Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Roman Husarski  22 lutego 2019

Wielki Negocjator. Co (nie) wyniknie ze spotkania Trumpa z Kim Dzong-Unem?

Roman Husarski  22 lutego 2019
przeczytanie zajmie 6 min

Donald Trump wkrótce po raz drugi spotka się z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong-Unem. W stolicy Wietnamu, Hanoi, czekają nas kolejne gesty, „historyczne” momenty i bogata symbolika. Komentatorzy wyczekują bardziej konkretnych deklaracji niż z Singapuru, zwłaszcza odnośnie rozbrojenia północnokoreańskiego arsenału nuklearnego. Tymczasem to nie kwestia atomu motywuje obu przywódców do spotkania.

Arsenał nuklearny to bez wątpienia największy kapitał polityczny Kim Dzong-Una, fundamentalny zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zewnętrznej kraju. Z tego powodu nadzieje, że lider Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej (KRLD) ujawni szczegółową listę uzbrojenia lub rozda głowice nuklearne, są nierealne. Koreańczycy jednak zrobią dużo, aby podtrzymać dialog, kontynuując politykę blefu – nie mają lepszej alternatywy.

Północnokoreańskie win-win

Kluczowym i jednocześnie potencjalnie osiągalnym zyskiem dla Korei Północnej jest kwestia ograniczenia sankcji. Komentatorzy, pisząc o motywach KRLD, praktycznie wyłącznie koncentrują się na tej problematyce, co jest dalece rozczarowujące. Kwestie ekonomiczne nigdy nie stanowiły priorytetu dla północnokoreańskiego reżimu. To paradoks, który pokazuje, że świat Zachodu potrafi być bardziej marksistowski niż sami Koreańczycy. Tymczasem już Kim Ir Sen w 1977 r. przekonywał Ericha Honeckera, że zbyt duży dobrobyt rozleniwia ideologicznie masy i odciąga je od tego, co ważne.

Ostentacyjne unikanie przeprowadzenie szerokich reform ekonomicznych, zastępowane powszechną ideologiczną aktywizacją społeczną, zarówno w polityce syna, jak i wnuka założyciela kraju, jest tego najlepszym dowodem.

Zachodni obserwatorzy wydają się dalej ignorować ideologię reżimu. W głośnym artykule Kim Jong-Un Has a Dream z New York Timesa, John Delury dowodził, że ekonomiczny rozwój był od początku marzeniem młodego generała, a jedynie wrogie, skostniałe otoczenie nie pozwalało na jego realizację. Podobne głosy słyszy się od początku objęcia władzy przez wnuka Kim Ir Sena, który w przypływach szczytowego optymizmu nazywany był nawet Czerwonym Księciem.

Argumenty o Kimie-Robin Hoodzie przypominają często podnoszony argument nielegalnych, południowokoreańskich filmów DVD, krążących na czarnym rynku Korei Północnej, które miałyby rzekomo doprowadzić do załamania się struktur władzy w KRLD. Już w 2007 r. Andrei Lankov pisał, że obecność południowokoreańskich oper mydlanych „nie wróży dobrze reżimowi”. W 2019 r. opowieści o „rewolucyjnych” DVD i mądrym władcy w otoczeniu złych ludzi wciąż pozostają żywe.

Nadzieje rozbudził również wybór Wietnamu na miejsce zbliżającego się szczytu, czyli kraju, który w przeszłości również został podzielony i nieobce są mu socjalistyczne ideały. Podobieństwo jest jednak jedynie powierzchowne. Wietnam został zjednoczony w wariancie siłowym, a prześladowania ludzi na Południu trwały latami. Wietnam nie posiada też amerykańskich baz wojskowych na swoim terytorium.

Reżim nie ustąpi, bo straciłby rację bytu

Obecność obcych sił na Półwyspie jest nie do zaakceptowania przez północnokoreański, wojskowy reżim. Militaryzm jest głęboko zakorzeniony w świadomości mieszkańców kraju, a instytucja armii silnie przenika jego ekonomię. Taki stan rzeczy potrzebuje jednak mocnej legitymizacji. Jeżeli Korea faktycznie stanęłaby po stronie ekonomicznej liberalizacji i skoncentrowała wyłącznie na dobrobycie, obecny system straciłby sens bytu. Wtedy moglibyśmy być świadkami głębokich zmian.

Obserwując przez lata zachowania Pjongjangu, próżno zakładać, że Koreańczycy nie zdają sobie z tego sprawy. Nie ma żadnych przesłanek na rewolucję ekonomiczną w KRLD. Kraj niezmiennie liczy na poważne zaplecze pomocowe i ustępstwa w kwestii sankcji. Szczególnie, że wciąż jest wspierany gospodarczo i politycznie przez Chiny.

Władze w Pekinie wielokrotnie już pokazywały, że nie pozwolą na kryzys humanitarny i gospodarczy w KRLD. Stabilizacja cen benzyny po ostatnim, już czwartym spotkaniu Kim Dzong-Una z Xi Jinpingiem, potwierdza, że niezależnie od sytuacji Chiny nie dopuszczą do kryzysu pod swoim granicami.

Nieomylna propaganda

Z perspektywy północnokoreańskiego reżimu spotkania z Trumpem mają przede wszystkim gigantyczny potencjał ideologiczny. Nic nie wzmocniło bardziej pozycji Kim Dzong-Una niż spotkanie twarzą w twarz z przywódcą najpotężniejszego mocarstwa na świecie.

Obywatele KRLD dostali przekaz, że ich propaganda się nie myliła i cały świat patrzy z szacunkiem na ich lidera. Kim udowodnił zarówno obywatelom, jak i północnokoreańskim generałom, że zasługuje na tytuł „ukochanego i szanowanego przywódcy”.

Dotychczasowe spotkania na szczycie przysporzyły dyktatorowi dużo większą sławę, niż kiedykolwiek marzyło się to jego ojcu, który przez lata wykupywał całe strony w „The New York Times” czy „The Washington Post”, aby publikowano na nich jego mądrości. Drogę Kim Dzong-Una od międzynarodowego pariasa do ulubieńca mediów nic nie oddaje lepiej niż dyskurs kablówek południowokoreańskich, gdzie nierzadko przedstawiany jest jako „uroczy miś” i „słodziak”. Stacja EBS wypuściła nawet serię puzzli z wesołym „Kim Dzong-Unkiem” z podpisem „Najmłodszy przywódca na świecie”.

Polityczny teatr Trumpa

Dla Trumpa spotkania z przywódcą Korei Północnej przekładają się na czysty kapitał polityczny. Pomimo wątpliwej wartości samej deklaracji, cały polityczny proces przedstawiany jest jako sukces, który częściowo ma przyćmić niepowodzenia w jego własnym kraju. Trump, Wielki Negocjator, przypisuje sobie zmiany w polityce obu Korei. Na swoich wiecach, w typowy dla biznesmena sposób, podkreśla, że dzięki jego staraniom doprowadził do rozmów „za darmo”, bez dodatkowych kosztów poniesionych przez amerykańskiego podatnika, a sam Pjongjang zakończył testy broni atomowej. Ponadto zaangażowanie w koreański dialog pozwala wygładzić mocno nadszarpnięty wizerunek prezydenta Stanów Zjednoczonych. Udział w rozmowach pokojowych i dążenie do rozbrojenia nuklearnego Półwyspu Koreańskiego, choć pozostaje jedynie w strefie deklaratywnej, pozwala mu zająć pozycję po stronie uniwersalnej moralności. Któż nie chce pokoju? W Hanoi podobnie jak w Singapurze, będzie miał dużo większą kontrolę nad swoim wizerunkiem i mediami niż podczas spotkań w Europie, co tylko spotęguje retorykę sukcesu.

Na zarzuty o brak prawdziwych ustępstw ze strony KRLD zawsze pozostaje mocny argument, że tego typu rozmowy potrzebują czasu, toczone są przecież od 1992 r. i nie można oczekiwać, że Kim rozbroi się „na zawołanie”. Naturalnie potrzebne będą koleje spotkania. Retoryka ta nabierze znaczenia szczególnie przed kolejnymi wyborami. Trump będzie mógł kreować się na gwaranta pokoju.

Stanowisko sekretarza stanu Mike’a Pompeo, że Ameryka jest dużo bardziej bezpieczna niż w momencie, kiedy Trump obejmował prezydenturę, będzie jednym z kluczowych w planowanej na 2020 rok kampanii „Keep America Great”.

Podczas pierwszego spotkania Trump nie posiadał żadnych narzędzi, aby zmusić Kima do poważnych ustępstw. Nic nie wskazuje na to, aby sytuacja miała się zmienić podczas szczytu w Hanoi, co od samego początku stawia pytania o zasadność spotkań. Należy też wziąć pod uwagę nierealność szybkiego rozwiązania problemu północnokoreańskiego atomu. Potencjalna denuklearyzacja, gdyby hipotetycznie miała mieć miejsce, byłaby procesem żmudnym. Według raportu Uniwersytetu Stanforda mogłaby zająć nawet 15 lat.

***

Istnieje ryzyko, że sam polityczny teatr Trumpowi nie wystarczy. Jeżeli faktycznie będzie chciał realnych działań od północnokoreańskiej strony, to będzie zmuszony obiecać im poważne ustępstwa. Od zakończenia wojny koreańskiej KRLD domaga się opuszczenia Półwyspu Koreańskiego przez amerykańskie wojska, a sam Trump niejednokrotnie podczas swojej kariery wspominał o wycofaniu kontyngentu z Korei. Pomimo różnych pogłosek, trudno wyobrazić sobie, aby taka sytuacja miała miejsce. Najprawdopodobniej czekają nas, kolejne potiomkinowski w duchu, ustępstwa ze strony Korei Północnej, wraz z pomocą ze strony USA. Dużo narracji o sukcesie. I przede wszystkim dalsze ocieplanie wizerunku dyktatury Kima.