Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Krzysztof Mazur  7 kwietnia 2019

Okrągły Stół to symbol Waszej złej polityki

Krzysztof Mazur  7 kwietnia 2019
przeczytanie zajmie 18 min

Okrągły Stół to najbardziej prozaiczny na świecie moment negocjacji w ramach elit. Każdy z liczących się aktorów chciał uzyskać dla siebie jak najlepszą pozycję startową w nowym rozdaniu. Jednym te negocjacje poszły lepiej, drugim gorzej. Jedni dostali funkcję prezydenta, drudzy „Gazetę Wyborczą”, a jeszcze inni Komisję Majątkową. Okrągły Stół jest niczym więcej jak symbolicznym początkiem współczesnej polskiej polityki. I jak polska polityka nie jest on ani biały, ani czarny, ale po prostu szary. Jeśli prawica ma kiedyś stać się sprawcza nie tylko w generowaniu mitów oraz sprawnej retoryce politycznej, ale również w realnym rządzeniu, to musi uznać III RP za własne państwo. Droga do tego wiedzie przez zaakceptowanie całej wieloznaczności Okrągłego Stołu.

Kolejne rocznice obrad Okrągłego Stołu coraz bardziej przypominają kłótnie rozwiedzionych rodziców. Nam przypadła rola dzieci, którzy przy każdych świętach muszą na nowo przeżywać spory sprzed 30 lat. Za oknem świat się zmienia, wnuki rosną, na co dzień w pracy robimy rzeczy, które naszym rodzicom nawet się nie śniły. A tu ciągle to samo. „No powiedz: kto był bardziej winny? Mamusia czy tatuś? Jaruzelski czy Wałęsa? Michnik czy Kaczyński?”. Pora z tym skończyć.

Okrągły Stół jako narzędzie politycznej hegemonii pokolenia „S” i upupienia ich dzieci

Nie powiem, przez lata dawałem się w to wkręcić. Czytałem z wypiekami na twarzy kolejne publikacje, które odsłaniały kulisy tamtych negocjacji. Analizowałem, kto z kim rozmawiał w Magdalence, kogo dopuszczono do stołu, a komu została przypisana tylko rola kontestatora. Rozgrywałem w myślach warianty alternatywne. Co można było zrobić lepiej? Jak ugrać więcej? Z biegiem lat mój entuzjazm do takich zabaw intelektualnych zupełnie opadł. Dziś widzę, jak bardzo spór o Okrągły Stół jest sporem personalnym, który ma jedynie legitymizować przynależność do jednego z politycznych plemion.

Słowa Błaszczaka, że ustawa o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa „kończy w Polsce komunizm”, budzą już tylko śmiech i politowanie. Czy gdy rok później PiS pod wpływem Brukseli wycofywał się rakiem z jej zapisów, to komunizm został reaktywowany? Żadnej wiarygodności nie ma również Tusk inicjujący Ruch 4 Czerwca. Czy już raz takiego „obywatelskiego” projektu w kolebce Solidarności nie powoływał? I w tym wypadku mit pierwszych „wolnych” wyborów nie służy niczemu innemu jak grze ze Schetyną.

Ustawiacie sobie Okrągły Stół jak wam wygodnie. Używacie go jako narzędzia do prowadzenia kolejnych wojenek podjazdowych. A my, z wdzięczności za dawne zasługi, mamy bezkrytycznie popierać nieudolne próby „reformy” sądownictwa albo żyrować wasze próby powrotu do polskiej polityki.

Na 30 lat zapewniliście sobie w ten sposób hegemonię. Dla mojego pokolenia, które gdy powstawał rząd Mazowieckiego, nie dostało tek ministerialnych, lecz pierwsze szkolne plecaki, wejście do politycznej gry musi prowadzić przez rytualne opowiedzenie się po którejś ze stron. I choć tamten podział już dawno się zdezaktualizował, to ciągle musimy odpowiadać: „kto był bardziej winny: Michnik czy Kaczyński?”. Także z powodu tego pokoleniowego „upupienia” (bardziej krewcy czytelnicy mogą w tym słowie podmienić „p” na „d”) mam już dość tego sporu.

Okrągły Stół nie ma w sobie nic wzniosłego

Paradoksalnie, im bardziej natrętnie stawiacie przed nami to pytanie, tym bardziej ujawniacie jego wyłącznie rytualny charakter. Nikt z was, politycznych graczy, już chyba nie ukrywa, że nie chodzi mu o rzetelną ocenę wydarzeń historycznych. W ten sposób, wbrew własnym intencjom, popularyzujecie najprostszą, a zarazem najprawdziwszą legendę Okrągłego Stołu.

Nie, nie był to napisany w Moskwie tajny plan polegający na tym, by zdrajcy z „S” sprzedali Polskę „czerwonym”. Nie, nie była to również powszechnie zaakceptowana umowa społeczna oraz wielkie zwycięstwo naszej demokracji. Był to najbardziej prozaiczny na świecie moment negocjacji w ramach elit, gdy każdy z liczących się aktorów chciał uzyskać dla siebie jak najlepszą pozycję startową w nowym rozdaniu.

Jednym te negocjacje poszły lepiej, drugim gorzej. Jedni dostali funkcję prezydenta, drudzy „Gazetę Wyborczą”, a jeszcze inni Komisję Majątkową. Nie ma co jednak doszukiwać się tu drugiego dna, ani tym bardziej wielkiej metafizyki tego wydarzenia. Okrągły Stół jest niczym więcej jak symbolicznym początkiem współczesnej polskiej polityki. I jak polska polityka, nie jest on ani biały, ani czarny, ale po prostu szary. Ot, odwieczna plątanina interesów, indywidualnych ambicji i ślepego losu.

Lewica wyklucza

W białej legendzie, forsowanej przez liberalną lewicę, najbardziej irytuje mnie obłuda. Lewica na sztandarach głosi hasła walki z wykluczeniem, a cała jej aktywność wokół Okrągłego Stołu polegała na maksymalnym wykluczeniu konkurentów politycznych. I przyznajmy szczerze, to był prawdziwy majstersztyk.

Kuroń i Michnik, uznani za „zawodowych antykomunistów”, mieli w ogóle przy stole nie zasiąść, bo taki wzbudzali lęk i nienawiść w aparacie partyjnym. Wałęsa musiał pisać specjalny list do Kiszczaka, by się o nich upomnieć, a negocjacje w tej sprawie trwały prawie trzy miesiące. Ostatecznie komuniści zmienili zdanie, a byli KOR-owcy z outsiderów nagle stali się głównymi rozgrywającymi.

Nikt już dzisiaj się z tym szczególnie nie kryje. W niedawno wydanej książce Psychologia Okrągłego Stołu”, którą na okładce rekomenduje sam Michnik, można już było opublikować charakterystykę tego środowiska przygotowaną przez Dyrektora Departamentu III MSW pod koniec 1988 r.: środowisko KOR-u dąży do „utrzymania wyłączności na doradztwo Wałęsie”, chce mieć decydujący głos na temat składu rozmówców oraz kontrolować tematykę rozmów. Michnik w tym czasie zamieszkał w Gdańsku, dzięki czemu mógł zbudować bliższą relację z Wałęsą. Kluczowe posunięcia dalej konsultuje z Kuroniem i Geremkiem, do których dołącza Mazowiecki.

Nawet jeśli w tej opinii jest pewna przesada, bo pułkownik SB chciał po prostu ostrzec Jaruzelskiego przed siłą byłych KOR-owców, to nikt nie zaprzeczy, że to ten „gabinet Wałęsy” będzie miał kluczowy głos na każdym etapie rozmów. To oni nominują Henryka Wujca na „oficera kadrowego Okrągłego Stołu”. Ten będzie decydował o składzie delegatów, podstolików i ekspertów, nominując w ten sposób nową elitę III RP. To oni staną się również  największymi beneficjentami tego procesu. Dostaną w spadku nie tylko legendę pierwszego niekomunistycznego premiera, na której zbudują Unię Demokratyczną. Przede wszystkim jednak wynegocjują sobie „Gazetę Wyborczą”, która da im szansę na hegemonię kulturową aż do czasu powstania internetu. Trzeba przyznać, że było warto te kilka miesięcy pojeździć pociągiem do Gdańska i nosić za Lechem walizki.

Tajemnicy ich znaczenia nie trzeba jednak szukać w teoriach spiskowych czy archiwach tajnej policji. Ich kluczowa rola jest poniekąd zrozumiała. W momencie przełomu to oni stanowili najbardziej zwartą grupę o wybitnych zdolnościach analitycznych oraz rozległych znajomościach – nie tylko w opozycji, ale również w establishmencie partyjnym. Mieli odwagę myśleć ponad schematami, by zawierać zupełnie nowe sojusze. Co być może najważniejsze, choć często pomijane – mieli również świetne kontakty na Zachodzie. Ten ostatni atut okaże się mieć kluczowe znaczenie nie tylko wtedy, gdy zachodnia prasa poda informację, jeszcze przed oficjalną decyzją KC PZPR, że w Polsce odbędą się wolne wybory do Senatu, stawiając w ten sposób komunistów przed faktami dokonanymi. Zaważy zwłaszcza wtedy, gdy przyjdzie Wałęsie wskazać kandydata na premiera, którego jednym z podstawowych zadań będzie renegocjowanie kredytów z Zachodem.

To wszystko nie powinno nam jednak przesłonić podstawowego faktu. Dzięki swoim niewątpliwym talentom do gier zakulisowych „gabinet Wałęsy” dokonał zawłaszczenia dziedzictwa „S”. W kluczowym momencie rolę reprezentantów ruchu społecznego o wyraźnie narodowo-katolickim i antykomunistycznym etosie przejmuje mało liczne środowisko lewicy laickiej oraz „koncesjonowanych katolików”. Zdając sobie sprawę z bycia w mniejszości, dążą do zawężenia reprezentacji strony społecznej przy Okrągłym Stole, co potem powtórzą przy tworzeniu list na wybory czerwcowe.

Z „lotu ptaka” Okrągły Stół może wyglądać jak pojednanie ponad podziałami. Tak naprawdę było to jednak pojednanie części elit poprzez wykluczenie wielu innych grup społecznych i środowisk opozycyjnych. Lista jest rzeczywiście imponująca. W tym procesie nie znalazło się miejsce dla: Konfederacji Polski Niepodległej, Solidarności Walczącej, Unii Polityki Realnej, Grupy Roboczej Komisji Krajowej, łódzkiej grupy Grzegorza Pałki, środowiska czasopisma „Głos”, środowiska Jana Olszewskiego, grupy Anny Walentynowicz, Klubu Politycznego ’88…

Na jesieni 1981 r. odbyły się pierwsze demokratyczne wybory na szefa „S”. Przeciwko Wałęsie wystartowali wówczas Jan Rulewski, Marian Jurczyk i Andrzej Gwiazda. Łącznie uzyskali wówczas 45% głosów delegatów. Osiem lat później dla nikogo z nich nie znalazło się miejsce przy Okrągłym Stole.

Zmarginalizowany został również potencjał rewolucyjny pokolenia Niezależnego Zrzeszenia Studentów oraz Federacji Młodzieży Walczącej, które dopiero wchodziło na scenę polityczną. Grupa Kuronia odrzuciła zatem liczne i bardzo zasłużone w latach 80. środowiska. Zręcznie rozegrano podział na dążących do dialogu „pragmatyków” i pałających rządzą rozlewu krwi „fundamentalistów”. Dzięki hegemonii „Gazety Wyborczej” taki sposób „etykietowania” stanie się zresztą metodą tego środowiska również w kolejnych latach.

Powiecie, że to „prawicowe gadanie”. Być może macie rację. Wcześniej jednak skonfrontujcie się z zapomnianym dziś, a symbolicznym faktem. Przy okazji tworzenia list na wybory czerwcowe pojawiła się kwestia tożsamości przyszłych posłów i senatorów. Aleksander Hall i Tadeusz Mazowiecki, których trudno było zaliczyć do „fundamentalistów”, zaproponowali, by reprezentanci strony opozycyjnej mieli możliwość w trakcie kampanii prezentowania swoich odrębnych środowisk politycznych. Miałoby to pozwolić na ujawnienie się i uznanie naturalnego pluralizmu w obrębie szerokiego ruchu społecznego. Propozycja ta nie spodobała się reszcie „gabinetu Wałęsy”, dlatego została szybko utrącona. W wyniku tego ani Hall, ani Mazowiecki nie kandydowali w wyborach 4 czerwca. Dziś wydaje się to absurdalne, bo Mazowiecki kilka tygodni później został premierem. Wcześniej jednak na własnej skórze doświadczył, co to znaczy zostać wykluczonym przez „familię”…

Reguły nie mają znaczenia

Kończąc wątek białej legendy Okrągłego Stołu jako „święta demokracji”, musimy jeszcze zmierzyć się z dwoma niewygodnymi faktami. Pierwszy z nich to oczywiście negocjacje w Magdalence. Przeszło mi już młodzieńcze oburzenie na fraternizowanie się przy wódce. Świadectwa uczestników tych rozmów pokazują, że nie było również żadnego „tajnego porozumienia”. Przyjmuję także ze zrozumieniem, że tak trudne rozmowy wymagają negocjacji w mniejszych grupach.

Moje zastrzeżenie do Magdalenki jest inne. Doszło tam, po raz kolejny, do oczywistego wykluczenia. Jeśli Okrągły Stół, jak twierdzi Janusz Reykowski, szef zespołu politycznego z ramienia PZPR, był jedynie forum akceptacji najważniejszych ustaleń, które wcześniej zapadały właśnie w Magdalence, to należało zapewnić pluralizm strony solidarnościowej w tych rozmowach. Tymczasem spośród siedemnastu osób biorących udział w tamtejszych spotkaniach z ramienia „S” aż dziesięć w kolejnych latach stało się politykami Unii Demokratycznej lub Unii Wolności. Te partie w demokratycznych wyborach do Sejmu nigdy nie zdobyły więcej niż 13% głosów. Tymczasem wśród negocjatorów w Magdalence stanowili 60%. Nie trzeba odwoływać się do żadnej teorii spiskowej, by dostrzec w tym uzurpację.

W sierpniu 1980 r. negocjacje z władzą toczyły się na oczach wszystkich, by każdy miał poczucie udziału w nich. Szeregowi stoczniowcy nagrywali je wówczas na magnetofony szpulowe. W 1989 r. zostały one zawłaszczone przez grupę Kuronia, przy wykluczeniu wielu innych środowisk. Jedynym nagrywającym ich treść był Kiszczak.

Wreszcie drugi niewygodny fakt z perspektywy białej legendy to zmiana ordynacji wyborczej pomiędzy I i II turą wyborów czerwcowych. Ordynacja nie przewidywała bowiem, że w I turze ponad 50% wyborców skreśli kandydatów ówczesnego establishmentu, którzy znaleźli się na tzw. liście krajowej. A tak stało się w przypadku 33 prominentnych działaczy partyjnych. Chcąc działać zgodnie z prawem, należało wówczas przyjąć, że liczba posłów zostanie pomniejszona o te 33 mandaty. Dokładnie taką wykładnię zaprezentowali prawnicy KC PZPR, którzy choć przez lata działali w służbie partii komunistycznej, to tu wydali jasną ekspertyzę. Nie zmienia się zasad w trakcie gry!

Kierownictwo „S” miało jednak inne zdanie na ten temat. Rękami prominentnych profesorów prawa, którzy w III RP staną się głównymi obrońcami praworządności, dokonają interpretacji „rozszerzającej”. Wyślą w ten sposób jasny sygnał, że prawo jest wtórne wobec interesów politycznych. Można je dość elastycznie interpretować, w zależności od kontekstu. Jak napisze Antoni Dudek: „zgoda na manipulowanie ordynacją dowiodła, że przywódcy Komitetu Obywatelskiego skłonni są dla realizacji swoich planów politycznych instrumentalnie traktować wolę większości społeczeństwa. Dla wielu Polaków oznaczało to zdradę ideowych fundamentów, na których zbudowana została Solidarność, i początek epoki moralnego relatywizmu, który w następnych latach niepodzielnie zapanował w polskim życiu publicznym”.

Jeśli do dziś mamy problem z praworządnością, to jednym z prapoczątków tego kryzysu była właśnie zmiana ordynacji wyborczej. Liberalno-lewicowi politycy oraz dziennikarze słusznie dziś krytykujący prawicę za spór z TK i reformę sądownictwa powinni pamiętać o tym grzechu pierworodnym obciążającym ich sumienia.

Z tych wszystkich powodów nigdy nie kupię białej legendy Okrągłego Stołu. Nie było to „święto demokracji”, bo nie tak wyobrażam sobie demokrację. Demokracja powinna być inkluzywna i dawać równe szanse różnym środowiskom, by wyrażały swoje poglądy i interesy. Musi opierać się również na jasnych zasadach, których nie można zmieniać w trakcie gry. „Drużyna Wałęsy” przy Okrągłym Stole zachowywała się odwrotnie. Kluczowi doradcy Lecha rozumieli, że ich siłą są zakulisowe gry oraz znakomite kontakty po obu stronach historycznego sporu. Zarazem, jako środowisko typowo inteligenckie, wiedzieli, że bardzo trudno będzie im wygrać w demokratycznych wyborach. Dlatego przez wiele miesięcy nie parli do wolnych wyborów, tylko konserwowali porozumienie z komunistami, nawet gdy można już było od niego odstąpić. Ba, gdy oczekiwała tego znaczna większość Polaków! To jednak nie miało dla nich szczególnego znaczenia, bo to nie wola ludzi, ale historyczna rola inteligencji dawała im mandat do działania.

Na „obrotowej scenie historii” – powie Michnik jeszcze w 1989 r. w rozmowie z Jackiem Żakowskim – to nie zdeprawowane komunizmem społeczeństwo, ale elity mające autorytet intelektualny i moralny mają do odegrania główną rolę. W świetle tych słów Okrągły Stół to nie żadne „święto demokracji”, ale porozumienie części elit. Dodajmy, elit mających do społeczeństwa bardzo protekcjonalny stosunek.

Jaruzelski oszukał partię

Pod białą legendę chcieli podpiąć się również komuniści. To oni mieli być drugą stroną historycznego porozumienia, która wyrzekła się swojej dotychczasowej władzy dla dobra Polski. Szkoda tylko, że to również bajeczka dla grzecznych dzieci. W rzeczywistości nie mieli oni innego wyjścia. Pod koniec 1988 r. zadłużenie kraju wynosiło 39,3 miliardów dolarów. Stosunek tego zadłużenia do dochodu narodowego wynosił 62,5%. Do tego dochodziła bardzo niska konkurencyjność przemysłu. Materiało- i energochłonność naszej gospodarki była prawie dwukrotnie wyższa niż w RFN czy we Francji. Polska potrzebowała radykalnej modernizacji, zastrzyku kapitału w zachodnich walutach oraz umorzenia choć części zagranicznego długu. Dopiero wtedy można było myśleć o jakiejkolwiek stabilizacji.

John Davis, ambasador USA w Polsce, nie pozostawiał wątpliwości. Zachód pomoże, o ile rząd rozpocznie negocjacje z opozycją, wprowadzony zostanie pluralizm polityczny, na nowo zalegalizowana zostanie „S”, zostanie jej zaproponowany jakiś udział w rządzeniu, wreszcie pojawi się perspektywa wolnych wyborów.

Komuniści nie zdecydowali się na Okrągły Stół, bo nagle nawrócili się na demokrację. Komuniści zdecydowali się na Okrągły Stół, bo potrzebowali dolarów. A bez otwarcia się na opozycję nigdy by ich nie otrzymali.

Nie byli jednak w ciemię bici. Za długo bawili się w politykę, by teraz tanio oddać skórę. Dlatego bardzo starannie się do tego procesu przygotowali. Już na początku 1986 r. powołali „Grupę Trzech” złożoną z gen. Władysława Pożogi (zastępcy Kiszczaka, szefa wywiadu i kontrwywiadu), Stanisława Cioska (sekretarza KC) oraz Jerzego Urbana (dziennikarza, a potem rzecznika rządu). To był trzyosobowy think-tank z prawdziwego zdarzenia! Człowiek służb, człowiek partii i człowiek mediów. Świetnie poinformowani, diabelnie inteligentni, odważni w swoich diagnozach. Przez kolejne trzy lata przygotują dla Jaruzelskiego kilkanaście tajnych raportów, które potem zostaną wcielone w życie. Od przystąpienia do Międzynarodowego Funduszu Walutowego i nawiązania relacji z Zachodem, przez uwłaszczenie nomenklatury i zapewnienie wpływu na media i banki w nowym systemie, po amnestię polityczną, otwarcie się na strategiczną współpracę z Kościołem, manewr kooptacji opozycji „ugodowej” przy jednoczesnym wykluczeniu opozycji „radykalnej”. Okrągły Stół nie był wielką improwizacją ze strony komunistów. W swoich kluczowych założeniach został wcześniej przemyślany i zaproponowany przez „Grupę Trzech”.

W kalkulacjach komunistów chodziło o to, by podzielić się z „S” odpowiedzialnością, bez dopuszczenia jej przedstawicieli do realnej władzy. Działacze opozycyjni byli potrzebni, by pozyskać przychylność Zachodu i społeczeństwa. Ale nic poza tym. Mieli zostać wrobieni we „współwinę” za trudne reformy, bez przesadnego dzielenia się z nimi łupami. To zresztą rodziło dość zabawne nieporozumienia.

Siadając do negocjacji, strona opozycyjna miała dwa priorytety: legalizację „S” oraz reaktywowanie „Tygodnika Solidarność”. To komuniści wyszli z propozycją, że może jednak coś jeszcze, na przykład częściowe wybory do Sejmu. Musieli stronę społeczną do tego dość usilnie namawiać! Tamta bowiem nie kwapiła się, by sięgnąć po władzę. Zarazem komuniści proponowali jedynie „pakiet mniejszościowy”, zapewniając sobie zarówno stabilną większość w Sejmie kontraktowym, jak i 6-letnią kadencję prezydenta Jaruzelskiego. W tak zabetonowanym systemie nikomu nie miała prawa stać się krzywda.

Nie przewidzieli jednego. Że społeczeństwo w wyborach 4 czerwca jednoznacznie odrzuci ich hegemonię, co uruchomiło zupełnie nową dynamikę. A gdy Jarosław Kaczyński wywrócił stolik, przeciągając na stronę „S” satelickie partie PZPR-u, droga do rządu Mazowieckiego została otwarta. Takiego biegu spraw nie przewidziała nawet „Grupa Trzech”.

Realizowana przez komunistów strategia nie pasuje zatem do białej legendy. Ubieranie ich w buty nagle nawróconych na demokrację skruszonych despotów jest śmieszne. Jeśli kogoś przytoczone dotąd argumenty nie przekonały, to niech uświadomi sobie, że Okrągły Stół był tak naprawdę gwałtem dokonanym przez elity PZPR-u na aktywie tej partii.

Na jesieni 1988 r. 39 (z 49) komitetów wojewódzkich wysłało do Komitetu Centralnego listy protestacyjne przeciwko wstępnym spotkaniom Kiszczaka i Wałęsy. Jeszcze bardziej dramatyczny przebieg miało plenarne posiedzenie KC w styczniu 1989 r. Premier Rakowski rekomendował wówczas, by partia otworzyła się na rozmowy z „S”, wspólnie wypracowując plan reform. Spotkało się to z niezwykle ostrą krytyką „dołów”. W tej sytuacji Jaruzelski, Siwicki (minister obrony narodowej), Rakowski (premier) i Kiszczak (minister spraw wewnętrznych) powiadomili zebranych, że wobec braku akceptacji dla ich polityki podają się do dymisji. Ten oczywisty szantaż przyniósł spodziewany efekt. Po przerwie doszło do zmiany stanowiska i ostatecznie KC poparło „politykę porozumienia”. Ceną tej decyzji było odłączenie się kierownictwa partii od szeregowych członków. Jak celnie spointował to Kwaśniewski: „Jaruzelski oszukał aparat partyjny, a nie przekonał go do reform”.

Nie powinniśmy się jednak dziwić oporowi zasłużonych działaczy PZPR. Wielu z nich czuło przez skórę, że zmiany oznaczają koniec ich kariery politycznej. Mieli rację.

Po Okrągłym Stole sztandar postkomunistycznej lewicy przejął niespełna czterdziestoletni Kwaśniewski i ciut starszy od niego Miller. Będą oni czuli pokoleniową wspólnotę raczej z zasiadającymi po drugiej stronie stołu rówieśnikami z KOR-u, niż z „leśnymi dziadkami” z dołów swojej partii.

Okrągły Stół z perspektywy komunistów nie był zatem żadnym „świętem demokracji”, ale nowym rozdaniem w ramach elit. Mieli zatem dokładnie takie samo nastawienie jak „gabinet Wałęsy”.

Prawica delegitymizuje państwo

Wiele obłudy jest również w czarnej legendzie forsowanej przez prawicę. Choć na sztandarach głosi ona hasło „tylko prawda jest ciekawa”, to i jej pamięć o Okrągłym Stole jest szalenie wybiórcza. Prawda w tym wypadku jest bowiem niewygodna: jeśli miałaby to być „zdrada elit”, to dokonała się ona również rękami ikon prawicy.

Prezydent Lech Kaczyński w wydanym już po jego śmierci Ostatnim wywiadzie nie pozostawił cienia wątpliwości: „Nie było żadnego spisku w Magdalence! Każdy, kto uważa, że powołanie rządu Mazowieckiego było rezultatem jakichś tajnych uzgodnień, kompletnie się myli. Mogę o tym mówić z całkowitą pewnością, ponieważ w Magdalence byłem na każdym posiedzeniu”.

Z kolei Jarosław Kaczyński kilka tygodni temu zaskoczył wielu, gdy pozytywnie wypowiedział się o pomyśle pomnika dla Mazowieckiego. Zdziwiło mnie to zdziwienie. Tak jakbyśmy zapomnieli, że to właśnie Kaczyński „przyłożył rękę, jeżeli nie obie ręce”, by ten rząd powstał. Jako debiutant w dużej polityce ograł wówczas legendarnego Geremka bardzo liczącego na to, że Historia pozwoli mu odegrać rolę pierwszego niekomunistycznego premiera. „Salon” tej brawurowej akcji debiutanta przeciwko zasłużonemu profesorowi nigdy nie zapomniał.

Nie ma zatem żadnych wątpliwości, że Kaczyńscy byli ważną częścią elit, gdy ta miała dokonać rzekomej „zdrady”. I nie jest prawdą, że zrobili to tylko taktycznie, by zaraz zerwać z „logiką Okrągłego Stołu”.

Oczywiście, byli zwolennikami „przyśpieszenia”. Wiele razy artykułowali chęć mocniejszego odcięcia się od dziedzictwa PRL-u. Na przykład wtedy, gdy zastanawiano się nad zmianą ordynacji między I a II turą. Kaczyńscy zaproponowali wówczas na spotkaniu Komitetu Obywatelskiego, by w zamian domagać się od komunistów wolnych wyborów samorządowych. Ale nie zaproponowali veta wobec pomysłu zmiany reguł w trakcie gry! Ten obrazek dobrze pokazuje ich rolę. Nawet jeśli byli za przyspieszeniem, to działali w ramach logiki systemu.

Przecież nazwa ich pierwszej partii – Porozumienie Centrum – nie wzięła się znikąd. Startując na senatorów z Elbląga i Gdańska, tworząc gabinet prezydenta Wałęsy, zostając wiceprzewodniczącym „S” (Lech) czy stając na czele reaktywowanego „Tygodnika Solidarność” (Jarosław), bracia Kaczyńscy byli w centrum ówczesnego establishmentu. Nawet po obaleniu rządu Jana Olszewskiego, po sławetnej „nocy teczek”, Jarosław Kaczyński był gotów do rozmów z Unią Demokratyczną na temat nowej koalicji rządowej. Późniejszy prezes PiS-u nie kontestował Okrągłego Stołu, tylko starał się na nim ugrać tyle, ile zdołał.

Jego krytycy mogliby powiedzieć więcej. Przetrwanie środowiska PC w trudnej drugiej połowie lat 90., gdy zostali zupełnie zepchnięci na margines, było możliwe tylko dlatego, że wcześniej zdecydowali się uwłaszczyć na państwowym majątku. Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa – Książka – Ruch” była zapleczem wydawniczym partii komunistycznej od 1947 r. Pod koniec PRL-u była największym koncernem wydawniczo-kolportażowym w Europie Środkowo-Wschodniej. Imperium obejmowało nie tylko wiele tytułów prasowych, ale również ogromną bazę poligraficzną oraz ogólnopolską sieć kiosków. W Porozumieniach Okrągłego Stołu znajdziemy konstatację, że droga do „nowego ładu informacyjnego” wiedzie przez ograniczenie dominacji tego koncernu.

Dlatego Sejm w marcu 1990 r. przyjął ustawę o likwidacji RSW. Na jej mocy, co dziś wydaje się niewyobrażalne, część tytułów prasowych miała zostać zakupiona przez ówczesne partie polityczne jako „forma dopuszczenia opozycji do prasy”. Porozumieniu Centrum przypadł w udziale „Express Wieczorny”, a oficjalne poparcie dla takiej decyzji Komisji Likwidacyjnej wyraził nie kto inny jak sam Wałęsa, ówczesny przewodniczący „S”.

„Express Wieczorny” długo nie przetrwał, ale dla środowiska Kaczyńskich kluczowe okazały się nieruchomości, które posiadła ich fundacja wraz z tym tytułem. Tak powstał majątek głośnej dziś spółki „Srebrna”. Tam znajdowali zatrudnienie kluczowi politycy tego środowiska, gdy nagle znaleźli się na politycznym aucie. To jeden z wielu paradoksów III RP.

Środowisko będące największym krytykiem postkomunizmu mogło przetrwać chude lata tylko dlatego, że samo zabezpieczyło swój byt, uwłaszczając się na zapleczu wydawniczym partii komunistycznej. I jak tu wiarygodnie krytykować uwłaszczenie nomenklatury?

Kaczyńskich pożegnanie z Okrągłym Stołem

Kaczyńscy byli zatem ważną częścią establishmentu III RP. Nie bali się korzystać z pojawiających się szans. Wyraźną cezurą jest dopiero końcówka roku 1993. Mają wtedy miejsce dwa ważne wydarzenia.

Z jednej strony, Porozumienie Centrum nie przekracza progu wyborczego w wyborach do Sejmu, przez co Kaczyński ląduje poza Sejmem. Z drugiej strony, wychodzą na jaw fakty związane z tzw. „szafą Lesiaka”.

W latach 1992–1993 Urząd Ochrony Państwa podejmował działania obliczone na dezintegrację partii prawicowych. Ten oczywisty skandal, niemający nic wspólnego ze standardami państwa prawa, nigdy nie doczeka się sprawiedliwego wyroku, podobnie jak wiele innych ciągnących się latami spraw z okresu PRL-u. „Jarosław i Lech Kaczyńscy – podsumuje Jacek Sokołowski – akceptowali Okrągły Stół i w latach 1989–1992 aktywnie współkreowali nowe instytucje polityczne. Odrzucenie przez nich III Rzeczypospolitej na gruncie moralnym – ale również filozoficzno-prawnym – nastąpiło dopiero wtedy, gdy ta właśnie Rzeczpospolita »wyjęła ich spod prawa«. Formalnym narzędziem – i zarazem symbolem – tej delegitymizacji Kaczyńskich i ich ugrupowania stała się słynna instrukcja 0015, w oparciu o którą działał zespół płk. Lesiaka”. To wtedy zaczną o sobie myśleć jako o „obywatelach drugiej kategorii” i to poczucie zostanie z nimi na zawsze. Lech Kaczyński posłuży się tą frazą nawet w Ostatnim wywiadzie, którego udzielił, siedząc w barokowych krzesłach Pałacu Prezydenckiego…

Nie chodzi tu jednak o tanią psychologię, ale o fundamentalny wybór polityczny. Kaczyńscy na bazie tych osobistych doświadczeń przechodzą „do podziemia”. Gdzieś w połowie lat 90. przestają definiować się jako mainstreamowi liderzy polityczni i stają się liderami „drugiego obiegu”. To wtedy, jak plastycznie opisał to Jan Rokita, pod polskim życiem publicznym zaczyna płynąć podziemna rzeka, która podmywa realne instytucje. Jeśli III RP powstała na „ubeckim układzie”, to musi być państwem nie naszym. Dlatego podczas kolejnych mszy za ojczyznę śpiewano: „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie”.

Ta postawa jest zabójcza dla obydwóch stron. Państwo zaczyna się jeszcze bardziej psuć, bo ważna część społeczeństwa odmawia mu legitymizacji. Obóz patriotyczny popada w oderwane od realiów urojenia, bo żyje życiem podziemnym. Jeśli po 2015 r. Zjednoczona Prawica ma problemy z realnym rządzeniem to także dlatego, że uwierzyła w czarną legendę Okrągłego Stołu.

Przejęła stery państwa, które przez lata uważała za nie swoje. Kolejne spory o TK, system sądowniczy, rezydentów czy nauczycieli pokazuje tę schizofreniczną sytuację. Jakby powstańcy listopadowi przejęli władzę w Królestwie Polskim, którego królem dotąd był rosyjski car, i nie widzieli, co robić dalej. Wzmocnić to państwo czy raczej zniszczyć?

To mocna metafora, ale jak patrzę na część działań rządu, który chce maksymalnie – i w sferze programowej, i personalnej – odciąć się od ostatnich 30 lat, to myślę, że strasznie trudno jest rządzić czymś, co przez blisko trzy dekady uważało się za nie swoje. Jeśli prawica ma kiedyś stać się sprawcza nie tylko w generowaniu mitów oraz sprawnej retoryce politycznej, ale również w realnym rządzeniu, to musi uznać III RP za własne państwo. Droga do tego wiedzie przez zaakceptowanie całej wieloznaczności Okrągłego Stołu.

Kościół podpisuje weksel in blanco

Obrazek nie byłby pełny, gdybyśmy zapomnieli o największym instytucjonalnym beneficjencie Okrągłego Stołu. Jest nim Kościół katolicki. Choć często na starych fotografiach z Pałacu Namiestnikowskiego możemy przeoczyć beznamiętne twarze księży Alojzego Orszulika czy Bronisława Dembowskiego, jakby byli oni jedynie przypadkowymi statystami prowadzonych rozmów, to nie powinniśmy dać się zwieść pozorom. Bez Kościoła Okrągły Stół nie byłby możliwy.

Właściwie od końca lat 70. to on był mediatorem pomiędzy opozycją a władzą. Prymas Glemp był bardzo zaangażowany w powołanie w 1986 r. Rady Konsultacyjnej, gdzie „czynnik społeczny” mógł konsultować pewne sprawy ze stroną rządową. Pierwszy sygnał, by usiąść przy jednym stole, władza wysłała do Andrzeja Stelmachowskiego. Nie dlatego że był on szczególnie ważny w „S”, ale dlatego że był zaufanym prymasa. Kościół pomagał również przełamywać liczne kryzysy w drodze do rozmów – na przykład na spotkaniu 18 listopada 1988 r. w parafii w Wilanowie, gdy biskup Gocłowski negocjował między Kiszczakiem, Cioskiem, Mazowieckim i Wałęsą. Przekonał tego ostatniego, że legalizacja „S” będzie wynikiem Okrągłego Stołu, a nie warunkiem wstępnym, by usiąść do rozmów. Dlatego dla nikogo nie było zaskoczeniem, że rządowe busy wiozące w eskorcie samochodów milicyjnych negocjatorów do Magdalenki miały dwa punkty zbiórki. Komuniści wyjeżdżali spod siedziby partii, a opozycjoniści spod budynku Episkopatu. W rządowym busie zawsze znajdowało się również miejsce dla osoby duchownej.

Odnotujmy zatem kolejny paradoks. W III RP najmocniejszym krytykiem angażowania się Kościoła w politykę było środowisko „Gazety Wyborczej”. To samo środowisko, które swoją pozycję zawdzięczało temu, że przynajmniej od czasów wydania przez Michnika książki Kościół, lewica, dialog, czyli od roku 1977, mogło liczyć na parasol ochronny ze strony tej instytucji. Gdy trzeba było żyrować porozumienia Okrągłego Stołu, polityczne zaangażowanie Kościoła było dla wszystkich oczywiste i służyło demokracji! Gdy w późniejszych latach przyszło dyskutować o aborcji, to okazało się, że Kościół ma zapędy autorytarne i chce wprowadzić teokrację. „Instrumentalne traktowanie” to najłagodniejsze określenie, jakie przychodzi mi do głowy.

Ale co to znaczy, że Kościół był największym instytucjonalnym beneficjentem Okrągłego Stołu? Otóż „Grupa Trzech”, nieformalny think-tank Jaruzelskiego, uznała, że Kościół należy wciągnąć jako gwaranta porozumienia. W zamian należy mu zaoferować szereg przywilejów.

Stąd między Okrągłym Stołem a wyborami czerwcowymi ostatni w pełni komunistyczny Sejm uchwala ustawy „O gwarancji wolności sumienia i wyznania” oraz „O stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w PRL”. W ten sposób Kościół podpisał weksel in blanco, żyrując transformację, która miała dopiero nastąpić. W zamian otrzymali od państwa bardzo szerokie uprawnienia. Duża część z nich obowiązuje zresztą do dziś.

Połączyłem te oczywiste fakty dopiero przy okazji Światowych Dni Młodzieży organizowanych trzy lata temu w Krakowie. Pamiętam moje zdumienie, gdy odkryłem, że ten sam koncert muzyki religijnej organizowany w sferze publicznej może podpadać pod zupełnie inne regulacje.

Jeśli potraktujemy go jako wydarzenie świeckie, to podpada pod prawo o zgromadzeniach. Wówczas organizatorzy zobowiązani są do przestrzegania bardzo rygorystycznych zasad bezpieczeństwa oraz zapewnienia uczestnikom odpowiednich warunków sanitarnych. Jeśli jednak potraktujemy ten sam koncert jako formę kultu publicznego, to organizator ma bardzo minimalne obowiązki formalne związane z bezpieczeństwem uczestników. Jakbyśmy żyli w dwóch równoległych rzeczywistościach. Nagle oświeciło mnie: „to przez Okrągły Stół do dziś w kościołach, choć gromadzi się tam nawet kilka tysięcy osób, nie ma zapewnionej odpowiedniej liczby toalet!”. Trywializuję? Być może, ale każda praktykująca rodzina z małymi dziećmi zna ten problem.

Uprzywilejowane traktowanie, które wynegocjowali sobie hierarchowie przy okazji Okrągłego Stołu, widać również w kwestii majątkowej. Wspomniane ustawy dały Kościołowi – jako jednej z kilku instytucji w III RP – możliwość skutecznego odzyskiwania rekompensaty za utracone mienie w okresie PRL-u. Działająca przez wiele lat Komisja Majątkowa przekazała kościelnym osobom prawnym rekompensaty i odszkodowania w wysokości 143 534 231,41 zł oraz ponad pół tysiąca nieruchomości (wartych ok. 5 mld zł). Co do zasady, uważam że to dobrze, bo należy wypłacać rekompensatę. Kontrowersje wzbudza jednak tryb, w jakim to się stało.

Choć Komisja decydowała o ogromnych sumach, to nie była ani organem władzy sądowniczej, ani organem władzy administracyjnej. Była to hybryda, rządowo-kościelny podmiot działający w trybie mediacyjno-polubownym, bez możliwości kontroli jej pracy z zewnątrz. A teraz najlepsze: od decyzji Komisji nie było odwołania! Jako pointę potraktujcie wniosek CBA z 2011 r. skierowany do prokuratury. Zawiadomiono o możliwości popełnienia przestępstwa, choć w tym samym zawiadomieniu prawnicy z CBA dowodzą, że osobom duchownym nie można dowieść korupcji, gdyż Komisja ma charakter niepaństwowy! Państwo przekazało instytucji niepaństwowej władztwo w sprawie majątku wartego miliardy złotych. Wykracza to poza ograniczoną wyobraźnię prostego politologa.

To tylko dwa „detale” z całej listy innych przywilejów, które otrzymał Kościół w ciepłych wiosennych dniach ’89 r. Otrzymał również prawo posiadania własnych drukarni, stacji radiowych i telewizyjnych, a także kin, teatrów oraz wytwórni filmowych. Przyznano mu ponadto istotne ulgi podatkowe i celne. W zamian miał nie kwestionować podstawowych kierunków zmian, choć ich przyszłego kształtu tak naprawdę nie znał. Na tym jednak polega podpisywanie weksli in blanco.

Nawet gdy III RP okazała się być inna, niż oczekiwało tego wielu katolików – bo za mało było solidarności z biednymi, zabrakło wyraźnego rozliczenia z komunizmem, a prym w kulturze wiodła elita liberalno-lewicowa – to Kościół tak naprawdę pozostał wiernym obrońcą tego systemu.

Państwo Kwaśniewscy w papamobile są zbyt silnym skojarzeniem, by go tu nie przywołać. Dlatego gdy słyszę z ust prawicowych publicystów, że „Okrągły Stół to zdrada elit”, to jako katolika boli mnie tak bezpardonowa krytyka naszych hierarchów.

Okrągły Stół milczał w najważniejszej kwestii

A teraz największa herezja. Wiecie co jest najsmutniejsze? Że straciliśmy miliony godzin, kłócąc się o Okrągły Stół, a w rzeczywistości nie miał on aż takiego znaczenia. Oczywiście, zadecydował o kształcie elit politycznych na kolejne trzy dekady. Wiele rozstrzygnięć ustrojowych – jak dwuizbowy parlament czy prezydent – jest z nami do dziś. Ale czy to te kwestie stały się kluczowymi czynnikami rozwoju? Nie.

O obecnej pozycji Polski zadecydowały reformy gospodarcze. To włączenie nas w sieć globalnego kapitalizmu, z wszystkimi tego wadami i zaletami, okazało się być kluczowe. A co mówił Okrągły Stół na temat kształtu reform gospodarczych? Otóż nie mówił nic. Podstolik ds. gospodarki i polityki społecznej zakończył się jakimś mglistym oświadczeniem. Zawodowi politycy, którzy zasiedli po obu stronach, tak naprawdę nie mieli wiedzy i zainteresowania tymi kwestiami.

Nawet raporty „Grupy Trzech”, tak przenikliwe politycznie, zawierają wiele ekonomicznych nonsensów. A w tle była rosnąca świadomość, że – jak sformułuje to Janusz Reykowski – „instrumenty, którymi władza dysponuje, nie wystarczają do uruchomienia polskiej gospodarki”. Państwo okazywało się coraz bardziej bezradne wobec czekających go globalnych i strukturalnych wyzwań.

Dlatego kluczowe rozstrzygnięcia, które zadecydowały o naszej obecnej prosperity, zostały podjęte ponad głowami dżentelmenów spierających się o cenzurę czy papier. Terapię szokową przeprowadzili Jeffrey Sachs oraz Leszek Balcerowicz, których próżno szukać na fotografiach z Pałacu Namiestnikowskiego. A nawet oni nie odegrali przecież bardzo podmiotowej roli. Grali według reguł, które narzucił nam Konsensus waszyngtoński, podobnie jak wielu innym krajom przechodzącym transformację.

Inwestycje zagraniczne, wykupywanie przedsiębiorstw państwowych przez zagraniczne koncerny, wysokie bezrobocie, złe warunki pracy – to wszystko, co naprawdę ma wpływ na ludzkie życie, nie spotkało się z dużym zainteresowaniem ze strony ojców-założycieli naszej demokracji. Rozgrywali w tym czasie ważniejsze gry, więc nie zajmowały ich takie niuanse.

Polityka jako walka plemion

Tworząc swoje państwo, ojcowie-założyciele Stanów Zjednoczonych kłócili się o wizję obywatela, społeczeństwa i republiki. Ich gorące spory przeszły do historii jako The Federalist Papers, 85 esejów z pogranicza świata idei i politycznej praktyki. Do dziś są one czytane przez studentów na całym świecie. Nasze państwo powstało w inny sposób.

W Okrągłym Stole nie ma nic wzniosłego. To odwieczna plątanina interesów, indywidualnych ambicji i ślepego losu. Wolałbym, by ojcowie-założyciele naszej demokracji więcej uwagi poświecili na budowę państwa włączającego, strzegącego sprawiedliwych zasad dla wszystkich. Nasi liderzy woleli jednak całą energię poświęcić na zabieganie o swoją pozycję w nowym rozdaniu.

Przez to do dziś mamy państwo bardzo ułomne, które jest bezradne wobec silnych, ale surowe wobec słabych. A że ważna część z nich wywodziła się z opozycji demokratycznej, która budowała swoją tożsamość na moralnym sprzeciwie wobec komunizmu, to taką samą metodę zastosowano również i tym razem. Budowano swoją pozycję nie na dobrych pomysłach i skutecznym działaniu, ale na motywie moralnego wykluczenia wroga. Jednych, bo są „fundamentalistami”, innych – bo są „zdrajcami”.

Jak zmierzyć się z tym dziedzictwem? Co „pokolenie niepodległości” może z nim zrobić? Nie pozostaje nam chyba nic innego, jak go po prostu go zaakceptować.

W sumie to dobrze, że się nie pozabijaliście, bo w historii różnie z tym bywało. Państwo, które zbudowaliście dalekie jest od ideału, ale to moje państwo. Innego mieć nie będę. Kocham Polskę taką jaką nam daliście, bo wierzę, że lepszej po prostu nie byliście w stanie zbudować. Jestem wam wdzięczny za to, co mamy.

Nie będę obalał waszych pomników. Ale akceptacja „sztafety pokoleń” nie oznacza jednak, że do końca życia mam odgrywać wasze dawne spory. Nie chcę tego robić, bo po 30 latach mamy już zupełnie inne wyzwania. Podział post-komunistyczny i podział transformacyjny wygasają na naszych oczach. Nie opisują już realnych różnic społecznych. Dalsze ich podtrzymywanie służy wyłącznie wam, politycznej hegemonii waszego pokolenia, ale dla całej reszty ma charakter wyłącznie rytualny. Mentalnie tkwicie w nim zbyt mocno, by to jeszcze dostrzec. Ale nas już naprawdę nie obchodzi, kto gdzie siedział i co powiedział przy wódce 30 lat temu. Napiszcie o tym wspomnienia i nakręćcie dobry serial, ale, na Boga, nie mówcie nam, że to jest dziś główna oś sporu politycznego.

Marzę o tym, by zamykając ten rozdział historii uświadomić sobie podstawowe kłamstwo waszej polityki. Brzmi ono: „jak tamci znikną, to wszystko wreszcie będzie dobrze”. „Tamci” nie znikną – a nawet gdyby zniknęli, to okazałoby się, że nie w nich tkwił problem. Zamiast uprawiać politykę opartą na walce personalnej na śmierć i życie zacznijmy się wreszcie spierać o realne problemy, znoszące się wartości i rozbieżne interesy. Przede wszystkim skupmy się na szukaniu nowych perspektyw rozwojowych dla Polski, bo koniunktura międzynarodowa wyraźnie się kończy. Dziś potrzebujemy polityki, która stawia cele i angażuje wspólnotę w ich realizację, a nie całą energię koncentruje na moralnym niszczeniu wroga. Kontynuowanie wojny plemion doprowadzi nas do katastrofy.

Esej do przeczytania również w nowej tece elektronicznego czasopisma „Pressje” pt. „Niech żyje Polska Ludowa!”. Zapraszamy do nieodpłatnego pobrania numeru w wersji pdf.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.