Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Wielo-Polak

Próby zdefiniowania polskości skażone są grzechem pierworodnym. Często kończą się bowiem poszukiwaniem na siłę uniwersalnej i wszechogarniającej „istoty”, „idei”, czy też „natury” polskości. Tymczasem polskość to pluralizm. Historycznie zmienna i dynamiczna wspólnota polityczna, w ramach której jako ludzie-Polacy zmagamy się z losem i historią oraz spieramy o właściwą wizję dobrego życia. Polskość to wielo-polskość.

Trzy warianty Mono-Polaka

Podejmując się karkołomnego zadania wypracowania maksymalnie uniwersalnej oraz inkluzyjnej definicji polskości, warto zacząć od trzech modelowych koncepcji: Polaka etnicznego, Polaka kulturowego oraz polskości rozumianej jako idea.

We współczesnej Polsce jako sztandarowy przykład pierwszej z wizji polskości chciałbym wskazać Ruch Narodowy. W pierwszym zdaniu rozmowy z Piotrem Trudnowskim opublikowanej na łamach portalu opinii Klubu Jagiellońskiego, Witold Tumanowicz, członek zarządu Ruchu Narodowego oraz jeden z autorów ich programu politycznego, stwierdził jasno: narodowcy od zawsze byli zwolennikami państwa monoetnicznego. Zdaniem Tumanowicza polskość składa się z dwóch komplementarnych składników: polskiej kultury i katolickiej tradycji. W ten sposób Ruch Narodowy po raz kolejny w naszej historii powraca do kulturowo-religijnego, ekskluzywnego projektu Polaka-katolika. Wizja polskości według narodowców jest więc rodzajem połączenia polskości etnicznej z polskością kulturową, z dominacją tego pierwszego komponentu.

Wizja państwa narodowego pociąga za sobą przyjęcie koncepcji „Polaka-gospodarza”, charakterystycznej dla tradycji endeckiej już w okresie międzywojennym. W wywiadzie Tumanowicz bezpośrednio wyraża swoje obawy przed rzekomym ryzykiem politycznej organizacji mniejszości ukraińskiej i jej potencjalnego wpływu na polskie (czytaj: etniczno-kulturowe) życie publiczne. Z koncepcją „Polaka-gospodarza” jest bezpośrednio związana przedwojenna endecka „doktryna polskiej większości”. W rzeczywistości II Rzeczpospolitej była ona wykorzystywana jako polityczna broń przeciwko mniejszościom narodowym jako „gościom w polskim domu”. To właśnie argumentacja z „polskiej większości” pełniła rolę argumentacyjnej „pałki” wymierzonej w prezydenta Gabriela Narutowicza. Skoro Narutowicz został wybrany głosami mniejszości, to nie może być uznany za prawowitą głowę państwa.

W „polskim domu” rządzić może bowiem tylko „polska większość”. Koniec, kropka. A co z pozostałymi narodami, czy mniejszościami narodowymi? Ruch Narodowy stoi na stanowisku separatyzmu narodowego, który zakłada, że każdy naród (byt pierwotny) powinien być zorganizowany we własnym, terytorialnie ograniczonym organizmie państwowym (narzędzie polityczne etniczno-kulturowego narodu).

Z tego też powodu Tumanowicz w wywiadzie wprost mówi o niechęci do „społeczeństwa mieszanego” i sprzeciwia się emigracji Ukraińców do naszego kraju.

Za przykład koncepcji polskości kulturowej chciałbym potraktować wydaną niedawną książkę Tomasza Rowińskiego Królestwo nie z tego świata. O zasadach Polski katolickiej na podstawie wydarzeń nowszych i dawniejszych, którą wydaje mi się (co sugeruje przedmowa i przypisy) można potraktować jako szersze stanowisko środowiska „Christianitas”.

Autor twierdzi, że zidentyfikował stałą polską formę, właściwą dla Polaków „regułę życia”, „najlepszy dla nas sposób istnienia w dziejach”. Podstawą argumentacji Rowińskiego jest założenie o istnieniu analogii pomiędzy człowiekiem a narodem w kontekście ich relacji z Bogiem: „Narody chrześcijańskie w sposób analogiczny (choć nie identyczny, narody bowiem nie są bytami substancjalnymi) pozostają w rękach Opatrzności, nie żyjąc wcale własną mocą.”

Skoro nie żyją własną mocą, nie są tworami tylko historycznymi i w historii przychodzącymi i znikającymi, to czym są? Rowiński znów posiłkuje się analogią. Tym razem sięga po koncepcję „pamięci Boga” św. Augustyna. Zgodnie z nią świat istnieje, bo w istnieniu utrzymuje go Boża pamięć. Dalej powołuje się na papieża Benedykta XVI, który wskazuje, że życie wieczne i zmartwychwstanie będzie możliwe właśnie dzięki temu, że Bóg nas zna i kocha, przechowuje niejako nasze istnienie w swojej pamięci. Rowiński twierdzi, że polska forma istnienia również zdeponowana jest w „pamięci Boga” i polskiego Kościoła jako gwaranta ciągłości istnienia polskiego narodu chrześcijańskiego. Dzięki temu możliwy jest proces „narodowej anamnezy”, ciągłego powrotu do najlepszej polskiej formy życia, która w każdej epoce może być aktualizowana i realizowana na nowo. Polskość istnieje więc niejako na dwóch poziomach jednocześnie: jako nieśmiertelna platońska idea w „pamięci Boga” (poziom transcendentny) oraz jako tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie przez instytucję Kościoła (poziom doczesny).

Dalej autor, pomimo wyjściowego sceptycyzmu co do substancjalnego charakteru narodu, nie boi się polskiemu narodowi chrześcijańskiego przypisywać atrybuty przynależne ludzkiej osobie. Tak więc możemy przeczytać o „istocie” polskiego narodu, która pojawiła się już w momencie jego narodzin w trakcie chrztu i która również pozostaje zdeponowana w Bogu i Kościele. „Bóg i Kościół patrzyli na kraj Mieszka i wiedzieli, czym on jest oraz w czym może się realizować jego życie.” – jak pisał Rowiński w początkowych partiach książki. Następnie okazuje się, że celem naszego narodowego egzystowania w historii jest „doskonalenie natury” oraz rozpoznawanie powołania, którym jest realizacja chrześcijańskich zasad życia za pośrednictwem polityki i państwa.

Wizja Tomasza Rowińskiego może imponować. W końcu dostaliśmy coś na kształt „ontologii narodu” oraz wynikający z tej ontologii projekt dobrego (czy raczej najlepszego) życia, a także swoisty narodowy misjonizm znajdujący swoje spełnienie w realizacji narodowej natury i chrześcijańskiego powołania danego nam od Boga. Prawdziwa religijno-kulturowa koncepcja „Polaka-katolika” na sterydach.

Jeszcze dalej od autora Królestwa nie z tego świata idzie Jarosław Marek Rymkiewicz, z pewnością sztandarowy przykład orędownika polskości jako idei.

W klasycznej pracy z zakresu narodoznastwa pt. Wspólnoty wyobrażone. Rozważania o źródłach i rozprzestrzenianiu się nacjonalizmu Benedict Anderson wskazuje na istnienie świeckiej, narodowej metafizyki. Nowoczesne państwo narodowe zaspokajało bowiem dwie elementarne dla człowieka potrzeby, wcześniej „obsługiwane” przez Kościół katolicki: poczucie sensu w życiu doczesnym (wystarczy prześledzić biografie romantycznych bojowników o narodowe wyzwolenie z XIX w., aby zobaczyć, jak szczelnie idea narodowa wypełniała ich serca) oraz sposób na nieśmiertelność (naród jako wspólnota przekraczająca jedno pokolenie z kultem bohaterów narodowych jako substytutem cielesnej nieśmiertelności i życia wiecznego po paruzji).

Dla Rymkiewicza polskość jest właśnie takim metafizycznym tworem, podstawową strukturą sensotwórczą, która dostarcza nam poczucia sensu w naszej asensownej egzystencji. Egzystencji osadzonej w „kosmicznej ciemności”. „Powodem, dla którego nie jadłem raków, było prawdopodobnie przekonanie, że są one bardzo głęboko – głębiej niż jakiekolwiek inne sąsiadujące z nami stwory – zanurzone w kosmicznej ciemności. […] Raki mieszkają w szarym mule jezior, i wobec tego są stworami zarazem podwodnymi i poddennymi, zostały umieszczone głębiej niż jakieś inne wcielenia – i jeśli tam, w kosmicznej ciemności istnieje jakaś hierarchia, to w tej hierarchii znajdują się one na bardzo niskim szczeblu”. – to cytat z Kinderszenen, książki poświęconej wyprowadzeniu nas z tej egzystencjalnej ciemności do światła polskiej idei.

W rozmowie z Barbarą Sułek-Kowalską Rymkiewicz wprost stwierdził, że Polska „bytuje tam, gdzie bytują Prawda, Piękno i Dobro”. Dla autora „Wieszania” polskość to platońska idea, umieszczona gdzieś wysoko na kosmicznym firmamencie. Zdaniem Rymkiewicza to polskość wybiera nas, a nie my polskość, a jako platońska idea może istnieć nawet bez konkretnych, cielesnych Polaków, jeśli nie będą oni chętni ani zdolni do realizacji tej idei w doczesnym życiu.

Tą polską ideą jest zaś absolutna, nienegocjowalna, anarchiczna wolność szlachecka, uosobiona w postaci Samuela Zborowskiego. Wolność, która swoje historyczne spełnienie znalazła w Powstaniu Warszawskim, najważniejszym wydarzeniu polskiej historii, wydarzeniu, które będzie, zdaniem Rymkiewicza, promieniować na polską historię jeszcze przez stulecia.

Polskość jest więc nieśmiertelna, a prawdziwym Polakiem (nie obywatelem i mieszkańcem państwa polskiego) jest ten, który stara się realizować polską ideę wolności. Projekt polskości według Rymkiewicza jest więc projektem ideowym, zakorzenionym jednak historycznie w anarchicznym micie politycznym I RP.

Co łączy wszystkie te wizje polskości? Homogeniczność i ekskluzywność. Każda z nich na inny sposób próbuje arbitralnie uniwersalizować własne rozumienie polskości i narzucać je pozostałym Polakom jako obowiązujące. Każdy z tych projektów, w mniejszym bądź większym stopniu, ma charakter wykluczający, tworząc esencjalną wizję polskości, pewien ideał, który musimy spełnić, aby móc w ogóle nazywać się prawdziwymi Polakami. Wszystkie te projekty polskości to różne warianty podejścia, które nazywam mono-polskością.

Wielo-Polska jako projekt narodu politycznego

Gdzie więc szukać bardziej uniwersalnej oraz inkluzyjnej koncepcji polskości? W tym samym historycznym źródle, z którego poeta z Milanówka wyprowadził swoją nieśmiertelną polskość-wolność.

Jak argumentuje Kamil Wons w eseju opublikowanym w tym numerze „Pressji” tożsamość staropolska miała charakter hybrydalny i szczeblowy. „W jej obrębie przenikały się, łączyły i układały hierarchiczne wymiary polityczne, stanowe, etniczne, regionalne czy religijne. Co więcej, w zależności od kontekstu sytuacyjnego ta sama osoba mogła być nazywana (lub sama się identyfikować) jako Polak, Litwin czy Żmudzin.” – jak pisze autor Polskości jako wielości.

W praktyce tożsamość staropolska realizowana w politycznej rzeczywistości I RP, w napięciu, lecz skutecznie łączyła w sobie aż sześć poziomów autoidentyfikacji: polskość terytorialno-państwową, polskość stanowo-polityczną, polskość podzieloną ustrojowo, polskość wieloetniczną i multiregionalną, polskość wieloreligijną oraz polskość multikulturową. I Rzeczpospolita była prawdziwą tożsamościową mozaiką, która pomimo tego funkcjonowała jako jedna inkluzyjna wspólnota. Wspólnota polityczna, uciekająca od wykluczających esencjalizacji polskości jako jednego właściwego projektu dobrego życia, czy też dobrego Polaka. I tak rozumiana tożsamość staropolska realizowana na poziomie politycznym może być wartościową inspiracją dla współczesnej debaty o rozumieniu polskości. Dzisiejsza polskość powinna być sformułowana jako projekt narodu politycznego i agonicznego.

Wielo-Polska jako projekt agoniczny

Chantal Mouffe, lewicowa filozof polityczna, zwraca uwagę, że żyjemy dziś w postpolitycznym mirażu, ukrywającym tylko polityczną hegemonię liberałów, którzy w demokracji liberalnej rozdają wszystkie polityczne karty. Ten miraż oparty jest o współczesny model polityki, który za nadrzędny cel stawia dojście do racjonalnego konsensusu. Sam ten konsensus powinien zostać wypracowany przez polityków-ekspertów, polityków-technokratów. W końcu polityka to tylko sposób na agregację interesów racjonalnych podmiotów, które ostatecznie muszą się ze sobą dogadać, bo końcu to rozsądni ludzie.

A „radykalna reszta”? Mouffe stwierdza, że są oni regularnie z polityki eliminowani, gdyż dzisiaj spór wcale nie jest już polityczny, lecz moralny – podziały prawica/lewica zastąpiło kryterium moralne dobre/zło. A ci źli, identyfikowani jako wrogowie demokracji, są z przestrzeni publicznej błyskawicznie rugowani. Bez względów na to, co mówisz, musisz to mówić językiem liberalnego mainstreamu. Inaczej szybko dostaniesz łatkę politycznego szkodnika.

Zdaniem Mouffe sednem polityczności jest konflikt, a nie pozorny i odgórnie narzucony konsensus liberałów z liberałami.

Polityka to spór sprzecznych interesów, tożsamości i afektów, wynikający z nieusuwalnego pluralizmu wewnątrz społeczeństw, polityczne starcie zróżnicowanych narracji i opowieści o wspólnocie. Prawdziwą stawką w politycznej grze nie jest więc poszukiwanie sztucznej zgody, ścieranie kantów i nierówności, prewencyjna pacyfikacja tych, których projekty dobrego życia chociaż trochę wykraczają poza polityczny mainstream. Chodzi o znalezienie sposobu na pogodzenie demokracji z tym dynamicznym pluralizmem.

Mouffe sięga w tym miejscu po Carla Schmitta i wypracowuje koncepcję demokracji agonicznej. Jej celem jest stworzenie publicznego, politycznego pola do artykułowania tych alternatywnych, skonfliktowanych nieraz tożsamości i jednocześnie taka sublimacja tego konfliktu, żeby nie przerodził się z agonizmu w antagonizm, rodzaj wojny domowej, gdzie druga strona będzie kimś moralnie gorszym, wrogiem, którego trzeba wyrzucić poza granicę wspólnoty politycznej lub zniszczyć, co może prowadzić do wojny domowej.

Ta wspólna przestrzeń, w której na poważnie ścieramy się w starciu sprzecznych wizji dobrego życia, winna być zdaniem Mouffe zbudowana na dwóch, niestety mało sprecyzowanych, filarach: wspólnym uniwersum symbolicznym oraz otwartych dla wszystkich stron agonu instytucjach politycznych, np. sprawnie działającym parlamencie, który nie zostaje zredukowany do roli maszynki do głosowania, podporządkowanej rządowi.

Nieoczywistym uzupełnieniem agonicznej wizji polityki lewicowej filozof może być Paweł Grad, redaktor „Christianitas” i autor książki O pojęciu tradycji. Studium krytyczne kultury pamięci. W tej pracy Grad proponuje stworzenie przestrzeni publicznej mocno przypominające projekt Mouffe. Nawet używa przy tym pojęcia agonistycznej polityki, ale w przypisie podaje nazwisko innej osoby. Zamiast rywalizacji różnych grup o różnej tożsamości, a przez to różnych narracji o dobrym życiu, redaktor „Christianitas” pisze o tradycji, rodzaju zbiorowego podmiotu, którego członkowie związani są doktryną (teoria) i dyscypliną (praktyka). Za przykład tak rozumianej tradycji podany jest Kościół katolicki.

Zdaniem Grada należy zbudować taką przestrzeń publiczną, w ramach której możliwy będzie „kontrolowany spór” pomiędzy rożnymi tradycjami oraz wolnymi podmiotami. Co ważne, stawką w tym sporze nie będzie budowa na siłę jakiegoś konsensualnego dobra wspólnego (struktura sensotwórcza jest zlokalizowana wewnątrz danej tradycji, a nie realizowana dopiero w przestrzeni publicznej), lecz stworzenie pola do… konwersji, a tym samym ekspansji tych tradycji, które w narracyjnym pojedynku okażą się bardziej przekonujące.

Jestem przekonany, że taki model politycznej, agonicznej polskości, osadzony w faktycznym pluralizmie występującym wewnątrz polskiego narodu, akceptujący i akcentujący zróżnicowane projekty dobrego życia prezentowane przez różne podmioty i instytucje życia publicznego, np. partie polityczne, organizacje pozarządowe, czasopisma ideowe, jest kierunkowo czymś pożądanym.

Jego przewaga nad różnymi wariantami Mono-Polaka polega na tym, że akceptuje pluralizm oraz konflikt różnych tożsamości/narracji/tradycji i nie próbuje z góry narzucać jednej uniwersalnej wizji polskości: wziętej z historii (monoetniczność), odkrytej w „pamięci Boga” lub wykoncypowanej jako platońska idea. Mono-Polak realizowany w praktyce mógłby się skończyć po prostu zastąpieniem liberalnej hegemonii, o której pisała Mouffe, hegemonią jednej z esencjalnych koncepcji polskości, która swój partykularyzm chowała by pod płaszczykiem rzekomej uniwersalności, odkrycia „idei polskiej”, „najlepszego sposobu istnienia” etc. Zamiast tego proponuję dynamiczny spór różnych projektów normatywnych, różnych wizji dobrego życia, wynikających z różnej antropologii, tradycji politycznej, rozumienia roli państwa etc.

Polskość to wspólnota zmagania się z losem

Taka wizja wielo-polskiego, agonicznego narodu politycznego wymagałaby oczywiście dostosowania do jej funkcjonowania systemu politycznego i jego instytucji. Na ten moment nie wiem nawet, w którą stronę ta transformacja powinna pójść, aby model agoniczny można było zastosować. Tak samo przemyślenia wymaga proces stworzenia inkluzyjnego uniwersum symbolicznego. To dopiero wyzwania na nadchodzącą przyszłość.

Na pierwszy rzut oka projekt Wielo-Polski może wydawać się mało ambitny, treściowo pusty, pozbawiony jakiejś głębszej esencji. Takie „sformalizowanie” polityczno-agonistycznej wizji polskości było zabiegiem celowym. Naród i państwo narodowe to bowiem byty przygodne i  historyczne, zmienne aktualizacje naszego gatunkowego pędu do życia we wspólnocie, co wynika z ludzkiej natury istot relacyjnych, które człowieczeństwo w pełni realizują dopiero w otwarciu na Drugiego (nie zgadzacie się? Zapraszam do agonicznego sporu!). Stąd mocna rezerwa wobec absolutyzacji polskości jako wartości nadrzędnej (Ruch Narodowy), podejrzanego sakralizowania i „oprzymiotnikowania” polskości (Tomasz Rowiński), czy szukania w platońskiej idei polskości poczucia egzystencjalnego sensu i substytutu nieśmiertelności (Jarosław Marek Rymkiewicz).

W zamian proponuję wizję polskości jako historycznie osadzonego zmagania się z losem, a Wielo-Polskę jako polityczną i agoniczną wspólnotę, w ramach której z tym losem się zmagamy, za pośrednictwem której „krzątamy się w historii” i próbujemy realizować określoną wizję dobrego życia. A że Polaków jest dużo i Polska jest duża, to ten pluralizm generuje konieczność sporów, wymaga formalizmu, nie esencjalizmu i ciągłego odkrywania istoty polskości i istoty Polaków.

Jednocześnie nie oznacza to pójścia w stronę republikańskiego aktywizmu i przekonania rodem z pism Hannah Arendt, że człowiek spełnia się dopiero w działalności publicznej. Wielo-Polak można istnieć zarówno jako „człowiek prywatny”, jak i „człowiek” publiczny, bez wskazywania, która z form życia jest bardziej wartościowa. Wejście na polityczną agorę nie jest wymogiem koniecznym, aby stać się częścią polskości wielo-polskiej.

Projekt Wielo-Polski to projekt polskości egzystencjalnej, naszego wspólnego sposobu istnienia obok-siebie-w-świecie, gdzie każdy ma własny pomysł, jak to niepowtarzalne życie przeżyć, stara się przekonać do niego innych i dogadać się z tymi, z którymi przyszło mu w ramach polskości żyć. Bądź po prostu żyje na terytorium Polski, jako jeden z Wielo-Polaków.