsi współpracownicy sabotowali jego decyzje, uznając je za szkodliwe. Jednego możemy być pewni: w trakcie nadchodzącego okresu wyborczego raport Muellera wróci jeszcze wielokrotnie.