Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Kędzierski  17 kwietnia 2019

Nauczycieli musi być znacznie mniej, ale muszą znacznie więcej zarabiać

Marcin Kędzierski  17 kwietnia 2019
przeczytanie zajmie 10 min

Systemowe analizy nie pozostawiają złudzeń – faktyczna, a nie tylko pozorna reforma edukacji publicznej musi jednocześnie pociągnąć za sobą radykalne (o 250 tysięcy) zmniejszenie liczby nauczycieli, a także zasadnicze (do 10 tys. zł brutto) podniesienie poziomu wynagrodzeń tych, którzy w systemie pozostaną. Nie mam złudzeń, że zapowiadany przez premiera Morawieckiego „okrągły stół” ws. edukacji doprowadzi do tego typu radykalnych, ale niezbędnych zmian. A tymczasem system i tak się zmienia. Exodus ze szkół publicznych do placówek prywatnych oraz społecznych postępuje i będzie się tylko nasilał.

Nauczyciele powinni więcej zarabiać. Od tego zdania chciałbym zacząć komentarz, z którym czekałem od początku kwietnia, aż opadnie pierwszy bitewny kurz. „Racjonalna intuicja” (educated guess) podpowiadała mi bowiem, że nie muszę się śpieszyć. W ostatnich kilkunastu dniach pojawiło się co prawda setki opinii. Z perspektywy ponad tygodnia od początku strajku z pewnego dystansu można jednak dokonać kilku istotnych obserwacji, i to zarówno w wymiarze polityki (politics), jak i polityki publicznej (policy).

Trzy wymiary polityczne strajku

Zacznijmy od trzech tez z zakresu polityki. Po pierwsze, kalendarz sprzyja wydłużaniu strajku. W okresie od 8 do 30 kwietnia, ze względu na Święta Wielkanocne, mamy 13 zamiast 17 dni szkolnych. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że ostatnie dwa dni kwietnia stanowią pomost pomiędzy tradycyjnym weekendem a pięciodniową majówką, liczba dni szkolnych spada w praktyce do 11. Czas okołoświąteczny też rządzi się swoją specyfiką, tym bardziej, że w niektórych szkołach w tych dniach planowane były rekolekcje wielkopostne. To wszystko sprawia, że presja ze strony rodziców na obydwie strony sporu nie będzie aż tak silna, gdyby strajk został zorganizowany w innym terminie.

Uwaga ta nie dotyczy oczywiście rodziców uczniów zdających egzaminy, ale już wiemy, że rząd „kupił” sobie ich czas. Momentem granicznym są matury – nie tylko ze względu na znaczenie samego egzaminu, ale przede wszystkim dlatego, że po przymusowych kwietniowych wakacjach rodzicom wyczerpie się cierpliwość. Oznacza to, że strajk musi skończyć się do piątku 26 kwietnia, zanim Polacy ruszą na majówkę (wtedy zresztą jest też ostatni dzień na organizację rad pedagogicznych, dopuszczających de facto do matury). Ani rząd, ani nauczyciele nie będą chcieli ryzykować niestrawności milionów grillujących rodaków.

Po drugie, edukacja to bardzo specyficzna sfera społeczna. Strajk lekarzy-rezydentów czy pielęgniarek ma oczywiste doniosłe znaczenie, ale umówmy się – nie w każdej rodziny mamy osoby, które akurat w danej chwili są hospitalizowane. Stąd dla wielu ich strajk jest rzeczywistością abstrakcyjną – co prawda ważną, ale znaną tylko z ekranu telewizora czy rozmów na przystanku. Ze strajkiem nauczycieli jest inaczej, bo edukacja, jak pisałem w eseju o solidarności międzypokoleniowej, jest totalna.

Kilka liczb. Nauczyciele i ich rodziny to dwa miliony osób. Uczniowie i ich rodzice – pewnie ok. 10 milionów (zakładając, że statystycznie na dwójkę rodziców przypada dwójka uczniów). Dziadkowie, którzy często zostają zaangażowani w opiekę w tym newralgicznym okresie, to pewnie kolejne dwa miliony. Nawet jeśli te grupy nie są rozłączne, strajk dotyka bezpośrednio co trzeciego Polaka. To już nie jest rzeczywistość abstrakcyjna, tak samo jak gniew, który spadnie na albo na rząd, albo na nauczycieli, a najprawdopodobniej na jednych i drugich. Zważywszy, że strajk będzie się przeciągał – zarówno z powodów „kalendarzowych”, jak i strategii przyjętych przez obydwie strony, trzeba się liczyć ze sporymi ofiarami tego społecznego gniewu. Tak, to jest i będzie totalna wojna na wyniszczenie.

Po trzecie, tak jak w przypadku każdego strajku, ostatecznie wygrywa zwykle ta strona, która zdobędzie serca większości społeczeństwa. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że nauczyciele znajdują się w trudniejszym położeniu niż rząd.

Co prawda, władza ma bardzo ograniczone pole manewru, bo z wielu powodów nie może ustąpić – bo realnie nie ma pieniędzy (wycofanie się z „piątki Kaczyńskiego” jest niestety radykalnie nieprawdopodobne), bo ruszą inne grupy społeczne, bo rząd przyzna się do porażki reformy edukacji, bo przegrana będzie paliwem politycznym dla opozycji. Każdy z tych powodów samodzielnie wystarczy, aby stać na z góry obranych pozycjach.

Rząd ma jednak w rękach niezwykle silną broń. Wbrew opinii wielu komentatorów nie są to media publiczne. Same z siebie nie byłyby one w stanie wygenerować antynauczycielskiej emocji społecznej, gdyby jej w społeczeństwie nie było. Na nieszczęście nauczycieli ta emocja jest, i to dość silna. „Kto z was nie ma doświadczenia kontaktu z nauczycielami, którzy nie nadawali się do tego zawodu, niech pierwszy rzuci kamieniem w rząd”. Co prawda, badania CBOS dają zwolennikom i przeciwnikom strajku remis, ale to wcale nie oznacza, że ta pierwsza grupa nie ma negatywnych doświadczeń z polską szkołą, za które w pierwszej kolejności obwiniani są „frontowcy”, czyli właśnie nauczyciele. Jeśli dodamy do tego fakt, że Związek Nauczycielstwa Polskiego (ZNP), słusznie odczytując emocje ciała pedagogicznego, w swoich postulatach wybrało strategię „idź na całość” i podobnie jak rząd ma bardzo wąskie pole manewru, to totalna wojna na wyniszczenie prędzej czy później skończy się porażką nauczycieli.

Tym bardziej, że rząd wyciągnął dwa asy z rękawa. Pierwszym było zaangażowanie wolontariuszy z uprawnieniami pedagogicznymi do przeprowadzenia egzaminów (dodatkowy doping rządowi podał sam prezes Broniarz stwierdzając, że pedofile też mogą mieć uprawnienia pedagogiczne). Drugim asem było orzeczenie Regionalnej Izby Obrachunkowej o braku możliwości wypłacenia wynagrodzeń za okres strajku, eliminując w ten sposób niechętnych PiS samorządowców jako potencjalnych sojuszników nauczycieli. Społeczny fundusz strajkowy to ładna inicjatywa, ale biegu wojny nie zmieni – morale głodnego żołnierza, któremu przeciwnik obiecał nocleg i gorący posiłek (w postaci 500 plus na pierwsze dziecko), musi opaść. W rezultacie liczba strajkujących nauczycieli zacznie topnieć.

Co z tego wynika? ZNP będzie musiało zaakceptować propozycje, które złożyła premier Szydło, a dla ratowania wizerunku przekonać opinię publiczną, że strajk zakończył się sukcesem. Koszt będzie jednak ogromny – szacunek dla tej grupy zawodowej zacznie jeszcze bardziej szorować po dnie. Na miejscu rządu (i mediów narodowych) nie puszyłbym się jednak tak bardzo upokorzeniem nauczycieli, bo to będzie pyrrusowe zwycięstwo.

Siedem tez o systemowej kondycji nauczycieli

Tyle à propos polityki. Pora przejść do tez z zakresu polityki publicznej. Szczerze mówiąc trudno będzie dodać coś ponad to, co w zeszłym roku opisał prof. Mikołaj Herbst z Uniwersytetu Warszawskiego, osoba bynajmniej przychylna rządowi PiS, na swoim blogu Polityka oparta na wiedzy. Zachęcam wszystkich do lektury tego tekstu, a w tym miejscu pozwolę sobie na wskazanie kilku w moim odczuciu kluczowych tez, płynących zarówno z tekstu Herbsta, jak i innych opracowań:

  1. W wyniku zamrożenia płac w sferze budżetowej, od 2012 r., nawet po uwzględnieniu ostatnich podwyżek, za sprawą dynamicznego wzrostu płac w gospodarce, względna wysokość przeciętnej pensji nauczycielskiej spadła poniżej średniej krajowej.
  2. W obliczu szybko rosnących płac mamy do czynienia ze szczególnie rażąco niskimi wynagrodzeniami młodych nauczycieli, co stanowi skuteczny bodziec do negatywnej selekcji do tego zawodu.
  3. Jakkolwiek międzynarodowym badaniom kompetencji nauczycieli, w których Polska wypada bardziej niż przeciętne, można zarzucić słabości metodyczne, to jednak wyniki te potwierdzają społeczne przeświadczenie o relatywnie niskiej jakości kadry dydaktycznej.
  4. Choć z badań wynika, że polscy nauczyciele pracują ponad 46 godzin w tygodniu, na co chętnie powołuje się ZNP, nawet osoby realizujące wspomniane badania sugerują, by nie brać ich wyników na poważnie – bliższa realiom jest liczba ok. 30 godzin.
  5. 18-godzinne pensum jest jednym z niższych w Europie – podwyższenie go do 21-24 godzin tablicowych nie wydaje się zatem pomysłem radykalnym.
  6. Wynagrodzenia polskich nauczycieli mierzone siłą nabywczą mieszczą się w europejskiej średniej, a mając na uwadze relatywnie niższy poziom kompetencji i relatywnie krótszy czas pracy, ich zarobki można uznać za ponadprzeciętne w ujęciu stosunku jakości (kompetencje) do ceny (wynagrodzenie), z zastrzeżeniem wynagrodzeń dla najmłodszych nauczycieli.
  7. Wydatki edukacyjne w relacji do PKB stanowią ok. 5%, co sytuuje nas pośrodku stawki wśród państw OECD – nie wydajemy ani najwięcej, ani najmniej. Trzeba mieć jednak świadomość, że wraz z postępowaniem procesu starzenia się społeczeństwie coraz trudniej będzie znaleźć polityczną akceptację do istotnego wzrostu tego współczynnika – wyzwaniem będzie raczej utrzymanie go na dotychczasowym poziomie, zwłaszcza mając na uwadze zmniejszającą się liczbę dzieci w wieku szkolnym.

Co z tego wszystkiego wynika? To nie jest rocket science. Reformę polskiej szkoły musimy zacząć od podwyższenia płac nauczycieli, zwłaszcza w pierwszych latach, aby osłabić negatywną selekcję do zawodu. Jednak wobec ograniczonej ze wskazanych wyżej przyczyn możliwości podniesienia wysokości publicznych nakładów na edukację, możemy to osiągnąć poprzez (1) obniżenie liczby nauczycieli i/lub (2) uzależnienie ich wynagrodzenia od jakiegoś dodatkowego czynnika, innego niż staż pracy. Na pierwszy plan wysuwa się jakość, czyli poziom kompetencji przedmiotowych i dydaktycznych.

Nauczycieli musi być mniej o 250 tysięcy, ale muszą zarabiać 1,5 średniej krajowej

Pierwsze rozwiązanie wymagałoby zwiększenia liczebności klas, co jak rozumiem nie wchodzi w grę. Pozostaje zatem istotna zmiana sposobu funkcjonowania szkoły i odejście od tradycyjnego systemu klasowo-lekcyjnego z podziałem na przedmioty. Taka zmiana wymuszałaby jednak zmianę całej filozofii myślenia o edukacji, włącznie z rewizją podstaw programowych i, co najważniejsze, roli i zadań samego nauczyciela, o czym pisałem we wspomnianym już tekście o solidarności międzypokoleniowej.

W przypadku drugiego rozwiązania także wkraczamy na ruchome piaski – wprowadzenie czynnika innego niż staż pracy, który przekłada się w praktyce na stopień zawodowy (nauczyciel mianowany, dyplomowany, etc.), byłoby istotnym novum z perspektywy całej administracji publicznej. Mielibyśmy bowiem do czynienia z sytuacją, w której wysokość wynagrodzenia urzędnika czy strażaka byłaby uzależniona od wyników systematycznych testów kompetencyjnych. Podobnie jak zwiększenie liczebności klas, także i to rozwiązanie wydaje się nieakceptowalne. Pozostaje nam podwyższenie bariery wejścia do systemu, ale to wiąże się znowu z koniecznością istotnej zmiany systemu kształcenia nauczycieli i dopuszczania ich do zawodu, oczywiście przy jednoczesnym podwyższeniu wysokości zarobków.

Przy bardzo szacunkowym założeniu, że przeciętne wynagrodzenie nauczyciela to ok. 97% średniej krajowej, czyli jakieś 5 tys. zł brutto, a nauczycieli jest blisko 600 tys., to fundusz wynagrodzeń nauczycieli wynosi ok. 36 miliardów zł rocznie (subwencja oświatowa przekazana do jednostek samorządu terytorialnego w 2019 r. to prawie 46 mld zł, co z grubsza oznacza, że płace stanowią prawie 80% kosztów publicznej edukacji). Załóżmy, że w ujęciu rocznym jesteśmy w stanie  zwiększyć go o 10%, do 40 poziomu miliardów zł. Przyjmijmy też założenie, że przeciętne wynagrodzenie nauczyciela, aby zachęcało najlepszych kandydatów do zawodu, musiałoby wynosić przynajmniej 1,5 średniej krajowej, czyli ok. 7,5 tys. brutto – początkujący nauczyciel zaczynałby od 5 tys. zł brutto, by po kilkunastu latach dojść do ok. 10 tys. zł brutto. W takiej sytuacji Polskę byłoby stać na zatrudnienie … ok. 330 tys. nauczycieli.

Przekaz jest zatem prosty – tak, podwyżki są potrzebne i możliwe, ale wiążą się z koniecznością redukcji zatrudnienia w oświacie o jakieś 250 tys. etatów. Na ile cel ten osiągnie się przez zwiększenie pensum, a na ile przez redukcję liczby godzin dydaktycznych (a tym samym zmianę programów nauczania) – to już jest pytanie do osób projektujących system edukacji.

W pułapce zgniłego status quo

Jeśli na poważnie mamy rozmawiać o zaprojektowaniu sprawnego systemu edukacji w Polsce, którego, i tu pełna zgoda z ZNP, najważniejszym ogniwem są nauczyciele, musimy wyjść od powyższych liczb. Nie mam jednak żadnych złudzeń, choć chciałbym się mylić, że problem ten stanie się przedmiotem poważnych rozmów podczas „okrągłego stołu” poświęconego edukacji, który zapowiedział premier Morawiecki. Skończy się zapewne na trzecio- i czwartorzędnych z perspektywy jakości funkcjonowania systemu edukacji detalach (podobnych do likwidacji gimnazjów), bo przecież Karta Nauczyciela, której zmiana mogłaby stanowić wstęp do prawdziwej reformy, jest poza dyskusją.

Brak złudzeń wynika z prostego faktu – po obu stronach barykady stoją ci sami ludzie. Zarówno Ministerstwo Edukacji Narodowej, jak i ZNP, zrobią wszystko, aby utrzymać status quo. Nie widać żadnych liderów, którzy byliby w stanie odważyć się na zakwestionowanie interesu grupowego, nawet jeśli interes ten gwarantuje nauczycielom biedę i społeczną pogardę, która będzie się jedynie pogłębiać.

Nie oznacza to wcale, że system się nie zreformuje. On już się zmienia za sprawą ucieczki z sektora publicznego do szkół prywatnych i społecznych. Zresztą program „Rodzina 500 Plus” jest doskonałym katalizatorem tych zmian. Problem w tym, że będzie to reforma polegająca na implozji publicznej edukacji, która pozostawi mniej zamożną część społeczeństwa na marginesie. Czy naprawdę jesteśmy na to gotowi?