Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  24 lutego 2019

Jak zostać prezydentem i obalić dyktatora? Próba trwa w Wenezueli

Andrzej Kohut  24 lutego 2019
przeczytanie zajmie 5 min

Inflacja przekroczyła już półtora miliona procent. Wenezuelę opuszcza coraz więcej ludzi – w sumie w ciągu ostatnich kilku lat wyjechało około trzech milionów obywateli. Ośmiu na dziesięciu z tych, którzy pozostali, cierpi z powodu niedożywienia. Brakuje leków. Rozprzestrzeniają się za to choroby, w tym malaria. To obraz klęski humanitarnej, która omija już niemal tylko tych związanych z kręgami władzy. Protesty uliczne należą do codzienności, podobnie jak represje ze strony coraz bardziej wystraszonej władzy. W takich okolicznościach Juan Guaido postanawił odegrać swoją życiową rolę i ogłosił się prezydentem. 

23 stycznia pozostanie ważną datą w najnowszej historii Wenezueli. W 1958 roku właśnie tego dnia Wenezuelczycy obalili dyktatora Marcosa Péreza Jiméneza. Dokładnie 61 lat później 35-letni lider opozycji również postanowił wystąpić przeciw niesprawiedliwej władzy. Podczas antyrządowych protestów w stolicy państwa ogłosił się… prezydentem. W ten sposób rzucił rękawicę rządzącemu krajem Nicolasowi Maduro. Ale choć Juana Guaido poparły Kanada, USA, a w końcu również Unia Europejska, wciąż nie jest jasne czy to młody polityk będzie górą, a Maduro podzieli los Péreza Jiméneza.

Skąd wziął się Juan Guaido?

Juan Guaido urodził się w roku 1983 i miał zaledwie 15 lat, kiedy Hugo Chavez wygrywał swoje pierwsze wybory prezydenckie rozpoczynając okres rewolucji boliwariańskiej. W pewnym sensie to reżim Chaveza zrobił z niego polityka. Już jako student protestował przeciwko rządowym decyzjom. Prawdziwą polityczną karierę rozpoczął jednak dopiero w partii Voluntad Popula. W 2015 partia weszła w skład większej koalicji, Mesa de la Unidad Democrática, i to właśnie z jej ramienia Guaido wystartował w wyborach do zgromadzenia narodowego w 2015 roku. Udało mu się. Zdobył mandat, a koalicja osiągnęła parlamentarną większość.

Sytuacja skomplikowała się jednak w 2017, kiedy Maduro ogłosił wybory do Zgromadzenia Konstytucyjnego mającego napisać nową konstytucję. W odpowiedzi opozycja ogłosiła bojkot nowych wyborów. Faktycznym skutkiem tego zamieszania było pojawienie się alternatywnego parlamentu, w którym, w przeciwieństwie do Zgromadzenia Narodowego, większość miejsc przypadła członkom obozu władzy.

Rok później odbyły się wybory prezydenckie, w których opozycja również nie wzięła udziału (z nielicznymi, niechlubnymi wyjątkami). Nie było zatem zaskoczeniem, że prawie 68% głosów przypadło Nicolasowi Maduro, jednak przy frekwencji nie przekraczającej 25% – według niezależnych badań, gdyż te rządowe wskazywały na znacznie większy odzew wśród Wenezuelczyków.

Rezultat nie został jednak powszechnie zaakceptowany. Liczne wenezuelskie organizacje pozarządowe wskazywały na uchybienia w procesie wyborczym. Na pierwszym miejscu wymieniano brak uprawnień Zgromadzenia Konstytucyjnego, by w ogóle wybory ogłaszać. Na tej podstawie szereg państw odmówiło uznania Maduro za zwycięzcę. Z gratulacjami pospieszyli jednak inni: Chińczycy, Rosjanie, Kubańczycy czy Irańczycy. Sam Nicolas Maduro gratulacje przyjął i postanowił rządzić dalej.

Droga do przywództwa

Jednak już przed wyborami było jasne, że sam sukces przy urnach nie uratuje władzy wenezuelskiego przywódcy. Kryzys w dalszym ciągu się nasila: inflacja, która w zeszłym roku sięgała kilkunastu tysięcy procent, przekroczyła już półtora miliona. Wenezuelę opuszcza coraz więcej ludzi – w sumie w ciągu ostatnich kilku lat wyjechało około trzech milionów obywateli. Ośmiu na dziesięciu z tych, którzy pozostali, cierpi z powodu niedożywienia. Brakuje leków, rozprzestrzeniają się za to choroby, w tym malaria. To obraz klęski humanitarnej, która omija już niemal tylko tych związanych z kręgami władzy. Protesty uliczne należą do codzienności, podobnie jak represje ze strony coraz bardziej wystraszonej władzy. W takich okolicznościach Juan Guaido postanawia odegrać swoją życiową rolę i ogłasza się prezydentem.

Nie jest to zresztą tak absurdalne, jak może się z pozoru wydawać. Opozycja już wcześniej uznała, że wybory prezydenckie były nieważne, w związku z ogłoszeniem ich przez nieuprawnione do tego zgromadzenie. A skoro wybory były nieważne, to i ich rezultat nie był wiążący. Kadencja Maduro wygasła, a jego ponowne zaprzysiężenie na początku stycznia tego roku nie miało mocy prawnej. W związku z tym na czas bez przywódcy, do momentu rozpisania nowych wyborów, władzę sprawuje tymczasowy prezydent – przewodniczący parlamentu. Juan Guaido.

Jednak mocna podstawa prawna to za mało by obalić dyktatora. Kwestia zmiany władzy jeszcze się nie wyjaśniła i mimo poparcia państw zachodnich dla Guaido, Maduro może jeszcze przez jakiś czas utrzymać się na szczycie. Kluczową rolę mają tu do odegrania: armia wenezuelska, Stany Zjednoczone, oraz Rosja i Chiny.

Po pierwsze, armia

„Transformacja będzie wymagała poparcia kluczowych kontyngentów militarnych. Odbyliśmy tajne spotkania z przedstawicielami armii i sił porządkowych. Zaoferowaliśmy amnestię wszystkim tym, którzy nie są winni zbrodniom przeciw ludzkości” – relacjonował Guaido w artykule opublikowanym w New York Times. Propozycja amnestii może się okazać kluczowa w tej rozgrywce.

W armii narasta świadomość, że dni dyktatora są policzone. Jednak przed zmianą stron wojskowych powstrzymują dwie kwestie. Po pierwsze, wojsko za czasów Maduro popełniło całkiem sporo grzechów: od represjonowania opozycjonistów po przestępstwa związane z przemytem narkotyków. Wielu żołnierzy obawia się konsekwencji i dlatego obietnica amnestii może przeważyć szalę. Pod warunkiem jednak, że otrzymają pozytywną odpowiedź również w drugiej kwestii: muszą uwierzyć, że sprawa Juana Guaido ma szanse powodzenia. Bo jeśli nie, gniew dyktatora może być srogi.

Po drugie, Stany Zjednoczone

Pod koniec stycznia świat obiegło zdjęcie Johna Boltona, doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego, który w dłoni trzymał notes z notatką: „5000 żołnierzy do Kolumbii”. Uznano to za potwierdzenie wcześniejszych sugestii prezydenta Trumpa, że w kwestii Wenezueli wszystkie rozwiązania, w tym militarne, są możliwe.

Dotąd jednak Amerykanie ograniczyli się do nałożenia sankcji na wenezuelską ropę. Jest to jednak bolesny cios dla prezydenta Maduro, ponieważ USA było największym odbiorcą tego produktu, który wciąż płacił. Chiny czy Rosja odbierają ropę jako część spłaty długu jaki ma wobec nich Wenezuela.

Taki stan rzeczy przyspiesza perspektywę bankructwa reżimu Maduro i może skłonić jego popleczników do zmiany stron bądź ucieczki. To drugie zresztą już ma miejsce – ostatnio wielu zamożnych Wenezuelczyków kupuje apartamenty np. w Madrycie.

Presja ekonomiczna i polityczna to najlepsze narzędzia, z których obecnie mogą korzystać Stany Zjednoczone. Wysłanie wojska mogłoby się za to skończyć fatalnie – nie tylko ze względu na możliwość kolejnego, przedłużającego się konfliktu wysysającego pieniądze z amerykańskiego budżetu, ale także ze względu na ryzyko pogorszenia relacji z całym regionem. W Ameryce Łacińskiej wizja militarnej interwencji USA wywołuje do dziś wiele złych wspomnień. Amerykanie o tym wiedzą i dlatego słowa Trumpa o „wszystkich opcjach na stole” należy traktować jako zwiększenie presji na reżim, a nie rzeczywistą deklarację gotowości bojowej. Zwłaszcza, że w kwestii Wenezueli większość państw kontynentu jest po stronie Amerykanów: niestabilny sąsiad, z którego terytorium wciąż napływają uchodźcy, to realny problem dla każdego z nich.

Po trzecie, Rosja i Chiny

Wenezuela tonie w długach. Zobowiązania tego kraju wobec Chin sięgają, według niektórych estymacji, nawet 60 miliardów dolarów. Długi wobec Rosji, a właściwie rosyjskiego Rosneftu, są skromniejsze, ale również sięgają ponad 3 miliardów dolarów. Jest to jeden z powodów, dla których te państwa mogą starać się uchronić reżim Maduro przed gwałtownym końcem. Istnieje ryzyko, że opozycja, kiedy już dojdzie do władzy, znajdzie powody, by nie płacić. Obecny reżim też nie jest w stanie tego robić, ale przynajmniej obiecuje respektować państwowe długi oraz dostarcza wierzycielom darmowej ropy. A tego surowca Wenezuela wciąż ma sporo – geologowie oceniają jej rezerwy jako największe na świecie. Juan Guaido zdaje sobie sprawę z sytuacji i zapewnia, że jego rząd będzie spłacał zobowiązania kraju wobec Chin. Analogicznej deklaracji w kierunku Moskwy już nie złożył.

Jeszcze w grudniu Nicolas Maduro po spotkaniu z Putinem ogłosił, że Rosjanie planują zainwestować w Wenezueli nawet 6 miliardów dolarów. Takich gestów wobec wenezuelskiego dyktatora Rosja uczyniła więcej. W styczniu pojawiły się pogłoski o kilkuset prywatnych najemnikach z tego kraju, którzy pojawili się w Caracas jako prywatna ochrona Maduro. Pod koniec tego samego miesiąca w wenezuelskiej stolicy wylądował rosyjski jumbo jet mający rzekomo ewakuować część tego, co zostało z wenezuelskiej rezerwy złota.

Kreml zaprzecza swojemu zaangażowaniu w tych kwestiach, ale nie ulega wątpliwości, że Putinowi zależy na podtrzymaniu obecnego reżimu w południowoamerykańskim kraju. Nie tylko ze względu na wizję odzyskania pożyczonych pieniędzy. Daje mu to bowiem również szansę, by napsuć krwi Amerykanom na ich własnym podwórku. Dodatkowo czyni to rozgrywkę o władzę w Wenezueli jeszcze bardziej skomplikowaną.

Bilet w jedną stronę

Dlatego trudno przewidzieć czy i jak szybko eksperyment Guaido zakończy się bezkrwawą zmianą władzy w Wenezueli. Z jednej strony mamy społeczeństwo na granicy wyczerpania, armię, która waha się kogo poprzeć oraz Amerykanów, którzy osłabiają dyktatora finansowo. Z drugiej zaś –dyktatora który mimo galopującego kryzysu od lat utrzymuje się u władzy i umie utrzymywać wsparcie Rosjan i Chińczyków.

Ta rozgrywka może potrwać jeszcze kilka tygodni, a może nawet miesięcy. Zasoby reżimu wciąż będą topnieć. Sojusznicy Maduro będący jednocześnie jego wierzycielami mogą zacząć tracić nadzieję na uratowanie jego sprawy. Generałowie mogą zdecydować, że nadszedł czas na zmianę władzy dla uspokojenia sytuacji w kraju. A wtedy Maduro będzie musiał poprosić o jeszcze jeden rosyjski samolot – ten, który ewakuuje go z Caracas na dobre.