Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Adrianna Olejarka  21 marca 2019

Cudowna praca za 1665,34 zł. System edukacji oczami nauczycielki

Adrianna Olejarka  21 marca 2019
przeczytanie zajmie 8 min

Anonimowi rodzice z „internetów” powiedzą, że jestem darmozjadem. Że za „nic” chcę więcej pieniędzy, że kosztem dzieci strajkuję. Kosztem tych dzieci, od których słyszę: „Ja swojego ojca kilka dni nie widzę, bo na delegacjach jest”. Albo: „Mój tata po 16 godzin pracuje, on tylko śpi lub pracuje”. A także: „A ja matkę tylko w weekendy widzę”. Tych dzieci, które mają tak ogromną potrzebę rozmowy z dorosłym, że przerwy też spędzam w klasach lub na korytarzach, nawet gdy nie mam dyżuru. Ale batalię z rodzicami przegrywam, bo podobno krzywdzę ich dzieci i podobno robię coś ich kosztem. Bo podobno chcę pieniędzy za „nic”, a to „nic”  to jest 10 godzin pracy dziennie. „Nic” to jest przygotowywanie się do lekcji, wyszukiwanie pomysłów, misterne ich realizowanie. „Nic” to jest układanie sprawdzianów, „nic” to jest sprawdzanie 70 wypracowań, czasem tygodniowo. Potem usłyszę: „To po co je pani robi?”, by kiedy indziej dowiedzieć się: „Nie przygotowała mi pani dziecka do testów, to pani wina – tak niskie wyniki”. A za to wszystko w pierwszym miesiącu pracy otrzymałam pasek z informacją: „Przekazano na konto 1665,34 zł”.


Kojarzycie ten moment, gdy profesor Keating ze Stowarzyszenia umarłych poetów w końcowej scenie zostaje wzruszająco pożegnany przez uczniów ich buntowniczym stawaniem na ławkach z okrzykiem „Kapitanie mój, Kapitanie!”? Być może właśnie chęć doświadczenia tego, co czuł pan Keats, sprawiła, że zachciałam uczyć. Być może tym impulsem była Michel Pfeiffer czyniąca cuda z tzw. trudną młodzieżą albo wzruszający mnie niegdyś los Joasi Podborskiej z Ludzi bezdomnych, a być może inne obrazy, których się naoglądałam i naczytałam. Wszystkie one ukazywały nauczycielską profesję jako misję nieomal ratowania świata, a już na pewno – ogromną odpowiedzialność polegającą na znaczącym udziale w czyimś życiu. W konsekwencji bez wahania wybrałam studia nauczycielskie.

Mówiono mi, że głupio robię – że pracy nie znajdę; że po co mi to; że użeranie się; że uczenie cudzych dzieci to najgorsze, co może się trafić w życiu. I oto proszę. Jestem w trakcie drugiego roku w trybie „nauczycielka” i wnioski są następujące: skoro jestem misjonarką edukacji i kocham to, co robię, można mnie nie szanować. Skoro moja praca jest taka ciężka, to nie trzeba mi za nią godnie płacić, a wręcz przeciwnie – należy mi dorzucić dziesiątki godzin „wolontariatu”. Wbrew temu, co mówili wszyscy znawcy życia i zawodu nauczycielskiego – w tej pracy najwspanialszy jest właśnie kontakt z młodzieżą. To ona zawodzi mnie najrzadziej. Co zawodzi najczęściej? System.

Z życia poznańskiej nauczycielki

28 października 2017 r.

 Zaraz minie drugi miesiąc, odkąd zmieniłam towarzystwo na młodsze o minimum dekadę. Teraz budzę się w weekendy z myślą: „zaspałam/przecież nic na dziś nie przygotowałam”. Nieustannie czuję na szyi oddech wystawiania ocen semestralnych i oddech dzieci. Bo na przykład jakie jest prawdopodobieństwo, że w niedzielę o 10.00 rano, gdy w spokoju chcesz wypić kakao z piankami w kawiarni w centrum miasta, słyszysz: „Mamo, to moja pani od polskiego”? Nigdzie nie mogę czuć się bezpiecznie i ciągle słyszę w głowie „co na to dzieci?”. Wszyscy myślicie, że jestem taka wspaniała w nauczycielstwie, ale uprzedzam – to nieprawda. To oczywiste, że z próżności dzielę się tymi cudnymi historiami z „uczycielstwa”, które stron ma dużo więcej.

W poniedziałek jest zazwyczaj znośnie. We wtorek mam kryzys zawodowy nr 1. W środy myślę tylko o tym, żeby wrócić i spać, a dzieci pytają, czy mam „kryzys środy”. W czwartki mam kryzys zawodowy nr 2, a w piątki dzieci mówią: „Pani ma dziś taki dobry humor!” (przyczyna: prowadzę tylko trzy lekcje). W weekend postanawiam, że będę perfekcyjna i przezwyciężę wszystkie wady systemu edukacji, ale w niedzielę wieczorem mam już tylko weltschmerz, że znowu nie zdążyłam ze wszystkim.

W tym wszystkim pocieszają na szczęście „momenty”. Np. trzynastolatki szukające w księgarniach tomu poezji, którego fragmenty czytałam im na lekcjach. Najbardziej zblazowany uczeń świata przyznający, że Zemsta nie jest zła, czy czwartoklasista piszący książkę, w której będę dobrą postacią. Wszystkie chwile, w których okazuje się, że pamiętają coś z lekcji i nie twierdzą, że wszystko jest nudne. Te rzeczy sprawiają, że chce mi się za chwilę usiąść do sprawdzania 40 sprawdzianów i walczyć z deszczową zawieją o szary papier do pracy w grupach.

8 stycznia 2018 r.

 Jestem w szkole 20 minut przed lekcjami – kseruję materiały na zajęcia. Sześć godzin lekcyjnych. 8.00–13.15

  1. Klasa VIII – omawianie lektury.
  2. Nauczanie indywidualne z chłopcem z mózgowym porażeniem dziecięcym – wolne tempo pracy, problemy ze skupianiem się.
  3. Klasa V – omawiamy różnice między dziennikiem a pamiętnikiem. Trudno uczniom tę specyfikę zrozumieć.

Podczas długiej przerwy jednej dziewczynie leci krew z nosa, druga została uderzona w ucho, trzecia się wywraca, ma podarte spodnie;

  1. Lekcja wychowawcza – usprawiedliwienia, wpisywanie punktów dodatnich, uczniowie próbują dokonać samooceny.
  2. Klasa VI – dopełnienie. Są bardzo głośno, nie chcą pracować.
  3. Klasa VI – prezentujemy wywiady z bohaterami lektur. Kreatywność umarła.

Zaczepia mnie nauczycielka wspomagająca – afera wychowawcza w klasie. Rozmawiamy przez jakieś 20 minut, również z panią pedagog. Uzupełniam dzienniki (czasem szkoda czasu podczas lekcji, byle sprawdzić obecność) – ok. 10 minut.

W domu:

2 godziny – sprawdzam próbne egzaminy (nie, nie płacą mi za to dodatkowo).

30 minut piszę scenariusz obchodów jubileuszu szkoły.

45 minut czytam lekturę.

20 minut układam sprawdzian (tak krótko, bo korzystam z gotowych zadań).

Przez mniej więcej godzinę przygotowuję się do lekcji (jutro tylko cztery) – doczytuję, rozpisuję notatki.

Podsumowując: miałam 6 godzin lekcyjnych w szkole, jednak na pracy spędziłam w sumie ok. 12.

Dlaczego chcemy więcej pieniędzy „za nic”?

Ktoś powie – nie zawsze sprawdzasz egzaminy. To prawda, czasem jest tego dużo więcej. Zebrania, szkolenia, konsultacje z rodzicami, jeszcze dłuższy czas sprawdzania innych prac, opracowanie materiałów do lekcji. Ale wszyscy widzą tylko to, że teoretycznie nie jestem w pracy 8 godzin, no i przecież mam wolne weekendy (nie mam, wtedy też przygotowuję się i sprawdzam) i wakacje  (nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia – wolne wtedy, gdy sezon i upał. W ciągu roku nie mam urlopu – nie, nie zawsze nauczyciele mają wolne w ferie zimowe, a w okolicy świąt mamy w szkole dyżury).

Dzieci, z którymi na co dzień jestem (j e s t e m, a nie, które jedynie uczę), moją wypłatę mają skumulowaną na przegubach w smartwatchach, we włóknach bluz od Tommy’ego Hilfigera, w kieszeniach pod postacią iPhone’ów i w przenośnych głośnikach JBL. Ja swoją wypłatę mam skumulowaną w ubraniach z sieciówek, jedzeniu z Biedronki, LG K10 w ofercie za złotówkę i sztucznej biżuterii. I nie, że mi to przeszkadza, bo jakieś wymyślne gadżety są mi zupełnie niepotrzebne, ale spójrzmy, jakie piękne kontrasty rysują się na szkolnych korytarzach.

Anonimowi rodzice z „internetów” powiedzą, że jestem darmozjadem, że za nic chcę więcej pieniędzy, że kosztem dzieci strajkuję. Kosztem tych dzieci, od których słyszę: „Ja swojego ojca kilka dni nie widzę, bo na delegacjach jest”. Albo: „Mój tata po 16 godzin pracuje, on tylko śpi lub pracuje” . A także: „A ja matkę tylko w weekendy widzę”. Tych dzieci, które mają tak ogromną potrzebę rozmowy z dorosłym, że przerwy też spędzam w klasach lub na korytarzach, nawet gdy nie mam dyżuru. Ale batalię z  rodzicami przegrywam, bo podobno krzywdzę ich dzieci i podobno robię coś ich kosztem. Bo podobno chcę pieniędzy za nic, a to „nic”  to jest 10 godzin pracy dziennie.

„Nic” to jest przygotowywanie się do lekcji, wyszukiwanie pomysłów, misterne ich realizowanie. „Nic” to jest układanie sprawdzianów, „nic” to jest sprawdzanie 70 wypracowań, czasem tygodniowo. Potem usłyszę: „To po co je pani robi?”, by kiedy indziej dowiedzieć się „nie przygotowała mi pani dziecka do testów, to pani wina – tak niskie wyniki”. A za to wszystko w pierwszym miesiącu pracy otrzymałam pasek z informacją: „Przekazano na konto 1665,34zł”.

W trakcie roku ugram jeszcze 158,18 zł brutto za wychowawstwo – czyli kolejną papierologię, odpowiedzialność, zbieranie pieniędzy, organizowanie wyjść, wywiadówki (niepłatne oczywiście), kontakt z rodzicami – w moim przypadku kontakt bardzo sympatyczny, ale nie wszyscy mają tyle szczęścia. Tak jak nie wszyscy mają tyle szczęścia do nadgodzin co ja. W tym roku mam prawie 1,5 etatu i dużo zastępstw. Jednak w pierwszym roku moja wypłata niekiedy nie przekraczała 2000 zł. Jak za te pieniądze osoba utrzymująca się samodzielnie ma poczynić jakiekolwiek postępy w dorosłym życiu? Wynajęcie kawalerki to koszt ok. 1500 zł. Otrzymanie kredytu na własne mieszkanie jest równoznaczne z posiadaniem dziesiątek tysięcy wkładu własnego. Z czego ja mam tyle odłożyć? Do końca życia mam mieszkać z obcymi ludźmi w wynajmowanych mieszkaniach? Ach, co ja mówię. Powinnam znaleźć sobie męża lub od razu „zrobić sobie dziecko”. Tylko że ja już mam dzieci. Obecnie 75. Czy dostanę 500+ za każde z nich, skoro niektóre więcej czasu spędzają w szkole z pedagogami niż w domach rodzinnych?

Ta praca jest cudowna

Jak mam dzieci uczyć świata, nie mogąc go wielopłaszczyznowo poznawać? Podróże, teatr, koncerty. Mam być człowiekiem renesansu, mam reprezentować poziom obywatelki obytej, mam się doszkalać, mam być na topie. Skąd mam wziąć na to pieniądze? Nie wszystkie szkolenia są dofinansowane przez szkoły. Nie mówiąc już, że czasem trzeba do pracy dopłacać… Oczywiście w różnych szkołach różnie są rozwiązywane pewne problemy, ale ja np. szary papier kupuję z własnych pieniędzy. Tak jak niektóre książki, których w szkole nie ma, podobnie gry i inne pomoce dydaktyczne… Nie mówiąc o tym, ile rzeczy do pracy drukuję u siebie… W szkole jest jedna drukarka i jedno ksero. Nie zawsze działają. Napomknę przy okazji o warunkach pracy – dwa komputery w pokoju nauczycielskim. Na niemal czterdziestoosobowe grono pedagogiczne.

Jednak pomimo tej całej niesprawiedliwości, która w tym zawodzie istnieje; pomimo kosmicznej ilości obowiązków, które nie mają odbicia w stanie konta (obowiązków w połowie absurdalnych, jeśli policzyć, ile kartek A4 trzeba wypełniać wszelkiego rodzaju sprawozdaniami, raportami, planami); pomimo ogromnej odpowiedzialności, trudnych rozmów i sytuacji; pomimo przepracowanych nie 18, i nawet nie 40 godzin tygodniowo (liczyłam)… ta praca jest cudowna.

To, co dla mnie w niej najważniejsze, to relacja z człowiekiem. Nawet nie dzieckiem, nie uczniem – człowiekiem. Człowiekiem, z którym trzeba rozmawiać o tym, kim jest nauczyciel i co robi poza tymi 45 minutami, aby mogły się one odbyć i były maksymalnie wartościowe i ciekawe. Człowiekiem, któremu trzeba uświadamiać, że szanowany pracownik to lepszy pracownik.

Wtedy być może uczeń i jego rodzice zrozumieją, że nic nie odbywa się ich kosztem, a krzywdzi ewentualnie system. My – nauczyciele – jesteśmy w nim tylko pionkami. Do czasu.