Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Rafał Bakalarczyk  5 kwietnia 2019

500+ na każde dziecko? Minusów jest więcej niż plusów

Rafał Bakalarczyk  5 kwietnia 2019
przeczytanie zajmie 5 min

Wszystko wskazuje na to, że sprawa uczynienia „500+” świadczeniem dla każdego dziecka jest przesądzona. Planowane przekształcenie programu w pełni uniwersalny niesie przynajmniej dwie korzyści, ale i szereg słabości. Co więcej, korzyści można byłoby uzyskać znacznie mniejszym kosztem, jednocześnie pozbywając się ich słabych stron, a przy tym uzyskać rezerwy środków na szereg innych, niemniej ważnych celów, także (choć być może nie tylko) w obszarze polityki wsparcia rodziny.

Dwa argumenty „za”

  1. Większa sprawiedliwość społeczna zmodyfikowanego świadczenia

Zacznijmy od plusów. Rozszerzenie programu wyeliminuje sporą niesprawiedliwość. Według dotychczasowych zasad rodziny z jednym dzieckiem, które przekraczały nieznacznie ustawowy próg (800 złotych w przypadku rodzin z dziećmi bez niepełnosprawności) nie mogły skorzystać z finansowej pomocy, podczas gdy nawet bardzo zamożne rodziny otrzymywały comiesięczne wsparcie z budżetu.

Wykluczone z programu zostały więc samotne matki, które pracując za niewiele ponad minimalną płacę, nie otrzymują wsparcia finansowego z tytułu wychowywania dziecka, choć w ich przypadku ewidentnie by się ono przydało. Podobnie działo się w przypadku wszystkich niezbyt zamożnych rodzin, które przekraczają choćby w minimalnym stopniu (w programie „Rodzina 500 Plus” nie działa zasada „złotówka za złotówkę”, która mogłaby zmniejszyć wysokość świadczenia proporcjonalnie do stopnia przekroczenia limitu) dochodowy próg wskazany przez ustawodawcę. Problem ten zniknie, gdy świadczenie stanie się powszechne, bez względu na sytuację dochodową rodziny.

  1. Rozwiązanie problemu rezygnacji z aktywności zawodowej

Drugi problem był związany z pośrednim wpływem konstrukcji świadczenia na decyzje zawodowe.

Przy relatywnie niskim i sztywnym progu, część rodzin mogło rezygnować z podejmowania pracy lub jej szukania, w obawie przed przekroczeniem progu i utratą świadczenia. Poza tym był to też sygnał, że w określonych sytuacjach państwo bardziej jest skłonne wspierać niepracującego rodzica niż pracującego.

I tak, przy dotychczasowych zasadach, trzymając się przykładu samotnej matki, ta która nie będzie aktywna z zawodowo, na świadczenie finansowe może liczyć, zaś ta która będzie pracować zarobkowo – już niekoniecznie. Tymczasem wydaje się, że polityka państwa powinna być tu neutralna – tj. dostarczyć wsparcia zarówno tej matce, która nie zdecyduje się na godzenie roli wychowawczej z pracą zawodową, jak i tej która to uczyni. Rozszerzenie programu również wyeliminuje ten problem.

Dwa argumenty „przeciwko”

  1. Finansowe wsparcie tych, którzy tego nie potrzebują

Tylko w przyszłym roku będzie potrzebne dodatkowe 19 mld zł na cały program, który już przecież wymaga znacznych nakładów, przewyższając wydatki na wiele innych instrumentów polityki państwa, zarówno w zakresie wsparcia rodziny, jak i w innych segmentach polityki społecznej.

Zauważmy przy tym, że te dodatkowe 19 mld tylko w części przypadków będzie płynęło do osób relatywnie niezamożnych (aczkolwiek nie biednych, bo przekraczających dotychczasowych próg). Osoby ubogie, zarówno na jedno dziecko, jak i kolejne i tak mogły otrzymywać świadczenia z programu na dotychczasowych zasadach. Duża część nowych środków pójdzie więc do mniej lub bardziej głębokich kieszeni klasy średniej i warstw zamożniejszych.

Czy jest to słuszny kierunek interwencji? Niekoniecznie. Po pierwsze, impuls konsumpcyjny będzie w tym wypadku znacznie bardziej ograniczony niż gdy trzy lata temu program powoływano do życia, bowiem w przypadku majętnych rodziców pieniądze niekoniecznie zostaną wydane na podstawowe dobra konsumpcyjne lub takie dobra i usługi, które bezpośrednio przekładają się na kapitał zdrowotny, społeczny, intelektualny ich pociech. Część tych pieniędzy zostanie zaoszczędzonych na prywatnych kontach, a część może pójść na potrzeby bardziej związane ze sferą luksusu niż podstawowego zaopatrzenia (podstawowe zaopatrzenie w tych rodzinach byłoby zapewnione i bez tego kroku).

Czy możemy sobie pozwalać jako państwo, aby finansować takie potrzeby, w sytuacji, gdy wiele pilnych problemów (także w obszarze wsparcia socjalnego) jest do rozwiązania bądź złagodzenia „na wczoraj”?

  1. Brak „rewolucji godności”

Po drugie, planowane rozszerzenie, w odróżnieniu od pierwszego etapu realizacji programu „500+”, nie przyniesie aż tak wyraźnych korzyści natury „godnościowej”. Wprowadzenie programu trzy lata temu oznaczało dla wielu niezamożnych rodzin wręcz „godnościową rewolucję” Wreszcie, zagwarantowano im trwałe, nie tak małe wsparcie materialne, niezależne od trudnych do spełnienia warunków, jak bardzo niski dochód. Rodziny te mogły wówczas pozwolić sobie na wydatki, które wcześniej były nierealne, jak choćby wakacyjny wyjazd nad morze.

Aktualne rozszerzenie programu w bardzo ograniczonym stopniu może przynieść podobne efekty. Większość tych, dla których „500+” oznaczało istotną zmianę jakości życia ją doświadczyło. Spośród tych, którzy otrzymają „500+” po raz pierwszy, część nie odczuje tej zmiany, aż tak mocno w jakości życia, bowiem i tak może pozwolić sobie na zaspokojenie nie tylko tych najbardziej podstawowych potrzeb związanych z utrzymaniem i przetrwaniem, ale uczestnictwem i samorozwojem. Jest też oczywiście grupa tych, którzy nabędą prawo do świadczenia i wprowadzi to zasadniczą zmianę w stopie życiowej (np. wspomniane wcześniej samotne matki pracujące za niewielkie stawki), ale grupę tę można byłoby wspomóc obejmując je większym wsparciem (zresztą nie tylko w ramach 500+), ale bez brzemiennego w skutki radykalnego rozszerzania programu.

Alternatywy leżały na stole

Zamiast upowszechniania programu „500+” można byłoby choćby znacząco podnieść i/lub uelastycznić próg na pierwsze dziecko (nie tylko dla samotnych rodziców, jak to proponuje w swym programie partia „Wiosna”). Obecnie próg w wysokości 800 złotych znajduje się poniżej poziomu minimum socjalnego. A powinien znajdować się co najmniej na poziomie wysokości płacy minimalnej (i wobec jej wzrostu być sukcesywnie waloryzowany) lub np. zrównany z kryterium, jakie dziś uprawnia do korzystania ze świadczenia becikowego (1922 złotych netto na osobę).

Przy tak wysokim progu nie byłoby ryzyka, że ewidentnie potrzebujący, z dochodem na osobę oscylującym wokół poziomu minimum socjalnego lub dość nieznacznie go przekraczającym, zostanie bez pomocy. Ponadto, aby uniknąć pułapki świadczeniowej sprawiającej, że część osób będzie się obawiać przekroczenia i tego podwyższonego progu przy zmianach w aktywności zawodowej, można ów próg również uelastycznić w myśl zasady „złotówka za złotówkę”.

Nieznaczne przekroczenie nowego progu powodowałoby proporcjonalne obniżenie świadczenia, a nie jego odebranie. Wydaje się, że równolegle podnosząc ów próg na pierwsze dziecko, warto byłoby rozważyć wprowadzenie analogicznego progu na drugie i kolejne dziecko.

W efekcie, z jednej strony mielibyśmy rozszerzenie programu (o grupy, które dotąd nie korzystały z niego, a powinny) a w innym wymiarze zawężenie o grupy, które dotąd korzystały, choć bez problemu poradziłyby sobie bez tego wsparcia). Skutkiem byłoby istotne zmniejszenie kosztów względem propozycji z „piątki Kaczyńskiego”.

Zaoszczędzone pieniądze, przynajmniej w części, powinny trafić na działania wspierające rodziny i ich członków (nie tylko te najuboższe). Przykładowo, w ekstremalnie trudnej sytuacji jest opieka psychiatryczna i psychologiczna – zarówno dzieci i młodzieży, jak i osób dorosłych. Natychmiastowej modernizacji i doinwestowania wymaga system prewencji, wsparcia oraz opieki psychologicznej i psychiatrycznej, a braki na tym polu odciskają piętno na życiu wielu osób i rodzin. Nie chodzi tu tylko o działania służb medycznych, ale całą infrastrukturę wsparcia, także w wymiarze pozamedycznym (np. instytucje asystentów rodziny, poradnictwo rodzinne etc.).

Dobrze, że państwo zauważyło, że trzeba wpierać rodziny w wychowaniu dzieci i że zaczyna rozumieć, iż pomocy nie tylko wymagają osoby skrajnie ubogie. Ale dobrze by było, aby zrozumiało też, że nie dla wszystkich bezpośrednie wsparcie finansowe jest najbardziej skutecznym sposobem na złagodzenie czy rozwiązanie życiowych problemów.

Ktoś mógłby upierać się, że głównym celem programu „500+” nie jest ani wsparcie socjalne ani psychologiczne rodziny, tylko wyzwolenie bodźców pro-demograficznych, skłaniających do poczęcia i wychowania większej liczby dzieci. Rzecz jednak w tym, że obecna modyfikacja programu w niewielkim stopniu w relacji do włożonych środków wpłynie na dzietność.

Wśród rodzin zamożnych, a nawet średniozamożnych, brak dodatkowych 500 złotych co miesiąc, raczej nie jest zasadniczym powodem, dla którego nie zdecydowali się na większą liczbę dzieci. A jeśli chodzi o osoby mniej zamożne albo „500 plus” już otrzymują, albo można byłoby ich objąć tym wsparciem przy pomocy znacznie tańszej dla budżetu korekty programu, którą zasygnalizowałem wyżej. Rezerwy finansowe zaś można byłoby przeznaczyć na dalszy rozwój opieki nad dzieckiem do lat trzech. Choć budżet programu „Maluch +” wzrósł w ostatnich latach znacząco aż do poziomu 450 mln złotych rocznie, to na tle środków które pochłonie poszerzone 500+ jest to bardzo skromny poziom finansowania. A właśnie rozwój tego typu pomocy mógłby przynieść korzyści także w obszarze dzietności.

Zamożne rodziny i tak ze wsparciem państwa

Postulowane w tekście wyłączenie z programu „500+” rodzin zamożnych wcale nie oznacza, że pozostaną one bez wsparcia. Wciąż będą mogły korzystać z ulg na dziecko, z systemu ulg i rabatów w ramach ogólnopolskiej Karty Dużych Rodzin (o ile wychowują co najmniej trójkę dzieci), a także z publicznej edukacji oraz opieki na poziomie szkolnym i przedszkolnym.

Przypomnijmy, że w wyniku reform z pierwszej połowy mijającej dekady wprowadzono prawo gwarantujące miejsce w publicznym przedszkolu w pewnym wymiarze bezpłatnie (bez względu na dochód rodziny), a większy wymiar godzinowy pobytu jest również cenowo limitowany, co dla zamożniejszych rodziców łatwo pokryć z własnej kieszeni.

Na poziomie szkolnym zaś każde dziecko – także z zamożnej rodziny – może liczyć na korzystanie z bezpłatnych podręczników, a także z wyprawki 300+.  Krótko mówiąc, rodziny z klasy średniej i zamożnej i tak korzystają już z szeregu uprawnień. Na skutek reform z minionej dekady (przeprowadzonych zarówno przez obecne władze, jak i poprzedników) polityka wsparcia rodzin z dziećmi nie tylko się rozwinęła, ale miała pewien rys uniwersalizmu, będąc skierowaną nie tylko dla najbardziej potrzebujących, ale do znacznie szerszej grupy. Choć nadal na tym odcinku polityki państwa przydałyby się korekty i uzupełnienia, nie wydaje się, żeby akurat uczynienie programu „500+” świadczeniem w pełni powszechnym było najbardziej pożądane.

Choć wiele wskazuje, że rozszerzony program „500+” wejdzie w zapowiedzianej postaci, nadal warto będzie dyskutować nad jego trafnością i efektywnością. Być może na pewnym etapie dojdziemy do tego, aby wprowadzić modyfikacje, które by skutecznie adresowały rzeczywiste problemy. Zanim do tego dojdzie, nie można zapominać o innych potrzebach, których program, także w rozszerzonej wersji, nie zaspokoi.