Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Jan Sadkiewicz  31 marca 2019

Co gwarantowały brytyjskie gwarancje? Na 80-lecie „państwowego samobójstwa”

Jan Sadkiewicz  31 marca 2019
przeczytanie zajmie 8 min

31 marca 1939 roku, na pół roku przed wybuchem II wojny światowej, Wielka Brytania udzieliła Polsce gwarancji. Stanisław Cat-Mackiewicz oceniał, że dzień ten „powinien być dla nas dniem żałoby narodowej. W tym dniu dokonaliśmy państwowego samobójstwa”. Premier Chamberlain robił z punktu widzenia brytyjskiej racji stanu rzecz jak najbardziej słuszną. Starał się, w obliczu konfrontacji z Niemcami, utrzymać przy swoim państwie jak największą liczbę sojuszników, aby w decydującej chwili Londyn miał możliwość wyboru. Nie oczekujmy od premiera brytyjskiego, by martwił się, co ten wybór będzie oznaczał dla nas. Nauczmy się jednak korzystać z dorobku tych, którzy przed tragicznym obrotem spraw ostrzegali zawczasu. W publicystyce przedwojennych konserwatystów łańcuch przyczyn i skutków prowadzących do Jałty został przecież precyzyjnie opisany.

Antypolska prowokacja czy dobre intencje i fatalne skutki?

„Anglia udzieliła nam w 1939 roku gwarancji na pięć lat  pragnąc mieć dogodny start do wojny – pisał po wojnie Aleksander Bocheński – Taki start, który by dał znamię agresji Niemcom, i pozwolił amerykańską opinię pozyskać. Bronić nas nie miała ani możności, ani ochoty, gdyż dopiero po naszym upadku świtała na horyzoncie możność kolejnego wykrwawienia Niemców rękoma sowieckimi. Jedno i drugie udało się, jak nigdy. (…) Pomoc lotników i żołnierzy to dodatkowy aport, którego nawet, jak sądzę, Anglicy nigdy nie przewidywali”.

„Gwarancje brytyjskie okazały się od pierwszych dni wojny zupełnie bezwartościowe – dodawał Jan Emil Skiwski – (…) Dla angielskich zaś celów zupełnie wystarczała Polska zaatakowana i zwyciężona”.

„Nie Anglia ma bronić innych – przestrzegał jeszcze przed wojną Władysław Studnicki – a tylko czyniąc gest, że chce bronić innych, otrzymać ma od nich zobowiązania na pomoc w krytycznej chwili, w chwili wojny z państwami Osi. (…) Największe jednak niebezpieczeństwo ze strony Anglii polega na tym, że pragnie udziału Rosji sowieckiej w koalicji”.

„31 marca 1939 roku powinien być dla nas dniem żałoby narodowej – podsumowywał wreszcie Stanisław Mackiewicz. – W tym dniu dokonaliśmy państwowego samobójstwa. Anglicy pchnęli nas wtedy do wojny z Niemcami, nie dając żadnej pomocy, aby nas później sprzedać w Teheranie i Jałcie”.

Taka interpretacja została szybko zakwestionowana: „to wszystko nieprawda, Chamberlain dawał gwarancje Polsce nie aby sprowokować atak Hitlera na Polskę, lecz wręcz przeciwnie, aby do tego ataku nie dopuścić, i najlepiej o tym świadczą świeżo wydane listy premiera Chamberlaina do jego ciotek” – kpił Mackiewicz w 1947 roku.

Skądinąd jednak wiemy, że i w udostępnionych dokumentach brytyjskich nie ma zapisów potwierdzających istnienie antypolskiej intrygi. Obrońcom polityki przedwrześniowej pozwala to częściowo przynajmniej rozgrzeszyć władze II RP. Anglicy wcale „nie chcieli” dla nas źle, tylko… tak wyszło i nie dało się tego przewidzieć.

Intencje rzeczywiście przewidzieć ciężko. Niełatwo je także trafnie odczytać w przeszłości, a i nie zawsze zostawiają ślad na papierze. Mogą ulegać nagłym zmianom pod wpływem zupełnie przypadkowych czynników czy irracjonalnych pobudek. Co więcej, nawet gdybyśmy bezbłędnie przejrzeli zamiary polityka podpisującego z nami układ, nie możemy wiedzieć, kto będzie rządził jego państwem wtedy, gdy postanowienia układu przyjdzie wykonywać. Intencje – last but not least – nie decydują o skutkach. Stąd też w logice realizmu politycznego mniejszą wagę przywiązuje się do intencji, a większą do takich czynników, które łatwiej zidentyfikować i zmierzyć.

Co można było przewidzieć?

Zostawmy więc intencje i zajmijmy się analizą sił i interesów, względnie – jak to określił Mackiewicz – „przepracowaniem logiki danej sytuacji politycznej”. Publicyści ze szkoły – pozwólmy sobie ją tak nazwać – wileńsko-ponikiewskiej (Studnicki, Mackiewicz, Bocheńscy) już przed wojną dostarczyli narzędzi do takiej analizy. Spośród wielu założeń, wskazówek i reguł politycznych, które sformułowali, mam tu na myśli trzy.

Po pierwsze, mocarstwa Zachodu nie mają na terenie Polski ważnych interesów (przede wszystkim gospodarczych), a więc łatwo ten obszar poświęcą, jeśli w zamian będą mogły uzyskać inne korzyści. Temu zagadnieniu wiele miejsca poświęcał Władysław Studnicki, puentując stwierdzeniem: „Dla Anglii Polska w najlepszym razie jest podrzędnym pionkiem na szachownicy politycznej”.

Po drugie, mocarstwa Zachodu, poszukując sojusznika przeciw Niemcom, będą poszukiwały sojusznika możliwie najpotężniejszego, a takim jest i będzie ZSRR (przynajmniej dopóki nie zostanie przy pomocy Niemiec rozbity na mniejsze państwa wzajemnie się zwalczające – ale to osobna historia). Temu potężniejszemu sojusznikowi poświęcone zostaną interesy słabszych aliantów, w tym Polski. Tu największa zasługa przypada Adolfowi Bocheńskiemu, który przed takim obrotem sprawy przestrzegał co najmniej od 1936 roku.

Po trzecie, dołączenie przez Polskę do bloku antyniemieckiego sprowokuje sojusz niemiecko-sowiecki. Tu znowu najwięcej zawdzięczamy Bocheńskiemu, który trafnie zauważył, że antagonizm Berlina i Moskwy (a więc stan, którego podtrzymanie powinno być pierwszym przykazaniem polskiej racji stanu) utrzymuje się tylko dzięki nadziejom Niemców na udział Polski, u ich boku, w krucjacie antysowieckiej. Gdy ta nadzieja zniknie – ostrzegał już w 1937 roku – żadne ideologiczne przeszkody nie staną na drodze paktu III Rzeszy i ZSRR. 

Na podstawie tych założeń można było przewidzieć sekwencję wydarzeń prowadzących do Jałty, dyktowaną przez samą logikę opisanych przez naszych publicystów mechanizmów polityki. Bocheński przewidział to w ujęciu bardziej teoretycznym, Studnicki opisał wręcz dosłownie.

Polska, dołączywszy do koalicji antyniemieckiej, będzie narażona na wojnę na dwa fronty, którą wyczerpana, nie przedstawiając trwałej wartości dla Zachodu, zostanie poświęcona dla pozyskania silniejszego sojusznika przeciw III Rzeszy, jakim będzie ZSRR. Adolf Bocheński wprost stwierdzał, że jedyni logiczni przeciwnicy orientacji niemieckiej to ci, którzy przyszłość Polski widzą u boku Moskwy – antycypując w ten sposób zapisane już po wojnie stwierdzenie swego brata, że jeśli już trzeba być obiektem sprzedaży, to lepiej być także sprzedającym.

Po tragicznych doświadczeniach lat 1939‒1945 Aleksander Bocheński ujął to nawet w formę reguły politycznej: „Nawet gdyby nasz sojusznik zamorski wygrał z naszym sąsiadem w wojnie toczonej pod hasłem naszego »wyzwolenia« – to skoro (…) nie jest bezpośrednio zainteresowany w naszym kraju, sąsiad zaś jest, to prędzej czy później sprzeda nas sąsiadowi w zamian za bardziej konkretne koncesje. (…) Prawda ta ujawniła się w Tylży, (…) i w Wiedniu, i w Jałcie, i będzie się powtarzać zawsze, (…) póki dla sprawy ważniejszej politycy zagraniczni będą sprzedawać rzeczy mniej ważne”.

Dlaczego brytyjski premier nie kieruje się polską racją stanu?

Czy taki scenariusz był przewidziany, a może nawet zaplanowany przez Chamberlaina w 1939 roku? Czy Chamberlain „chciał” Polskę ocalić, czy wyzyskać i sprzedać? Dla nauki, jaką z tej rocznicy możemy wyciągnąć, nie ma to większego znaczenia, a przesadne roztrząsanie tego zagadnienia prowadzi wręcz na manowce, kierując naszą uwagę ku prześwietlaniu intencji przywódców grających z nami mocarstw, zamiast próby zrozumienia stosowanej przez nich techniki politycznej czy analizy przyczyn i skutków podejmowanych przez nich i przez nas działań.

Chamberlain, abstrahując od jego osobistych zamiarów i przekonań, robił z punktu widzenia brytyjskiej racji stanu rzecz jak najbardziej słuszną, tj. starał się, w obliczu konfrontacji z Niemcami, utrzymać przy swoim państwie jak największą liczbę sojuszników – aby w decydującej chwili Londyn miał możliwość wyboru. Nie oczekujmy od premiera brytyjskiego, by martwił się, co ten wybór będzie oznaczał dla nas.

Podobną politykę Adolf Bocheński przypisywał już w połowie lat 30. Francji, która do koalicji antyniemieckiej chciała sprosić całą Europę Wschodnią. Francuzi zdają sobie przecież sprawę  ze sprzeczności interesów między Polską a Rosją, Rosją a Rumunią, Czechosłowacją a Polską – tłumaczył – i nie łudźmy się, że mają zamiar je wszystkie wyrównać.

Gdy rozgrywka z gabinetowej układanki przerodzi się w starcie realnych sił, „wszystkie te mgły opadną i wtedy okaże się, na kim Francji bardziej zależy, a na kim mniej. I obyśmy wtedy nie usłyszeli znów tych słów, które znakomity historyk Vandal tyle lat rzucał z trybuny paryskiej Szkoły Nauk Politycznych: »Ta Polska, która była przyczyną wszystkich naszych nieszczęść…«”.

Intencje brytyjskiego premiera, choćby najszlachetniejsze, nie decydowały o konsekwencjach podejmowanych przez niego działań. Łańcuch przyczyn i skutków, uruchomiony decyzją o sojuszu polsko-brytyjskim, powinien był zostać przewidziany przez polskiego ministra. Publicystyka Bocheńskiego i Studnickiego pokazuje, że nie było to zadanie ponad siły i jest smutnym dowodem opłakanych skutków braku tego typu teoretycznej refleksji w polskiej polityce zagranicznej.

Postępy politycznej hipokryzji

Warto też pamiętać – dodajmy na koniec – że hipokryzja w polityce i dyplomacji zrobiła znaczące postępy. Konferencja „pokojowa” dla zaplanowania wojny dziś już niemal w ogóle nie dziwi, a od dawna nie do pomyślenia jest, by ambasador mocarstwa dyktował państwom słabym swe interesy z taką brutalną szczerością, z jaką Ateńczycy komunikowali swe oczekiwania Melijczykom. W naturze polityki od czasów wojny peloponeskiej zmieniło się jednak mniej.

Dla Polski nie było to też pierwsze doświadczenie tego rodzaju. Sojusz polsko-pruski z 1790 roku był w swej istocie bardzo podobny do sojuszu polsko-brytyjskiego z roku 1939. Jego politycznym skutkiem było wyłuskanie Rzeczypospolitej z konstelacji międzynarodowej zabezpieczającej ją przed najgorszym – rozbiorem pomiędzy dwóch potężnych sąsiadów.

Sugestywnie obrazował sposób myślenia naszych „sojuszników” Walerian Kalinka:  „Teraz, kiedy już mamy w ręku tych ludzi – pisał wtedy poseł pruski Lucchesini do swego króla Fryderyka Wilhelma II – i kiedy przyszłość Polski jedynie od naszych kombinacji zawisła, kraj ten posłużyć może WKMości za teatr wojny (…) albo też będzie w ręku WKMości przedmiotem targu przy układach pokojowych. Cała sztuka z naszej strony jest w tym, aby ci ludzie niczego się nie domyślili…”

Czy tych samych słów premier Chamberlain nie mógłby skierować do króla Jerzego VI? W XX-wiecznym zachodnim systemie politycznym – odpowiedziałby Skiwski – „myśl: »Musimy zniszczyć naszego konkurenta handlowego« wyraża się w słowach: »Obowiązkiem naszego honoru jest wystąpić w obronie narodu, którego niepodległości zagraża potężny sąsiad«”.