Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Trudnowski  26 kwietnia 2019

W obronie Szczerskiego. Cztery uwagi na marginesie „paszportu dla katolika”

Piotr Trudnowski  26 kwietnia 2019
przeczytanie zajmie 6 min

Oburzenie, jakie towarzyszy medialnym rewelacjom dotyczącym sformułowanego przez Krzysztofa Szczerskiego postulatu „paszportu katolickiego” pokazuje jak w soczewce postęp choroby, jaka toczy nasze życie publiczne. Cytując znany passus Stanisława Lema: „Nikt nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”. Idę o zakład, że większość oburzonych „sensacyjnym” pomysłem prezydenckiego ministra nie zadała sobie trudu przeczytania artykułu (o zajrzeniu do cytowanej książki nawet nie wspomnę) i zrozumienia, że nie chodzi mu o wypisywanie modlitw w wydawanych przez państwo paszportach. Ci zaś, których mimo to bulwersuje sam fakt traktowania religijności Polaków jako potencjału, jaki wnosimy do współczesnej Europy, najwyraźniej zapomnieli, że w czasach akcesji była to perspektywa podnoszona w samym sercu polskiej sceny politycznej. Manipulacja pomysłem Szczerskiego nie byłaby jednak tak prosta, gdyby nie wcześniejsze zuchwałe błędy jego obozu politycznego w polityce symbolicznej.    

  1. Tytuł nie wystarczy, by wyrobić sobie opinię

Zacznijmy od rzeczy zupełnie fundamentalnej. Oburzenie, jakie przetacza się przez politycznego Twittera dość jasno wskazuje, że większość komentujących ograniczyło się z do lektury tytułu lub leadu informacji i uznało, że szef gabinetu prezydenta chce katolickich treści w paszportach wystawianych przez państwo Polakom. Radosław Sikorski zapytał, czy ten pomysł obejmie też prawa jazdy. Politolog i były polityk Marek Migalski zaproponował niewydawanie paszportów ateistom. Redaktor Renata Grochal zasugerowała, że to oczywista konsekwencja dawnych tez Szczerskiego o „republice wyznaniowej”…

Tyle, że wystarczy zajrzeć do artykułu Newsweeka, by znaleźć tam (racja, nie w leadzie ani tytule, a dopiero w trzecim akapicie tekstu) cytat z prezydenckiego ministra: „Chciałbym zaproponować podjęcie prac nad przygotowaniem swego rodzaju »paszportu katolickiego«”. Tak – mamy wyraziste słowa „swego rodzaju”, które jasno mówią, że nie chodzi o paszporty państwowe. Gdyby zaś ktoś miał jeszcze wątpliwości – wzięcie tego, pewnie rzeczywiście niefortunnego z perspektywy odporności polityków na kryzysy wizerunkowe, określenia w cudzysłów.

O co chodzi Szczerskiemu? Zajrzałem do cytowanej przez Newsweeka książki, Utopii europejskiej. Postuluje on w niej stworzenie „dokumentu przeznaczonego dla polskich katolików decydujących się na opuszczenie Ojczyzny, który zawierałby nie tylko najważniejsze modlitwy i prawdy wiary, ale przede wszystkim informacje o wspólnotach katolickich, duszpasterstwach czy o polskich misjach działających w zachodniej Europie”.

Ot, Szczerski pisał o broszurce dla katolików, która miałaby pomóc im praktykować wiarę tam, gdzie dostęp do katolickiej posługi – a zwłaszcza posługi w zrozumiałym dla nich języku – może być trudny. Nie ma nigdzie sugestii, że wydawaniem takiego dokumentu miałoby zajmować się państwo.

Nie zostało to powiedziane wprost, ale widzę w tym dość oczywisty postulat skierowany do środowisk i organizacji katolickich, by przygotowały dla emigrujących z Polski katolików taki swoisty niezbędnik informacyjny, który miałby im pomóc odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Co w tym oburzającego? Może się komuś nie podobać, że ludzie wierzący również organizują się w różnych instytucjach hołubionego przecież społeczeństwa obywatelskiego, ale doprawdy trudno podnosić z tego powodu raban.

Oczywiście media zwietrzyły clickbaitowy potencjał marnego „newsa” i świadomie zagrały na pierwszym skojarzeniu. W autorskim materiale Newsweeka mamy nawet grafikę, w której dzisiejszy paszport RP z orzełkiem opatrzono podpisem „paszport katolicki” dodając w tytule, że „to nie żart”. Wirtualna Polska poszła jeszcze dalej pisząc w leadzie, że „najważniejsze modlitwy i prawdy wiary powinny być zawarte w paszporcie Polaków” – tu już oczywiście cudzysłowu i słów „swego rodzaju” zabrakło.

  1. Czy katolicy mają prawo szerzyć swoją wiarę?

Ktoś, kto zadałby sobie trud zajrzenia do książki, o której mowa, dostrzegłby pewnie  sąsiadujący fragment, który niektórzy uznaliby za obciążający dla Szczerskiego. Czytamy bowiem: „Wyjazdy ogromnej liczby polskich obywateli otwierają nowe możliwości działań ewangelizacyjnych na Zachodzie, pod warunkiem jednak, że Polacy opuszczający swój kraj będą rzeczywiście nieść ze sobą ogień wiary, że zabiorą go na swą emigracyjną drogę. Stąd płynie obowiązek zadbania o to, by nasi rodacy szukający pracy w Europie nie tracili wiary, a odwrotnie: by dając świadectwo swej przyjaźni z Chrystusem stawali się Ewangelizatorami Europy. To zadanie i dla Kościoła, i dla państwa. Że dla Kościoła – to oczywiste. Dla państwa zaś dlatego, że ci młodzi obywatele, którzy wybiorą się na emigracyjną tułaczkę, zabierają ze sobą wiarę ojców, zabiorą i polskość”.

Szczerski oddziela argumenty na rzecz ewangelizacji (je pozostawia Kościołowi i wiernym) od argumentów na rzecz promowania wizji chrześcijańskiej Europy, co za pośrednictwem emigrantów mogłoby być w jego opinii wspierane również przez państwo.

Czy polityk powinien troszczyć się o „możliwości działań ewangelizacyjnych na Zachodzie” i „niesienie ze sobą ognia wiary”. Tu dochodzimy do fundamentalnego pytania o to, czy katolik w demoliberalnym państwie w ogóle ma prawo do bycia politykiem.

Niewtajemniczonym wyjaśnić bowiem trzeba, że misja szerzenia wiary jest powszechnym powołaniem dla wszystkich wiernych Kościoła – nie tylko, jak wielu to sobie może wyobrażać, księży czy osób konsekrowanych. Ktoś, kto uzna taką ambicję za przekraczającą granice dozwolonej w liberalnym państwie ingerencji w światopogląd innych osób musi mieć świadomość, że de facto opowiada się za wykluczeniem katolików z życia publicznego – a więc sprzeciwia się wolności religijnej gwarantowanej niczym innym, jak polską Konstytucją i międzynarodowymi regulacjami praw człowieka.

Drugi problematyczny zapewne dla wielu fragment to słowa, że „to zadanie i dla Kościoła, i dla państwa (…) – dla państwa zaś dlatego, że ci młodzi obywatele, którzy wybiorą się na emigracyjną tułaczkę, zabierając ze sobą wiarę ojców, zabiorą i polskość”.

Szczerski – jako katolik przeświadczony o cywilizacyjnej wartości Polski z żywszym niż na Zachodzie chrześcijaństwem – postrzega religijność Polaków również jako nasze swoiste soft-power na arenie europejskiej. Ktoś inny ma prawo oczywiście uznać to za obciążenie. Niemniej warto przypomnieć, że daleko temu poglądowi do poglądu radykalnego, a jeszcze w czasach wchodzenia Polski do Unii Europejskiej był wręcz argumentem mainstreamowym i niekontrowersyjnym. By pokusić się o parafrazę znanej prawdy – „w miarę postępów wojny polsko-polskiej walka plemion się zaostrza”.

To nie politycy Prawa i Sprawiedliwości ani żadnej z radykalnej prawicowych partii u progu wejścia Polski do Unii Europejskiej przysięgali (sic! – PRZY-SIĘ-GA-LI) Polakom: „Będziemy walczyć o pełne prawa w Europie dla polskiej tożsamości narodowej, o obecność polskiego języka i równoprawne traktowanie Polski i Polaków przez inne narody Europy (…) Będziemy bronić praw religii, rodziny i tradycyjnego obyczaju, bo tych wartości szczególnie potrzebuje współczesna Europa. (…) Traktujemy ten akt jako wypełnienie patriotycznego testamentu polskich powstańców, legionistów, AK-owców i ludzi Solidarności, jako dokończenie wielowiekowego procesu prowadzącego Polskę ku jedności z chrześcijańskimi Narodami Zachodniej Europy”. To słowa przyjętej 18 maja 2003 r. „Deklaracji Krakowskiej”, którą podpisali ówcześni parlamentarzyści Platformy Obywatelskiej.

Fakt, że dzisiejsza Platforma daleka jest od dawnych wartości i przyrzeczeń, a w imię taktycznej kalkulacji zdecydowała się na wyrazisty zwrot w lewo, nie oznacza jeszcze, że w pogląd, by traktować „religię, rodzinę i tradycyjny obyczaj” jako „wartości, których szczególnie potrzebuje współczesna Europa” jest poglądem godnym jedynie oszołomów czy choćby intelektualną ekstrawagancją.

Pomysł wykorzystania religijnego potencjału emigrujących Polaków można uznać za koncept ciekawy lub nietrafiony, zgodzić się z nim lub polemizować, ale uznawanie go za przejaw postępującej rzekomo klerykalizacji rządów PiS jest cokolwiek nieuzasadnione. Polska wciąż jest jednym z najżywiej katolickich państw Europy i nie ma nic zdrożnego w pomyśle, by na tym fakcie próbować budować swoje (a wielu dopowie – w tym również Europy i Unii Europejskiej!) przewagi – również wprzęgając w ten proces emigrantów.

  1. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę

Nic nie dzieje się w próżni, a Krzysztof Szczerski obrywając dziś za swój pomysł płaci również cenę za zuchwałość swojego obozu politycznego w stosowaniu zbyt daleko idącej, a w praktyce kontrskutecznej, polityki symbolicznej. Co najmniej dwukrotnie pomysły Zjednoczonej Prawicy na to, jak wyglądać mają paszporty, wywołały duże kontrowersje. Fakt, że wygląd i symbolika dokumentu będącego świadectwem przynależności do narodu wszystkich obywateli staje się tematem podziałów, złości i frustracji jakiejkolwiek istotnej grupy obywateli uważam za gorszący. Niestety, polityczną odpowiedzialność za to anty-patriotyczne w praktyce zgorszenie ponoszą obecnie rządzący.

Przypomnijmy – wpierw Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji zaproponowało, by w polskich paszportach znalazła się wileńska Ostra Brama i Cmentarz Orląt Lwowskich. Przez swoją niedelikatność pomysł wywołał dyplomatyczne kontrowersje i ostatecznie się z niego wycofano.

W nowym wzorze paszportu znalazła się jednak historyczna dewiza Wojska Polskiego „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Jakkolwiek jest ona zakorzeniona w tożsamości wielu Polaków – niekoniecznie tylko wierzących – nie trzeba być geniuszem, by przewidzieć, że dla jakiejś grupy osób niewierzących czy nawet stojących na skrajnych stanowiskach ateistycznych może być co najmniej problematyczna. Ostatecznie ponad 1500 osób złożyło skargę na taki kształt dokumentu i weszło, przy wsparciu Rzecznika Praw Obywatelskich, w spór z resortem. Uprzedzając – nie, porównania do amerykańskiej dewizy umieszczanej nawet na walucie nie są uprawnione, bo znajduje się na niej od dziesiątek lat. Konserwatyści powinni wiedzieć lepiej niż inni, że łatwiej coś utrzymać, niż wprowadzić.

Może nam się nie podobać, że zmiany społeczne i podziały kulturowe zaszły tak daleko, że historyczna dewiza budzi dziś czyjś dyskomfort. Nie ma wątpliwości, że narzucając komuś odgórną, biurokratyczną decyzją noszenie jej w kieszeni nikogo nie przekonamy nawet do próby spojrzenia na nią przychylnym okiem.

Nie usprawiedliwia to oczywiście tych, którzy w ferowaniu wyroków zadowalają się czytaniem tytułów, niemniej mając w pamięci te działania polskiego państwa trochę łatwiej zrozumieć, dlaczego wielu skądinąd bystrych polityków i komentatorów dało się złapać na tak mierną manipulację, jak ta oparta o cytaty z Utopii europejskiej.

  1. Katolicyzm i polskość w oblężonej twierdzy

Na marginesie wspomnieć muszę, że obok broniącego się według mnie myślenia o katolicyzmie w kategoriach polskiego potencjału kulturowo-cywilizacyjnego, z propozycji Szczerskiego wyziera jeszcze jeden, według mnie o wiele bardziej zgubny dla katolików i konserwatystów, sposób myślenia. Szef gabinetu Andrzeja Dudy przekonuje, że koncepcja dokumentu służyć ma również temu, „by Polacy emigrujący z Ojczyzny do zateizowanych krajów zachodnioeuropejskich nie ulegali tamtejszym lewicującym modom intelektualnym”.

Szalenie ambiwalentne jest to spojrzenie na Polaków. Z jednej strony Szczerski optymistycznie wierzy, że wyposażenie emigrujących Polaków w broszurkę z modlitwami i adresami rzeczywiście wystarczy, by zrobić z nich skutecznych ewangelizatorów. Jednocześnie prezentuje pesymizm, wedle którego ta tak silna religijność miałaby jakże łatwo skapitulować wobec zetknięcia z innym kulturowo otoczeniem.

Postrzeganie polskości w kategoriach ostatniego bastionu cywilizacji, a katolicyzmu jako oblężonej twierdzy, tak popularne wśród wielu konserwatywnych intelektualistów, polityków i komentatorów, świadczy, jak sądzę, o ich niewierze w realną siłę tych dwóch wartości, na których budowana jest w istotnym stopniu nasza tożsamość.

Ta sprzeczność to chyba jeden z najtrudniejszych wyzwań intelektualnych, z którymi powinniśmy się próbować mierzyć. Wizja „ostatniego w pełni katolickiego narodu Europy” nie da się pogodzić z diagnozami rodem z Opcji Benedykta, bestsellera amerykańskiego chrześcijanina Roda Drehera, wedle której „czasy neopogaństwa” wierzący mogą przetrwać jedynie organizując się w małych, z definicji „anty-systemowych” wspólnotach rodem ze starożytnego Kościoła.

Albo naprawdę wierzymy, że katolicyzm Polaków jest uświadomionym i trwałym elementem naszej tożsamości – wtedy nie powinniśmy bać się, że zagraniczny wyjazd zarobkowy nas momentalnie wynarodowi i pozbawi łaski wiary – albo też uznajemy, że religia w Polsce jest na przegranej pozycji i mając świadomość równi pochyłej na której się znajduje odpuszczamy argumenty z „religijności Polaków” w debacie publicznej, koncentrując się na pielęgnowaniu tych miejsc, gdzie jest żywy, dojrzały i żywotny.

Być może da się uznając jedną z diagnoz szukać recept łączących oba te podejścia, ale z pewnością prężenie muskuł na pokaz, gdy w głębi duszy drżymy z przerażenia przed spotkaniem z innymi wzorcami cywilizacyjnymi, jest dokładnym przeciwieństwem tego złotego środka, którego należy szukać. W żadnym z tych scenariuszy nie mieści się zaś próba przekonywania niewierzących do bliskich nam wartości administracyjnym nakazem wdrukowanym w państwowym dokumencie.

***

Podsumowując: nie da się być skutecznym adwokatem obecności religii w debacie publicznej bez świadomości tego, jakie prawa dziś to debatą rządzą. Coraz bardziej zwulgaryzowanym mediom wystarczy proste skojarzenie, by uruchomić ciąg niesmacznych, ale skutecznych manipulacji. Mamy prawo i obowiązek się przed nimi bronić i zabiegać w debacie publicznej o poszanowanie nie tylko prawdy, ale i wolności religijnej katolików i ich obecności w życiu publicznym.

Niestety, szereg działań rządzącej dziś w Polsce konserwatywnej większości w praktyce sprawie tej bardziej szkodzi, niż służy. Symboliczne próby urzędowego sankcjonowania katolickości narodu polskiego raczej nie pomogą w dziele naszego narodowego nawrócenia, zaś na poważną debatę która ze ścieżek mogłaby do niej doprowadzić zwyczajnie rządząca prawica wraz ze swoim intelektualnym zapleczem wydaje się dziś i zbyt leniwa, i zbyt syta.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała wyłącznie dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.